Miesięczne archiwum: Maj 2018

Finał okrutnej epopei germańskiego ludu Herulów opisuje urodzony pod koniec V wieku po Chrystusie bizantyjski historyk Prokopiusz z Cezarei:

Kiedy Herulowie pokonani w bitwie przez Longobardów opuścili ojczyste siedziby, część ich, jak to wyżej przedstawiłem, przeniosła się na ziemie ilyrijskie, inni natomiast nie zdecydowali się przejść rzeki Ister, lecz osiedlili się gdzieś na samych krańcach zamieszkałego świata. Ci zatem pod wodzą wielu krwi królewskiej przeszli w poprzek przez wszystkie ludy Sklawinów, a następnie przebywszy znaczny obszar pustego kraju, dotarli do ludu zwanego Warnami, a następnie przeszli szybko także i przez plemiona Danów, bo tamtejsi barbarzyńcy nie stawiali im oporu. Następnie, przybywszy nad ocean, wsiedli na okręty i wylądowawszy na wyspie Thule, tam już pozostali.

Trzeba przyznać, że swoją kartę historii Europy Herulowie pisali krwią. Germański ten szczep wywodził się ze Skandynawii, lecz zasłynął dopiero, gdy przemierzywszy m.in. dzisiejszej Polski znalazł się na obszarze Cesarstwa Rzymskiego. O wcześniejszym rozdziale jego dziejów można powiedzieć niewiele lub zgoła nic. Dotąd archeologia jest bezsilna wobec prób lokalizacji szlaku ich przemarszu z północy na terytorium między Dnieprem i Donem, gdzie utworzyli znane Rzymianom i Grekom królestwo, później skutecznie spacyfikowane przez Gotów – stwierdza profesor Andrzej Kokowski, archeolog z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie)Spotykamy Herulów w różnych częściach ówczesnego świata, od Morza Azowskiego po Panonię i Galię – pisze profesor Jerzy Strzelczyk, historyk z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, w swej książce poświęconej Longobardom. Czytamy w niej również:

Niektórzy uczeni uważają – i rzeczywiście pewne dane źródłowe mogłyby poopierać ten wniosek – że był to nie tyle lud w ścisłym rozumieniu tego słowa, lecz raczej związek wojowników, niezbyt liczny, ale waleczny i mobilny.

Są bowiem Herulowie łączeni z Dzikim Łowem. Dziki Łów (znany również pod innymi mianami, jak np. Dzikim Gone czy Dzikie Zastępy), złowróżbna horda demonicznych jeźdźców, przemierzających mroczne niebo w szalonym polowaniu, to rozpowszechniony w Europie mit. Istnieje hipoteza, iż narodził się on właśnie dzięki Herulom, którzy w rzeczywistości nie stanowili grupy etnicznej. W rzeczywistości były to gromady wędrownych wojowników, fanatycznych wyznawców kultu boga Odyna (Wotana), których członkowie w religijnym szale atakowali ludzkie osiedla. Upiorne, powtarzające się, rytualne pacyfikacje dały początek mitowi Dzikiego Łowu. Dziki Łów z folkloru przeniknął i do literatury. Widmowi Krzyżacy pojawiają się w Potopie Henryka Sienkiewicza, Dziki Gon budzi grozę w świecie Wiedźmina Andrzeja Sapkowskiego. Motywu upiornych jeźdźców nie brak też u arcyklasyka fantasy, bo przecież cóż innego, jak nie Dziki Łów zainspirował J. R. R. Tolkiena, by stworzyć Nazgûle?

Dziki Łów. Ten złowrogi mit może zawdzięczać swe powstanie siejącym terror Herulom. (Wikimedia Commons, Johann Wilhelm Cordes: Die Wilde Jagd” – Skizze zum Gemälde)

Herulowie często są wymieniani wśród Germanów, którzy w V wieku to szerzyli grozę na okrutnie przez siebie pustoszonych ziemiach cesarstwa zachodniorzymskiego, to zaciągali się w rzymską służbę. Do ich bardziej osławionych wyczynów należało zdobycie i złupienie miasta Tanais (które to udane przedsięwzięcie podjęli pospołu z Gotami, ale prawdopodobnie odegrali w nim wiodącą rolę i najwięcej też się w rezultacie obłowili). Także na czele Herulów stał sławny Odoaker, z pochodzenia Skir, a może i półkrwi Hun, ten co to w roku 476 wbił owemu dogorywającemu już cesarstwu śmiertelną mizerykordię, wprawdzie tylko odsyłając na przymusową emeryturę ostatniego cesarza Romulusa Augustulusa (a mógł zabić…). Mimo tego archeologowie mają z Herulami pewien kłopot. Otóż w porównaniu z towarzyszącym poczynaniom Herulów sporym rozgłosem, ilość odnalezionych zabytków, które można by im z całą pewnością przypisać, jest stosunkowo skromna. Przykładowo, mimo iż Herulowie na całkiem długo obrali sobie za siedzibę wybrzeża Morza Azowskiego (z zapałem urządzając pirackie rajdy po basenie Morza Czarnego i okolicy) okazuje się, że praktycznie niczego tam po sobie nie zostawili. Tamtejsza ziemia przechowała za to łatwe do rozpoznania ślady Gotów. Jest to jedna z poszlak na korzyść hipotezy głoszącej, że Herulowie nie stanowili plemienia, a raczej bractwo, którego członkowie zaliczali się zarazem do znanego pod inną nazwą ludu. Choć pozbawieni cielesnej powłoki i podróżujący pieszo, przeto niewidzialni dla oczu, wzbudzali jedna przerażenie u wszystkich żywych istot, w pobliżu których przechodzili. (…) Wyprzedzały ich pogłoski o nadciągającej ciemności i niewyobrażalnej grozie. (…) dzikie stworzenia kryły się, a ludzie uciekali przed nimi. Cytowane słowa napisał tym razem nie historyk, a pisarz. To słowa Tolkiena o Nazgûlach, Upiorach Pierścienia, najstraszliwszych wojownikach władcy Mordoru Saurona. Słowa jakże adekwatne, jeżeli odnieść je do nieuchwytnych i wielce w związku z tym tajemniczych Herulów.

Odoaker detronizuje ostatniego cesarza cesarstwa zachodniorzymskiego. Sławny Germanin był władcą ludu Herulów, czy też przywódcą budzącego grozę bractwa wojowników? (Wikimedia Commons, Project Gutenberg’s Young Folks’ History of Rome, by Charlotte Mary Yonge)

Wspomnianą na wstępie klęskę z rąk Longobardów Herulowie ponieść mieli cokolwiek na własne życzenie. Według longobardzkiego historyka Pawła Diakona herulscy wojownicy wzgardzili przeciwnikiem i do bitwy z nim stanęli nadzy. No, może prawie, jako że wedle tego kronikarza czymś tam wstydliwe części ciała przecie przesłonili. Co gorsza jednak, nikt nimi nie dowodził, albowiem ich król Rodulf, ufny widać na tyle w sprawność swych wojowników, że nie wątpił w zwycięstwo, zasiadł za stołem oddając się grze (jakiej, historyk zapomniał dodać – zważywszy epokę, obstawmy kości). Co jeszcze gorsza, Rodulf zastraszył obserwatora, któremu kazał śledzić przebieg bitwy. Wojak ten, przerażony perspektywą egzekucji, która zagroził mu król w razie niepomyślnych wieści, raportował wyłącznie o dzielnie walczących Herulach. Co zapewne zresztą nie odbiegało od prawdy, lecz niestety, jak uczy historia (także Polski), można walczyć dzielnie, a mimo tego i tak dostawać w skórę. Król długo słyszał więc tylko to, co chciał słyszeć. Gdy w końcu pojął grozę sytuacji, było już za późno, by zapobiec katastrofie. Morał z tego oczywisty: wywiad służy temu, by rząd wiedział jak jest, nawet jeśli jest nie tak, jak chciałby rząd. Jeśli rząd o tym zapomni, to grozi mu los Rodulfa i Herulów: Kiedy przerażony król i wszyscy wraz z nim, jak to w takiej sytuacji bywa, nie wiedzieli, co robić, napadli na nich Longobardowie i urządzili im straszną rzeź. Również sam król w dzielnej, lecz bezskutecznej walce poniósł śmierć – pisze Paweł Diakon, dodając: Odtąd tak dalece podupadło męstwo Herulów, że już nigdy nie posiadali króla.

Katastrofa ta miała ponoć miejsce około roku 505 po Chrystusie. Bywa też datowana na rok 491 lub 512.

Goci, Gepidzi, Burgundowie, Wandalowie czy Longobardowie osiedlali się na dawnych ziemiach Cesarstwa, ustanawiając tam własne, stosunkowo trwałe państwa. W kolejnych stuleciach tracili je, wydzierane im przez Bizantyjczyków, Franków i Arabów. Ale nawet podbici, pozostawali już w swych nowych ojczyznach. Ich dalecy potomkowie do dziś żyją we Włoszech, Austrii, Hiszpanii czy nawet w Północnej Afryce. Ze znaczącą częścią zmiażdżonych przez Longobardów Herulów stało się inaczej. Zdecydowali się na trudny powrót do skandynawskiej praojczyzny i – jeśli wierzyć Prokopiuszowi – dopięli swego. Jest to, o ile wiadomo, jedyny przykład powrotu ludu germańskiego do Skandynawii – zauważa Jerzy Strzelczyk. Herulowie szli przez Polskę, lecz ślady tej ich wędrówki odnaleźć jest niezwykle trudno. Odkrycie cmentarzyska Herulów w miejscowości Ulów (czyżby nieprzypadkowa to była nazwa?) na Roztoczu stało się nielichą archeologiczną sensacją (Andrzej Kokowski jest zdania, że Herulowie zatrzymali się w tym rejonie tylko na kilka lat). Skądinąd słowa Prokopiusza o znacznym obszarze pustego kraju, który przemierzyli Herulowie, są argumentem w sporze o to, kiedy właściwie na dzisiejsze ziemie polskie, w tym Śląsk, przybyli Słowianie. Ale kwestię tę, wielokrotnie a zażarcie roztrząsaną przez zwolenników tzw. teorii autochtonicznych i allochtonicznych pochodzenia Słowian, zostawmy tu może na boku, miast tego przechodząc wreszcie do niecodziennych znalezisk archeologicznych z okolic Olkusza.
I tak doszliśmy do najnowszego rozdziału tej historii: otóż wiele wskazuje na to, że pod Olkuszem znalazły się unikatowe ślady wędrówki Herulów.
Są to dwa groty włóczni. Tylko dwa i aż dwa. Jeden już od pewnego czasu znajduje się w zbiorach Muzeum Regionalnego PTTK im. Antoniego Minkiewicza w Olkuszu. Drugi pojawił się całkiem niedawno. Mimo iż nieco różnią się od siebie technologią wykonania, a co za tym idzie i budową, w gruncie rzeczy są bardzo jeden do drugiego podobne – oba nieprzeciętnie długie i przemyślnie, w sposób świadczący o wielkim kunszcie kowala wykute z żelaza i stali. Jako że odnaleziono je i odebrano ziemi bez udziału naukowców, ich wieku ani tym bardziej przynależności etnicznej posiadaczy nie da się już określić na podstawie archeologicznego kontekstu. Pozostała typologia. Trzeba było szukać analogii, porównując te groty z innymi znaleziskami, których wiek oraz pochodzenie są precyzyjnie określone. I na szczęście taki zabytek się znalazł.
– Jedyny taki grot, bardzo im bliski, pochodzi ze Skandynawii – mówi doktor habilitowany Marcin Biborski z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie kieruje Laboratorium Archeometalurgii i Konserwacji Zabytków.
Groty podobne trafiają się czasami, np. w okolicach Drezna. Ale są krótsze. Niekiedy bardzo znacznie, bo aż o 10 cm, od tych spod Olkusza. Aż dwu. To nie może być przypadek!

Groty włóczni odnalezione pod Olkuszem: wyjątkowo długie i technologicznie zaawansowane. Jeden z nich został zgięty, najprawdopodobniej po śmierci wojownika, do którego należał. (fot. Tomasz Borówka)

– Takich długich nie ma w Europie nikt. Tylko Olkusz! – podkreśla Marcin Biborski. I nie ma wątpliwości, iż należy je przypisać zdązającym do ojczyzny Herulom. Tylko oni jedni powrócili do Skandynawii. A skoro ów skandynawski grot można uznać za pokrewny olkuskim, uprawniony jest też wniosek, ze coś łączyło ich dawnych właścicieli. Jednemu z nich dopisało szczęście i dotarł do kraju przodków. Paradoksalnie, któryś z dwóch pozostałych spotkał się z tymi przodkami prędzej – w Walhalli.
– Mogli się zatrzymać w tej okolicy na dłużej – wyraża przypuszczenie doktor habilitowany Dariusz Rozmus, archeolog. – Może pomimo wyludnienia kraju doszło do jakichś drobnych potyczek?
Gdyż spośród pary grotów z Olkusza jeden jest zgięty, świadomie uszkodzony. W taki sposób niszczono broń pozostawianą w mogile poległemu wojownikowi. Bardzo możliwe, że posiadacz włóczni poległ w boju, a jego towarzysze pochowali go w uświęcony ceremoniałem sposób, wraz z jego wiele wartą bronią. W tamtych czasach włócznia nie tylko była podstawową bronią, ale i nieraz pełniła funkcję symbolu władzy. Jeszcze pod koniec pierwszego tysiąclecia po Chrystusie niektórym włóczniom przypisywano nadprzyrodzoną moc, otaczał je nimb świętości i dopatrywano się emanującej z nich bożej łaski (wystarczy o wspomnieć o słynnej Włóczni św. Maurycego, której replikę otrzymał Bolesław Chrobry w darze od cesarza Ottona III, jako symbol suwerennej władzy). Zniszczenie cennego grotu włóczni, a co za tym idzie prawdopodobne pozostawienie jej przy zmarłym, każe nam sądzić, że tego ostatniego otaczał szacunek, że był kimś znacznym i potężnym, że na takie pośmiertne potraktowanie zdaniem swoich towarzyszy zasłużył.
– Jeżeli ktoś zarzuci, że to nie są groty włóczni Herulów, względnie Longobardów, które zdobyli na Herulach, to wyzywam go na pojedynek – żartuje Marcin Biborski.
Longobardów? W jaki sposób? Cóż, to temat na odrębną opowieść.

Herulowie to pierwsze ogniwo ewolucji Nazgûli Tolkiena? (Wikimedia Commons, The Artifex from flickr)

Ostatnimi czasy stosunkowo jakoś niewiele czytuję o dziejach najnowszych. Paradoksalnie może więc dlatego z dużym zaciekawieniem wziąłem do ręki najnowszy numer Czasypisma, periodyku katowickiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej poświęconego historii Górnego Śląska.

Po części też nastąpiło to za sprawą pana Jana Witaszka, publicysty i powieściopisarza, a przy tym znajomego z Katowic Ligoty, który jest bohaterem jednego z zamieszczonych w numerze artykułów, „SB na tropie Inspektoratu Pantera”. Bartłomiej Kluska opisuje w nim kuriozalną historię, której główną oś wprawdzie z opowiadania pana Jana znałem, ale o wielu jej  szczegółach jak dotąd nie miałem pojęcia. Historię, z której absurdalności można by się śmiać, gdyby nie świadomość, że mogła skończyć się groźnie, a tak czy inaczej długo rzucała dość dokuczliwy cień na dalsze pana Witaszka życie.

A o co właściwie chodziło? Ono o to, że nastoletni Witaszek założył z kolegami nielegalną organizację. Wiadomo, dzieciaki co najmniej od czasów Tomka Sawyera i Huckleberry’ego Finna zakładają swoje tajemnicze stowarzyszenia. Takie, co to pokoleniom pamiętającym czasy PRL kojarzyć się mogą chociażby z książkami Edmunda Niziurskiego czy Adama Bahdaja. Tyle tylko, że organizacja, do której należał Witaszek, mimo iż zainspirowana, a następnie opisywana przez zupełnie oficjalną gazetę „Świat Młodych”, wzbudziła jednak zainteresowanie Służby Bezpieczeństwa. Rezultat: śledztwo, rewizja, zatrzymanie, przesłuchanie, inwigilacja i hak w papierach na długie lata.

Coverem tego numeru są właśnie przeżycia i doświadczenia młodzieży żyjącej w trudnej rzeczywistości XX wieku. Absurdy totalitarnego ustroju – tym razem nazistowskiego – opisuje również Mirosław Węcki w artykule o Hitler Jugend na Śląsku. Dajmy na to, funkcjonariusz HJ wyrażający oburzenie faktem, że w szeregi przyjmowani są dzieci byłych powstańców, czy też delegowanie na partyjne imprezy członków HJ posiadających umundurowanie (jako że na Górnym Śląsku wielu rodziców nie było stać na jego zakup). Artykuł, mimo iż obfitujący w tego typu, rodzajowe a wymowne szczegóły, traktuje przecież o zjawisku z tragicznym finałem. Hitler Jugend stanowiło rezerwuar mobilizacyjny dla Waffen SS i Volkssturmu. Wielu jego członków spotkała więc śmierć za Führera, i to wcale niekoniecznie z własnej woli.

Z kolei o aktywistach komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej podejmujących studia teologiczne, czy bytomskich uczennicach z ZMP radośnie witających wchodzącego na salę księdza pisze Adam Dziurok w swym artykule o trudnej konfrontacji tej organizacji z głęboko zakorzenioną na Górnym Śląsku religią katolicką.

Dziecięce doświadczenia wysiedleń z Żywiecczyzny, dzieci w obozie na Zgodzie, śląski Marzec’68 czy Pałac Młodzieży w Katowicach – o tym, i nie tylko o tym, poczytać można w Czasypiśmie 2 (12) 2017. Numer polecam szczególnie tym wszystkim, którym młodość upłynęła przed końcem lat 80. XX wieku!

I tak oto długo oczekiwane badania archeologiczne pod kościołem św. Małgorzaty w Bytomiu zaczynają przynosić pierwsze efekty. O ich wynikach naukowcy wyrażają się jeszcze z pewną dozą ostrożności, ale i z wyczuwalną nadzieją.

Wykopaliska we wnętrzu kościoła św. Małgorzaty. Przed ołtarzem natrafiono na ślady pochówku.
(fot. Tomasz Borówka)

– Dzięki wykopaliskom udało się nam dotrzeć do kamiennej konstrukcji. Jeśli okaże się, że są to fundamenty nieistniejącego już kościoła romańskiego, będzie to przełomowe odkrycie w tym miejscu – relacjonuje Beata Badura, archeolog z Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu.

Kamienna konstrukcja, o której mówi pani archeolog, to fragment masywnego muru, usytuowany nieopodal wejścia do obecnego, XIX-wiecznego kościoła. Jak dotąd odsłonięto zaledwie jego część. Co to takiego?

Tu hipotez jest kilka. Najostrożniejsza zakłada, że to tylko fragment podmurówki któregoś z istniejących niegdyś na tym miejscu kościołów drewnianych. Wedle hipotezy najśmielszej – mur może być pozostałością wieży romańskiej świątyni, prawdopodobnie wyobrażonej na sławetnym tympanonie Jaksy z klasztoru na wrocławskim Ołbinie. Ten pierwszy bytomski kościół datuje się na ogół na drugą połowę XII wieku (choć np. Jerzy Rajman nie wyklucza, że budowla ta istniała już w wieku XI). Zapewne był on orientowany, czyli skierowany swoim prezbiterium mniej więcej na wschód (w średniowieczu różnie tu z precyzją bywało – jako że nie znano jeszcze kompasu, kierunek wytyczano wedle słońca w południe w różnych dniach roku, nie bacząc na wynikające z tego odchylenia). Wieża usytuowana była na przeciwnym końcu świątyni, zaś relikt muru odkryto właśnie od strony zachodniej. Rzecz jasna, jak dotąd nie wiadomo, czy aby architektura prawdziwego romańskiego kościoła św. Małgorzaty nie odbiegała od tego z tympanonu, mogącego przecież być wytworem wyobraźni średniowiecznego artysty rzeźbiarza. Nieodległy kościół w Siewierzu, datowany na przełom wieku XI i XII, w ogóle wieży nie ma i nigdy takowej nie posiadał!

Tajemniczy mur bynajmniej jednak nie musi wiązać się z hipotetyczną wieżą. Tworzące go kamienie mogły pochodzić z muru nawy dawnego kościoła, a nawet na swoje obecne miejsce trafić dopiero po jego zburzeniu, wykorzystane wtórnie. Nie wiadomo, dlaczego kościół romański nie przetrwał, ale całkiem możliwe, że padł ofiarą jakiegoś kataklizmu. Czyżby wojennego? Najazd mongolski, walki książąt dzielnicowych… Sporo się działo w tym XIII wieku. Czy śladami nieznanej katastrofy są drobne fragmenty łupku, których mnóstwo przyniosły wykopaliska? Mogą one pochodzić z dachu zniszczonego kościoła.

Tym, co może być pomocne w określeniu wieku zagadkowego muru i pozwoli, miejmy nadzieję, powiązać go z którymś kościołem na Wzgórzu Św. Małgorzaty, jest niepozorna niby to zaprawa murarska. A ściślej mówiąc – jej skład. Zostanie on poddany analizie. Gips czy wapno, procent zawartości piasku – wszystko to może przypisać wzniesiony przy użyciu takiej a nie innej zaprawy mur do konkretnej epoki. Jakiej?

Czy ten mur jest liczy sobie ponad 800 lat i jest reliktem romańskiego kościoła św. Małgorzaty?
(fot. Tomasz Borówka)

Archeologowie nie przyznają się nam do tego wprost – no w każdym razie na tak wczesnym etapie wykopalisk – ale nietrudno się domyślić, że upragnionym przez nich rezultatem wykopalisk na Małgorzatce byłoby jednoznaczne zidentyfikowanie reliktów pierwotnego kościoła. Rzecz jasna profesjonalizm nie pozwala naukowcom przesądzać tu z góry wyniku, jaki mają przynieść badania. No i przecież chwała im za to! Zwłaszcza, że przed nimi jeszcze wiele pracy.

Archeologowie dopiero zajrzeli pod skórę obiektu swych badań.
(fot. Tomasz Borówka)

– To jak podczas operacji chirurgicznej – żartuje uczestniczący w wykopaliskach dr hab. Piotr Boroń z Instytutu Historii Uniwersytetu Śląskiego – Jak dotąd rozcięliśmy tylko fragment skóry. Do tego, co pod nią, trzeba się dopiero dobrać.

P.S. Kamienny mur o nieco innej strukturze odsłonięto także pod ołtarzem. Przed nim, w nawie głównej, odkryto ślady pochówku. Plonem wykopalisk jest także spora ilość dewocjonaliów i monet, w tym i średniowiecznych. Wszystkie one poddane zostaną drobiazgowym badaniom.

Beata Badura: Udało się nam odkryć groby dziecięce, prawdopodobnie z XIX wieku, a w nich okucia trumien i krzyżyki. Podczas prac archeologicznych prowadzonych zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz kościoła, natrafiliśmy na duże ilości kości ludzkich, a także na średniowieczną ceramikę i monety.
(fot. Archiwum Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu)