Archiwa kategorii: Bez kategorii

Ten zapomniany lot równo 50 lat temu – 11 października 1968 – otwiera serię wypraw kosmicznych, których kulminacją będzie pierwsze lądowanie człowieka na Księżycu.

Jest to pierwsza załogowa misja amerykańskiego programu księżycowego Apollo.

Amerykanie nabrali ostrożności po tragedii Apollo 1, którego cała 3-osobowa załoga zginęła na ziemi, gdy kabina statku stanęła w ogniu podczas ćwiczeń 27 stycznia 1967. Dlatego pierwsze statki Apollo, jakie NASA wystrzeliwuje na orbitę wokółziemską, są bezzałogowe. Tym razem wreszcie jest inaczej. Załoga Apollo 7 to Walter Schirra, Donn Eisele i Walter Cunningham.

By wysłać statek na orbitę, wystarcza rakieta Saturn IB. „Sunie jak marzenie” – melduje Schirra podczas startu.Ale to dopiero astronauci z Apollo 8 dosiądą prawdziwego potwora – rakiety Saturn V, która poniesie ich ku Księżycowi.
Już niebawem.

(foto Wikimedia Commons i archiwum Dzienika Zachodniego)

Kardynał Richelieu uwielbiał koty, podobnie jak jego pryncypał król Ludwik XIII. Niestety, nie było to rodzinne i syn tego ostatniego, Ludwik XIV, kotów nie znosił. W związku z czym atmosfera pod jego rządami sprzyjała niestety rytualnemu dręczeniu kotów, w którym zresztą uczestniczył sam monarcha. Kotów bał się Napoleon. Ponoć to czarny kot przyczynił się do ostatecznej klęski Cesarza Francuzów pod Waterloo. Może historia potoczyłaby się inaczej, gdyby Napoleona nie nękała ta głupia fobia?

Te i inne ciekawostki na temat kotów – szczególnie tych o czarnym kolorze futra – znajdziemy w czarującej książce „Tajemniczy czarny kot. Legendy i przesądy” Nathalie Semenuik.

Ta niezbyt obszerna, lecz wprost upakowana faktami i pięknie zilustrowana książka to istna kopalnia wiedzy o historii kotów, szczególnie czarnych. Począwszy od starożytnego Egiptu (choć archeolodzy odkryli dowody na udomowienie kota w czasach jeszcze dawniejszych), poprzez starożytną Grecję i Rzym oraz średniowieczną Europę. W tej ostatniej pożyteczne przecież koty na ogół traktowano paskudnie, a ich dręczenie miewało najwyższą, bo aż papieską sankcję. Skądinąd zemściło się srodze. Zmniejszenie kociej populacji wskutek prześladowań i dręczenia Bogu ducha winnych czworonogów wyszło na dobre szczurom, za których sprawą szerzyła się epidemia dżumy. Domostwa, pod których dachem mimo wszystko pozwalano zamieszkiwać kotom, były przez szczury omijane.

I jak tu mieć wątpliwości – wbrew głupiemu przesądowi, jakoby czarny kot przynosił pecha – że koty dosłownie przynoszą szczęście? Nawiasem mówiąc, nie jest to przesąd powszechny i są kraje, gdzie sądzi się wręcz przeciwnie. I całe szczęście.

Jeżeli lubicie koty, to jest książka dla Was. Jeżeli nie lubicie, to się do nich przekonajcie. A ta książka może w tym pomóc.

Nathalie Semenuik, „Tajemniczy czarny kot. Legendy i przesądy”, wyd. Alma-Press Warszawa 2018

Dwa ostrza. Każde ma z pół metra długości. Ale to nie kozackie spisy ani osadzane na sztorc kosy, co akurat w okolicach Olkusza, gdzie je znaleziono, nie byłoby jakąś szczególną sensacją. Są pamiątką czasów niezmiernie bardziej odległych. To groty włóczni, które liczą sobie około półtora tysiąca lat. Władający nimi przed wiekami wojownicy budzili grozę. Tak wielką, że zrodziła mit. Mit, który zainspirował samego Tolkiena, by stworzyć Nazgûle – straszliwe Upiory Pierścienia.

Finał okrutnej epopei germańskiego ludu Herulów opisuje urodzony pod koniec V wieku po Chrystusie bizantyjski historyk Prokopiusz z Cezarei:

Kiedy Herulowie pokonani w bitwie przez Longobardów opuścili ojczyste siedziby, część ich, jak to wyżej przedstawiłem, przeniosła się na ziemie ilyrijskie, inni natomiast nie zdecydowali się przejść rzeki Ister, lecz osiedlili się gdzieś na samych krańcach zamieszkałego świata. Ci zatem pod wodzą wielu krwi królewskiej przeszli w poprzek przez wszystkie ludy Sklawinów, a następnie przebywszy znaczny obszar pustego kraju, dotarli do ludu zwanego Warnami, a następnie przeszli szybko także i przez plemiona Danów, bo tamtejsi barbarzyńcy nie stawiali im oporu. Następnie, przybywszy nad ocean, wsiedli na okręty i wylądowawszy na wyspie Thule, tam już pozostali.

Trzeba przyznać, że swoją kartę historii Europy Herulowie pisali krwią. Germański ten szczep wywodził się ze Skandynawii, lecz zasłynął dopiero, gdy przemierzywszy m.in. dzisiejszej Polski zawędrował nad Morze Czarne. O wcześniejszym rozdziale jego dziejów można powiedzieć niewiele lub zgoła nic. Dotąd archeologia jest bezsilna wobec prób lokalizacji szlaku ich przemarszu z północy na terytorium między Dnieprem i Donem, gdzie utworzyli znane Rzymianom i Grekom królestwo, później skutecznie spacyfikowane przez Gotów – stwierdza profesor Andrzej Kokowski, archeolog z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie). Spotykamy Herulów w różnych częściach ówczesnego świata, od Morza Azowskiego po Panonię i Galię – pisze profesor Jerzy Strzelczyk, historyk z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, w swej książce poświęconej Longobardom. Czytamy w niej również:

Niektórzy uczeni uważają – i rzeczywiście pewne dane źródłowe mogłyby popierać ten wniosek – że był to nie tyle lud w ścisłym rozumieniu tego słowa, lecz raczej związek wojowników, niezbyt liczny, ale waleczny i mobilny.

Herulów bowiem łączy się z Dzikim Łowem.

Dziki Łów (znany również pod innymi mianami, jak np. Dziki Gon czy Dzikie Zastępy), złowróżbna zgraja demonicznych jeźdźców, przemierzających mroczne niebo w szalonym polowaniu, to rozpowszechniony w Europie mit. Istnieje hipoteza, iż narodził się on właśnie dzięki Herulom, którzy w rzeczywistości nie stanowili grupy etnicznej. W rzeczywistości były to gromady wędrownych wojowników, fanatycznych wyznawców kultu boga Odyna (Wotana), których członkowie w religijnym szale atakowali ludzkie osiedla. Upiorne, powtarzające się, rytualne pacyfikacje dały początek mitowi Dzikiego Łowu. Dziki Łów z folkloru przeniknął i do literatury. Widmowi Krzyżacy pojawiają się w Potopie Henryka Sienkiewicza, Dziki Gon przejmuje grozą w świecie Wiedźmina Andrzeja Sapkowskiego. Motywu upiornych jeźdźców nie brak też u arcyklasyka literatury fantasy, bo przecież cóż innego, jak nie Dziki Łów zainspirował J. R. R. Tolkiena, by stworzyć Nazgûle?

Dziki Łów. Ten złowrogi mit może zawdzięczać swe powstanie siejącym terror Herulom. (Wikimedia Commons, Johann Wilhelm Cordes: Die Wilde Jagd” – Skizze zum Gemälde)

Herulowie często są wymieniani wśród Germanów, którzy w V wieku to szerzyli postrach na okrutnie przez siebie pustoszonych ziemiach cesarstwa zachodniorzymskiego, to zaciągali się w rzymską służbę. Do ich bardziej osławionych wyczynów należało zdobycie i złupienie miasta Tanais (które to udane przedsięwzięcie podjęli pospołu z Gotami, ale prawdopodobnie odegrali w nim wiodącą rolę i najwięcej też się w rezultacie obłowili). Także na czele Herulów stał sławny Odoaker, z pochodzenia Skir, a może i półkrwi Hun, ten co to w roku 476 wbił owemu dogorywającemu już cesarstwu śmiertelną mizerykordię, wprawdzie tylko odsyłając na przymusową emeryturę ostatniego cesarza Romulusa Augustulusa (a mógł zabić…). Mimo tego archeologowie mają z Herulami pewien kłopot. Otóż w porównaniu z towarzyszącym poczynaniom Herulów sporym rozgłosem, ilość odnalezionych zabytków, które można by im z całą pewnością przypisać, jest stosunkowo skromna. Przykładowo, mimo iż Herulowie na całkiem długo obrali sobie za siedzibę wybrzeża Morza Azowskiego (z zapałem urządzając pirackie rajdy po basenie Morza Czarnego i okolicy) okazuje się, że praktycznie niczego tam po sobie nie zostawili. Tamtejsza ziemia przechowała za to łatwe do rozpoznania ślady Gotów. Jest to jedna z poszlak na korzyść hipotezy głoszącej, że Herulowie nie stanowili plemienia, a raczej bractwo, którego członkowie zaliczali się zarazem do znanego pod inną nazwą ludu. Choć pozbawieni cielesnej powłoki i podróżujący pieszo, przeto niewidzialni dla oczu, wzbudzali jednak przerażenie u wszystkich żywych istot, w pobliżu których przechodzili. (…) Wyprzedzały ich pogłoski o nadciągającej ciemności i niewyobrażalnej grozie. (…) dzikie stworzenia kryły się, a ludzie uciekali przed nimi. Autorem cytowanych słów nie jest tym razem historyk, a pisarz. To Tolkien o Nazgûlach, Upiorach Pierścienia, najstraszliwszych wojownikach władcy Mordoru Saurona. Słowa jakże adekwatne, jeżeli odnieść je do nieuchwytnych i wielce w związku z tym tajemniczych Herulów.

Odoaker detronizuje ostatniego cesarza cesarstwa zachodniorzymskiego. Sławny Germanin był władcą ludu Herulów, czy też przywódcą budzącego grozę bractwa wojowników? (Wikimedia Commons, Project Gutenberg’s Young Folks’ History of Rome, by Charlotte Mary Yonge)

Wspomnianą na wstępie klęskę z rąk Longobardów Herulowie ponieść mieli cokolwiek na własne życzenie. Według longobardzkiego historyka Pawła Diakona herulscy wojownicy wzgardzili przeciwnikiem i do bitwy z nim stanęli nadzy. No, może prawie, jako że wedle tego kronikarza czymś tam wstydliwe części ciała przecie przesłonili. Co gorsza jednak, nikt nimi nie dowodził, albowiem ich król Rodulf, ufny widać na tyle w sprawność swych wojowników, że nie wątpił w zwycięstwo, zasiadł za stołem oddając się grze (jakiej, historyk zapomniał dodać – zważywszy epokę, obstawmy kości). Co jeszcze gorsza, Rodulf zastraszył obserwatora, któremu kazał śledzić przebieg bitwy. Wojak ten, przerażony perspektywą egzekucji, która zagroził mu król w razie niepomyślnych wieści, raportował wyłącznie o dzielnie walczących Herulach. Co zapewne zresztą nie odbiegało od prawdy, lecz niestety, jak uczy historia (także Polski), można walczyć dzielnie, a mimo tego i tak dostawać w skórę. Król długo słyszał więc tylko to, co chciał słyszeć. Gdy w końcu pojął grozę sytuacji, było już za późno, by zapobiec katastrofie. Morał z tego oczywisty: wywiad służy temu, by rząd wiedział jak jest, nawet jeśli jest nie tak, jak chciałby rząd. Jeśli rząd o tym zapomni, to grozi mu los Rodulfa i Herulów: Kiedy przerażony król i wszyscy wraz z nim, jak to w takiej sytuacji bywa, nie wiedzieli, co robić, napadli na nich Longobardowie i urządzili im straszną rzeź. Również sam król w dzielnej, lecz bezskutecznej walce poniósł śmierć – pisze Paweł Diakon, dodając: Odtąd tak dalece podupadło męstwo Herulów, że już nigdy nie posiadali króla.

Katastrofa ta miała ponoć miejsce około roku 505 po Chrystusie. Bywa też datowana na rok 491 lub 512.

Goci, Gepidzi, Burgundowie, Wandalowie czy Longobardowie osiedlali się na dawnych ziemiach Cesarstwa, ustanawiając tam własne, stosunkowo trwałe państwa. W kolejnych stuleciach tracili je, wydzierane im przez Bizantyjczyków, Franków i Arabów. Ale nawet podbici, pozostawali już w swych nowych ojczyznach. Ich dalecy potomkowie do dziś żyją we Włoszech, Austrii, Hiszpanii czy nawet w Północnej Afryce. Ze znaczącą częścią rozniesionych przez Longobardów Herulów stało się inaczej. Zdecydowali się na trudny powrót do skandynawskiej praojczyzny i – jeśli wierzyć Prokopiuszowi – dopięli swego. Jest to, o ile wiadomo, jedyny przykład powrotu ludu germańskiego do Skandynawii – zauważa Jerzy Strzelczyk. Herulowie szli przez Polskę, lecz ślady tej ich wędrówki odnaleźć jest niezwykle trudno. Odkrycie cmentarzyska Herulów w miejscowości Ulów (czyżby nieprzypadkowa to była nazwa?) na Roztoczu stało się nielichą archeologiczną sensacją (Andrzej Kokowski jest zdania, że Herulowie zatrzymali się w tym rejonie tylko na kilka lat). Skądinąd słowa Prokopiusza o znacznym obszarze pustego kraju, który przemierzyli Herulowie, są argumentem w sporze o to, kiedy właściwie na dzisiejsze ziemie polskie, w tym Śląsk, przybyli Słowianie. Ale kwestię tę, wielokrotnie a zażarcie roztrząsaną przez zwolenników tzw. teorii autochtonicznych i allochtonicznych pochodzenia Słowian, zostawmy tu może na boku, miast tego przechodząc wreszcie do niecodziennych znalezisk archeologicznych z okolic Olkusza.
I tak doszliśmy do najnowszego rozdziału tej historii: otóż wiele wskazuje na to, że w Olkuszu czy tuż pod nim znalazły się unikatowe ślady wędrówki Herulów.
Są to dwa groty włóczni. Tylko dwa i aż dwa. Jeden już od pewnego czasu znajduje się w zbiorach Muzeum Regionalnego PTTK im. Antoniego Minkiewicza w Olkuszu. Drugi pojawił się całkiem niedawno. Mimo iż nieco różnią się od siebie technologią wykonania, a co za tym idzie i budową, w gruncie rzeczy są bardzo jeden do drugiego podobne – oba nieprzeciętnie długie i przemyślnie, w sposób świadczący o wielkim kunszcie kowala wykute z żelaza i stali. Jako że odnaleziono je i odebrano ziemi bez udziału naukowców, ich wieku ani tym bardziej przynależności etnicznej posiadaczy nie da się już określić na podstawie archeologicznego kontekstu. Pozostała typologia. Trzeba było szukać analogii, porównując te groty z innymi znaleziskami, których wiek oraz pochodzenie są precyzyjnie określone. I na szczęście taki zabytek się znalazł.
– Jedyny taki grot, bardzo im bliski, pochodzi ze Skandynawii – mówi doktor habilitowany Marcin Biborski z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie kieruje Laboratorium Archeometalurgii i Konserwacji Zabytków.
Groty podobne trafiają się czasami, np. w okolicach Drezna. Ale są krótsze. Niekiedy bardzo znacznie, bo aż o 10 cm, od tych z Olkusza. Aż dwu. To nie może być przypadek!

Groty włóczni z Olkusza: wyjątkowo długie i technologicznie zaawansowane. Jeden z nich został zgięty, najprawdopodobniej po śmierci wojownika, do którego należał. (fot. Tomasz Borówka)

– Takich długich nie ma w Europie nikt. Tylko Olkusz! – podkreśla Marcin Biborski. I nie ma wątpliwości, iż należy je przypisać zdązającym do ojczyzny Herulom. Tylko oni jedni powrócili do Skandynawii. A skoro ów skandynawski grot można uznać za pokrewny olkuskim, uprawniony jest też wniosek, ze coś łączyło ich dawnych właścicieli. Jednemu z nich dopisało szczęście i dotarł do kraju przodków. Paradoksalnie, któryś z dwóch pozostałych spotkał się z tymi przodkami prędzej – w Walhalli.
– Mogli się zatrzymać w tej okolicy na dłużej – wyraża przypuszczenie doktor habilitowany Dariusz Rozmus, archeolog. – Może pomimo wyludnienia kraju doszło do jakichś drobnych potyczek?
Gdyż spośród pary grotów z Olkusza jeden jest zgięty, świadomie uszkodzony. W taki sposób niszczono broń pozostawianą w mogile poległemu wojownikowi. Bardzo możliwe, że posiadacz włóczni poległ w boju, a jego towarzysze pochowali go w uświęcony ceremoniałem sposób, wraz z jego wiele wartą bronią. W tamtych czasach włócznia nie tylko była podstawową bronią, ale i nieraz pełniła funkcję symbolu władzy. Jeszcze pod koniec pierwszego tysiąclecia po Chrystusie niektórym włóczniom przypisywano nadprzyrodzoną moc, otaczał je nimb świętości i dopatrywano się emanującej z nich bożej łaski (wystarczy o wspomnieć o słynnej Włóczni św. Maurycego, której replikę otrzymał Bolesław Chrobry w darze od cesarza Ottona III, jako symbol suwerennej władzy). Zniszczenie cennego grotu włóczni, a co za tym idzie prawdopodobne pozostawienie jej przy zmarłym, każe nam sądzić, że tego ostatniego otaczał szacunek, że był kimś znacznym i potężnym, że na takie pośmiertne potraktowanie zdaniem swoich towarzyszy zasłużył.

Pewien ślad Herulów mógł tez przetrwać w toponomastyce. Sąsiadujące z Olkuszem Bukowno posiada dzielnicę Starczynów, kiedyś stanowiącą samodzielną wieś. Starczynów, pobliski dawnej Pustyni Starczynowskiej, na skraju której znaleziony został jeden z grotów, według pewnego XVI-wiecznego przekazu pisanego nosił ongiś inną nazwę – Odynów. A przypomnijmy sobie, że akurat bogu Odynowi oddawali Herulowie cześć szczególną! Gwoli rzetelności przyznać jednak trzeba, że interpretacja zapisu niegdysiejszej nazwy Starczynowa jako Odynów budzi kontrowersje i bywa podważana przez fachowców. Bezpieczniej więc mówić tu co najwyżej o poszlace, nie zaś dowodzie. Niewątpliwie jednak jest to interesująca zbieżność.

– Jeżeli ktoś zarzuci, że to nie są groty włóczni Herulów, względnie Longobardów, które zdobyli na Herulach, to wyzywam go na pojedynek – żartuje Marcin Biborski.
Longobardów? W jaki sposób? Cóż, to temat na odrębną opowieść.

Herulowie to pierwsze ogniwo ewolucji Nazgûli Tolkiena? (Wikimedia Commons, The Artifex from flickr)

Ostatnimi czasy stosunkowo jakoś niewiele czytuję o dziejach najnowszych. Paradoksalnie może więc dlatego z dużym zaciekawieniem wziąłem do ręki najnowszy numer Czasypisma, periodyku katowickiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej poświęconego historii Górnego Śląska.

Po części też nastąpiło to za sprawą pana Jana Witaszka, publicysty i powieściopisarza, a przy tym znajomego z Katowic Ligoty, który jest bohaterem jednego z zamieszczonych w numerze artykułów, „SB na tropie Inspektoratu Pantera”. Bartłomiej Kluska opisuje w nim kuriozalną historię, której główną oś wprawdzie z opowiadania pana Jana znałem, ale o wielu jej  szczegółach jak dotąd nie miałem pojęcia. Historię, z której absurdalności można by się śmiać, gdyby nie świadomość, że mogła skończyć się groźnie, a tak czy inaczej długo rzucała dość dokuczliwy cień na dalsze pana Witaszka życie.

A o co właściwie chodziło? Ono o to, że nastoletni Witaszek założył z kolegami nielegalną organizację. Wiadomo, dzieciaki co najmniej od czasów Tomka Sawyera i Huckleberry’ego Finna zakładają swoje tajemnicze stowarzyszenia. Takie, co to pokoleniom pamiętającym czasy PRL kojarzyć się mogą chociażby z książkami Edmunda Niziurskiego czy Adama Bahdaja. Tyle tylko, że organizacja, do której należał Witaszek, mimo iż zainspirowana, a następnie opisywana przez zupełnie oficjalną gazetę „Świat Młodych”, wzbudziła jednak zainteresowanie Służby Bezpieczeństwa. Rezultat: śledztwo, rewizja, zatrzymanie, przesłuchanie, inwigilacja i hak w papierach na długie lata.

Coverem tego numeru są właśnie przeżycia i doświadczenia młodzieży żyjącej w trudnej rzeczywistości XX wieku. Absurdy totalitarnego ustroju – tym razem nazistowskiego – opisuje również Mirosław Węcki w artykule o Hitler Jugend na Śląsku. Dajmy na to, funkcjonariusz HJ wyrażający oburzenie faktem, że w szeregi przyjmowani są dzieci byłych powstańców, czy też delegowanie na partyjne imprezy członków HJ posiadających umundurowanie (jako że na Górnym Śląsku wielu rodziców nie było stać na jego zakup). Artykuł, mimo iż obfitujący w tego typu, rodzajowe a wymowne szczegóły, traktuje przecież o zjawisku z tragicznym finałem. Hitler Jugend stanowiło rezerwuar mobilizacyjny dla Waffen SS i Volkssturmu. Wielu jego członków spotkała więc śmierć za Führera, i to wcale niekoniecznie z własnej woli.

Z kolei o aktywistach komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej podejmujących studia teologiczne, czy bytomskich uczennicach z ZMP radośnie witających wchodzącego na salę księdza pisze Adam Dziurok w swym artykule o trudnej konfrontacji tej organizacji z głęboko zakorzenioną na Górnym Śląsku religią katolicką.

Dziecięce doświadczenia wysiedleń z Żywiecczyzny, dzieci w obozie na Zgodzie, śląski Marzec’68 czy Pałac Młodzieży w Katowicach – o tym, i nie tylko o tym, poczytać można w Czasypiśmie 2 (12) 2017. Numer polecam szczególnie tym wszystkim, którym młodość upłynęła przed końcem lat 80. XX wieku!

Demoralizacja, dezercja, a nawet zdrada wśród Ślązaków służących w Wojsku Polskim – czy to możliwe? Ucieczki Ślązaków z Wehrmachtu „do Andersa” – to i owszem. O tych mówi się często. W niejednej śląskiej rodzinie zachowały się fotografie ojców czy dziadków zarówno w mundurze feldgrau, jak i brytyjskim khaki z naszywką „Poland”. Czy jednak mogło być na odwrót? Czy Ślązak porzucał czasem polski mundur, a następnie przywdziewał niemiecki? Tak! Nie tylko tak być mogło, ale bywało z całą pewnością.

Wojsko Polskie Katowice Urząd Wojewódzki

Żołnierze WP podczas uroczystości z okazji Dnia Wojska Polskiego, Katowice, lata 30 XX w. (fotografia z archiwum Ryszarda Parki)

Można wręcz powiedzieć, że na Śląsku, z jego skomplikowaną historią, boleśnie przeciętym od lat 20. XX wieku polsko-niemiecką granicą, na Śląsku, gdzie bodaj jeszcze boleśniejsza, bo duchowa granica między Polską a Niemcami przebiegała nieraz w poprzek najbliższej nawet rodziny – na tym Śląsku było to wręcz nieuniknione. Oficer WP spotykający w oflagu swego dawnego, śląskiego podkomendnego jako strażnika – to też wcale nie scena z fabularnego filmu, ale historyczny fakt.
Większość Ślązaków służących w WP zapamiętana została – i słusznie! – jako żołnierze zdyscyplinowani, waleczni i ofiarni. Jednak faktem są też zachowania biegunowo wręcz różne. W najnowszej „Naszej Historii” przeczytać więc można o porzucaniu, a nawet zdradzie polskiego munduru, o dezercji wprost w szeregi Freikorpsu, o działającej w WP tajnej organizacji dywersyjnej Abwehry, o zdradzieckich strzałach w plecy i zamachach na oficerów, o licznym zbiegostwie z wycofujących się ze Śląska oddziałów. Przypadki takie potwierdza wiele źródeł. Mówią o nich nie tylko relacje świadków, ale i archiwalne dokumenty.
Warto przy okazji podkreślić, że problem dezercji w 1939 r. nie dotyczył wyłącznie Ślązaków. Po agresji sowieckiej WP zaczęli opuszczać również Ukraińcy i Białorusini . „O ile żołnierze pochodzenia ukraińskiego przed 17 września dobrze bili się w szeregach Wojska Polskiego, o tyle po tej dacie masowo dezerterowali z bronią w ręku – stwierdza historyk Czesław K. Grzelak. – Żołnierze pochodzenia białoruskiego po 17 września, jeśli chcieli, byli zwalniani do domów przez swoich dowódców lub sami »odmeldowywali się« z oddziałów wojskowych”.
Więcej w najnowszej „Naszej Historii”, w której zapraszam do lektury mojego artykułu „Dezercja i zdrada. Czarna karta WP śląskiego Września”.

Dwie świetne książki Rogera Crowleya o walce dwóch światów, europejskiego i islamu, w XV i XVI wieku w basenie Morza Śródziemnego. „1453 Upadek Konstantynopola” i „Morskie imperia” zabierają nas w epokę mało znaną a przeciekawą.

1453

O czym opowiada „1453” – mówi sam jej tytuł. „Morskie imperia”, poświęcone są późniejszej ekspansji Imperium Osmańskiego na Morzu Śródziemnym, z trudem zastopowanej na Malcie i pod Lepanto. Tych, którym z racji zainteresowania historią Śląska bliscy są Habsburgowie, zainteresuje może też i to, że walną rolę w powstrzymaniu Turków odegrali wtedy dwaj władcy z tej wielkiej dynastii: Karol V i Filip II.

Morskie imperiaCesarze, sułtani i papieże, admirałowie i korsarze, joannici i janczarzy, potężne armie i wielkie floty, pragmatyzm i fanatyzm, bitwy i oblężenia, bohaterstwo i tchórzostwo… Książki aż kipą od pełnokrwiście nakreślonych postaci i dramatycznych wydarzeń, a cały ten niby to zamierzchły świat autor opisuje w sposób budzący liczne skojarzenia z naszą współczesnością.

(Roger Crowley, 1453 Upadek Konstantynopola, Rebis, Poznań 2013, cena 43,90 zł; Morskie imperia, Rebis, Poznań 2012, cena 45,90 zł)

Opowiadając w najnowszym numerze Naszej Historii (6/2014) o pochodzącym ze Śląska generale Wehrmachtu von Pannwitzu, zabrakło mi miejsca, by szerzej opisać zdarzenia, które ostatecznie zaprowadziły go na szubienicę w sowieckim więzieniu.

Pannwitz

Gen. Hellmuth von Pannwitz

O powojennym losie Kozaków walczących po stronie III Rzeszy przez całe dziesięciolecia nie pisał nieomal nikt. Za żelazną kurtyną temat ten nie miał szans zaistnieć. Wydana na emigracji książka Józefa Mackiewicza Kontra znana była jedynie nielicznym. Dotyczyło to zresztą nie tylko Kozaków, ale i wszelkich formacji wojskowych, jakie rekrutowali Niemcy spośród wziętych do niewoli żołnierzy Armii Czerwonej oraz innych obywateli ZSRR. Żołnierze ci i owszem funkcjonowali w powszechnej świadomości, ale w sposób na ogół paskudny. Przecież niejednokrotnie, niekarni i dzicy, dopuszczali się licznych zbrodni wojennych – jak w przypadku Brygady Szturmowej SS RONA Bronisława Kaminskiego, uczestniczącej w tłumieniu Powstania Warszawskiego. W ZSRR Andriej Własow i jego Rosyjska Armia Wyzwoleńcza, jak i inne formacje wschodnie Wehrmachtu i SS do czasów Archipelagu Gułag Aleksandra Sołżenicyna praktycznie stanowiły temat tabu.

Później jednak przyszła kolej na refleksję: czy kiedy przeciwko totalitarnej, zbrodniczej władzy zbuntuje się nie stu, nie tysiąc – ale MILION ludzi – to czy wciąż jeszcze można nazwać ich zdrajcami? Oczywiście nie ulega dyskusji, że ten milion (o ile nie dwa) znalazł sobie sojusznika jak najgorszego i poszedł w służbę tyrana podobnie jak Stalin zbrodniczego.

Było jednak i drugie tabu, tym razem na Zachodzie: sposób, w jaki rząd Wielkiej Brytanii, kraju wszakże demokratycznego, potraktował Kozaków, których wydał po wojnie Stalinowi. Skazując ich tym samym na wieloletnie łagry, zaś przywódców – na pewną śmierć! I zrobił to kłamstwem, podstępem oraz przemocą, jakoś nieprzystającymi do haseł, pod którymi walczył z Hitlerem.

Ironia polega na tym, że stało się to na mocy postanowień konferencji jałtańskiej (i w efekcie późniejszych, już bardziej technicznych rozmów), a czołowi przywódcy Wielkiej Brytanii poczuwali się do przestrzegania uzgodnień z Jałty wobec dyktatora, który łamał jak chciał wszelkie międzynarodowe porozumienia, z jałtańskimi włącznie. Wykonawcy operacji Keelhaul działali brutalnie i wręcz bezmyślnie, przekazując w ręce SMIERSZ nie tylko walczących po stronie III Rzeszy Kozaków, ale także ich rodziny, a również – co miało już wymiar absurdu, tyle że tragicznego – Kozaków z białej rosyjskiej emigracji, którzy nigdy nie byli obywatelami ZSRR. I w taki to właśnie młyn historii wpadł Pannwitz, który pozostał ze swoimi Kozakami do końca.

Musiały upłynąć blisko 3 dekady, nim te żenujące wydarzenia doczekały się na Zachodzie swego głośnego historyka – Nicholasa Bethella, autora książki Zdradzeni! Ostatni sekret II wojny światowej, do której przedmowę napisał sam prof. Hugh Trevor-Roper.

Warto dodać, że uczestniczący wcześniej w tłumieniu Powstania Warszawskiego kozacki 3. Kubański Pułk Kawalerii wszedł w skład XV Kozackiego Korpusu Kawalerii von Pannwitza. Stało się to jednak dopiero później, w 1945 r. Sam Pannwitz nie uczestniczył w walkach z powstańcami warszawskimi i nie obciążają go popełnione w Warszawie zbrodnie. Gdyby odpowiadał po wojnie przed sądem demokratycznego państwa, można by mu natomiast zarzucić, iż nie powstrzymał swoich podkomendnych przed popełnianiem zbrodni wojennych w Jugosławii. Jeśliby sąd zastosował zasadę „chain of command”, w myśl której nawet najwyższy rangą dowódca ponosi odpowiedzialność za czyny choćby i najniższych rangą podwładnych, Pannwitz mógłby zostać skazany. Z kolei jednak okolicznością łagodzącą byłby wtedy fakt, iż Pannwitz sam już surowo karał podwładnych winnych zbrodni wobec ludności cywilnej. Gorzka ironia polega jednak na tym, iż w Moskwie wcale nie takie zarzuty mu postawiono, a cały proces przywódców kozackich nosił znamiona sądowego mordu. Kozacy zsyłani do łagrów również nie byli represjonowani z powodu swoich ewentualnych zbrodni, lecz z przyczyn zgoła innych. Zaś już represje wobec ich rodzin oraz „białych” Kozaków nie miały nic wspólnego z jakimkolwiek wymierzaniem sprawiedliwości.

Sam Pannwitz z całą pewnością jest postacią niejednoznaczną. Z jednej strony faktem jest jego członkostwo w NSDAP i SA, z drugiej potrafił zdobyć się na krytykę polityki rasowej Hitlera (i to prosto w oczy temu ostatniemu) oraz odmówił (również wprost, tym razem Himmlerowi) wstąpienia do SS (ów stopień generalski prawdopodobnie otrzymał „z automatu” na mocy urzędniczej decyzji, a munduru SS nie założył nigdy). Czy ponosił odpowiedzialność za zbrodnie Kozaków w Jugosławii? To mógłby rozstrzygnąć jedynie sprawiedliwy sąd – jak wiemy, generałowi nie dane było stanąć przed takowym.

Więcej o von Pannwitzu – generale Wehrmachtu ze Śląska, który był kozackim atamanem – w najnowszym numerze miesięcznika Nasza Historia (6/2014).

Zdrada Kozaków Lienz

Dolina Drawy 1945: „Zdrada Kozaków” w Lienz

Zagłębiłem się ostatnio w historię przesławnego Dywizjonu 303 walczącego w bitwie o Anglię. Dywizjon 303 w świadomości Polaków należy do tej samej kategorii patriotyczno-historycznych archetypów, co Westerplatte i Monte Cassino. Jak chyba każdy kiedyś, jeszcze w szkole czytałem pamiętną książkę Arkadego Fiedlera (zresztą to między innymi ona wzbudziła we mnie zainteresowanie lotnictwem). I za jej sprawą każdy jako tako chociaż pilny uczeń gimnazjum dzieje Dywizjonu 303 zna i dużo o tej legendarnej jednostce wie. Tak by się przynajmniej mogło wydawać.

Piloci Dywizjonu 303

Jednak jest inaczej. Z nowszych książek, całkowicie poświęconych tej jednostce bądź takich, w których się ona pojawia, wyłania się jej obraz niby to podobny, ale przecież zasadniczo odmienny od tego, który utrwalił się w powszechnej świadomości za sprawą wspaniałego pióra Arkadego Fiedlera. Zainteresowani poznaniem pełniejszej prawdy o kultowym dywizjonie stanowczo powinni sięgnąć po takie tytuły, jak np. „Dywizjon 303. Walka i codzienność” Richarda Kinga, „Polacy w obronie Wielkiej Brytanii” Roberta Gretzyngiera i Wojtka Matusiaka, oraz – chyba przede wszystkim – „303. Dywizjon Myśliwski Warszawski w bitwie o Wielką Brytanię” Jacka Kutznera.

Przekonamy się z nich m. in., jak w rzeczywistości wyglądały (czy wręcz wcale nie miały miejsca) niektóre epizody relacjonowane w książce Fiedlera, jak bardzo przesadzone były zgłoszenia zestrzeleń pilotów dywizjonu (co zresztą nie dotyczyło jedynie Polaków, lecz po prostu lotników wszelkich narodowości), albo jak bezwzględni bywali polscy myśliwcy wobec zestrzelonych nieprzyjaciół.

Człowiek przemieszczał się z miejsca na miejsce od zarania dziejów – tak można by sądzić chociażby  po przykładach z Księgi Rodzaju i Księgi Wyjścia. Ale jego ówczesną aktywność przemieszczania się  trudno nazywać jeszcze turystyką.

Czytaj dalej