Kardynał Richelieu uwielbiał koty, podobnie jak jego pryncypał król Ludwik XIII. Niestety, nie było to rodzinne i syn tego ostatniego, Ludwik XIV, kotów nie znosił. W związku z czym atmosfera pod jego rządami sprzyjała niestety rytualnemu dręczeniu kotów, w którym zresztą uczestniczył sam monarcha. Kotów bał się Napoleon. Ponoć to czarny kot przyczynił się do ostatecznej klęski Cesarza Francuzów pod Waterloo. Może historia potoczyłaby się inaczej, gdyby Napoleona nie nękała ta głupia fobia?

Te i inne ciekawostki na temat kotów – szczególnie tych o czarnym kolorze futra – znajdziemy w czarującej książce „Tajemniczy czarny kot. Legendy i przesądy” Nathalie Semenuik.

Ta niezbyt obszerna, lecz wprost upakowana faktami i pięknie zilustrowana książka to istna kopalnia wiedzy o historii kotów, szczególnie czarnych. Począwszy od starożytnego Egiptu (choć archeolodzy odkryli dowody na udomowienie kota w czasach jeszcze dawniejszych), poprzez starożytną Grecję i Rzym oraz średniowieczną Europę. W tej ostatniej pożyteczne przecież koty na ogół traktowano paskudnie, a ich dręczenie miewało najwyższą, bo aż papieską sankcję. Skądinąd zemściło się srodze. Zmniejszenie kociej populacji wskutek prześladowań i dręczenia Bogu ducha winnych czworonogów wyszło na dobre szczurom, za których sprawą szerzyła się epidemia dżumy. Domostwa, pod których dachem mimo wszystko pozwalano zamieszkiwać kotom, były przez szczury omijane.

I jak tu mieć wątpliwości – wbrew głupiemu przesądowi, jakoby czarny kot przynosił pecha – że koty dosłownie przynoszą szczęście? Nawiasem mówiąc, nie jest to przesąd powszechny i są kraje, gdzie sądzi się wręcz przeciwnie. I całe szczęście.

Jeżeli lubicie koty, to jest książka dla Was. Jeżeli nie lubicie, to się do nich przekonajcie. A ta książka może w tym pomóc.

Nathalie Semenuik, „Tajemniczy czarny kot. Legendy i przesądy”, wyd. Alma-Press Warszawa 2018

Dwa ostrza. Każde ma z pół metra długości. Ale to nie kozackie spisy ani osadzane na sztorc kosy, co akurat w okolicach Olkusza, gdzie je znaleziono, nie byłoby jakąś szczególną sensacją. Są pamiątką czasów niezmiernie bardziej odległych. To groty włóczni, które liczą sobie około półtora tysiąca lat. Władający nimi przed wiekami wojownicy budzili grozę. Tak wielką, że zrodziła mit. Mit, który zainspirował samego Tolkiena, by stworzyć Nazgûle – straszliwe Upiory Pierścienia.

Finał okrutnej epopei germańskiego ludu Herulów opisuje urodzony pod koniec V wieku po Chrystusie bizantyjski historyk Prokopiusz z Cezarei:

Kiedy Herulowie pokonani w bitwie przez Longobardów opuścili ojczyste siedziby, część ich, jak to wyżej przedstawiłem, przeniosła się na ziemie ilyrijskie, inni natomiast nie zdecydowali się przejść rzeki Ister, lecz osiedlili się gdzieś na samych krańcach zamieszkałego świata. Ci zatem pod wodzą wielu krwi królewskiej przeszli w poprzek przez wszystkie ludy Sklawinów, a następnie przebywszy znaczny obszar pustego kraju, dotarli do ludu zwanego Warnami, a następnie przeszli szybko także i przez plemiona Danów, bo tamtejsi barbarzyńcy nie stawiali im oporu. Następnie, przybywszy nad ocean, wsiedli na okręty i wylądowawszy na wyspie Thule, tam już pozostali.

Trzeba przyznać, że swoją kartę historii Europy Herulowie pisali krwią. Germański ten szczep wywodził się ze Skandynawii, lecz zasłynął dopiero, gdy przemierzywszy m.in. dzisiejszej Polski zawędrował nad Morze Czarne. O wcześniejszym rozdziale jego dziejów można powiedzieć niewiele lub zgoła nic. Dotąd archeologia jest bezsilna wobec prób lokalizacji szlaku ich przemarszu z północy na terytorium między Dnieprem i Donem, gdzie utworzyli znane Rzymianom i Grekom królestwo, później skutecznie spacyfikowane przez Gotów – stwierdza profesor Andrzej Kokowski, archeolog z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie). Spotykamy Herulów w różnych częściach ówczesnego świata, od Morza Azowskiego po Panonię i Galię – pisze profesor Jerzy Strzelczyk, historyk z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, w swej książce poświęconej Longobardom. Czytamy w niej również:

Niektórzy uczeni uważają – i rzeczywiście pewne dane źródłowe mogłyby popierać ten wniosek – że był to nie tyle lud w ścisłym rozumieniu tego słowa, lecz raczej związek wojowników, niezbyt liczny, ale waleczny i mobilny.

Herulów bowiem łączy się z Dzikim Łowem.

Dziki Łów (znany również pod innymi mianami, jak np. Dziki Gon czy Dzikie Zastępy), złowróżbna zgraja demonicznych jeźdźców, przemierzających mroczne niebo w szalonym polowaniu, to rozpowszechniony w Europie mit. Istnieje hipoteza, iż narodził się on właśnie dzięki Herulom, którzy w rzeczywistości nie stanowili grupy etnicznej. W rzeczywistości były to gromady wędrownych wojowników, fanatycznych wyznawców kultu boga Odyna (Wotana), których członkowie w religijnym szale atakowali ludzkie osiedla. Upiorne, powtarzające się, rytualne pacyfikacje dały początek mitowi Dzikiego Łowu. Dziki Łów z folkloru przeniknął i do literatury. Widmowi Krzyżacy pojawiają się w Potopie Henryka Sienkiewicza, Dziki Gon przejmuje grozą w świecie Wiedźmina Andrzeja Sapkowskiego. Motywu upiornych jeźdźców nie brak też u arcyklasyka literatury fantasy, bo przecież cóż innego, jak nie Dziki Łów zainspirował J. R. R. Tolkiena, by stworzyć Nazgûle?

Dziki Łów. Ten złowrogi mit może zawdzięczać swe powstanie siejącym terror Herulom. (Wikimedia Commons, Johann Wilhelm Cordes: Die Wilde Jagd” – Skizze zum Gemälde)

Herulowie często są wymieniani wśród Germanów, którzy w V wieku to szerzyli postrach na okrutnie przez siebie pustoszonych ziemiach cesarstwa zachodniorzymskiego, to zaciągali się w rzymską służbę. Do ich bardziej osławionych wyczynów należało zdobycie i złupienie miasta Tanais (które to udane przedsięwzięcie podjęli pospołu z Gotami, ale prawdopodobnie odegrali w nim wiodącą rolę i najwięcej też się w rezultacie obłowili). Także na czele Herulów stał sławny Odoaker, z pochodzenia Skir, a może i półkrwi Hun, ten co to w roku 476 wbił owemu dogorywającemu już cesarstwu śmiertelną mizerykordię, wprawdzie tylko odsyłając na przymusową emeryturę ostatniego cesarza Romulusa Augustulusa (a mógł zabić…). Mimo tego archeologowie mają z Herulami pewien kłopot. Otóż w porównaniu z towarzyszącym poczynaniom Herulów sporym rozgłosem, ilość odnalezionych zabytków, które można by im z całą pewnością przypisać, jest stosunkowo skromna. Przykładowo, mimo iż Herulowie na całkiem długo obrali sobie za siedzibę wybrzeża Morza Azowskiego (z zapałem urządzając pirackie rajdy po basenie Morza Czarnego i okolicy) okazuje się, że praktycznie niczego tam po sobie nie zostawili. Tamtejsza ziemia przechowała za to łatwe do rozpoznania ślady Gotów. Jest to jedna z poszlak na korzyść hipotezy głoszącej, że Herulowie nie stanowili plemienia, a raczej bractwo, którego członkowie zaliczali się zarazem do znanego pod inną nazwą ludu. Choć pozbawieni cielesnej powłoki i podróżujący pieszo, przeto niewidzialni dla oczu, wzbudzali jednak przerażenie u wszystkich żywych istot, w pobliżu których przechodzili. (…) Wyprzedzały ich pogłoski o nadciągającej ciemności i niewyobrażalnej grozie. (…) dzikie stworzenia kryły się, a ludzie uciekali przed nimi. Autorem cytowanych słów nie jest tym razem historyk, a pisarz. To Tolkien o Nazgûlach, Upiorach Pierścienia, najstraszliwszych wojownikach władcy Mordoru Saurona. Słowa jakże adekwatne, jeżeli odnieść je do nieuchwytnych i wielce w związku z tym tajemniczych Herulów.

Odoaker detronizuje ostatniego cesarza cesarstwa zachodniorzymskiego. Sławny Germanin był władcą ludu Herulów, czy też przywódcą budzącego grozę bractwa wojowników? (Wikimedia Commons, Project Gutenberg’s Young Folks’ History of Rome, by Charlotte Mary Yonge)

Wspomnianą na wstępie klęskę z rąk Longobardów Herulowie ponieść mieli cokolwiek na własne życzenie. Według longobardzkiego historyka Pawła Diakona herulscy wojownicy wzgardzili przeciwnikiem i do bitwy z nim stanęli nadzy. No, może prawie, jako że wedle tego kronikarza czymś tam wstydliwe części ciała przecie przesłonili. Co gorsza jednak, nikt nimi nie dowodził, albowiem ich król Rodulf, ufny widać na tyle w sprawność swych wojowników, że nie wątpił w zwycięstwo, zasiadł za stołem oddając się grze (jakiej, historyk zapomniał dodać – zważywszy epokę, obstawmy kości). Co jeszcze gorsza, Rodulf zastraszył obserwatora, któremu kazał śledzić przebieg bitwy. Wojak ten, przerażony perspektywą egzekucji, która zagroził mu król w razie niepomyślnych wieści, raportował wyłącznie o dzielnie walczących Herulach. Co zapewne zresztą nie odbiegało od prawdy, lecz niestety, jak uczy historia (także Polski), można walczyć dzielnie, a mimo tego i tak dostawać w skórę. Król długo słyszał więc tylko to, co chciał słyszeć. Gdy w końcu pojął grozę sytuacji, było już za późno, by zapobiec katastrofie. Morał z tego oczywisty: wywiad służy temu, by rząd wiedział jak jest, nawet jeśli jest nie tak, jak chciałby rząd. Jeśli rząd o tym zapomni, to grozi mu los Rodulfa i Herulów: Kiedy przerażony król i wszyscy wraz z nim, jak to w takiej sytuacji bywa, nie wiedzieli, co robić, napadli na nich Longobardowie i urządzili im straszną rzeź. Również sam król w dzielnej, lecz bezskutecznej walce poniósł śmierć – pisze Paweł Diakon, dodając: Odtąd tak dalece podupadło męstwo Herulów, że już nigdy nie posiadali króla.

Katastrofa ta miała ponoć miejsce około roku 505 po Chrystusie. Bywa też datowana na rok 491 lub 512.

Goci, Gepidzi, Burgundowie, Wandalowie czy Longobardowie osiedlali się na dawnych ziemiach Cesarstwa, ustanawiając tam własne, stosunkowo trwałe państwa. W kolejnych stuleciach tracili je, wydzierane im przez Bizantyjczyków, Franków i Arabów. Ale nawet podbici, pozostawali już w swych nowych ojczyznach. Ich dalecy potomkowie do dziś żyją we Włoszech, Austrii, Hiszpanii czy nawet w Północnej Afryce. Ze znaczącą częścią rozniesionych przez Longobardów Herulów stało się inaczej. Zdecydowali się na trudny powrót do skandynawskiej praojczyzny i – jeśli wierzyć Prokopiuszowi – dopięli swego. Jest to, o ile wiadomo, jedyny przykład powrotu ludu germańskiego do Skandynawii – zauważa Jerzy Strzelczyk. Herulowie szli przez Polskę, lecz ślady tej ich wędrówki odnaleźć jest niezwykle trudno. Odkrycie cmentarzyska Herulów w miejscowości Ulów (czyżby nieprzypadkowa to była nazwa?) na Roztoczu stało się nielichą archeologiczną sensacją (Andrzej Kokowski jest zdania, że Herulowie zatrzymali się w tym rejonie tylko na kilka lat). Skądinąd słowa Prokopiusza o znacznym obszarze pustego kraju, który przemierzyli Herulowie, są argumentem w sporze o to, kiedy właściwie na dzisiejsze ziemie polskie, w tym Śląsk, przybyli Słowianie. Ale kwestię tę, wielokrotnie a zażarcie roztrząsaną przez zwolenników tzw. teorii autochtonicznych i allochtonicznych pochodzenia Słowian, zostawmy tu może na boku, miast tego przechodząc wreszcie do niecodziennych znalezisk archeologicznych z okolic Olkusza.
I tak doszliśmy do najnowszego rozdziału tej historii: otóż wiele wskazuje na to, że w Olkuszu czy tuż pod nim znalazły się unikatowe ślady wędrówki Herulów.
Są to dwa groty włóczni. Tylko dwa i aż dwa. Jeden już od pewnego czasu znajduje się w zbiorach Muzeum Regionalnego PTTK im. Antoniego Minkiewicza w Olkuszu. Drugi pojawił się całkiem niedawno. Mimo iż nieco różnią się od siebie technologią wykonania, a co za tym idzie i budową, w gruncie rzeczy są bardzo jeden do drugiego podobne – oba nieprzeciętnie długie i przemyślnie, w sposób świadczący o wielkim kunszcie kowala wykute z żelaza i stali. Jako że odnaleziono je i odebrano ziemi bez udziału naukowców, ich wieku ani tym bardziej przynależności etnicznej posiadaczy nie da się już określić na podstawie archeologicznego kontekstu. Pozostała typologia. Trzeba było szukać analogii, porównując te groty z innymi znaleziskami, których wiek oraz pochodzenie są precyzyjnie określone. I na szczęście taki zabytek się znalazł.
– Jedyny taki grot, bardzo im bliski, pochodzi ze Skandynawii – mówi doktor habilitowany Marcin Biborski z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie kieruje Laboratorium Archeometalurgii i Konserwacji Zabytków.
Groty podobne trafiają się czasami, np. w okolicach Drezna. Ale są krótsze. Niekiedy bardzo znacznie, bo aż o 10 cm, od tych z Olkusza. Aż dwu. To nie może być przypadek!

Groty włóczni z Olkusza: wyjątkowo długie i technologicznie zaawansowane. Jeden z nich został zgięty, najprawdopodobniej po śmierci wojownika, do którego należał. (fot. Tomasz Borówka)

– Takich długich nie ma w Europie nikt. Tylko Olkusz! – podkreśla Marcin Biborski. I nie ma wątpliwości, iż należy je przypisać zdązającym do ojczyzny Herulom. Tylko oni jedni powrócili do Skandynawii. A skoro ów skandynawski grot można uznać za pokrewny olkuskim, uprawniony jest też wniosek, ze coś łączyło ich dawnych właścicieli. Jednemu z nich dopisało szczęście i dotarł do kraju przodków. Paradoksalnie, któryś z dwóch pozostałych spotkał się z tymi przodkami prędzej – w Walhalli.
– Mogli się zatrzymać w tej okolicy na dłużej – wyraża przypuszczenie doktor habilitowany Dariusz Rozmus, archeolog. – Może pomimo wyludnienia kraju doszło do jakichś drobnych potyczek?
Gdyż spośród pary grotów z Olkusza jeden jest zgięty, świadomie uszkodzony. W taki sposób niszczono broń pozostawianą w mogile poległemu wojownikowi. Bardzo możliwe, że posiadacz włóczni poległ w boju, a jego towarzysze pochowali go w uświęcony ceremoniałem sposób, wraz z jego wiele wartą bronią. W tamtych czasach włócznia nie tylko była podstawową bronią, ale i nieraz pełniła funkcję symbolu władzy. Jeszcze pod koniec pierwszego tysiąclecia po Chrystusie niektórym włóczniom przypisywano nadprzyrodzoną moc, otaczał je nimb świętości i dopatrywano się emanującej z nich bożej łaski (wystarczy o wspomnieć o słynnej Włóczni św. Maurycego, której replikę otrzymał Bolesław Chrobry w darze od cesarza Ottona III, jako symbol suwerennej władzy). Zniszczenie cennego grotu włóczni, a co za tym idzie prawdopodobne pozostawienie jej przy zmarłym, każe nam sądzić, że tego ostatniego otaczał szacunek, że był kimś znacznym i potężnym, że na takie pośmiertne potraktowanie zdaniem swoich towarzyszy zasłużył.

Pewien ślad Herulów mógł tez przetrwać w toponomastyce. Sąsiadujące z Olkuszem Bukowno posiada dzielnicę Starczynów, kiedyś stanowiącą samodzielną wieś. Starczynów, pobliski dawnej Pustyni Starczynowskiej, na skraju której znaleziony został jeden z grotów, według pewnego XVI-wiecznego przekazu pisanego nosił ongiś inną nazwę – Odynów. A przypomnijmy sobie, że akurat bogu Odynowi oddawali Herulowie cześć szczególną! Gwoli rzetelności przyznać jednak trzeba, że interpretacja zapisu niegdysiejszej nazwy Starczynowa jako Odynów budzi kontrowersje i bywa podważana przez fachowców. Bezpieczniej więc mówić tu co najwyżej o poszlace, nie zaś dowodzie. Niewątpliwie jednak jest to interesująca zbieżność.

– Jeżeli ktoś zarzuci, że to nie są groty włóczni Herulów, względnie Longobardów, które zdobyli na Herulach, to wyzywam go na pojedynek – żartuje Marcin Biborski.
Longobardów? W jaki sposób? Cóż, to temat na odrębną opowieść.

Herulowie to pierwsze ogniwo ewolucji Nazgûli Tolkiena? (Wikimedia Commons, The Artifex from flickr)

Ostatnimi czasy stosunkowo jakoś niewiele czytuję o dziejach najnowszych. Paradoksalnie może więc dlatego z dużym zaciekawieniem wziąłem do ręki najnowszy numer Czasypisma, periodyku katowickiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej poświęconego historii Górnego Śląska.

Po części też nastąpiło to za sprawą pana Jana Witaszka, publicysty i powieściopisarza, a przy tym znajomego z Katowic Ligoty, który jest bohaterem jednego z zamieszczonych w numerze artykułów, „SB na tropie Inspektoratu Pantera”. Bartłomiej Kluska opisuje w nim kuriozalną historię, której główną oś wprawdzie z opowiadania pana Jana znałem, ale o wielu jej  szczegółach jak dotąd nie miałem pojęcia. Historię, z której absurdalności można by się śmiać, gdyby nie świadomość, że mogła skończyć się groźnie, a tak czy inaczej długo rzucała dość dokuczliwy cień na dalsze pana Witaszka życie.

A o co właściwie chodziło? Ono o to, że nastoletni Witaszek założył z kolegami nielegalną organizację. Wiadomo, dzieciaki co najmniej od czasów Tomka Sawyera i Huckleberry’ego Finna zakładają swoje tajemnicze stowarzyszenia. Takie, co to pokoleniom pamiętającym czasy PRL kojarzyć się mogą chociażby z książkami Edmunda Niziurskiego czy Adama Bahdaja. Tyle tylko, że organizacja, do której należał Witaszek, mimo iż zainspirowana, a następnie opisywana przez zupełnie oficjalną gazetę „Świat Młodych”, wzbudziła jednak zainteresowanie Służby Bezpieczeństwa. Rezultat: śledztwo, rewizja, zatrzymanie, przesłuchanie, inwigilacja i hak w papierach na długie lata.

Coverem tego numeru są właśnie przeżycia i doświadczenia młodzieży żyjącej w trudnej rzeczywistości XX wieku. Absurdy totalitarnego ustroju – tym razem nazistowskiego – opisuje również Mirosław Węcki w artykule o Hitler Jugend na Śląsku. Dajmy na to, funkcjonariusz HJ wyrażający oburzenie faktem, że w szeregi przyjmowani są dzieci byłych powstańców, czy też delegowanie na partyjne imprezy członków HJ posiadających umundurowanie (jako że na Górnym Śląsku wielu rodziców nie było stać na jego zakup). Artykuł, mimo iż obfitujący w tego typu, rodzajowe a wymowne szczegóły, traktuje przecież o zjawisku z tragicznym finałem. Hitler Jugend stanowiło rezerwuar mobilizacyjny dla Waffen SS i Volkssturmu. Wielu jego członków spotkała więc śmierć za Führera, i to wcale niekoniecznie z własnej woli.

Z kolei o aktywistach komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej podejmujących studia teologiczne, czy bytomskich uczennicach z ZMP radośnie witających wchodzącego na salę księdza pisze Adam Dziurok w swym artykule o trudnej konfrontacji tej organizacji z głęboko zakorzenioną na Górnym Śląsku religią katolicką.

Dziecięce doświadczenia wysiedleń z Żywiecczyzny, dzieci w obozie na Zgodzie, śląski Marzec’68 czy Pałac Młodzieży w Katowicach – o tym, i nie tylko o tym, poczytać można w Czasypiśmie 2 (12) 2017. Numer polecam szczególnie tym wszystkim, którym młodość upłynęła przed końcem lat 80. XX wieku!

I tak oto długo oczekiwane badania archeologiczne pod kościołem św. Małgorzaty w Bytomiu zaczynają przynosić pierwsze efekty. O ich wynikach naukowcy wyrażają się jeszcze z pewną dozą ostrożności, ale i z wyczuwalną nadzieją.

Wykopaliska we wnętrzu kościoła św. Małgorzaty. Przed ołtarzem natrafiono na ślady pochówku.
(fot. Tomasz Borówka)

– Dzięki wykopaliskom udało się nam dotrzeć do kamiennej konstrukcji. Jeśli okaże się, że są to fundamenty nieistniejącego już kościoła romańskiego, będzie to przełomowe odkrycie w tym miejscu – relacjonuje Beata Badura, archeolog z Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu.

Kamienna konstrukcja, o której mówi pani archeolog, to fragment masywnego muru, usytuowany nieopodal wejścia do obecnego, XIX-wiecznego kościoła. Jak dotąd odsłonięto zaledwie jego część. Co to takiego?

Tu hipotez jest kilka. Najostrożniejsza zakłada, że to tylko fragment podmurówki któregoś z istniejących niegdyś na tym miejscu kościołów drewnianych. Wedle hipotezy najśmielszej – mur może być pozostałością wieży romańskiej świątyni, prawdopodobnie wyobrażonej na sławetnym tympanonie Jaksy z klasztoru na wrocławskim Ołbinie. Ten pierwszy bytomski kościół datuje się na ogół na drugą połowę XII wieku (choć np. Jerzy Rajman nie wyklucza, że budowla ta istniała już w wieku XI). Zapewne był on orientowany, czyli skierowany swoim prezbiterium mniej więcej na wschód (w średniowieczu różnie tu z precyzją bywało – jako że nie znano jeszcze kompasu, kierunek wytyczano wedle słońca w południe w różnych dniach roku, nie bacząc na wynikające z tego odchylenia). Wieża usytuowana była na przeciwnym końcu świątyni, zaś relikt muru odkryto właśnie od strony zachodniej. Rzecz jasna, jak dotąd nie wiadomo, czy aby architektura prawdziwego romańskiego kościoła św. Małgorzaty nie odbiegała od tego z tympanonu, mogącego przecież być wytworem wyobraźni średniowiecznego artysty rzeźbiarza. Nieodległy kościół w Siewierzu, datowany na przełom wieku XI i XII, w ogóle wieży nie ma i nigdy takowej nie posiadał!

Tajemniczy mur bynajmniej jednak nie musi wiązać się z hipotetyczną wieżą. Tworzące go kamienie mogły pochodzić z muru nawy dawnego kościoła, a nawet na swoje obecne miejsce trafić dopiero po jego zburzeniu, wykorzystane wtórnie. Nie wiadomo, dlaczego kościół romański nie przetrwał, ale całkiem możliwe, że padł ofiarą jakiegoś kataklizmu. Czyżby wojennego? Najazd mongolski, walki książąt dzielnicowych… Sporo się działo w tym XIII wieku. Czy śladami nieznanej katastrofy są drobne fragmenty łupku, których mnóstwo przyniosły wykopaliska? Mogą one pochodzić z dachu zniszczonego kościoła.

Tym, co może być pomocne w określeniu wieku zagadkowego muru i pozwoli, miejmy nadzieję, powiązać go z którymś kościołem na Wzgórzu Św. Małgorzaty, jest niepozorna niby to zaprawa murarska. A ściślej mówiąc – jej skład. Zostanie on poddany analizie. Gips czy wapno, procent zawartości piasku – wszystko to może przypisać wzniesiony przy użyciu takiej a nie innej zaprawy mur do konkretnej epoki. Jakiej?

Czy ten mur jest liczy sobie ponad 800 lat i jest reliktem romańskiego kościoła św. Małgorzaty?
(fot. Tomasz Borówka)

Archeologowie nie przyznają się nam do tego wprost – no w każdym razie na tak wczesnym etapie wykopalisk – ale nietrudno się domyślić, że upragnionym przez nich rezultatem wykopalisk na Małgorzatce byłoby jednoznaczne zidentyfikowanie reliktów pierwotnego kościoła. Rzecz jasna profesjonalizm nie pozwala naukowcom przesądzać tu z góry wyniku, jaki mają przynieść badania. No i przecież chwała im za to! Zwłaszcza, że przed nimi jeszcze wiele pracy.

Archeologowie dopiero zajrzeli pod skórę obiektu swych badań.
(fot. Tomasz Borówka)

– To jak podczas operacji chirurgicznej – żartuje uczestniczący w wykopaliskach dr hab. Piotr Boroń z Instytutu Historii Uniwersytetu Śląskiego – Jak dotąd rozcięliśmy tylko fragment skóry. Do tego, co pod nią, trzeba się dopiero dobrać.

P.S. Kamienny mur o nieco innej strukturze odsłonięto także pod ołtarzem. Przed nim, w nawie głównej, odkryto ślady pochówku. Plonem wykopalisk jest także spora ilość dewocjonaliów i monet, w tym i średniowiecznych. Wszystkie one poddane zostaną drobiazgowym badaniom.

Beata Badura: Udało się nam odkryć groby dziecięce, prawdopodobnie z XIX wieku, a w nich okucia trumien i krzyżyki. Podczas prac archeologicznych prowadzonych zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz kościoła, natrafiliśmy na duże ilości kości ludzkich, a także na średniowieczną ceramikę i monety.
(fot. Archiwum Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu)

Manfred von Richthofen zginął 21 kwietnia 1918. Dziś upływa 100 lat od śmierci Czerwonego Barona.


Manfred von Richthofen (fot. C. J. von Dühren/General Services Administration. National Archives and Records Service. Office of the National Archives/Wikipedia)

Śmierć Czerwonego Barona

Właściwie nic nie zapowiadało, że szlachcic ze śląskiej Świdnicy, Manfred Freiherr von Richthofen, zostanie słynnym lotnikiem. Gdy wybuchła pierwsza wojna światowa, wyruszył na front jako oficer kawalerii. Także kiedy (znudzony monotonną służbą na froncie) został na własną prośbę przeniesiony do lotnictwa, bynajmniej nie od razu tam zabłysnął. Funkcja obserwatora, jaką początkowo pełnił na pokładzie samolotu, również nie zaspokajała jego ambicji. Marzył o zostaniu pilotem. Pozwolono mu więc trenować latanie. Zaczął fatalnie – podczas pierwszego samodzielnego lotu rozbił swą maszynę. Z opinią dosyć przeciętną zakończył szkolenie i powrócił na front. Latał na bombowcach, za których sterami nie wykazał się właściwie niczym szczególnym (chociaż wziął udział w kilku walkach powietrznych). Przełom nastąpił latem 1916, kiedy to Richthofen wreszcie wstąpił do jednostki myśliwskiej. Tam dopiero ujawnił się drzemiący w nim talent urodzonego łowcy. Liczba zestrzelonych przez Manfreda samolotów zaczęła szybko rosnąć. W ślad za nią przybywało przyznawanych mu odznaczeń. Awansował i zaczęto mu powierzać dowódcze stanowiska. Swój samolot polecił pomalować (z początku tylko częściowo) na czerwono. Tak oto narodził się „Czerwony Baron”.
Jego sława rosła po obydwu stronach frontu. Do kwietnia 1918 zestrzelił aż 80 samolotów. W Niemczech (w tym i na ojczystym Śląsku) był bohaterem, dla nieprzyjaciół demonem – „Czerwonym Diabłem”.

Bohater w jatce

Pierwsza wojna światowa w powietrzu przedstawiana bywa jako sportowa rywalizacja, pasmo walk toczonych bez nienawiści, na wzór średniowiecznych, rycerskich pojedynków. Naprawdę było inaczej. Owszem, pilotom zdarzały się kurtuazyjne gesty. Honory oddawano jednak na ogół martwym wrogom. Zestrzeleni przeważnie ginęli. Działo się tak m.in. dlatego, iż nie posiadali spadochronów – i to nie dlatego, że nie znano jeszcze tego środka ratunku. Spadochrony były, lecz dowództwa zakazały ich zabierania. Ten nonsens kosztował życie niezliczonych pilotów. Wielu z nich zabierało ze sobą w powietrze pistolet, i to bynajmniej nie w celu strzelania do wroga. Zapalenie się ich maszyny oznaczało przecież okrutną śmierć w płomieniach. W dodatku ówczesne samoloty stanowiły kruche konstrukcje, oparte głównie na drewnie i płótnie. Salwa karabinu maszynowego oddana z bliska (Richthofen otwierał ogień nawet z 10 metrów!) – była w stanie zmienić pilota w krwawą miazgę, a jego samolot rozerwać na strzępy. „Czerwony Baron” starał się podchodzić swoje ofiary bynajmniej nie rycerskim, lecz łowieckim obyczajem. Uderzał znienacka i nie dawał najmniejszej szansy. Nie miał też nic przeciwko polowaniu na bezbronne samoloty obserwacyjne.

Jak zginął as?

21 kwietnia 1918 rotmistrz Richthofen nie powrócił z lotu. Jego podkomendni jakiś czas jeszcze się łudzili. Gdy Brytyjczycy ogłosili śmierć „Czerwonego Diabła”, dla Niemców stanowiło to szok. Czy to prawda? – pytali. Jak to możliwe?? I jak właściwie zginął ich bohater???
Na to ostatnie pytanie do dziś nie posiadamy pełnej odpowiedzi.
Wiadomo, że nad doliną Sommy doszło do walki powietrznej, w której uczestniczyło 5 niemieckich Fokkerów Dr.1 i kilkanaście brytyjskich myśliwców Camel. Ścigający jednego z nieprzyjaciół Richthofen przez chwilę znalazł się pod ostrzałem z samolotu Kanadyjczyka, kapitana Browna. Ten twierdził, że strącił czerwony trójpłatowiec. Przeczą temu zeznania świadków z ziemi – australijskich żołnierzy. Widzieli oni, jak Richthofen kontynuował swój pościg na niewielkiej wysokości. Nadleciał prosto nad ich stanowiska i został przyjęty silnym ogniem. Dostrzeżono trafienia i odpadające fragmenty poszycia samolotu. Zapamiętano ruch pilota, który tuż zanim jego maszyna runęła bezwładnie na ziemię, zdążył zerwać z twarzy lotnicze gogle. Gdy żołnierze dotarli do roztrzaskanego w polu wraku, Richthofen już nie żył. Przeprowadzono sekcję zwłok. W ciele lotnika były 2 rany, które zostawiła 1 tylko, przechodząca na wylot kula. Trafiła ona z prawej strony tułowia od dołu i wyszła przez lewą pierś. Po drodze przebiła serce.
Powtórzmy: trafiła z prawej strony, OD DOŁU. A jednak, choć wszystko wskazuje na to, że Richthofen zginął od ognia z ziemi, jego strącenie Brytyjczycy oficjalnie przyznali jedynemu pilotowi, który doń strzelał (i to raczej niecelnie), kapitanowi Brownowi. Dlaczego?
Być może chodziło o sprawę prestiżu RAF-u. O podniesienie morale własnych pilotów… I o dziwo, wyjaśnienie to zostało w zasadzie zaakceptowane przez Niemców. Śmierć w walce z lotnikiem, niechby i mniejszego niż „Czerwony Baron” formatu, uznano za bardziej honorową dla legendarnego myśliwca niż zestrzelanie przez zwykłych żołnierzy. Zresztą strona niemiecka i tak utrzymywała, że do strącenia Richthofena by nie doszło, gdyby nie rzekoma usterka silnika. Pojawiła się też absurdalna wręcz teoria, jakoby rotmistrza zabito dopiero na ziemi. Tak czy inaczej, ostatnie chwile superasa wciąż budzą kontrowersje.

P.S. Tekst ukazał się kilkanaście lat temu na łamach Dziennika Zachodniego. Dziś jest niepowtarzalna okazja, by go przypomnieć.

W kwietniu 2018 na Wzgórze św. Małgorzaty wkroczą archeologowie z Muzeum Górnośląskiego. Jedno z najbardziej niezwykłych miejsc Bytomia, niejednokrotnie w swej przeszłości było terenem badań archeologicznych. Prowadziło je już kilka pokoleń naukowców. Ale nadal kryje w sobie wiele tajemnic. I teraz będą odkrywane.


Wzgórze św. Małgorzaty na przestrzeni wieków zmieniało się bardzo. Na zdjęciu wygląd obecnego kościoła i jego otoczenia w latach 30. XX wieku (fot. Muzeum Górnośląskie w Bytomiu)

Badania „Małgorzatki” rozpoczęli Niemcy w latach 20. ubiegłego wieku. Od razu okazało się, że nawet zwykłe oględziny i penetracja powierzchniowa przynoszą ciekawe efekty. Potwierdzały one domysły, że na Wzgórzu św. Małgorzaty szukać należy pierwotnego bytomskiego grodu z czasów pierwszych Piastów, (o ile nie wcześniejszych). Odkrycie skorup naczyń z XI-XII wieku zaostrzyło apetyt naukowców i w 1929 roku wykorzystali okazję, jaką była budowa drogi dojściowej do XIX-wiecznego kościoła św. Małgorzaty, by przeciąć wykopem wał, najbardziej widoczną pozostałość grodziska. Jak na niewielką skalę badań, ich plon był interesujący: moneta z XI lub XII wieku, (prawdopodobnie tzw. denarek krzyżowy), kolejne skorupy naczyń (XI-XIII wiek) i przedmioty codziennego użytku, jak dwie sprzączki do pasa, fragmenty noża i jego pochwy.


Wzgórze św. Małgorzaty na archiwalnej mapie (repr. Piotr Boroń)

Kości zwierząt, ślady pożaru, gliniana ława

Rok 1934 przyniósł raczej kiepskie wieści. Kopano wówczas fundamenty pod budynek klasztoru werbistów na Małgorzatce. Nadzorujący budowę archeolodzy naocznie potwierdzili to, z czym od dawna musieli się liczyć. Teren wczesnośredniowiecznego grodziska został gruntownie przeryty przy okazji kopania grobów. Kilkuwiekowe użytkowanie go jako cmentarza dramatycznie naruszyło, niemal zniszczyło jego warstwy kulturowe. Na szczęście nie do końca. Odkryto m.in. fragmenty ceramiki (XI-XIII w.), kości zwierząt oraz glinianą ławę, zapewne fundament wału obronnego. A do tego niewątpliwe ślady pożaru. Upłynęło sporo czasu, nim archeologowie – tym razem już polscy, pod kierownictwem słynnego później Jerzego Szydłowskiego – powrócili na Małgorzatkę w roku 1957. Dwa sondażowe wykopy tuż przy murze kościoła okazały się niestety marnowaniem czasu. Szczęśliwszy był dopiero trzeci, którym ponownie „wgryziono się wał”. Dzięki temu poznano jego ziemno-drewnianą budowę. Stwierdzono też, że część konstrukcji wzniesioną z drewna strawił ogień. Badania z 1961 r. odkryły ślady fosy, a w niej ciekawy artefakt: żelazną kłódkę z XII w. Na kolejne badania Małgorzatki trzeba było czekać ponad pół wieku. W 2014 r. na zlecenie Uniwersytetu Śląskiego podjął je Marcin Paternoga, a nadzorowali Piotr Boroń ( UŚ) i Jacek Pierzak (Śląski Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków).


Wykopaliska na Małgorzatce w 2014 roku (fot. Piotr Boroń)

Archeologowie wydawali się cokolwiek rozczarowani ich rezultatami, ale w rzeczywistości przyniosły one sporo rewelacji. Ponownie zaatakowano wał, odkrywając dwie fazy jego funkcjonowania, czyli okresy, w jakich był wykorzystywany. Rozdzielała je warstwa spalenizny, świadectwo jakiejś dawnej katastrofy grodu, może jego oblężenia i zdobycia. Okazało się też, że dawne, naturalne Wzgórze św. Małgorzaty, zostało sztucznie powiększone, nadsypane. Oprócz niewielkiej ilości ceramiki (ponownie XI-XII w.) znaleziono placki glejty ołowiowej. Jak uważa archeolog Dariusz Rozmus, odkrycie to uprawnia do stwierdzenia, iż w Bytomiu, podobnie jak w szeregu innych miejscowości Śląska i Zagłębia, wytapiano w średniowieczu ołów. Z tego zaś wniosek, że najprawdopodobniej i srebro. Dodatkowo, ponowne przebadanie skorup naczyń odkrytych podczas wcześniejszych wykopalisk pozwoliło rozpoznać wśród nich charakterystyczną ceramikę szkliwioną, również wiązaną z hutnictwem ołowiu.


Wykopaliska na Małgorzatce w 2014 roku (fot. Piotr Boroń)

Zaginiona świątynia: jak wyglądał romański kościół św. Małgorzaty?

Nie później niż w 1170 roku na wzgórzu ufundowano romański kościół św. Małgorzaty. Lecz może być on starszy. Mało tego – na jego miejscu mogła wznosić się wcześniej jeszcze starsza, być może drewniana świątynia. Romański kościół z XII wieku na Wzgórzu św. Małgorzaty prawdopodobnie został wyobrażona na tympanonie Jaksy – detalu architektonicznym nieistniejącego już wrocławskiego klasztoru na Ołbinie. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności ten bezcenny fragment średniowiecznej kamieniarki nie dość że przetrwał rozbiórkę klasztoru, to jeszcze został odnaleziony i rozpoznany (dziś znajduje się w Muzeum Architektury we Wrocławiu). Opierając się na tej płaskorzeźbie, można pokusić się o próbę opisu romańskiego kościoła w Bytomiu. „Była to nieduża świątynia zbudowana z kamienia na planie prostokąta, z absydą, z oknem w ścianie, fryzem arkadowym powyżej i wysoką kwadratową wieżą, niezbyt wyraźnie z budowli wyodrębnioną” – pisał przed laty prof. Jerzy Szydłowski. A jednak tympanon Jaksy nie mówi nam wszystkiego o wyglądzie tej świątyni. Gdyby pod obecnym kościołem św. Małgorzaty przetrwały fragmenty jej murów lub chociaż fundamentów, pozwoliłoby to zweryfikować i poszerzyć zakres naszej wiedzy. Zaś odnalezienie śladów obiektu (lub obiektów) starszych niż kościół z XII wieku byłoby archeologiczną (i nie tylko archeologiczną) sensacją.


Fragment tympanonu Jaksy z wyobrażeniem kościoła opatrzonego napisem BITOM. Czy tak wyglądał bytomski kościół św. Małgorzaty z XII wieku? (repr. z książki Jerzego Szydłowskiego „Bytom: pradzieje i początki miasta”, wyd. Muzeum Górnośląskie, Bytom 1966)

Będą kopać w nowych miejscach

Pod jednym i to arcyważnym względem tegoroczne badania, które rozpoczną się już w przyszłym miesiącu będą różnić się od dotychczasowych. Zostaną przeprowadzone w dziewiczym terenie, gdzie nigdy do tej pory nie sięgnęła łopatka archeologa ani tym bardziej szpadel grabarza: pod samym kościółkiem św. Małgorzaty, wznoszącym się na miejscu dawnej, romańskiej świątyni z XII w. – Planowane są cztery wykopy w precyzyjnie wybranych lokalizacjach, tam gdzie georadar wykrył podziemne anomalie – informuje Beata Badura, archeolog z Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu. Trzy z tych miejsc znajdują się w obrębie kościoła – pod zakrystią, kruchtą i w rejonie ołtarza, czwarta zaś na zewnątrz. Mogą to być fragmenty fundamentów dawnego romańskiego kościoła. A może pochówki? Zobaczymy.

Czy w Bytomiu zachowały się ślady chrześcijańskich misjonarzy sprzed chrztu Polski bądź z pierwszych lat polskiego chrześcijaństwa?

O Sutuhali – przypisywanej Wzgórzu Świętej Małgorzaty tajemniczej nazwie, której pochodzenia od lat nie udaje się przekonująco wyjaśnić – pisałem w Dzienniku Zachodnim 17 października 2017. W artykule „Św. Gaweł i Bytom. To byłby najstarszy kościół na Górnym Śląsku. Czy istniał?” zaproponowałem dla Sutuhali wytłumaczenie całkowicie inne, niż spotykane do tej pory. Jest ono podobne, jak w przypadku szwajcarskiego miasta St. Gallen, które nazwę swą zawdzięcza świętemu Gawłowi. Święty ten, żyjący w latach (około) 550-645 po Chrystusie był iroszkockim zakonnikiem, jednym z uczniów św. Kolumbana. Kult świętego Gawła – w krajach Europy Zachodniej znanego jako święty Gallus – szerzył się szczególnie w południowych Niemczech, Szwajcarii i Czechach. Namacalnym jego świadectwem jest wielka ilość znajdujących się tam kościołów pod wezwaniem tego świętego. Dla kontrastu, w Polsce kościoła św. Gawła nie uświadczysz ani jednego…

… Ale kiedyś, tuż u progu polskiej historii pisanej, mogło być inaczej. Taka świątynia mogła istnieć, i to w dzisiejszych granicach miasta Bytom. Ten domniemany kościół św. Gawła, najstarszy kościół na ziemiach dzisiejszego Górnego Śląska, założony być może jeszcze przed pamiętnym rokiem 966, czyli chrztem Mieszka I, nie przetrwał do naszych czasów. Bezpośrednich informacji o jego istnieniu próżno by też szukać w źródłach pisanych. Jednak na istnienie w okolicach Bytomia kościoła św. Gawła wskazuje kilka tropów toponomastycznych:

  • Nazwa Świętochłowice brzmi podobnie jak Sutuhali. W ciągu kilku wieków mogła ulec przekształceniu ze Svatohavlice. Zanim Piastowie przyłączyli Śląsk i Małopolskę do budowanej przez siebie Polski, krainy te podlegały Czechom. A po czesku święty Gaweł to svatý Havel. Czyżby założyciele Świętochłowic przybyli ze Świętego Gawła?
  • W średniowieczu (co najmniej w wieku XIII) trakt z Czeladzi na zachód wiódł przez most Gawła. Trakt ten prowadził w kierunku Bytomia, ściślej zaś – Wzgórza Św. Małgorzaty.
  • W niby to pospolitej nazwie osady służebnej Łagiewniki wystarczy zamienić miejscami zaledwie trzy spółgłoski, by otrzymać Gawiełniki. Taki błąd przy spisywaniu dokumentu mógł przydarzyć się pisarzowi, któremu obca była ta druga nazwa, za to często spotykał się z miejscowościami noszącymi pierwszą.

Kościół pod wezwaniem św. Gawła założyć mogli jedynie misjonarze z ziem, gdzie rozpowszechniony był kult tego świętego. W artykule wskazałem na jedną z okazji, kiedy tacy właśnie duchowni mieli okazję przybyć w okolice dzisiejszego Bytomia: misję biskupa Adalberta z Trewiru na Ruś (rok 961 lub 962). Lecz są i inne możliwości…

Przemoc na śląskich stadionach jest starsza niż święta wojna fanów Górnika i Ruchu. Już w II RP bójki z udziałem piłkarzy i kibiców nie były rzadkością.

Ruch Pogoń Wilimowski

Przedwojenne spotkania śląskich klubów z Pogonią Lwów prasa nazywała „polowaniem na kości”. Na zdjęciu mecz Ruch – Pogoń, pierwszy z prawej Ernest Wilimowski, śląska supergwiazda (foto SBC)

Ktoś nie znający historii Ruchu Chorzów, a mający  świadomość obecnego, powszechnego wśród fanów „Niebieskich” podkreślania swej śląskości przy jednoczesnym kontestowaniu polskości, zdziwić się może, poznawszy okoliczności powstania klubu. Ruch założono w 1920 r., obok wielu innych klubów sportowych, z inicjatywy polskich działaczy plebiscytowych. Cała akcja miała więc oczywisty podtekst polityczny, wpisując się w polsko-niemiecką polityczną walkę o rząd śląskich dusz.
Czytając prasę z lat międzywojennych, często natykamy się na wzmianki o bójkach z udziałem zawodników i kibiców. Przykładem mecz 1 F.C. Kattowitz z  Dębem Katowice: „Z galerii słychać okrzyki »Brecht den Dytko das Bein« (złam Dytce nogę). Na 15 minut przed zakończeniem meczu doszło do ordynarnej bójki. (…) Gracze F.C., nie chcąc dopuścić do wykonania rzutu karnego, rzucili się na graczy Dębu, a w chwilę później publiczność wdarła się na boisko”.
Czyżby więc u fundamentów stadionowej agresji na Śląsku leżały antagonizmy polsko-niemieckie? Ano niekoniecznie. Śląscy Niemcy tłukli się też między sobą. „Bramkarz Peter-Paula, który ciągle pozwalał sobie na różne wyzwiska na graczy Freie Turner, otrzymał silny cios w twarz od jednego z graczy Freie Turner, po czem powstała istna bójka wśród graczy, jak i publiczności” – donosił zdegustowany komentator po meczu dwóch niemieckich klubów w czerwcu 1934 r.

Freie turner bójka 25 06 34

Notka prasowa o bijatyce na meczu niemieckich drużyn (foto SBC)

Nie wyobrażajmy sobie jednak, że gracze i kibice ówczesnych polskich śląskich drużyn ulepieni byli z innej gliny. Iż tak nie było, potwierdza np. prasowa notka z października 1938 r.: „W związku z coraz częstszymi wypadkami bójek i awantur na śląskich boiskach piłkarskich, Wydział Gier i Dyscypliny Śląskiego O.Z.P.N., po wyczerpaniu wszystkich możliwych już ostrzeżeń, postanowił wobec dalszych bójek wyeliminować od dalszego udziału w mistrzostwach trzy kluby: KS. Ruch Radzionków, KS. 25 Wełnowiec i Jedność Michałkowice”.
Podobny co Ruch rodowód ma bytomska Polonia. Po tym jednak, jak Bytom pozostał w 1922 r. po niemieckiej stronie podzielonego granicą Górnego Śląska, klub rozwiązano. Jego reaktywacja w 1945 r. była praktycznie startem od zera. Stanowiła  zarazem symbol radykalnej odmiany oblicza niemieckiej części przedwojennego Śląska: w barwach klubu wyszli na boisko wygnańcy z zagarniętego przez Sowietów Lwowa. Grał w nim m.in. Michał Matyas, zawodnik przedwojennej Pogoni Lwów, którego piłkarze i kibice śląskich klubów wciąż musieli dobrze pamiętać. Bo też jeszcze nie tak dawno temu spotkania Ślązaków ze lwowiakami były widowiskami mało sportowymi, za to brutalnymi („ogólne polowanie na kości” – orzekła jedna z gazet). Co dopiero, gdy z Pogonią grali ci „niemieccy” Ślązacy, jak AKS Chorzów. W 1939 r. to właśnie po brutalnym ataku Matyasa bramkarza AKS-u Romana Mrugałę zniesiono z murawy nieprzytomnego i z powybijanymi zębami. Jego zaś klubowego kolegę Jerzego Wostala aresztowała po meczu we Lwowie policja za… lżenie narodu polskiego (nie wytrzymał zaczepek kibiców Pogoni, wyzywających go za używanie niemieckiego, i szpetnie im przygadał).

Wostal

Prasa o aresztowaniu Wostala z AKS Chorzów podczas meczu z Polonią Lwów (foto SBC)

A „polski” Ruch też nie miał lekko. W 1934 r., po tym jak Edmund Giemsa wrócił ze Lwowa z pękniętą kostką, śląska prasa czując, co się święci podczas rewanżowego spotkania, apelowała do kibiców o spokój i sportowe przyjęcie Pogoni (która, tak czy inaczej, z góry zwróciła się o ochronę policji). Wezwania nie poskutkowały. „Pogoń wbiegającą na boisko Ruchu przywitała publiczność gwizdami i okrzykami »fuj«”.

Ruch Pogoń

To właśnie temu spotkaniu we Lwowie gracze  Pogoni zawdzięczali nieprzyjazne przyjęcie przez kibiców Ruchu (foto SBC)

Wszystko to działo się jeszcze przed narodzinami Górnika Zabrze, ale grunt pod największą świętą wojnę śląskich kibiców został przygotowany już dawno temu…

Demoralizacja, dezercja, a nawet zdrada wśród Ślązaków służących w Wojsku Polskim – czy to możliwe? Ucieczki Ślązaków z Wehrmachtu „do Andersa” – to i owszem. O tych mówi się często. W niejednej śląskiej rodzinie zachowały się fotografie ojców czy dziadków zarówno w mundurze feldgrau, jak i brytyjskim khaki z naszywką „Poland”. Czy jednak mogło być na odwrót? Czy Ślązak porzucał czasem polski mundur, a następnie przywdziewał niemiecki? Tak! Nie tylko tak być mogło, ale bywało z całą pewnością.

Wojsko Polskie Katowice Urząd Wojewódzki

Żołnierze WP podczas uroczystości z okazji Dnia Wojska Polskiego, Katowice, lata 30 XX w. (fotografia z archiwum Ryszarda Parki)

Można wręcz powiedzieć, że na Śląsku, z jego skomplikowaną historią, boleśnie przeciętym od lat 20. XX wieku polsko-niemiecką granicą, na Śląsku, gdzie bodaj jeszcze boleśniejsza, bo duchowa granica między Polską a Niemcami przebiegała nieraz w poprzek najbliższej nawet rodziny – na tym Śląsku było to wręcz nieuniknione. Oficer WP spotykający w oflagu swego dawnego, śląskiego podkomendnego jako strażnika – to też wcale nie scena z fabularnego filmu, ale historyczny fakt.
Większość Ślązaków służących w WP zapamiętana została – i słusznie! – jako żołnierze zdyscyplinowani, waleczni i ofiarni. Jednak faktem są też zachowania biegunowo wręcz różne. W najnowszej „Naszej Historii” przeczytać więc można o porzucaniu, a nawet zdradzie polskiego munduru, o dezercji wprost w szeregi Freikorpsu, o działającej w WP tajnej organizacji dywersyjnej Abwehry, o zdradzieckich strzałach w plecy i zamachach na oficerów, o licznym zbiegostwie z wycofujących się ze Śląska oddziałów. Przypadki takie potwierdza wiele źródeł. Mówią o nich nie tylko relacje świadków, ale i archiwalne dokumenty.
Warto przy okazji podkreślić, że problem dezercji w 1939 r. nie dotyczył wyłącznie Ślązaków. Po agresji sowieckiej WP zaczęli opuszczać również Ukraińcy i Białorusini . „O ile żołnierze pochodzenia ukraińskiego przed 17 września dobrze bili się w szeregach Wojska Polskiego, o tyle po tej dacie masowo dezerterowali z bronią w ręku – stwierdza historyk Czesław K. Grzelak. – Żołnierze pochodzenia białoruskiego po 17 września, jeśli chcieli, byli zwalniani do domów przez swoich dowódców lub sami »odmeldowywali się« z oddziałów wojskowych”.
Więcej w najnowszej „Naszej Historii”, w której zapraszam do lektury mojego artykułu „Dezercja i zdrada. Czarna karta WP śląskiego Września”.

Dosłownie pod żelbetowe ściany paru z licznych schronów w rejonie Rudy Śląskiej-Czarnego Lasu podjedziemy samochodem bądź autobusem komunikacji miejskiej. By obejrzeć większość pozostałych (poza dwoma odleglejszymi), czekają nas „aż” kilkuminutowe spacery z miejsca, gdzie opuścimy pojazd. Dzisiejszy postindustrialny krajobraz „Wzgórza 319” (tak nazywał się ten punkt oporu Obszaru Warownego „Śląsk”, będący także kulminacją terenową śląskich umocnień II RP) oferuje też zupełnie inny klimat fortecznej wycieczki, niźli otwarte pola Dąbrówki Wielkiej czy las między Kochłowicami a Halembą.

02

Schron bojowy blisko zjazdu z ul. 1 Maja na trasę NS.

03

W lasku po drugiej stronie ulicy jest tradytor (schron artyleryjski).

11

By obejrzeć ten schron nieopodal ogrodzenia wydziału huty „Pokój” trzeba wybrać się na nieco dłuższy już spacer. Jego jaskrawo dziś pomalowane kopuły pancerne są dobrze widoczne ze zjazdu na DTŚ w kierunku Rudy Śląskiej-Chebzia.

12

Przy bocznicy kolejowej prowadzącej do tego wydziału huty „Pokój” stoi jeszcze jeden ciężki schron bojowy. To już kompletne pustkowie, na które bezpieczniej nie zapuszczać się samotnie czy po ciemku.

01

Zarośla tuż obok przystanku autobusowego „Ruda 1 Maja” skrywają ten schron pozorny (czyli atrapę bojowego).

05

Schron magazynowy blisko siedziby Straży Miejskiej (dawnych koszar). Składowano tu m. in. amunicję.

04

Tuż za hipermarketem Tesco też jest schron bojowy. Jego kopułę pancerną uszkodzili palnikami złodzieje

06

Ten ciężki schron bojowy, nieopodal którego będzie zaniedługo przebiegać trasa NS, prócz karabinów maszynowych uzbrojony był też w działko przecwipancerne 37 mm.

09

W pobliżu, przy dawnej (rozebranej już) cegielni, znajduje się drugi tradytor. Także tam walczono w 1939 r.

07

Odnowiony jakiś czas temu schron bojowy przy ul. Cynkowej. W 1939 r. brał udział w starciach z Freikorpsem (fot. Arkadiusz Ławrywianiec).

Pamiątką po tych walkach są ślady trafień kul na pancerzu pólkopuły bojowej schronu (fot. Arkadiusz Ławrywianiec).