Kilka dni temu przy ulicy Barbary w Katowicach odsłonięto tablicę pamiątkową poświęconą Henrykowi Kurkowi. Co wiemy o okolicznościach śmierci tego harcerza, zastrzelonego tam przez Niemców w 1939 roku?

„Kurek Henryk zginął zastrzelony, padł w parku Kościuszki 4.9.1939 r. godz. +/- 10.00” (opis na odwrocie tej fotografii w archiwum IPN Katowice)

Na tle setek ludzkich tragedii, do jakich doszło w Katowicach we wrześniu 1939, śmierć Henryka Kurka jest wyjątkowo dobrze udokumentowana. O jej okolicznościach mówi nam kilka relacji naocznych świadków wydarzeń. Przede wszystkim są wśród nich trzej harcerze, którzy towarzyszyli mu w ostatnich godzinach życia: brat Paweł Kurek, Mikołaj Cubert i Józef Machoczek. Ich zeznania znajdują się w archiwum IPN, w aktach śledztwa w sprawie niemieckich zbrodni wojennych w Katowicach we wrześniu 1939.

W tych samych aktach natknąć się też można na cenną relację Łucji Kurek, siostry Henryka. Dowiadujemy się z niej między innymi o sprawie dość zaskakującej. „Z chwilą wybuchu wojny nie brał udziału ani jako harcerz, ani w działaniach żołnierzy polskich” – zeznała siostra w 1967 roku prokuratorowi Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Katowicach, Zygmuntowi Brzyckiemu. Jak opisała dalej, Henryk „w dniu 4 września wyszedł z domu i po krótkiej chwili powrócił przynosząc wiadomość o wkroczeniu wojsk niemieckich do Katowic. Następnie wyszedł z młodszym bratem Pawłem Kurkiem”. Po latach Łucja uzupełniła swój opis, zeznając przed prokurator Ewą Koj: „Moi bracia żegnali się z rodzicami – brat Henryk płakał i wycierał łzy do ręcznika. Chcieli przyłączyć się do grupy wojskowych na Bocheńskiego, twierdząc, że w domu nie są bezpieczni. Zresztą uciekinierzy z Pawłowa, którzy ukryli się u nas w domu, opowiadali, że Niemcy rozstrzeliwują młodzież polską”.

Jednak na ulicy Bocheńskiego od kilku godzin nie było już polskiego wojska. Bracia spotkali tam natomiast dwóch innych harcerzy, wspomnianych już Machoczka i Cuberta. Ten ostatni miał jednak swe własne plany i najwyraźniej zdołał przekonać do nich pozostałych. Co zamierzał? W 1967 r. opisał to tak: „Żołnierzy polskich już nie było. Wtedy nie wytrzymałem i nie pożegnawszy się z rodzicami poszedłem, aby zebrać garstkę pozostałych harcerzy i aby się połączyć z harcerzami względnie wojskiem, znajdującym się w parku Kościuszki”. Dodał też: „Zaznaczam, że wszyscy czterej byliśmy ubrani w cywilnych ubraniach, H. Kurek był w mundurku szkolnym i żadnej broni przy sobie nie posiadaliśmy”. Podobnie stwierdza Machoczek: „Kurek i jego brat byli ubrani w mundurkach gimnazjalnych”.

Po zawędrowaniu aż w okolice ulicy Brynowskiej, chłopcy docierają w końcu na Barbary, w sąsiedztwo parku Kościuszki. W ten sposób przypadkiem trafiają w najgorsze z możliwych miejsc – przed front nacierającej dywizji Wehrmachtu! Na nieszczęście nie trzeba długo czekać.
Oddajmy głos Pawłowi Kurkowi: „Po chwili w odległości około 30 metrów zobaczyliśmy pięciu lub sześciu żołnierzy niemieckich, którzy wzywali nas do podniesienia rąk do góry. Podnieśliśmy ręce do góry, mimo to żołnierze zaczęli do nas strzelać. Wówczas został zabity brat Henryk. Cubert i Machoczek zaczęli uciekać wcześniej, niż brat został zabity. Ja również zacząłem uciekać, a za mną strzelali Niemcy. Zostałem lekko raniony w nogę”. Podobnie opisali przebieg wypadków Cubert i Machoczek. Henryk Kurek, licząc na to, że polscy żołnierze (nieobecni już wtedy w Katowicach) zapewnią mu bezpieczeństwo, nieświadomie wyruszył z domu na spotkanie śmierci.

Kiedy przed kilkunastu laty napisałem artykuł „Seewolf”, opisujący domniemaną próbę niemieckiego ataku rakietowego na Nowy Jork w 1945 roku, nie przypuszczałem, że zetknę się z książką, w której pojawiają się wątki zastanawiająco zbieżne z tym, co próbowałem zrekonstruować. W związku z tym uznałem, iż warto artykuł ów przypomnieć. Zapraszam do lektury. Także, a może zwłaszcza, jego epilogu.

Manhattan, lata II wojny światowej (fot. Jack Delano/Flickr)

Na celowniku Nowy Jork

Zaczynał się właśnie rok 1945, ostatni rok II Wojny Światowej, gdy słuchacze berlińskiej rozgłośni radiowej usłyszeli niezwykłą zapowiedź:
– 1 lutego 1945 niemieckie rakiety spadną na Nowy Jork!

Groźba ta padła z ust samego Alberta Speera, ministra przemysłu zbrojeniowego III Rzeszy. Czy hitlerowskie Niemcy, toczące wówczas przegraną już w zasadzie wojnę, lecz wprowadzające też jedna po drugiej szereg nowoczesnych, przełomowych bez mała technologii militarnych, były w stanie ją zrealizować?

Amerykanie, których rzecz miała w końcu dotyczyć najbardziej, uznali że… tak!

Kryptonim „Seewolf”…

W kwietniu 1945 na mapach sztabowych niemieckiego Dowództwa Okrętów Podwodnych pojawił się nawy kryptonim: „Seewolf” („Wilk morski”). Dotyczył on grupy U-Bootów, która opuściła Norwegię i wzięła kurs na północny Atlantyk, a następnie ku wybrzeżom USA. Grupa ta składała się z sześciu dużych jednostek: pięć należało do Typu IXC/40 (U-546, U-805, U-858, U-880, U-1235), szósta zaliczała się do nieco starszego Typu IXC (U-518). Płynęły w zanurzeniu, nocą korzystając z chrap, w dzień zaś z silników elektrycznych. 10 kwietnia znalazły się na północ od Azorów. Tam uformowały 160-milowej długości linię patrolową, zorientowaną w kierunku północ-południe, w której każdy okręt zajął dokładnie określoną pozycję. 11 kwietnia wyruszyły kursem WSW, prowadzącym w kierunku wybrzeży USA. Zadanie, które im powierzono nie różniło się więc od setek innych misji U-Bootów: miały zwalczać aliancką żeglugę. Ciężko określić, na co właściwie liczyło niemieckie Dowództwo Okrętów Podwodnych, wysyłając swą mizerną szóstkę tam, gdzie przed dwoma laty przegrały tylekroć liczniejsze „wilcze stada”. Gdyby to jeszcze były supernowoczesne U-Booty Typu XXI, które właśnie zaczynały zasilać Kriegsmarine! Ale nie – okręty grupy „Seewolf” to tylko zwykłe „dziewiątki”, jakich nawet teraz, w szóstym roku wojny, pełno jest jeszcze w U-Bootwaffe. Okręty dobre, ale zasadniczo oparte na technologii z lat trzydziestych. Nikt rozsądny nie będzie zatem wierzył, że dokonają na Atlantyku cudu.

Także w sztabach US Navy nikt w to nie wierzy. Także i tam jest znana niepokojąca wypowiedź Speera. Na podstawie meldunków agentów ulokowanych na terenie neutralnej Szwecji oraz zeznań ujętych w Stanach niemieckich szpiegów wydedukowano więc, że ku wybrzeżom Ameryki wyruszyły właśnie okręty rakietowe. Do walki z nadchodzącym zagrożeniem zaangażowano ogromne środki – cztery lotniskowce eskortowe oraz rój niszczycieli i niszczycieli eskortowych w liczbie 42 aż jednostek. Samoloty do zwalczania okrętów podwodnych, najnowocześniejsze radary, radionamierniki i sonary, bomby głębinowe i miotacze granatów przeciwpodwodnych, samonaprowadzające torpedy – ta potężna siła, która wiosną 1943 pokonała niemieckie „wilcze stada” i przegnała je z Północnego Atlantyku, teraz została wysłana przeciwko marnej szóstce U-Bootów. Na skutki nie trzeba było czekać długo.

15 kwietnia sonary niszczycieli eskortowych USS „Stanton” i USS „Frost” z grupy bojowej lotniskowca USS „Croatan” wytropiły pierwszą zwierzynę. Po salwie z miotacza „Jeż”, pod wodą następuje silna eksplozja, a na powierzchnię wypływają liczne szczątki. Po wojnie uzna się, że tak wyglądała śmierć U-1235 i jego całej załogi.

Już 16 kwietnia, ale tylko parę godzin później i zaledwie kilka mil dalej na południe, te same okręty nawiązują kontakt z następnym podwodnym celem. Po pierwszej salwie „Jeża” U-Boot – czyżby uszkodzony? – wynurza się, by jednak po chwili znów skryć się pod wodą. Ale po czterech dalszych godzinach polowania, grad bomb głębinowych i granatów „Jeża” przynosi wreszcie efekt w postaci ciężkiej, podwodnej eksplozji. Zaraz też na powierzchni oceanu rozlewa się duża plama ropy. Koniec U-880?

22 kwietnia jego los dzieli U-518. Nowy kontakt sonarowy – tym razem uzyskują go niszczyciele „Carter” i „Neal A. Scott”, i znowu leci przed dzioby salwa pocisków „Jeża”, po czym głębinami raz jeszcze wstrząsają podwodne eksplozje, a w hydrolokatorach niknie akustyczne echo.

24 kwietnia tonie U-546, dosłownie zaszczuty przez ósemkę amerykańskich niszczycieli. Tropią go one z tym większą zawziętością, że Niemiec dopiero co storpedował i zatopił ich bratni okręt USS „Frederick C. Davis”, który po trafieniu akustyczną torpedą zatonął z wielkimi stratami wśród załogi. U-546 zostaje zmuszony do wynurzenia, po czym idzie na dno. Tym razem część załogi wraz z dowódcą, Paulem Justem, zostaje wzięta do niewoli.

Dwa ocalałe z pogromu okręty – U-805 i U-858 – poddały się po kapitulacji Niemiec i pod eskortą zawinęły do Portsmouth w stanie New Hampshire. Na żadnym z nich nie znaleziono śladu po rzekomych pociskach rakietowych czy ich wyrzutniach. Również i z jeńców U-546 nie wydobyto żadnych zeznań potwierdzających istnienie rakiet. Okręty grupy „Seewolf” rzeczywiście okazały się takimi samymi U-Bootami, jak setki innych.

Czyżby ową amerykańską pływającą potęgę skierowano do walki z urojonym zagrożeniem!?

Prawda może być dużo bardziej skomplikowana. Fakt, iż na wziętych do niewoli jednostkach nie wykryto rakiet ani ich wyrzutni, wcale nie przesądza o tym, że takowe nie istniały.

U-Booty i rakiety

Niemcy stosunkowo wcześnie zainteresowali się możliwością wystrzeliwania pocisków rakietowych z okrętów podwodnych. Już w 1942 roku przeprowadzali eksperymenty z odpalaniem rakiet z zanurzonego okrętu podwodnego. Do ośrodka doświadczalnego w Peenemünde nad Bałtykiem przydzielono U-511. Dowódcą tego okrętu był kapitan Friedrich Steinhoff, brat doktora Ernsta Steinhoffa, jednego z najważniejszych współpracowników Wernhera von Brauna. Testowane rakiety były zwyczajnymi pociskami krótkiego zasięgu, stosowanymi dość szeroko przez wojska lądowe Wehrmachtu. Miały służyć U-Bootom do obrony przed atakiem tropiących je eskortowców, ewentualnie też do ostrzału alianckich instalacji nadbrzeżnych (np. w rodzaju rafinerii na wyspach Karaibów). W porównaniu z rozwijanymi w Peenemünde programami sięgającymi już bez mała Kosmosu, pociski te mogły więc wydawać się wręcz prymitywne i zupełnie nie warte zachodu. A jednak doświadczenia z nimi dowiodły, iż odpalenie rakiety z zanurzonego U-Boota jest możliwe.

Eksperymentalne wystrzelenie rakiety z zanurzonego U-511

Koncepcja zastosowania okrętu podwodnego jako platformy startowej dla latającej bomby V-1 nie wyszła poza stadium projektowania. Natomiast próba połączenia U-Boota z pociskiem balistycznym A-4 (V-2) doczekała się bardzo oryginalnego rozwiązania. Zaproponowano otóż, by nie instalować potężnej wyrzutni na samym okręcie podwodnym, tylko wykorzystać go do jej holowania. Projekt ten (kryptonim „Prüfstand XII” znany również jako „Kamizelka ratunkowa”) przewidywał zbudowanie pływającego silosu dla rakiety. Silos ten przypominał kształtem ogromną torpedę. Jego długość wynosiła 30 metrów, wyporność nawodna 355 ton, a podwodna około 550. Dziób mieścił rakietę V-2. Oprócz tego, silos zawierał pomieszczenia dla obsługi startowej, niezbędne oprzyrządowanie, paliwo dla rakiety i części zamienne. Nie posiadał własnego napędu i miał być holowany przez U-Boota. Przewidywano, że nowoczesna jednostka Typu XXI będzie mogła holować nawet trzy takie silosy z maksymalną prędkością 12 węzłów, przy jednym silosie prędkość wzrastałaby aż do 17 węzłów. Po dotarciu na pozycje ogniową zmieniano położenie wyrzutni z horyzontalnej na wertykalną – czyli zatapiano część zbiorników balastowych, zanurzając w ten sposób rufę i unosząc dziób do pionu. Trzyosobowa obsługa, przebywająca dotychczas na pokładzie okrętu podwodnego, przechodziła do wyrzutni i przygotowywała rakietę do odpalenia. Następnie powracała na pokład U-Boota i stamtąd zdalnie inicjowała start pocisku.

Tak to miało wyglądać: holowana przez U-Boota Typu XXI rakieta A-4 (V-2)przed odpaleniem

Ponoć nie potrafiono poradzić sobie z jednym, ale kluczowym zagadnieniem – „dowiązaniem topograficznym wyrzutni”, czyli dokładnym określeniem jej położenia w chwili odpalenia rakiety. Bez tego nie ma mowy o jakimkolwiek celowaniu czy naprowadzaniu pocisku. Z uwagi na fakt, że projekt „Prüfstand” miał posłużyć do ataku na miasta Ameryki Północnej, niepowodzenie w tej jednej, jedynej kwestii powinno go dyskwalifikować. Niemcy, nie posiadając systemu nawigacyjnego pozwalającego określić dokładną pozycję okrętu przebywającego u amerykańskich wybrzeży, powinni więc zrezygnować z nierealnego pomysłu.

Mimo to do produkcji pływających wyrzutni przystąpiono!

Pod koniec 1944 roku stocznia Schichau w Elblągu rozpoczęła budowę jednej z nich, być może prototypu. 11 grudnia 1944 w Peenemünde odbyła się narada sztabu specjalistów z udziałem generała Rossmanna, doktora Dickmanna – dyrektora szczecińskiej stoczni Vulkan i dyrektora zakładu konstrukcyjnego rakiet A-4 Riedla. Zapadła tam decyzja o podjęciu produkcji kilku podwodnych silosów. Stocznia Vulkan miała dostarczyć je do 25 marca 1945 roku.

Można chyba zaryzykować wniosek, że rozwiązano zatem jakoś problem „dowiązania topograficznego”. Że Niemcy rzeczywiście przygotowywali się do ataku…

Przy okazji warto jeszcze zatrzymać się chwilę przy postaci doktora Ernsta Steinhoffa, którego brat uczestniczył – jak pamiętamy – w pierwszych doświadczeniach z wystrzeliwaniem rakiet z U-Boota. Uczony ten był jednym z najstarszych i najcenniejszych współpracowników von Brauna, pod względem znaczenia ustępując jedynie dr Thielowi, specjaliście od konstrukcji silników. Steinhoff odpowiadał za sterowanie rakiet, kierowanie z zewnątrz i telemetrię. Krótko mówiąc – za to, by rakietę można było skutecznie wycelować.

Szpiedzy tacy jak Niemcy…

Nocą 29 listopada 1944 w odludnej zatoce u brzegów stanu Maine wynurzył się okręt podwodny. Od burty odbiła niewielka tratwa. Gdy dotarła do kamienistej plaży, wysiadło z niej czterech mężczyzn. Dwóch było cywilami odzianymi w szare płaszcze, dwaj pozostali nosili marynarskie mundury. Ci ostatni nie zabawili na lądzie długo. Podali towarzyszom ich bagaże, unieśli wyprostowane ręce w charakterystycznym salucie, po czym wskoczyli z powrotem na ponton i powiosłowali w stronę okrętu. Na pokładzie oczekiwano z niecierpliwością. Zaraz po ich powrocie U-1230 skierował się w stronę otwartego morza.

W ten sposób przybyła do USA para dość kontrowersyjnych niemieckich agentów: Erich Gimpel i William C. Colepaugh. Ten pierwszy, Niemiec, miał już za sobą kilka ładnych lat praktykowania w szpiegowskim rzemiośle. Drugi był Amerykaninem, który w swoim czasie uległ fascynacji potęgą III Rzeszy. Ta fascynacja miała doprowadzić go do ucieczki z USA i uczynić zeń renegata.

Ich nocne lądowanie nie uchodzi niezauważone, jednak szpiegom udaje się zmylić zaalarmowaną FBI. Docierają do Nowego Jorku. Lecz dalsza ich działalność prezentuje się niczym tragifarsa, pełna nieporadności, naiwności i amatorstwa. Niczym w komediowym filmie agentów zdradzają szczegóły stroju czy zachowanie. Czas jakiś szukają lokalu, gdyż zainstalować radio mogą tylko w budynku nie zbudowanym z żelbetu. Tylko, że owego radia tymczasem nie mają, Gimpel musi sam je sobie zbudować przerabiając nabyty radioodbiornik. W zasadzie wie jak, ale obok niezbędnych do tego przyrządów i części elektronicznych dla pewności kupuje podręcznik mający ułatwić mu zadanie. Agenci posiadali wprawdzie odpowiednie instrukcje, lecz zmniejszone do rozmiarów mikrofotografii. Teraz nie potrafią ich odczytać, albowiem nie chciało im się zabierać z pokładu U-Boota mikroskopu (ważącego przecież aż cztery kilogramy!). I tak dalej, i tym podobnie… Komedia. Niemniej szpiegom żyje się nieźle, bowiem SD zaopatrzyła ich hojnie w dolary, a restauracji i kabaretów jest przecież w Nowym Jorku niemało. Przepuszczają więc w nich po 100 dolców dziennie, nie absorbując się zbytnio swą szpiegowską robotą. Ale koniec tej „spy story” jest groteskowy – Colepaugha nachodzą wreszcie wyrzuty sumienia i po raz kolejny postanawia zmienić drużynę. Sam oddaje się w ręce FBI, po czym wystawia swego towarzysza. Ten, mimo zniknięcia kompana wyjątkowo niefrasobliwy, rzeczywiście wpada kilka dni później. Chociaż na przesłuchaniach obydwaj szpiedzy okazują się nadzwyczaj chętni do współpracy, nie poprawia to ich sytuacji. I tak staną przed sądem, który wymierzy im wyroki śmierci. Niemniej – ułaskawieni przez prezydenta Trumana – przeżyją.

Tak w skrócie prezentuje się oficjalna wersja wydarzeń. Lecz istnieją fakty zakłócające spójność tego obrazu.

Jak należy rozumieć fakt, iż agenci, z takim nakładem sił umieszczeni w USA, okazali się aż tak niewydarzeni? I co właściwie było zadaniem tych nieudacznych (tak przynajmniej wygląda) szpiegów? Z ich zeznań wynikało, że misja, której pomysł zrodził się w niemieckim MSZ, początkowo polegać miała na rozpoznaniu nastrojów społecznych w USA w przededniu wyborów prezydenckich. W miarę postępów przygotowań do niej, agentów wdrożono do zbierania informacji i danych technicznych dotyczących amerykańskiego uzbrojenia, jego produkcji i stosowanych w nim technologii. Mieli się przy tym posługiwać metodami „białego wywiadu” (czyli korzystać z powszechnie dostępnych źródeł), a zdobyte informacje przekazywać do Niemiec przez radio lub za pomocą metody mikrofotografii. Tego rodzaju zadania z czasem zdominowały właściwie całość misji, a o pierwotnym jej celu w zasadzie zapomniano. W późniejszych, wydanych sporo po wojnie wspomnieniach Colepaugha pojawia się jednak następny motyw: jakoby on i Gimpel otrzymali zadanie wykradzenia amerykańskich tajemnic atomowych. Lecz nie koniec na tym: jeden z historyków dogrzebał się całkiem niedawno wersji, jakoby Colepaugh i Gimpel zdradzili przesłuchującym ich oficerom kontrwywiadu, iż Niemcy planują przeprowadzić atak na Nowy Jork za pomocą rakiet wystrzelonych z U-Bootów (to te m.in. zeznania zaalarmowały Amerykanów i doprowadziły do opisanego polowania na okręty grupy „Seewolf”). Jak widać, jest sporo w tym wszystkim sprzeczności… Kilku szczegółom warto więc przyjrzeć się ponownie.

Jak wspomniano, agenci sami zrezygnowali z zabrania z pokładu U-Boota mikroskopu. Bez niego nie byli w stanie wykonywać mikrofotografii, z pomocą których mogliby przesyłać do Niemiec zakamuflowanych, dużych objętościowo informacji, np. zdobytych opisów technicznych. Można stąd wysnuć wniosek, że ich główne z pozoru zadanie było stosunkowo mało ważne, że naprawdę powierzono im odmienną i ważniejszą misję.

Szpiedzy, gdy już znaleźli odpowiednią dla nawiązania łączności radiowej siedzibę, w zasadzie przestali się zajmować pracą wywiadowczą. Oddając się uciechom życia w wielkim mieście jakby zapomnieli, po co właściwie przerzucono ich do USA. A może nie zapomnieli? Może zwyczajnie nie mieli nic innego do roboty? Przynajmniej na razie? Tak to przecież bywa ze „śpiochami” – agentami, którzy czekają na uaktywnienie dopiero w odpowiedniej chwili.

Czy przerobione ze zwyczajnego odbiornika radio może dysponować na tyle wielką mocą, by pozwolić na nawiązanie kontaktu z Niemcami? Radionadajniki o zasięgu tysięcy kilometrów, za pomocą których nieliczni szpiedzy III Rzeszy na zachodniej półkuli kontaktowali się z krajem, miewały dosyć sporych rozmiarów anteny nadawcze, które trzeba było odpowiednio kamuflować. W Nowym Jorku zamaskowanie ich wydaje się problematyczne. Moc radia konstruowanego przez Gimpela miała wprawdzie wynosić 80 watów (moc standardowych radionadajników używanych przez niemieckich agentów – 10 watów), ale czy bez odpowiedniej anteny byłby to aparat na tyle silny, że zapewniłby łączność z drugą stroną Atlantyku?

Czy zatem na pewno był to radionadajnik? Jeżeli nie, to co?

Mogło to być urządzenie naprowadzające lub nawigacyjne. Umożliwiające owo „dowiązanie topograficzne wyrzutni”, przyholowanej przez U-Boota na odległość kilkuset kilometrów od Nowego Jorku. Coś, z czym Niemcy rzekomo nie mogli sobie poradzić, a pomimo czego przystąpili przecież do realizacji projektu „Prüfstand XII”.

Przystąpili, ponieważ problem rozwiązano.

Oto główne, prawdziwe zadanie Gimpela i Colepaugha.

Pfadfinder

Oczywiście takiego, siłą rzeczy skomplikowanego urządzenia, nie zbuduje byle kto – pierwszy lepszy laik czy nawet pobieżnie przeszkolony amator nie da sobie z tym rady. Tyle tylko, że jeden z niemieckich szpiegów bynajmniej nie był „byle kimś”.

Urodzony w Merseburgu Erich Gimpel po ukończeniu szkoły średniej studiował fizykę wysokich częstotliwości. Po studiach zajmował się projektowaniem transformatorów prądu elektrycznego, a w 1935 r. podjął pracę w peruwiańskiej filii firmy „Telefunken”. W Peru związał się z niemieckim wywiadem. Do kraju powrócił w sierpniu 1942. Do lipca 1943 pracował w Hamburgu, zajmując się projektowaniem nadajników radiowych. Później powierzono mu misję zdobycia lamp radiowych z rozbitych na terenie Hiszpanii samolotów alianckich (która się nie powiodła). Od lutego 1944 przebywał w Berlinie, gdzie tłumaczył z hiszpańskojęzycznej prasy artykuły techniczne o tematyce aeronautycznej. W międzyczasie opracował plan ataku powietrznego na śluzy Kanału Panamskiego za pomocą bombowców Ju-87, przewiezionych w rejon celu przez U-Booty. Planu tego nigdy jednak nie wcielono w życie.

O nie, Erich Gimpel stanowczo nie był osobą przypadkową! Przeciwnie – wszystko wskazuje na to, że był wysokiej klasy fachowcem w dziedzinie fal radiowych i ich wykorzystania w dziedzinie aeronautyki. Zważywszy na to, kto zatrudniał go w ostatnim okresie, chodziło o zastosowania militarne.

Jeżeli było możliwe skonstruowanie urządzenia umożliwiającego atak rakietowy pociskami V-2 wystrzeliwanymi z U-Bootów, Erich Gimpel byłby świetnym kandydatem do wykonania tej pracy.


Erich Gimpel – niemeicki szpieg, a zarazem specjalista
w dziedzinie techniki radiowej

Do czego konkretnie miałoby to urządzenie służyć?

A-4 (czyli V-2) była rakietą balistyczną. Mimo to kierowano nią za pomocą fal radiowych, lecz tylko w początkowej fazie lotu. W naprowadzaniu jej na odpowiednią trajektorię pomagała wiązka sterująca „Leitstrahl”, służąca do korygowania ewentualnych odchyleń toru lotu. System ten działał tylko w pierwszych sekundach po starcie rakiety i opierał się na nadajnikach umieszczonych w rejonie wyrzutni, na jednej linii pomiędzy pociskiem a jego celem.

Czyli, jak widać, nie ma to żadnego związku z urządzeniem montowanym przez Gimpela. V-2 nie była pociskiem sterowanym czy manewrującym, poruszała się po trajektorii balistycznej. O jakimkolwiek naprowadzaniu pocisku w końcowej fazie lotu nie mogło być mowy.

W grę wchodzi za to druga możliwość: aparat skonstruowany przez Gimpela mógł stanowić urządzenie nawigacyjne, pozwalające na precyzyjne określenie pozycji podwodnej wyrzutni.

Czy Niemcy w 1945 roku posiadali systemy służące do tego celu? Na to pytanie można odpowiedzieć twierdząco. Niemcy posługiwali się takimi urządzeniami i to od dosyć dawna; używała ich Luftwaffe.

Systemy te służyły do odszukiwania celów nocnych bombardowań i było ich kilka. Stosowano je np. podczas „Blitzu” nad Anglią. Działanie pierwszego z nich, zwanego „Knickebein”, było dosyć skutecznie zakłócane przez Brytyjczyków. W sierpniu 1940 roku Niemcy wprowadzili więc dwa nowe: X-Gerät oraz Y-Gerät. Skupmy się na tym ostatnim.

Stacja naziemna systemu Y-Gerät wysyłała dwa sygnały: prowadzący bombowiec w określonym kierunku oraz dodatkowy, który był odbierany i odsyłany przez aparaturę, w którą wyposażono samolot. Pozwalało to na określenie odległości maszyny od stacji nadawczej. Gdy odległość ta osiągała zamierzoną (czyli gdy samolot znajdował się nad celem), otrzymywał rozkaz zrzutu bomb.

Na podobnej idei można oprzeć działanie systemu, który umożliwi określenie położenia pływającej wyrzutni rakiet V-2. Agenci wcześniej instalują swe urządzenie i mają wystarczająco wiele czasu, by dokładnie ustalić jego współrzędne geograficzne. Najprościej umieścić je w samym Nowym Jorku (gdziekolwiek na jego obszarze, wszak chodzi o TRAFIENIE W WIELKIE MIASTO!), lecz niekoniecznie (byle obsługa wyrzutni wiedziała, gdzie – ale czasu jest dosyć, więc taką wiadomość można uprzednio przekazać). Urządzenie emituje sygnał, który zostaje odebrany przez U-Boota. Aparatura na pokładzie okrętu podwodnego wysyła wówczas własny sygnał, który jest retransmitowany przez nowojorski nadajnik. Niemcy uzyskują w ten sposób namiar na punkt, w którym znajduje się stacja naprowadzająca oraz swą odległość od niego. Ustalenie kierunku, w jakim należy wystrzelić rakietę, oraz dystansu, jaki ma ona przelecieć, jest już tylko niezbyt trudnym sprawdzianem z fizyki. Później pozostaje jedynie zaprogramować żyrokompasy pocisku…

Nie mamy niestety dowodów na to, że Erich Gimpel kiedykolwiek zetknął się z niemieckim programem rakiet balistycznych i jego twórcami, z Wernherem von Braunem, Ernstem Steinhoffem czy innymi. Mimo to nie sposób nie dostrzec, że w jego osobie zbiega się kilka istotnych wątków. Człowiek ten był specjalistą od nowoczesnej techniki radiowej i jej zastosowania w lotnictwie bojowym. Jego nazwisko historycy wymieniają w związku z grupą „Seewolf”. Pamiętajmy również, że wcześniej planował nieszablonową operację z wykorzystaniem U-Bootów. W dodatku był wszechstronnie przeszkolonym agentem wywiadu. Nie byłoby więc nic dziwnego w tym, iżby to on sam, a nie któryś z inżynierów zespołu von Brauna (doktora Steinhoffa nie wyłączając) okazał się autorem nakreślonego powyżej rozwiązania. A nawet jeżeli nie – stanowił idealnego kandydata na jego wcielenie w życie.

W ten sposób Gimpel, który w towarzystwie Colepaugha (i cokolwiek dzięki niemu, gdyż to Amerykanin stanowił najsłabsze ogniwo zespołu, a może i całego planu) przeszedł do historii jako szpieg dosyć karykaturalny, może okazać się kimś zupełnie innym. Tym, który miał być forpocztą niemieckiego ataku na Wschodnie Wybrzeże USA, dalekim pierwowzorem żołnierza sił specjalnych określającego cel dla współczesnych nam, „inteligentnych” pocisków.

Pfadfinderem.


Dom przy Beekman Street 39 w Nowym Jorku,
w którym zamieszkali Gimpel i Colepaugh.
(fot. Marcin Cinek)

Podwodne zagadki

Czy cokolwiek może wskazywać na to, że podwodne wyrzutnie rakiet wyruszyły ku brzegom USA? Również i na to pytanie możemy udzielić twierdzącej odpowiedzi.

Jak pamiętamy, koniec większości U-Bootów należących do grupy „Seewolf” był podobny, znaczony wielką eksplozją w głębinach. Nie odgłosami wydawanymi przez miażdżony ciśnieniem wody kadłub i pękające grodzie. Wybuchami. Nic więc dziwnego, że Amerykanie uznali to za widomy dowód przewożenia przez U-Booty pocisków V-2. One miały być przyczyną eksplozji. Wątpliwości pojawiły się z chwilą, gdy w amerykańskie ręce dostały się U-805 i U-858. Jak wspomniano, nie było na nich śladu po rzekomych wyrzutniach. Teraz, gdy wiemy już jak miałyby wyglądać, czym w gruncie rzeczy były same wyrzutnie?

Okręty podwodne mogły je holować. Być może amerykańskie hydrolokatory wykrywały te właśnie wyrzutnie. A nawet jeżeli nie, jeżeli obiektem ataku był ich „okręt-matka”, to dowódca takiego tropionego U-Boota mógł wydać rozkaz pozbycia się kłopotliwego „balastu”. Może zresztą wzięto pod uwagę i taką możliwość, zaopatrując wyrzutnie w ładunki samoniszczące, detonowane w razie najwyższego zagrożenia.

Następną poszlaką, którą winniśmy wziąć pod uwagę, są okoliczności zatopienia okrętów uznanych za U-1235 i U-880. Jednostki grupy „Seewolf” tworzyły linię długości 160 mil. W takim razie, co robił drugi okręt, rzekomo U-880, niemal dokładnie w miejscu zatopienia U-1235 i krótko po tym fakcie? Czy nie był to aby „okręt-matka” zniszczonej właśnie podwodnej wyrzutni, a nie następny U-Boot? Dziwne jest również i to, że po ataku „Jeżem” okręt ten wynurzył się na krótko, by zaraz później zniknąć z powierzchni morza ponownie i tym razem definitywnie. Tak właściwie, to po trafieniu pociskiem „Jeża” okręt podwodny powinien mieć w kadłubie dziurę na tyle dużą, że z miejsca poszedłby na dno. Skoro jednak jakimś cudem wypłynął, tylko szaleniec usiłowałby jeszcze się na nim zanurzać. Załogi ciężko uszkodzonych U-Bootów, zmuszonych do wynurzenia i osaczonych na powierzchni, z reguły opuszczały swe jednostki – załoga tej najwyraźniej nie próbowała tego uczynić. Dlaczego?

To kolejne z długiego szeregu pytań dotyczących charakteru i przebiegu najbardziej chyba tajemniczego rejsu U-Bootów podczas II Wojny Światowej.

Tajemnica kapitana Steinhoffa

To już ostatni kawałek układanki, tym dziwniejszy, że choć nie pasujący do żadnego z dotychczasowych, to przecież wydający się zawierać fragment tego samego obrazu. Jaki?

17 maja 1945 do Portsmouth w stanie New Hampshire wszedł na holu niemiecki okręt podwodny U-873. 20 maja dowódca U-Boota popełnił samobójstwo w bostońskim więzieniu. Dowódcą tym był… Friedrich Steinhoff, brat jednego z najważniejszych konstruktorów niemieckich rakiet balistycznych, ten sam, który w roku 1942 uczestniczył w pierwszych próbach wystrzeliwania pocisków rakietowych z U-Bootów.

Rodzą się więc nowe pytania.

Czy to zbieg okoliczności, że oficer zaangażowany w niemiecki program rakietowy, w ostatnich tygodniach wojny znalazł się na U-Boocie działającym u wybrzeży Ameryki?

U-873 nie był zwykłym, uderzeniowym okrętem podwodnym. Wcześniej przebudowano go na jednostkę transportową, później przystosowano do pełnienia roli pomocniczego zbiornikowca. Na czym polegała jego misja?

U-873 skapitulował 11 maja. Do Portsmouth dotarł po tygodniu i na holu. Po pierwsze, trwało to długo. Po drugie, holowanie U-Bootów, które skapitulowały, nie było jakąś regułą. Czyżby Amerykanie czegoś się obawiali?

Ostatnie pytanie narzuca się samo: dlaczego Steinhoff odebrał sobie życie? (Nawiasem mówiąc, okoliczności śmierci Friedricha Steinhoffa dały podstawy do wysnucia teorii, usiłującej wyjaśnić charakter jeszcze innego tajemniczego rejsu U-Bootów. Tylko, że to już w zasadzie zupełnie odrębna historia.)

Udział wzięli?

Przyjmijmy, że niemiecka próba ataku rakietowego na USA naprawdę byłaby planowana. Kto wówczas kierowałby przygotowaniami i przeprowadzeniem tego rodzaju operacji? Kto wiedziałby o niej najwięcej? Oto kilka propozycji:

– Albert Speer. Minister przemysłu zbrojeniowego, ten który zapowiedział przecież atak rakietowy na USA. Gdyby go rzeczywiście planowano i przygotowywano środki do jej realizacji, Speer z pewnością byłby jedną z najlepiej poinformowanych w tym zakresie osób. Jednak w swoich wspomnieniach, skądinąd pełnych fascynujących szczegółów, nawet się nie zająknął o całej sprawie.

– Wernher von Braun i Ernst Steinhoff. Ojcowie niemieckich rakiet balistycznych, którzy po wojnie znaleźli się w USA i tam kontynuowali swe prace. Zapewne i oni sporo mogliby powiedzieć. Mogliby – ale nigdy tego nie uczynili.

– Hans Kammler. Wysokiej rangi oficer SS nadzorujący m.in. budowę rakiet balistycznych, ich produkcję i wykorzystanie bojowe. Jemu też podlegał zespół von Brauna. Niewykluczone, że to Kammler zaaranżował przejęcie tej grupy uczonych przez Amerykanów. W ostatnich dniach wojny zaginął po nim ślad.

– skoro Kammler, czyżby więc i… jego szef? Szefem tym był Reichsführer SS Heinrich Himmler. I rzeczywiście, Himmler przejawiał wielką fascynację ideą zaatakowania Nowego Jorku rakietami z U-Bootów. Pisze o tym w swych pamiętnikach Otto Skorzeny, sławny dowódca jednostek specjalnych SS.

– Admirał Hans von Friedeburg. Jeden z najbliższych współpracowników admirała Dönitza, wówczas dowódca U-Bootwaffe, a niedługo już ostatni głównodowodzący Kriegsmarine, który 23 maja 1945 popełnił samobójstwo. Friedeburg był powiązany z Himmlerem, którego w swoim czasie wprowadził w kręgi wysokich stopniem oficerów.

– Wreszcie wchodzi w grę sam admirał Karl Dönitz, w tym czasie kierujący marynarką wojenną, a niedługo później następca Hitlera i ostatni Führer III Rzeszy. O programach rakiet balistycznych wiedział sporo. Zachowały się np. jego fotografie z wizytacji ośrodka w Peenemünde. Był entuzjastą nowych broni, w które można by wyposażyć U-Booty. Próżno jednak szukać i w jego pamiętnikach choćby wzmianki o rakietach czy grupie „Seewolf”.

Związku misji Gimpela i Colepaugha z operacją „Seewolf” również nie można udowodnić. Zdaję sobie sprawę, że wiele w tym opracowaniu domysłów i spekulacji, że na jego podstawie trudno byłoby wygrać przed sądem.

Może więc próba ataku rakietowego na USA to rzeczywiście mit? Tak w każdym razie przyjmują historycy. W świetle publicznie dostępnych informacji, nawet dziś nie można tego udowodnić. Choć szereg faktów skłania do zastanowienia, czy jest to wystarczająca podstawa, by wątpić w oficjalną wersję wydarzeń? A ta głosi, że cała historia była niczym więcej, tylko propagandowym bluffem, że Amerykanie przestraszyli się zagrożenia, które nigdy nie istniało.

Czy było tak na pewno i do końca? Chyba jednak nie, bo pewne jest właściwie tylko jedno: że wciąż wszystkiego nie wiemy.


Wśród wizytujących ośrodek rakietowy w Peenemünde był Grossadmiral Karl Dönitz


2018 : epilog z Jamesem Bondem

Jakież było me zdziwienie, gdy w ostatnich dniach grudnia 2018 roku, czytając powieść „Moonraker” Iana Fleminga (czyli trzeci tom przygód Jamesa Bonda z 1955 roku, poza tytułem bardzo niewiele mający wspólnego z filmem, w którym agenta 007 gra Roger Moore), natrafiłem w niej na motyw analogiczny do przedstawionego w artykule. Otóż czarne charaktery z „Moonrakera”, skądinąd zakamuflowane niedobitki fanatycznych niemieckich nazistów, instalują w sąsiedztwie pałacu Buckingham urządzenie radiowe, mające naprowadzić na centrum Londynu rakietę z głowicą atomową. Innymi słowy, czynią coś nad wyraz podobnego do tego, na czym – jak dowodziłem – polegała misja Gimpela i Colepaugha w Nowym Jorku. Nie koniec na tym. Kiedy powodowany czystą ciekawością sprawdziłem (nie mam pojecia, dlaczego dopiero teraz), gdzie mieści się kamienica, w której zagnieździli się niemieccy agenci, by zmontować tam swój tajemniczy nadajnik, odkryłem, że Beekman Street 39 to praktycznie centrum Dolnego Manhattanu, mniej więcej w pół drogi między New World Trade Center a Brooklyn Bridge. Krótko mówiąc, jest to punkt celowania bliski ideału…

Przy okazji aż zastanowił mnie fragment innej powieści o agencie 007, „Żyj i pozwól umrzeć”, w którym Bond, przyjechawszy na Manhattan w towarzystwie agenta CIA, zwraca się doń słowami „Przykro mi to mówić, ale to musi być najsmakowitszy cel dla bomby atomowej na całej powierzchni globu”.

Na koniec warto dodać, że Ian Fleming podczas II wojny światowej był oficerem wywiadu brytyjskiej marynarki wojennej i jako taki uzyskał dostęp do wielu tajemnic. Swoje doświadczenia oraz wiedzę z tego okresu życia spożytkował później w twórczości literackiej. Czyżby więc i wątek naprowadzania niemieckiej rakiety był silnie przetworzoną, ale jednak o autentycznym pochodzeniu historią?!

„Moonraker” Iana Fleminga. Fabuła tej książki może kryć ziarno prawdy. (fot. jhcrawshaw /Flickr)

Pomysł relacji na żywo z przebiegu pierwszej wojny światowej mógł wydawać się szalony. I to jeszcze na Twitterze, czyli mikroblogu, który do niedawna umożliwiał użycie co najwyżej 140 znaków w jednym wpisie (teraz można dwa razy więcej). Komu by się chciało? Mnie się chciało. Ponad cztery lata. Dzień po dniu.

A wszystko zaczęło się od Sherlocka Holmesa. Ściślej zaś mówiąc, od doskonałego serialu BBC „Sherlock”, którego twórcy umieścili genialnego, ekscentrycznego detektywa wszech czasów w naszym zinformatyzowanym świecie XXI wieku. Świecie internetu i wszechobecnej telewizji, social mediów, mobilności, zasięgów i newsów oraz fake newsów, pędzących z prędkością światłowodu i sygnału satelitarnego. To właśnie Holmes, postać wykreowana przez Arthura Conana Doyle’a w wiktoriańskiej Anglii sprzed ponad wieku, tyle że teraz ze smartfonem w ręce, zainspirował mnie, by opisać wojnę, jaka położyła kres tamtej epoce, przy pomocy nowoczesnego medium, jakim jest Twitter. Nawiasem mówiąc, fani Sherlocka Holmesa wiedzą, że z pierwszą wojną światową naprawdę wiąże go coś szczególnego. Sensacyjną fabułę ostatniego opowiadania o swoim przesławnym detektywie Arthur Conan Doyle osadził w 1914 roku, w momencie, gdy Anglia i Niemcy są już na krawędzi wojny.

Sherlock Holmes, poza tym, że zainspirował cały projekt, pojawił się też w nim parę razy. M.in. 5.02.2015 r.

Rok 2014. Sarajewo

Zacząłem od starannego zaplanowania zamachu w Sarajewie. I tak nadszedł 28 czerwca 2014. Od początku relację wykoncypowałem sobie jako prowadzoną w teraźniejszości, a o ile to tylko możliwe – na bieżąco. I to chwyciło! Kilkadziesiąt tweetów tamtego letniego przedpołudnia (których kulminacją było „Arcyksiążę Franciszek Ferdynand zastrzelony! NASTĘPCA TRONU NIE ŻYJE!!!”) wzbudziło na Twitterze niezłą burzę. Przez lipiec budowałem napięcie, podczas gdy kryzys międzynarodowy nabrzmiewał i w końcu eksplodował wojną. Gdy zaś nastał Der Tag – z dawna wyczekiwany przez niemieckich sztabowców dzień uruchomienia ich wypieszczonych wojennych planów, emocje bynajmniej nie opadły. Na Francję ruszył miażdżący wszystko na swej drodze taran niemieckiej ofensywy. Parł do przodu przez cały sierpień, nim został powstrzymany nad Marną. Decydująca bitwa w historii świata rozpoczęła się bez mojego udziału. Była sobota 6 września i podczas gdy ja wspinałem się w jurajskich skałkach, generałowie Joffre, Foch i von Kluck tweetowali w najlepsze to, co zaplanowałem im w TweetDecku (nieoceniona aplikacja dla użytkowników Twittera) przed moim wypadem pod Kraków (metodę tę stosowałem z powodzeniem wielokrotnie).

6.09.2014. Świetnie pamiętam tę wrześniową sobotę w rozgrzanych słońcem skałkach podkrakowskich, kiedy od czasu do czasu zerkałem tylko na telefon, by śledzić, jak toczy się drobiazgowo zaplanowana batalia na TT.

Churchill i inni

Od tego też czasu na profilu @WielkaWojna zaczęli tweetować jej bohaterowie oraz gazety z epoki. Korzystając z pamiętników, dzienników, biografii i i przebogatych zbiorów cyfrowych archiwów, oddałem głos ludziom tamtych dni. Politykom (z Winstonem Churchillem na czele), prostym żołnierzom (byli wśród nich gefrajter Adolf Hitler i doktor Felicjan Sławoj Składkowski, legionista). Ich słowami wydarzenia sprzed 100 lat wybrzmiały na nowo i zadziwiająco współcześnie. A zupełnie już niepowtarzalny klimat tworzyły prasowe komunikaty z frontów.

Dziennikarz, polityk, pisarz, żołnierz, wizjoner. Z wszystkich moich narratorów Churchill tweetował najczęściej i to o niejednym kluczowym wydarzeniu, jak np. przerwanie się niemieckiego krążownika „Goeben” do Turcji, bitwa o Dardanele czy bitwa nad Sommą. Półgębkiem wspominał o złamaniu niemieckich kodów i o swojej roli w wynalezieniu (nie wiedzieli Państwo?) czołgu. Z jego punktu widzenia można też było śledzić dramatyczną obronę Antwerpii, której był naocznym świadkiem. Tak tweetował 15.09.2016.

Na krańcach oszalałego świata

Pierwszą wojnę światową da się opisać w trzech krótkich zdaniach. Padły one już po niespełna dwóch latach jej trwania, w maju 1916 roku. Jeszcze trwała hekatomba pod Verdun, pola śmierci nad Sommą spłynąć dopiero miały krwią całej generacji. Wtedy właśnie na drugim końcu świata, w Antarktyce, brytyjski podróżnik i badacz Ernest Shackleton dotarł do stacji wielorybniczej na wyspie Georgia Południowa. Jego statek „Endurance” podniósł żagle w angielskim porcie 1 sierpnia 1914, gdy płomień wojny w Europie dopiero się rozpalał. W październiku 1915 kadłub „Endurance” zmiażdżyły lody. Członków ekspedycji czekała desperacka walka o przetrwanie. Shackleton podjął rozpaczliwą próbę sprowadzenia pomocy, przeprawiając się z kilkoma swymi ludźmi na wyspę Georgię Południową w niewielkiej łodzi. I udało mu się – niezrównany wyczyn, który sam w sobie przeszedł do historii. Shackleton przez prawie dwa lata odcięty był od świata. Jego pierwsze pytanie do szefa stacji wielorybniczej Grytviken nazwiskiem Sorlle brzmiało „Powiedz, kiedy skończyła się wojna?”. Wtedy Sorlle odparł, że nie skończyła się jeszcze. I wypowiedział owe trzy zdania, które zawierają całą historię Wielkiej Wojny i nawet po upływie wieku mogą przejmować dreszczem: „Zginęły miliony ludzi. Europa oszalała. Świat oszalał”.

1.11.2014. W noc Wszystkich Świętych zaczęła się bitwa na końcu świata. Był też toast chilijskim winem, za pamięć dzielnych ludzi…

Wieści szły przez telegraf

Dziś, w erze wszechobecnych mediów, przywykliśmy do błyskawicznego przepływu informacji. Wielkie wydarzenia – polityczne, sportowe, kulturalne – możemy śledzić na żywo, z opóźnieniem wręcz niezauważalnym w skali globu. Selfie zdobywcy najbardziej choćby niedostępnego szczytu Ziemi ma szanse błyskawicznie trafić na wyświetlacze telefonów po drugiej stronie świata. Stwierdzenie, że w latach 1914-1918 było inaczej, trąci trochę banałem, niemniej lepiej o tym pamiętać. Nie było telewizji ani internetu (w związku z czym o mediach społecznościowych nikomu nawet się nie śniło), telefonem dysponowali nieliczni, raczkujące radio służyło głównie wojskowym, politykom, biznesmenom. No i dziennikarzom, których (te typy tak mają) szybko zafascynowały możliwości stwarzane przez nową technologię, jaką był telegraf bez drutu (tak z początku nazywano radio). Niemniej przez długie jeszcze lata korzystali z tradycyjnego telegrafu. Nie darmo wszak powstałą w 1918 roku pierwszą państwową agencję prasową odradzającej się Polski ochrzczono Polską Agencją Telegraficzną.

Przepływ informacji był utrudniony, a bywało, że celowo odcinany. Nawet dosłownie. W 1914 Brytyjczycy wyłowili z Atlantyku i przecięli podmorskie kable telegraficzne łączące Niemcy z innymi kontynentami. Odtąd Berlin korzystać musiał z radia (i dlatego przegrał wojnę, ale to już inna historia).

Bitwę pod Skagerrakiem (Jutland dla Brytyjczyków) zilustrował niejeden obraz niemieckiego malarza marynisty Clausa Bergena. Ten urzekł mnie do tego stopnia, że zdobił profil przez ponad dwa lata. O jego symbolice pisałem 17.08.2016.

Kogo wyratowano

Ogółowi pozostawała prasa. Miała ona dużo mniejszy zasięg niż dziś (obecne kłopoty prasy drukowanej z nadwyżką równoważy ekspansja w internecie). Raz, że analfabetyzm był zjawiskiem dosyć jeszcze częstym, a dwa – gazety ukazywały się w miastach i docierały głównie do mieszkańców terenów silniej zurbanizowanych. Przy tym gazety relacjonowały wypadki na frontach z opóźnieniem, na ogół jednodniowym, ale często większym. O morskich bitwach pod Coronelem i Falklandami, czyli na wodach Ameryki Południowej (i to już takich prawie że antarktycznych), obywatele Niemiec dowiadywali się po upływie całych dni. A jeszcze dłużej czekali na informacje o losie swoich krewnych. Na niemieckich krążownikach eskadry admirała von Spee – wprzódy zwycięskiej, na koniec zmiażdżonej przez mściwą Royal Navy, służyło wielu Ślązaków, Wielkopolan i Kaszubów: „Z okrętu »Scharnhorst« nie został nikt wyratowany. Z okrętu »Gneisenau« wyratowani jako nieranni między innymi: Franciszek Marciniak, palacz; Józef Wachowski, majtek; Wilhelm Kopciok (Kopcok), majtek torpedowy; Franc. Kochański, starszy palacz; Ludwik Chudowski (Hudofisky), cieśla; Alfred Pelka, majtek; Jan Machnikowski, palacz. Z okrętu »Nuernberg« wyratowany pomiędzy innymi: Paweł Duplik, palacz. Z okrętów »Baden« i »Santa Isabel« wyratowano wszystkich”. Tego rodzaju komunikaty jednym przynosiły ulgę i radość, innym szok i żałobę. Identycznie byłoby i dziś. Tyle że wtedy wyczekiwano ich przez długie tygodnie, tym dłuższe, że wypełnione obawą i niepewnością o los najbliższych.

Na gazetowe serwisy zawsze można było liczyć, nawet jeżeli w komunikatach sztabów pobrzmiewał czasami Remarque. Tak było 30.11.2014.

Sprawozdania frontowe

Przy tym wszystkim na fakt zadziwiający wręcz zakrawa autentycznie duża swoboda ówczesnej polskojęzycznej prasy na Śląsku oraz w zaborze pruskim i austriackim. Przykładowo, „Kuryer Górnośląski” praktycznie przez cały czas trwania konfliktu drukował nie tylko – co rozumiało się samo przez się – frontowe sprawozdania niemieckiej Kwatery Głównej, ale i analogiczne wynurzenia strony przeciwnej. Z opóźnieniem, bo opóźnieniem (treść ich pozyskiwano z prasy neutralnej – szwajcarskiej, holenderskiej czy szwedzkiej, która nadchodziła po upływie kilku dni), ale jednak! Mimo iż w ostatnich miesiącach wojny najwyższe dowództwo niemieckie, kierując się spóźnioną obawą o morale społeczeństwa, zakazało w końcu tego procederu, trwał on w najlepsze aż do listopada 1918. Nie trzeba dodawać, że podczas następnej wojny, w totalitarnej III Rzeszy, coś takiego byłoby absolutnie wykluczone.

Wojna zryła psychikę przyszłego dyktatora, a mowa nienawiści przychodziła mu łatwo, jak np. 5.02.2015. Gdyby tweetował, pewno miałby, niestety, rzesze followersów.

W mediach budziła się Polska

W pierwszych latach wojny polska prasa zapewniała o lojalności Polaków wobec zaborców. Nie tylko zresztą prasa. Propagandowe afisze rozklejane w Królestwie Polskim propagowały szlachcica-Sarmatę w najlepszej komitywie z carskim żołnierzem. Galicyjskie gazety kibicowały Legionom, życzliwość okazywali im także redaktorzy z Górnego Śląska.

Epopeję Legionów relacjonował późniejszy ostatni premier II RP. Tu tweet Sławoja z 20.05.2015. Ostatnio milczał, ale powróci.

Z biegiem czasu ton polskiego przekazu ewoluował, ulegając stopniowej radykalizacji. Jesienią 1918 Polska odradzała się także na łamach gazet. Prasowe artykuły sprzed 100 lat przekazują coś nieuchwytnego w większości prac historyków – atmosferę tamtego okresu, zaklętą w tytułach i nagłówkach, w miejscu na stronie, jakie otrzymał materiał, w tonie redakcyjnego przekazu.

11.11.2018 profil Wielka Wojna LIVE zmienił nazwę na Wielka Wojna i po wojnie. Zapraszam!

Ten zapomniany lot równo 50 lat temu – 11 października 1968 – otwiera serię wypraw kosmicznych, których kulminacją będzie pierwsze lądowanie człowieka na Księżycu.

Jest to pierwsza załogowa misja amerykańskiego programu księżycowego Apollo.

Amerykanie nabrali ostrożności po tragedii Apollo 1, którego cała 3-osobowa załoga zginęła na ziemi, gdy kabina statku stanęła w ogniu podczas ćwiczeń 27 stycznia 1967. Dlatego pierwsze statki Apollo, jakie NASA wystrzeliwuje na orbitę wokółziemską, są bezzałogowe. Tym razem wreszcie jest inaczej. Załoga Apollo 7 to Walter Schirra, Donn Eisele i Walter Cunningham.

By wysłać statek na orbitę, wystarcza rakieta Saturn IB. „Sunie jak marzenie” – melduje Schirra podczas startu.Ale to dopiero astronauci z Apollo 8 dosiądą prawdziwego potwora – rakiety Saturn V, która poniesie ich ku Księżycowi.
Już niebawem.

(foto Wikimedia Commons i archiwum Dzienika Zachodniego)

Kardynał Richelieu uwielbiał koty, podobnie jak jego pryncypał król Ludwik XIII. Niestety, nie było to rodzinne i syn tego ostatniego, Ludwik XIV, kotów nie znosił. W związku z czym atmosfera pod jego rządami sprzyjała niestety rytualnemu dręczeniu kotów, w którym zresztą uczestniczył sam monarcha. Kotów bał się Napoleon. Ponoć to czarny kot przyczynił się do ostatecznej klęski Cesarza Francuzów pod Waterloo. Może historia potoczyłaby się inaczej, gdyby Napoleona nie nękała ta głupia fobia?

Te i inne ciekawostki na temat kotów – szczególnie tych o czarnym kolorze futra – znajdziemy w czarującej książce „Tajemniczy czarny kot. Legendy i przesądy” Nathalie Semenuik.

Ta niezbyt obszerna, lecz wprost upakowana faktami i pięknie zilustrowana książka to istna kopalnia wiedzy o historii kotów, szczególnie czarnych. Począwszy od starożytnego Egiptu (choć archeolodzy odkryli dowody na udomowienie kota w czasach jeszcze dawniejszych), poprzez starożytną Grecję i Rzym oraz średniowieczną Europę. W tej ostatniej pożyteczne przecież koty na ogół traktowano paskudnie, a ich dręczenie miewało najwyższą, bo aż papieską sankcję. Skądinąd zemściło się srodze. Zmniejszenie kociej populacji wskutek prześladowań i dręczenia Bogu ducha winnych czworonogów wyszło na dobre szczurom, za których sprawą szerzyła się epidemia dżumy. Domostwa, pod których dachem mimo wszystko pozwalano zamieszkiwać kotom, były przez szczury omijane.

I jak tu mieć wątpliwości – wbrew głupiemu przesądowi, jakoby czarny kot przynosił pecha – że koty dosłownie przynoszą szczęście? Nawiasem mówiąc, nie jest to przesąd powszechny i są kraje, gdzie sądzi się wręcz przeciwnie. I całe szczęście.

Jeżeli lubicie koty, to jest książka dla Was. Jeżeli nie lubicie, to się do nich przekonajcie. A ta książka może w tym pomóc.

Nathalie Semenuik, „Tajemniczy czarny kot. Legendy i przesądy”, wyd. Alma-Press Warszawa 2018

Dwa ostrza. Każde ma z pół metra długości. Ale to nie kozackie spisy ani osadzane na sztorc kosy, co akurat w okolicach Olkusza, gdzie je znaleziono, nie byłoby jakąś szczególną sensacją. Są pamiątką czasów niezmiernie bardziej odległych. To groty włóczni, które liczą sobie około półtora tysiąca lat. Władający nimi przed wiekami wojownicy budzili grozę. Tak wielką, że zrodziła mit. Mit, który zainspirował samego Tolkiena, by stworzyć Nazgûle – straszliwe Upiory Pierścienia.

Finał okrutnej epopei germańskiego ludu Herulów opisuje urodzony pod koniec V wieku po Chrystusie bizantyjski historyk Prokopiusz z Cezarei:

Kiedy Herulowie pokonani w bitwie przez Longobardów opuścili ojczyste siedziby, część ich, jak to wyżej przedstawiłem, przeniosła się na ziemie ilyrijskie, inni natomiast nie zdecydowali się przejść rzeki Ister, lecz osiedlili się gdzieś na samych krańcach zamieszkałego świata. Ci zatem pod wodzą wielu krwi królewskiej przeszli w poprzek przez wszystkie ludy Sklawinów, a następnie przebywszy znaczny obszar pustego kraju, dotarli do ludu zwanego Warnami, a następnie przeszli szybko także i przez plemiona Danów, bo tamtejsi barbarzyńcy nie stawiali im oporu. Następnie, przybywszy nad ocean, wsiedli na okręty i wylądowawszy na wyspie Thule, tam już pozostali.

Trzeba przyznać, że swoją kartę historii Europy Herulowie pisali krwią. Germański ten szczep wywodził się ze Skandynawii, lecz zasłynął dopiero, gdy przemierzywszy m.in. dzisiejszej Polski zawędrował nad Morze Czarne. O wcześniejszym rozdziale jego dziejów można powiedzieć niewiele lub zgoła nic. Dotąd archeologia jest bezsilna wobec prób lokalizacji szlaku ich przemarszu z północy na terytorium między Dnieprem i Donem, gdzie utworzyli znane Rzymianom i Grekom królestwo, później skutecznie spacyfikowane przez Gotów – stwierdza profesor Andrzej Kokowski, archeolog z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie). Spotykamy Herulów w różnych częściach ówczesnego świata, od Morza Azowskiego po Panonię i Galię – pisze profesor Jerzy Strzelczyk, historyk z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, w swej książce poświęconej Longobardom. Czytamy w niej również:

Niektórzy uczeni uważają – i rzeczywiście pewne dane źródłowe mogłyby popierać ten wniosek – że był to nie tyle lud w ścisłym rozumieniu tego słowa, lecz raczej związek wojowników, niezbyt liczny, ale waleczny i mobilny.

Herulów bowiem łączy się z Dzikim Łowem.

Dziki Łów (znany również pod innymi mianami, jak np. Dziki Gon czy Dzikie Zastępy), złowróżbna zgraja demonicznych jeźdźców, przemierzających mroczne niebo w szalonym polowaniu, to rozpowszechniony w Europie mit. Istnieje hipoteza, iż narodził się on właśnie dzięki Herulom, którzy w rzeczywistości nie stanowili grupy etnicznej. Byłyby to gromady wędrownych wojowników, fanatycznych wyznawców kultu boga Odyna (Wotana), których członkowie w religijnym szale atakowali ludzkie osiedla. Upiorne, powtarzające się, rytualne pacyfikacje dały początek mitowi Dzikiego Łowu. Dziki Łów z folkloru przeniknął i do literatury. Widmowi Krzyżacy pojawiają się w Potopie Henryka Sienkiewicza, Dziki Gon przejmuje grozą w świecie Wiedźmina Andrzeja Sapkowskiego. Motywu upiornych jeźdźców nie brak też u arcyklasyka literatury fantasy, bo przecież cóż innego, jak nie Dziki Łów zainspirował J. R. R. Tolkiena, by stworzyć Nazgûle?

Dziki Łów. Ten złowrogi mit może zawdzięczać swe powstanie siejącym terror Herulom. (Wikimedia Commons, Johann Wilhelm Cordes: Die Wilde Jagd” – Skizze zum Gemälde)

Herulowie często są wymieniani wśród Germanów, którzy w V wieku to szerzyli postrach na okrutnie przez nich pustoszonych ziemiach cesarstwa zachodniorzymskiego, to zaciągali się w rzymską służbę. Do ich bardziej osławionych wyczynów należało zdobycie i złupienie miasta Tanais (które to udane przedsięwzięcie podjęli pospołu z Gotami, ale prawdopodobnie odegrali w nim wiodącą rolę i najwięcej też się w rezultacie obłowili). Także na czele Herulów stał sławny Odoaker, z pochodzenia Skir, a może i półkrwi Hun, ten co to w roku 476 wbił owemu dogorywającemu już cesarstwu śmiertelną mizerykordię, wprawdzie tylko odsyłając na przymusową emeryturę ostatniego cesarza Romulusa Augustulusa (a mógł zabić…). Mimo tego archeologowie mają z Herulami pewien kłopot. Otóż w porównaniu z towarzyszącym poczynaniom Herulów sporym rozgłosem, ilość odnalezionych zabytków, które można by im z całą pewnością przypisać, jest stosunkowo skromna. Przykładowo, mimo iż Herulowie na całkiem długo obrali sobie za siedzibę wybrzeża Morza Azowskiego (z zapałem urządzając pirackie rajdy po basenie Morza Czarnego i okolicy) okazuje się, że praktycznie niczego tam po sobie nie zostawili. Tamtejsza ziemia przechowała za to łatwe do rozpoznania ślady Gotów. Jest to jedna z poszlak na korzyść hipotezy głoszącej, że Herulowie nie stanowili plemienia, a raczej bractwo, którego członkowie zaliczali się zarazem do znanego pod inną nazwą ludu. Choć pozbawieni cielesnej powłoki i podróżujący pieszo, przeto niewidzialni dla oczu, wzbudzali jednak przerażenie u wszystkich żywych istot, w pobliżu których przechodzili. (…) Wyprzedzały ich pogłoski o nadciągającej ciemności i niewyobrażalnej grozie. (…) dzikie stworzenia kryły się, a ludzie uciekali przed nimi. Autorem cytowanych słów nie jest tym razem historyk, a pisarz. To Tolkien o Nazgûlach, Upiorach Pierścienia, najstraszliwszych wojownikach władcy Mordoru Saurona. Słowa jakże adekwatne, jeżeli odnieść je do nieuchwytnych i wielce w związku z tym tajemniczych Herulów.

Odoaker detronizuje ostatniego cesarza cesarstwa zachodniorzymskiego. Sławny Germanin był władcą ludu Herulów, czy też przywódcą budzącego grozę bractwa wojowników? (Wikimedia Commons, Project Gutenberg’s Young Folks’ History of Rome, by Charlotte Mary Yonge)

Wspomnianą na wstępie klęskę z rąk Longobardów Herulowie ponieść mieli cokolwiek na własne życzenie. Według longobardzkiego historyka Pawła Diakona herulscy wojownicy wzgardzili przeciwnikiem i do bitwy z nim stanęli nadzy. No, może prawie, jako że wedle tego kronikarza czymś tam wstydliwe części ciała przecie przesłonili. Co gorsza jednak, nikt nimi nie dowodził, albowiem ich król Rodulf, ufny widać na tyle w sprawność swych wojowników, że nie wątpił w zwycięstwo, zasiadł za stołem oddając się grze (jakiej, historyk zapomniał dodać – zważywszy epokę, obstawmy kości). Co jeszcze gorsza, Rodulf zastraszył obserwatora, któremu kazał śledzić przebieg bitwy. Wojak ten, przerażony perspektywą egzekucji, która zagroził mu król w razie niepomyślnych wieści, raportował wyłącznie o dzielnie walczących Herulach. Co zapewne zresztą nie odbiegało od prawdy, lecz niestety, jak uczy historia (także Polski), można walczyć dzielnie, a mimo tego i tak dostawać w skórę. Król długo słyszał więc tylko to, co chciał słyszeć. Gdy w końcu pojął grozę sytuacji, było już za późno, by zapobiec katastrofie. Morał z tego oczywisty: wywiad służy temu, by rząd wiedział jak jest, nawet jeśli jest nie tak, jak chciałby rząd. Jeśli rząd o tym zapomni, to grozi mu los Rodulfa i Herulów: Kiedy przerażony król i wszyscy wraz z nim, jak to w takiej sytuacji bywa, nie wiedzieli, co robić, napadli na nich Longobardowie i urządzili im straszną rzeź. Również sam król w dzielnej, lecz bezskutecznej walce poniósł śmierć – pisze Paweł Diakon, dodając: Odtąd tak dalece podupadło męstwo Herulów, że już nigdy nie posiadali króla.

Katastrofa ta miała ponoć miejsce około roku 505 po Chrystusie. Bywa też datowana na rok 491 lub 512.

Goci, Gepidzi, Burgundowie, Wandalowie czy Longobardowie osiedlali się na dawnych ziemiach Cesarstwa, ustanawiając tam własne, stosunkowo trwałe państwa. W kolejnych stuleciach tracili je, wydzierane im przez Bizantyjczyków, Franków i Arabów. Ale nawet podbici, pozostawali już w swych nowych ojczyznach. Ich dalecy potomkowie do dziś żyją we Włoszech, Austrii, Hiszpanii czy nawet w Północnej Afryce. Ze znaczącą częścią rozniesionych przez Longobardów Herulów stało się inaczej. Zdecydowali się na trudny powrót do skandynawskiej praojczyzny i – jeśli wierzyć Prokopiuszowi – dopięli swego. Jest to, o ile wiadomo, jedyny przykład powrotu ludu germańskiego do Skandynawii – zauważa Jerzy Strzelczyk. Herulowie szli przez Polskę, lecz ślady tej ich wędrówki odnaleźć jest niezwykle trudno. Odkrycie cmentarzyska Herulów w miejscowości Ulów (czyżby nieprzypadkowa to była nazwa?) na Roztoczu stało się nielichą archeologiczną sensacją (Andrzej Kokowski jest zdania, że Herulowie zatrzymali się w tym rejonie tylko na kilka lat). Skądinąd słowa Prokopiusza o znacznym obszarze pustego kraju, który przemierzyli Herulowie, są argumentem w sporze o to, kiedy właściwie na dzisiejsze ziemie polskie, w tym Śląsk, przybyli Słowianie. Ale kwestię tę, wielokrotnie a zażarcie roztrząsaną przez zwolenników tzw. teorii autochtonicznych i allochtonicznych pochodzenia Słowian, zostawmy tu może na boku, miast tego przechodząc wreszcie do niecodziennych znalezisk archeologicznych z okolic Olkusza.
I tak doszliśmy do najnowszego rozdziału tej historii: otóż wiele wskazuje na to, że w Olkuszu czy tuż pod nim znalazły się unikatowe ślady wędrówki Herulów.
Są to dwa groty włóczni. Tylko dwa i aż dwa. Jeden już od pewnego czasu znajduje się w zbiorach Muzeum Regionalnego PTTK im. Antoniego Minkiewicza w Olkuszu. Drugi pojawił się całkiem niedawno. Mimo iż nieco różnią się od siebie technologią wykonania, a co za tym idzie i budową, w gruncie rzeczy są bardzo jeden do drugiego podobne – oba nieprzeciętnie długie i przemyślnie, w sposób świadczący o wielkim kunszcie kowala wykute z żelaza i stali. Jako że odnaleziono je i odebrano ziemi bez udziału naukowców, ich wieku ani tym bardziej przynależności etnicznej posiadaczy nie da się już określić na podstawie archeologicznego kontekstu. Pozostała typologia. Trzeba było szukać analogii, porównując te groty z innymi znaleziskami, których wiek oraz pochodzenie są precyzyjnie określone. I na szczęście taki zabytek się znalazł.
– Jedyny taki grot, bardzo im bliski, pochodzi ze Skandynawii – mówi doktor habilitowany Marcin Biborski z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie kieruje Laboratorium Archeometalurgii i Konserwacji Zabytków.
Groty podobne trafiają się czasami, np. w okolicach Drezna. Ale są krótsze. Niekiedy bardzo znacznie, bo aż o 10 cm, od tych z Olkusza. Aż dwu. To nie może być przypadek!

Groty włóczni z Olkusza: wyjątkowo długie i technologicznie zaawansowane. Jeden z nich został zgięty, najprawdopodobniej po śmierci wojownika, do którego należał. (fot. Tomasz Borówka)

– Takich długich nie ma w Europie nikt. Tylko Olkusz! – podkreśla Marcin Biborski. I nie ma wątpliwości, iż należy je przypisać zdążającym do ojczyzny Herulom. Tylko oni jedni powrócili do Skandynawii. A skoro ów skandynawski grot można uznać za pokrewny olkuskim, uprawniony jest też wniosek, ze coś łączyło ich dawnych właścicieli. Jednemu z nich dopisało szczęście i dotarł do kraju przodków. Paradoksalnie, któryś z dwóch pozostałych spotkał się z tymi przodkami prędzej – w Walhalli.
– Mogli się zatrzymać w tej okolicy na dłużej – wyraża przypuszczenie doktor habilitowany Dariusz Rozmus, archeolog. – Może pomimo wyludnienia kraju doszło do jakichś drobnych potyczek?
Gdyż spośród pary grotów z Olkusza jeden jest zgięty, świadomie uszkodzony. W taki sposób niszczono broń pozostawianą w mogile poległemu wojownikowi. Bardzo możliwe, że posiadacz włóczni poległ w boju, a jego towarzysze pochowali go w uświęcony ceremoniałem sposób, wraz z jego wiele wartą bronią. W tamtych czasach włócznia nie tylko była podstawową bronią, ale i nieraz pełniła funkcję symbolu władzy. Jeszcze pod koniec pierwszego tysiąclecia po Chrystusie niektórym włóczniom przypisywano nadprzyrodzoną moc, otaczał je nimb świętości i dopatrywano się emanującej z nich bożej łaski (wystarczy o wspomnieć o słynnej Włóczni św. Maurycego, której replikę otrzymał Bolesław Chrobry w darze od cesarza Ottona III, jako symbol suwerennej władzy). Zniszczenie cennego grotu włóczni, a co za tym idzie prawdopodobne pozostawienie jej przy zmarłym, każe nam sądzić, że tego ostatniego otaczał szacunek, że był kimś znacznym i potężnym, że na takie pośmiertne potraktowanie zdaniem swoich towarzyszy zasłużył.

Pewien ślad Herulów mógł tez przetrwać w toponomastyce. Sąsiadujące z Olkuszem Bukowno posiada dzielnicę Starczynów, kiedyś stanowiącą samodzielną wieś. Starczynów, pobliski dawnej Pustyni Starczynowskiej, na skraju której znaleziony został jeden z grotów, według pewnego XVI-wiecznego przekazu pisanego nosił ongiś inną nazwę – Odynów. A przypomnijmy sobie, że akurat bogu Odynowi oddawali Herulowie cześć szczególną! Gwoli rzetelności przyznać jednak trzeba, że interpretacja zapisu niegdysiejszej nazwy Starczynowa jako Odynów budzi kontrowersje i bywa podważana przez fachowców. Bezpieczniej więc mówić tu co najwyżej o poszlace, nie zaś dowodzie. Niewątpliwie jednak jest to interesująca zbieżność.

– Jeżeli ktoś zarzuci, że to nie są groty włóczni Herulów, względnie Longobardów, które zdobyli na Herulach, to wyzywam go na pojedynek – żartuje Marcin Biborski.
Longobardów? W jaki sposób? Cóż, to temat na odrębną opowieść.

Herulowie to pierwsze ogniwo ewolucji Nazgûli Tolkiena? (Wikimedia Commons, The Artifex from flickr)

Ostatnimi czasy stosunkowo jakoś niewiele czytuję o dziejach najnowszych. Paradoksalnie może więc dlatego z dużym zaciekawieniem wziąłem do ręki najnowszy numer Czasypisma, periodyku katowickiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej poświęconego historii Górnego Śląska.

Po części też nastąpiło to za sprawą pana Jana Witaszka, publicysty i powieściopisarza, a przy tym znajomego z Katowic Ligoty, który jest bohaterem jednego z zamieszczonych w numerze artykułów, „SB na tropie Inspektoratu Pantera”. Bartłomiej Kluska opisuje w nim kuriozalną historię, której główną oś wprawdzie z opowiadania pana Jana znałem, ale o wielu jej  szczegółach jak dotąd nie miałem pojęcia. Historię, z której absurdalności można by się śmiać, gdyby nie świadomość, że mogła skończyć się groźnie, a tak czy inaczej długo rzucała dość dokuczliwy cień na dalsze pana Witaszka życie.

A o co właściwie chodziło? Ono o to, że nastoletni Witaszek założył z kolegami nielegalną organizację. Wiadomo, dzieciaki co najmniej od czasów Tomka Sawyera i Huckleberry’ego Finna zakładają swoje tajemnicze stowarzyszenia. Takie, co to pokoleniom pamiętającym czasy PRL kojarzyć się mogą chociażby z książkami Edmunda Niziurskiego czy Adama Bahdaja. Tyle tylko, że organizacja, do której należał Witaszek, mimo iż zainspirowana, a następnie opisywana przez zupełnie oficjalną gazetę „Świat Młodych”, wzbudziła jednak zainteresowanie Służby Bezpieczeństwa. Rezultat: śledztwo, rewizja, zatrzymanie, przesłuchanie, inwigilacja i hak w papierach na długie lata.

Coverem tego numeru są właśnie przeżycia i doświadczenia młodzieży żyjącej w trudnej rzeczywistości XX wieku. Absurdy totalitarnego ustroju – tym razem nazistowskiego – opisuje również Mirosław Węcki w artykule o Hitler Jugend na Śląsku. Dajmy na to, funkcjonariusz HJ wyrażający oburzenie faktem, że w szeregi przyjmowani są dzieci byłych powstańców, czy też delegowanie na partyjne imprezy członków HJ posiadających umundurowanie (jako że na Górnym Śląsku wielu rodziców nie było stać na jego zakup). Artykuł, mimo iż obfitujący w tego typu, rodzajowe a wymowne szczegóły, traktuje przecież o zjawisku z tragicznym finałem. Hitler Jugend stanowiło rezerwuar mobilizacyjny dla Waffen SS i Volkssturmu. Wielu jego członków spotkała więc śmierć za Führera, i to wcale niekoniecznie z własnej woli.

Z kolei o aktywistach komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej podejmujących studia teologiczne, czy bytomskich uczennicach z ZMP radośnie witających wchodzącego na salę księdza pisze Adam Dziurok w swym artykule o trudnej konfrontacji tej organizacji z głęboko zakorzenioną na Górnym Śląsku religią katolicką.

Dziecięce doświadczenia wysiedleń z Żywiecczyzny, dzieci w obozie na Zgodzie, śląski Marzec’68 czy Pałac Młodzieży w Katowicach – o tym, i nie tylko o tym, poczytać można w Czasypiśmie 2 (12) 2017. Numer polecam szczególnie tym wszystkim, którym młodość upłynęła przed końcem lat 80. XX wieku!

I tak oto długo oczekiwane badania archeologiczne pod kościołem św. Małgorzaty w Bytomiu zaczynają przynosić pierwsze efekty. O ich wynikach naukowcy wyrażają się jeszcze z pewną dozą ostrożności, ale i z wyczuwalną nadzieją.

Wykopaliska we wnętrzu kościoła św. Małgorzaty. Przed ołtarzem natrafiono na ślady pochówku.
(fot. Tomasz Borówka)

– Dzięki wykopaliskom udało się nam dotrzeć do kamiennej konstrukcji. Jeśli okaże się, że są to fundamenty nieistniejącego już kościoła romańskiego, będzie to przełomowe odkrycie w tym miejscu – relacjonuje Beata Badura, archeolog z Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu.

Kamienna konstrukcja, o której mówi pani archeolog, to fragment masywnego muru, usytuowany nieopodal wejścia do obecnego, XIX-wiecznego kościoła. Jak dotąd odsłonięto zaledwie jego część. Co to takiego?

Tu hipotez jest kilka. Najostrożniejsza zakłada, że to tylko fragment podmurówki któregoś z istniejących niegdyś na tym miejscu kościołów drewnianych. Wedle hipotezy najśmielszej – mur może być pozostałością wieży romańskiej świątyni, prawdopodobnie wyobrażonej na sławetnym tympanonie Jaksy z klasztoru na wrocławskim Ołbinie. Ten pierwszy bytomski kościół datuje się na ogół na drugą połowę XII wieku (choć np. Jerzy Rajman nie wyklucza, że budowla ta istniała już w wieku XI). Zapewne był on orientowany, czyli skierowany swoim prezbiterium mniej więcej na wschód (w średniowieczu różnie tu z precyzją bywało – jako że nie znano jeszcze kompasu, kierunek wytyczano wedle słońca w południe w różnych dniach roku, nie bacząc na wynikające z tego odchylenia). Wieża usytuowana była na przeciwnym końcu świątyni, zaś relikt muru odkryto właśnie od strony zachodniej. Rzecz jasna, jak dotąd nie wiadomo, czy aby architektura prawdziwego romańskiego kościoła św. Małgorzaty nie odbiegała od tego z tympanonu, mogącego przecież być wytworem wyobraźni średniowiecznego artysty rzeźbiarza. Nieodległy kościół w Siewierzu, datowany na przełom wieku XI i XII, w ogóle wieży nie ma i nigdy takowej nie posiadał!

Tajemniczy mur bynajmniej jednak nie musi wiązać się z hipotetyczną wieżą. Tworzące go kamienie mogły pochodzić z muru nawy dawnego kościoła, a nawet na swoje obecne miejsce trafić dopiero po jego zburzeniu, wykorzystane wtórnie. Nie wiadomo, dlaczego kościół romański nie przetrwał, ale całkiem możliwe, że padł ofiarą jakiegoś kataklizmu. Czyżby wojennego? Najazd mongolski, walki książąt dzielnicowych… Sporo się działo w tym XIII wieku. Czy śladami nieznanej katastrofy są drobne fragmenty łupku, których mnóstwo przyniosły wykopaliska? Mogą one pochodzić z dachu zniszczonego kościoła.

Tym, co może być pomocne w określeniu wieku zagadkowego muru i pozwoli, miejmy nadzieję, powiązać go z którymś kościołem na Wzgórzu Św. Małgorzaty, jest niepozorna niby to zaprawa murarska. A ściślej mówiąc – jej skład. Zostanie on poddany analizie. Gips czy wapno, procent zawartości piasku – wszystko to może przypisać wzniesiony przy użyciu takiej a nie innej zaprawy mur do konkretnej epoki. Jakiej?

Czy ten mur jest liczy sobie ponad 800 lat i jest reliktem romańskiego kościoła św. Małgorzaty?
(fot. Tomasz Borówka)

Archeologowie nie przyznają się nam do tego wprost – no w każdym razie na tak wczesnym etapie wykopalisk – ale nietrudno się domyślić, że upragnionym przez nich rezultatem wykopalisk na Małgorzatce byłoby jednoznaczne zidentyfikowanie reliktów pierwotnego kościoła. Rzecz jasna profesjonalizm nie pozwala naukowcom przesądzać tu z góry wyniku, jaki mają przynieść badania. No i przecież chwała im za to! Zwłaszcza, że przed nimi jeszcze wiele pracy.

Archeologowie dopiero zajrzeli pod skórę obiektu swych badań.
(fot. Tomasz Borówka)

– To jak podczas operacji chirurgicznej – żartuje uczestniczący w wykopaliskach dr hab. Piotr Boroń z Instytutu Historii Uniwersytetu Śląskiego – Jak dotąd rozcięliśmy tylko fragment skóry. Do tego, co pod nią, trzeba się dopiero dobrać.

P.S. Kamienny mur o nieco innej strukturze odsłonięto także pod ołtarzem. Przed nim, w nawie głównej, odkryto ślady pochówku. Plonem wykopalisk jest także spora ilość dewocjonaliów i monet, w tym i średniowiecznych. Wszystkie one poddane zostaną drobiazgowym badaniom.

Beata Badura: Udało się nam odkryć groby dziecięce, prawdopodobnie z XIX wieku, a w nich okucia trumien i krzyżyki. Podczas prac archeologicznych prowadzonych zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz kościoła, natrafiliśmy na duże ilości kości ludzkich, a także na średniowieczną ceramikę i monety.
(fot. Archiwum Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu)

Manfred von Richthofen zginął 21 kwietnia 1918. Dziś upływa 100 lat od śmierci Czerwonego Barona.


Manfred von Richthofen (fot. C. J. von Dühren/General Services Administration. National Archives and Records Service. Office of the National Archives/Wikipedia)

Śmierć Czerwonego Barona

Właściwie nic nie zapowiadało, że szlachcic ze śląskiej Świdnicy, Manfred Freiherr von Richthofen, zostanie słynnym lotnikiem. Gdy wybuchła pierwsza wojna światowa, wyruszył na front jako oficer kawalerii. Także kiedy (znudzony monotonną służbą na froncie) został na własną prośbę przeniesiony do lotnictwa, bynajmniej nie od razu tam zabłysnął. Funkcja obserwatora, jaką początkowo pełnił na pokładzie samolotu, również nie zaspokajała jego ambicji. Marzył o zostaniu pilotem. Pozwolono mu więc trenować latanie. Zaczął fatalnie – podczas pierwszego samodzielnego lotu rozbił swą maszynę. Z opinią dosyć przeciętną zakończył szkolenie i powrócił na front. Latał na bombowcach, za których sterami nie wykazał się właściwie niczym szczególnym (chociaż wziął udział w kilku walkach powietrznych). Przełom nastąpił latem 1916, kiedy to Richthofen wreszcie wstąpił do jednostki myśliwskiej. Tam dopiero ujawnił się drzemiący w nim talent urodzonego łowcy. Liczba zestrzelonych przez Manfreda samolotów zaczęła szybko rosnąć. W ślad za nią przybywało przyznawanych mu odznaczeń. Awansował i zaczęto mu powierzać dowódcze stanowiska. Swój samolot polecił pomalować (z początku tylko częściowo) na czerwono. Tak oto narodził się „Czerwony Baron”.
Jego sława rosła po obydwu stronach frontu. Do kwietnia 1918 zestrzelił aż 80 samolotów. W Niemczech (w tym i na ojczystym Śląsku) był bohaterem, dla nieprzyjaciół demonem – „Czerwonym Diabłem”.

Bohater w jatce

Pierwsza wojna światowa w powietrzu przedstawiana bywa jako sportowa rywalizacja, pasmo walk toczonych bez nienawiści, na wzór średniowiecznych, rycerskich pojedynków. Naprawdę było inaczej. Owszem, pilotom zdarzały się kurtuazyjne gesty. Honory oddawano jednak na ogół martwym wrogom. Zestrzeleni przeważnie ginęli. Działo się tak m.in. dlatego, iż nie posiadali spadochronów – i to nie dlatego, że nie znano jeszcze tego środka ratunku. Spadochrony były, lecz dowództwa zakazały ich zabierania. Ten nonsens kosztował życie niezliczonych pilotów. Wielu z nich zabierało ze sobą w powietrze pistolet, i to bynajmniej nie w celu strzelania do wroga. Zapalenie się ich maszyny oznaczało przecież okrutną śmierć w płomieniach. W dodatku ówczesne samoloty stanowiły kruche konstrukcje, oparte głównie na drewnie i płótnie. Salwa karabinu maszynowego oddana z bliska (Richthofen otwierał ogień nawet z 10 metrów!) – była w stanie zmienić pilota w krwawą miazgę, a jego samolot rozerwać na strzępy. „Czerwony Baron” starał się podchodzić swoje ofiary bynajmniej nie rycerskim, lecz łowieckim obyczajem. Uderzał znienacka i nie dawał najmniejszej szansy. Nie miał też nic przeciwko polowaniu na bezbronne samoloty obserwacyjne.

Jak zginął as?

21 kwietnia 1918 rotmistrz Richthofen nie powrócił z lotu. Jego podkomendni jakiś czas jeszcze się łudzili. Gdy Brytyjczycy ogłosili śmierć „Czerwonego Diabła”, dla Niemców stanowiło to szok. Czy to prawda? – pytali. Jak to możliwe?? I jak właściwie zginął ich bohater???
Na to ostatnie pytanie do dziś nie posiadamy pełnej odpowiedzi.
Wiadomo, że nad doliną Sommy doszło do walki powietrznej, w której uczestniczyło 5 niemieckich Fokkerów Dr.1 i kilkanaście brytyjskich myśliwców Camel. Ścigający jednego z nieprzyjaciół Richthofen przez chwilę znalazł się pod ostrzałem z samolotu Kanadyjczyka, kapitana Browna. Ten twierdził, że strącił czerwony trójpłatowiec. Przeczą temu zeznania świadków z ziemi – australijskich żołnierzy. Widzieli oni, jak Richthofen kontynuował swój pościg na niewielkiej wysokości. Nadleciał prosto nad ich stanowiska i został przyjęty silnym ogniem. Dostrzeżono trafienia i odpadające fragmenty poszycia samolotu. Zapamiętano ruch pilota, który tuż zanim jego maszyna runęła bezwładnie na ziemię, zdążył zerwać z twarzy lotnicze gogle. Gdy żołnierze dotarli do roztrzaskanego w polu wraku, Richthofen już nie żył. Przeprowadzono sekcję zwłok. W ciele lotnika były 2 rany, które zostawiła 1 tylko, przechodząca na wylot kula. Trafiła ona z prawej strony tułowia od dołu i wyszła przez lewą pierś. Po drodze przebiła serce.
Powtórzmy: trafiła z prawej strony, OD DOŁU. A jednak, choć wszystko wskazuje na to, że Richthofen zginął od ognia z ziemi, jego strącenie Brytyjczycy oficjalnie przyznali jedynemu pilotowi, który doń strzelał (i to raczej niecelnie), kapitanowi Brownowi. Dlaczego?
Być może chodziło o sprawę prestiżu RAF-u. O podniesienie morale własnych pilotów… I o dziwo, wyjaśnienie to zostało w zasadzie zaakceptowane przez Niemców. Śmierć w walce z lotnikiem, niechby i mniejszego niż „Czerwony Baron” formatu, uznano za bardziej honorową dla legendarnego myśliwca niż zestrzelanie przez zwykłych żołnierzy. Zresztą strona niemiecka i tak utrzymywała, że do strącenia Richthofena by nie doszło, gdyby nie rzekoma usterka silnika. Pojawiła się też absurdalna wręcz teoria, jakoby rotmistrza zabito dopiero na ziemi. Tak czy inaczej, ostatnie chwile superasa wciąż budzą kontrowersje.

P.S. Tekst ukazał się kilkanaście lat temu na łamach Dziennika Zachodniego. Dziś jest niepowtarzalna okazja, by go przypomnieć.

W kwietniu 2018 na Wzgórze św. Małgorzaty wkroczą archeologowie z Muzeum Górnośląskiego. Jedno z najbardziej niezwykłych miejsc Bytomia, niejednokrotnie w swej przeszłości było terenem badań archeologicznych. Prowadziło je już kilka pokoleń naukowców. Ale nadal kryje w sobie wiele tajemnic. I teraz będą odkrywane.


Wzgórze św. Małgorzaty na przestrzeni wieków zmieniało się bardzo. Na zdjęciu wygląd obecnego kościoła i jego otoczenia w latach 30. XX wieku (fot. Muzeum Górnośląskie w Bytomiu)

Badania „Małgorzatki” rozpoczęli Niemcy w latach 20. ubiegłego wieku. Od razu okazało się, że nawet zwykłe oględziny i penetracja powierzchniowa przynoszą ciekawe efekty. Potwierdzały one domysły, że na Wzgórzu św. Małgorzaty szukać należy pierwotnego bytomskiego grodu z czasów pierwszych Piastów, (o ile nie wcześniejszych). Odkrycie skorup naczyń z XI-XII wieku zaostrzyło apetyt naukowców i w 1929 roku wykorzystali okazję, jaką była budowa drogi dojściowej do XIX-wiecznego kościoła św. Małgorzaty, by przeciąć wykopem wał, najbardziej widoczną pozostałość grodziska. Jak na niewielką skalę badań, ich plon był interesujący: moneta z XI lub XII wieku, (prawdopodobnie tzw. denarek krzyżowy), kolejne skorupy naczyń (XI-XIII wiek) i przedmioty codziennego użytku, jak dwie sprzączki do pasa, fragmenty noża i jego pochwy.


Wzgórze św. Małgorzaty na archiwalnej mapie (repr. Piotr Boroń)

Kości zwierząt, ślady pożaru, gliniana ława

Rok 1934 przyniósł raczej kiepskie wieści. Kopano wówczas fundamenty pod budynek klasztoru werbistów na Małgorzatce. Nadzorujący budowę archeolodzy naocznie potwierdzili to, z czym od dawna musieli się liczyć. Teren wczesnośredniowiecznego grodziska został gruntownie przeryty przy okazji kopania grobów. Kilkuwiekowe użytkowanie go jako cmentarza dramatycznie naruszyło, niemal zniszczyło jego warstwy kulturowe. Na szczęście nie do końca. Odkryto m.in. fragmenty ceramiki (XI-XIII w.), kości zwierząt oraz glinianą ławę, zapewne fundament wału obronnego. A do tego niewątpliwe ślady pożaru. Upłynęło sporo czasu, nim archeologowie – tym razem już polscy, pod kierownictwem słynnego później Jerzego Szydłowskiego – powrócili na Małgorzatkę w roku 1957. Dwa sondażowe wykopy tuż przy murze kościoła okazały się niestety marnowaniem czasu. Szczęśliwszy był dopiero trzeci, którym ponownie „wgryziono się wał”. Dzięki temu poznano jego ziemno-drewnianą budowę. Stwierdzono też, że część konstrukcji wzniesioną z drewna strawił ogień. Badania z 1961 r. odkryły ślady fosy, a w niej ciekawy artefakt: żelazną kłódkę z XII w. Na kolejne badania Małgorzatki trzeba było czekać ponad pół wieku. W 2014 r. na zlecenie Uniwersytetu Śląskiego podjął je Marcin Paternoga, a nadzorowali Piotr Boroń ( UŚ) i Jacek Pierzak (Śląski Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków).


Wykopaliska na Małgorzatce w 2014 roku (fot. Piotr Boroń)

Archeologowie wydawali się cokolwiek rozczarowani ich rezultatami, ale w rzeczywistości przyniosły one sporo rewelacji. Ponownie zaatakowano wał, odkrywając dwie fazy jego funkcjonowania, czyli okresy, w jakich był wykorzystywany. Rozdzielała je warstwa spalenizny, świadectwo jakiejś dawnej katastrofy grodu, może jego oblężenia i zdobycia. Okazało się też, że dawne, naturalne Wzgórze św. Małgorzaty, zostało sztucznie powiększone, nadsypane. Oprócz niewielkiej ilości ceramiki (ponownie XI-XII w.) znaleziono placki glejty ołowiowej. Jak uważa archeolog Dariusz Rozmus, odkrycie to uprawnia do stwierdzenia, iż w Bytomiu, podobnie jak w szeregu innych miejscowości Śląska i Zagłębia, wytapiano w średniowieczu ołów. Z tego zaś wniosek, że najprawdopodobniej i srebro. Dodatkowo, ponowne przebadanie skorup naczyń odkrytych podczas wcześniejszych wykopalisk pozwoliło rozpoznać wśród nich charakterystyczną ceramikę szkliwioną, również wiązaną z hutnictwem ołowiu.


Wykopaliska na Małgorzatce w 2014 roku (fot. Piotr Boroń)

Zaginiona świątynia: jak wyglądał romański kościół św. Małgorzaty?

Nie później niż w 1170 roku na wzgórzu ufundowano romański kościół św. Małgorzaty. Lecz może być on starszy. Mało tego – na jego miejscu mogła wznosić się wcześniej jeszcze starsza, być może drewniana świątynia. Romański kościół z XII wieku na Wzgórzu św. Małgorzaty prawdopodobnie został wyobrażona na tympanonie Jaksy – detalu architektonicznym nieistniejącego już wrocławskiego klasztoru na Ołbinie. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności ten bezcenny fragment średniowiecznej kamieniarki nie dość że przetrwał rozbiórkę klasztoru, to jeszcze został odnaleziony i rozpoznany (dziś znajduje się w Muzeum Architektury we Wrocławiu). Opierając się na tej płaskorzeźbie, można pokusić się o próbę opisu romańskiego kościoła w Bytomiu. „Była to nieduża świątynia zbudowana z kamienia na planie prostokąta, z absydą, z oknem w ścianie, fryzem arkadowym powyżej i wysoką kwadratową wieżą, niezbyt wyraźnie z budowli wyodrębnioną” – pisał przed laty prof. Jerzy Szydłowski. A jednak tympanon Jaksy nie mówi nam wszystkiego o wyglądzie tej świątyni. Gdyby pod obecnym kościołem św. Małgorzaty przetrwały fragmenty jej murów lub chociaż fundamentów, pozwoliłoby to zweryfikować i poszerzyć zakres naszej wiedzy. Zaś odnalezienie śladów obiektu (lub obiektów) starszych niż kościół z XII wieku byłoby archeologiczną (i nie tylko archeologiczną) sensacją.


Fragment tympanonu Jaksy z wyobrażeniem kościoła opatrzonego napisem BITOM. Czy tak wyglądał bytomski kościół św. Małgorzaty z XII wieku? (repr. z książki Jerzego Szydłowskiego „Bytom: pradzieje i początki miasta”, wyd. Muzeum Górnośląskie, Bytom 1966)

Będą kopać w nowych miejscach

Pod jednym i to arcyważnym względem tegoroczne badania, które rozpoczną się już w przyszłym miesiącu będą różnić się od dotychczasowych. Zostaną przeprowadzone w dziewiczym terenie, gdzie nigdy do tej pory nie sięgnęła łopatka archeologa ani tym bardziej szpadel grabarza: pod samym kościółkiem św. Małgorzaty, wznoszącym się na miejscu dawnej, romańskiej świątyni z XII w. – Planowane są cztery wykopy w precyzyjnie wybranych lokalizacjach, tam gdzie georadar wykrył podziemne anomalie – informuje Beata Badura, archeolog z Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu. Trzy z tych miejsc znajdują się w obrębie kościoła – pod zakrystią, kruchtą i w rejonie ołtarza, czwarta zaś na zewnątrz. Mogą to być fragmenty fundamentów dawnego romańskiego kościoła. A może pochówki? Zobaczymy.