Archiwa kategorii: Historia Śląska i okolice

Ostatnimi czasy stosunkowo jakoś niewiele czytuję o dziejach najnowszych. Paradoksalnie może więc dlatego z dużym zaciekawieniem wziąłem do ręki najnowszy numer Czasypisma, periodyku katowickiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej poświęconego historii Górnego Śląska.

Po części też nastąpiło to za sprawą pana Jana Witaszka, publicysty i powieściopisarza, a przy tym znajomego z Katowic Ligoty, który jest bohaterem jednego z zamieszczonych w numerze artykułów, „SB na tropie Inspektoratu Pantera”. Bartłomiej Kluska opisuje w nim kuriozalną historię, której główną oś wprawdzie z opowiadania pana Jana znałem, ale o wielu jej  szczegółach jak dotąd nie miałem pojęcia. Historię, z której absurdalności można by się śmiać, gdyby nie świadomość, że mogła skończyć się groźnie, a tak czy inaczej długo rzucała dość dokuczliwy cień na dalsze pana Witaszka życie.

A o co właściwie chodziło? Ono o to, że nastoletni Witaszek założył z kolegami nielegalną organizację. Wiadomo, dzieciaki co najmniej od czasów Tomka Sawyera i Huckleberry’ego Finna zakładają swoje tajemnicze stowarzyszenia. Takie, co to pokoleniom pamiętającym czasy PRL kojarzyć się mogą chociażby z książkami Edmunda Niziurskiego czy Adama Bahdaja. Tyle tylko, że organizacja, do której należał Witaszek, mimo iż zainspirowana, a następnie opisywana przez zupełnie oficjalną gazetę „Świat Młodych”, wzbudziła jednak zainteresowanie Służby Bezpieczeństwa. Rezultat: śledztwo, rewizja, zatrzymanie, przesłuchanie, inwigilacja i hak w papierach na długie lata.

Coverem tego numeru są właśnie przeżycia i doświadczenia młodzieży żyjącej w trudnej rzeczywistości XX wieku. Absurdy totalitarnego ustroju – tym razem nazistowskiego – opisuje również Mirosław Węcki w artykule o Hitler Jugend na Śląsku. Dajmy na to, funkcjonariusz HJ wyrażający oburzenie faktem, że w szeregi przyjmowani są dzieci byłych powstańców, czy też delegowanie na partyjne imprezy członków HJ posiadających umundurowanie (jako że na Górnym Śląsku wielu rodziców nie było stać na jego zakup). Artykuł, mimo iż obfitujący w tego typu, rodzajowe a wymowne szczegóły, traktuje przecież o zjawisku z tragicznym finałem. Hitler Jugend stanowiło rezerwuar mobilizacyjny dla Waffen SS i Volkssturmu. Wielu jego członków spotkała więc śmierć za Führera, i to wcale niekoniecznie z własnej woli.

Z kolei o aktywistach komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej podejmujących studia teologiczne, czy bytomskich uczennicach z ZMP radośnie witających wchodzącego na salę księdza pisze Adam Dziurok w swym artykule o trudnej konfrontacji tej organizacji z głęboko zakorzenioną na Górnym Śląsku religią katolicką.

Dziecięce doświadczenia wysiedleń z Żywiecczyzny, dzieci w obozie na Zgodzie, śląski Marzec’68 czy Pałac Młodzieży w Katowicach – o tym, i nie tylko o tym, poczytać można w Czasypiśmie 2 (12) 2017. Numer polecam szczególnie tym wszystkim, którym młodość upłynęła przed końcem lat 80. XX wieku!

I tak oto długo oczekiwane badania archeologiczne pod kościołem św. Małgorzaty w Bytomiu zaczynają przynosić pierwsze efekty. O ich wynikach naukowcy wyrażają się jeszcze z pewną dozą ostrożności, ale i z wyczuwalną nadzieją.

Wykopaliska we wnętrzu kościoła św. Małgorzaty. Przed ołtarzem natrafiono na ślady pochówku.
(fot. Tomasz Borówka)

– Dzięki wykopaliskom udało się nam dotrzeć do kamiennej konstrukcji. Jeśli okaże się, że są to fundamenty nieistniejącego już kościoła romańskiego, będzie to przełomowe odkrycie w tym miejscu – relacjonuje Beata Badura, archeolog z Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu.

Kamienna konstrukcja, o której mówi pani archeolog, to fragment masywnego muru, usytuowany nieopodal wejścia do obecnego, XIX-wiecznego kościoła. Jak dotąd odsłonięto zaledwie jego część. Co to takiego?

Tu hipotez jest kilka. Najostrożniejsza zakłada, że to tylko fragment podmurówki któregoś z istniejących niegdyś na tym miejscu kościołów drewnianych. Wedle hipotezy najśmielszej – mur może być pozostałością wieży romańskiej świątyni, prawdopodobnie wyobrażonej na sławetnym tympanonie Jaksy z klasztoru na wrocławskim Ołbinie. Ten pierwszy bytomski kościół datuje się na ogół na drugą połowę XII wieku (choć np. Jerzy Rajman nie wyklucza, że budowla ta istniała już w wieku XI). Zapewne był on orientowany, czyli skierowany swoim prezbiterium mniej więcej na wschód (w średniowieczu różnie tu z precyzją bywało – jako że nie znano jeszcze kompasu, kierunek wytyczano wedle słońca w południe w różnych dniach roku, nie bacząc na wynikające z tego odchylenia). Wieża usytuowana była na przeciwnym końcu świątyni, zaś relikt muru odkryto właśnie od strony zachodniej. Rzecz jasna, jak dotąd nie wiadomo, czy aby architektura prawdziwego romańskiego kościoła św. Małgorzaty nie odbiegała od tego z tympanonu, mogącego przecież być wytworem wyobraźni średniowiecznego artysty rzeźbiarza. Nieodległy kościół w Siewierzu, datowany na przełom wieku XI i XII, w ogóle wieży nie ma i nigdy takowej nie posiadał!

Tajemniczy mur bynajmniej jednak nie musi wiązać się z hipotetyczną wieżą. Tworzące go kamienie mogły pochodzić z muru nawy dawnego kościoła, a nawet na swoje obecne miejsce trafić dopiero po jego zburzeniu, wykorzystane wtórnie. Nie wiadomo, dlaczego kościół romański nie przetrwał, ale całkiem możliwe, że padł ofiarą jakiegoś kataklizmu. Czyżby wojennego? Najazd mongolski, walki książąt dzielnicowych… Sporo się działo w tym XIII wieku. Czy śladami nieznanej katastrofy są drobne fragmenty łupku, których mnóstwo przyniosły wykopaliska? Mogą one pochodzić z dachu zniszczonego kościoła.

Tym, co może być pomocne w określeniu wieku zagadkowego muru i pozwoli, miejmy nadzieję, powiązać go z którymś kościołem na Wzgórzu Św. Małgorzaty, jest niepozorna niby to zaprawa murarska. A ściślej mówiąc – jej skład. Zostanie on poddany analizie. Gips czy wapno, procent zawartości piasku – wszystko to może przypisać wzniesiony przy użyciu takiej a nie innej zaprawy mur do konkretnej epoki. Jakiej?

Czy ten mur jest liczy sobie ponad 800 lat i jest reliktem romańskiego kościoła św. Małgorzaty?
(fot. Tomasz Borówka)

Archeologowie nie przyznają się nam do tego wprost – no w każdym razie na tak wczesnym etapie wykopalisk – ale nietrudno się domyślić, że upragnionym przez nich rezultatem wykopalisk na Małgorzatce byłoby jednoznaczne zidentyfikowanie reliktów pierwotnego kościoła. Rzecz jasna profesjonalizm nie pozwala naukowcom przesądzać tu z góry wyniku, jaki mają przynieść badania. No i przecież chwała im za to! Zwłaszcza, że przed nimi jeszcze wiele pracy.

Archeologowie dopiero zajrzeli pod skórę obiektu swych badań.
(fot. Tomasz Borówka)

– To jak podczas operacji chirurgicznej – żartuje uczestniczący w wykopaliskach dr hab. Piotr Boroń z Instytutu Historii Uniwersytetu Śląskiego – Jak dotąd rozcięliśmy tylko fragment skóry. Do tego, co pod nią, trzeba się dopiero dobrać.

P.S. Kamienny mur o nieco innej strukturze odsłonięto także pod ołtarzem. Przed nim, w nawie głównej, odkryto ślady pochówku. Plonem wykopalisk jest także spora ilość dewocjonaliów i monet, w tym i średniowiecznych. Wszystkie one poddane zostaną drobiazgowym badaniom.

Beata Badura: Udało się nam odkryć groby dziecięce, prawdopodobnie z XIX wieku, a w nich okucia trumien i krzyżyki. Podczas prac archeologicznych prowadzonych zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz kościoła, natrafiliśmy na duże ilości kości ludzkich, a także na średniowieczną ceramikę i monety.
(fot. Archiwum Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu)

W kwietniu 2018 na Wzgórze św. Małgorzaty wkroczą archeologowie z Muzeum Górnośląskiego. Jedno z najbardziej niezwykłych miejsc Bytomia, niejednokrotnie w swej przeszłości było terenem badań archeologicznych. Prowadziło je już kilka pokoleń naukowców. Ale nadal kryje w sobie wiele tajemnic. I teraz będą odkrywane.


Wzgórze św. Małgorzaty na przestrzeni wieków zmieniało się bardzo. Na zdjęciu wygląd obecnego kościoła i jego otoczenia w latach 30. XX wieku (fot. Muzeum Górnośląskie w Bytomiu)

Badania „Małgorzatki” rozpoczęli Niemcy w latach 20. ubiegłego wieku. Od razu okazało się, że nawet zwykłe oględziny i penetracja powierzchniowa przynoszą ciekawe efekty. Potwierdzały one domysły, że na Wzgórzu św. Małgorzaty szukać należy pierwotnego bytomskiego grodu z czasów pierwszych Piastów, (o ile nie wcześniejszych). Odkrycie skorup naczyń z XI-XII wieku zaostrzyło apetyt naukowców i w 1929 roku wykorzystali okazję, jaką była budowa drogi dojściowej do XIX-wiecznego kościoła św. Małgorzaty, by przeciąć wykopem wał, najbardziej widoczną pozostałość grodziska. Jak na niewielką skalę badań, ich plon był interesujący: moneta z XI lub XII wieku, (prawdopodobnie tzw. denarek krzyżowy), kolejne skorupy naczyń (XI-XIII wiek) i przedmioty codziennego użytku, jak dwie sprzączki do pasa, fragmenty noża i jego pochwy.


Wzgórze św. Małgorzaty na archiwalnej mapie (repr. Piotr Boroń)

Kości zwierząt, ślady pożaru, gliniana ława

Rok 1934 przyniósł raczej kiepskie wieści. Kopano wówczas fundamenty pod budynek klasztoru werbistów na Małgorzatce. Nadzorujący budowę archeolodzy naocznie potwierdzili to, z czym od dawna musieli się liczyć. Teren wczesnośredniowiecznego grodziska został gruntownie przeryty przy okazji kopania grobów. Kilkuwiekowe użytkowanie go jako cmentarza dramatycznie naruszyło, niemal zniszczyło jego warstwy kulturowe. Na szczęście nie do końca. Odkryto m.in. fragmenty ceramiki (XI-XIII w.), kości zwierząt oraz glinianą ławę, zapewne fundament wału obronnego. A do tego niewątpliwe ślady pożaru. Upłynęło sporo czasu, nim archeologowie – tym razem już polscy, pod kierownictwem słynnego później Jerzego Szydłowskiego – powrócili na Małgorzatkę w roku 1957. Dwa sondażowe wykopy tuż przy murze kościoła okazały się niestety marnowaniem czasu. Szczęśliwszy był dopiero trzeci, którym ponownie „wgryziono się wał”. Dzięki temu poznano jego ziemno-drewnianą budowę. Stwierdzono też, że część konstrukcji wzniesioną z drewna strawił ogień. Badania z 1961 r. odkryły ślady fosy, a w niej ciekawy artefakt: żelazną kłódkę z XII w. Na kolejne badania Małgorzatki trzeba było czekać ponad pół wieku. W 2014 r. na zlecenie Uniwersytetu Śląskiego podjął je Marcin Paternoga, a nadzorowali Piotr Boroń ( UŚ) i Jacek Pierzak (Śląski Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków).


Wykopaliska na Małgorzatce w 2014 roku (fot. Piotr Boroń)

Archeologowie wydawali się cokolwiek rozczarowani ich rezultatami, ale w rzeczywistości przyniosły one sporo rewelacji. Ponownie zaatakowano wał, odkrywając dwie fazy jego funkcjonowania, czyli okresy, w jakich był wykorzystywany. Rozdzielała je warstwa spalenizny, świadectwo jakiejś dawnej katastrofy grodu, może jego oblężenia i zdobycia. Okazało się też, że dawne, naturalne Wzgórze św. Małgorzaty, zostało sztucznie powiększone, nadsypane. Oprócz niewielkiej ilości ceramiki (ponownie XI-XII w.) znaleziono placki glejty ołowiowej. Jak uważa archeolog Dariusz Rozmus, odkrycie to uprawnia do stwierdzenia, iż w Bytomiu, podobnie jak w szeregu innych miejscowości Śląska i Zagłębia, wytapiano w średniowieczu ołów. Z tego zaś wniosek, że najprawdopodobniej i srebro. Dodatkowo, ponowne przebadanie skorup naczyń odkrytych podczas wcześniejszych wykopalisk pozwoliło rozpoznać wśród nich charakterystyczną ceramikę szkliwioną, również wiązaną z hutnictwem ołowiu.


Wykopaliska na Małgorzatce w 2014 roku (fot. Piotr Boroń)

Zaginiona świątynia: jak wyglądał romański kościół św. Małgorzaty?

Nie później niż w 1170 roku na wzgórzu ufundowano romański kościół św. Małgorzaty. Lecz może być on starszy. Mało tego – na jego miejscu mogła wznosić się wcześniej jeszcze starsza, być może drewniana świątynia. Romański kościół z XII wieku na Wzgórzu św. Małgorzaty prawdopodobnie został wyobrażona na tympanonie Jaksy – detalu architektonicznym nieistniejącego już wrocławskiego klasztoru na Ołbinie. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności ten bezcenny fragment średniowiecznej kamieniarki nie dość że przetrwał rozbiórkę klasztoru, to jeszcze został odnaleziony i rozpoznany (dziś znajduje się w Muzeum Architektury we Wrocławiu). Opierając się na tej płaskorzeźbie, można pokusić się o próbę opisu romańskiego kościoła w Bytomiu. „Była to nieduża świątynia zbudowana z kamienia na planie prostokąta, z absydą, z oknem w ścianie, fryzem arkadowym powyżej i wysoką kwadratową wieżą, niezbyt wyraźnie z budowli wyodrębnioną” – pisał przed laty prof. Jerzy Szydłowski. A jednak tympanon Jaksy nie mówi nam wszystkiego o wyglądzie tej świątyni. Gdyby pod obecnym kościołem św. Małgorzaty przetrwały fragmenty jej murów lub chociaż fundamentów, pozwoliłoby to zweryfikować i poszerzyć zakres naszej wiedzy. Zaś odnalezienie śladów obiektu (lub obiektów) starszych niż kościół z XII wieku byłoby archeologiczną (i nie tylko archeologiczną) sensacją.


Fragment tympanonu Jaksy z wyobrażeniem kościoła opatrzonego napisem BITOM. Czy tak wyglądał bytomski kościół św. Małgorzaty z XII wieku? (repr. z książki Jerzego Szydłowskiego „Bytom: pradzieje i początki miasta”, wyd. Muzeum Górnośląskie, Bytom 1966)

Będą kopać w nowych miejscach

Pod jednym i to arcyważnym względem tegoroczne badania, które rozpoczną się już w przyszłym miesiącu będą różnić się od dotychczasowych. Zostaną przeprowadzone w dziewiczym terenie, gdzie nigdy do tej pory nie sięgnęła łopatka archeologa ani tym bardziej szpadel grabarza: pod samym kościółkiem św. Małgorzaty, wznoszącym się na miejscu dawnej, romańskiej świątyni z XII w. – Planowane są cztery wykopy w precyzyjnie wybranych lokalizacjach, tam gdzie georadar wykrył podziemne anomalie – informuje Beata Badura, archeolog z Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu. Trzy z tych miejsc znajdują się w obrębie kościoła – pod zakrystią, kruchtą i w rejonie ołtarza, czwarta zaś na zewnątrz. Mogą to być fragmenty fundamentów dawnego romańskiego kościoła. A może pochówki? Zobaczymy.

Czy w Bytomiu zachowały się ślady chrześcijańskich misjonarzy sprzed chrztu Polski bądź z pierwszych lat polskiego chrześcijaństwa?

O Sutuhali – przypisywanej Wzgórzu Świętej Małgorzaty tajemniczej nazwie, której pochodzenia od lat nie udaje się przekonująco wyjaśnić – pisałem w Dzienniku Zachodnim 17 października 2017. W artykule „Św. Gaweł i Bytom. To byłby najstarszy kościół na Górnym Śląsku. Czy istniał?” zaproponowałem dla Sutuhali wytłumaczenie całkowicie inne, niż spotykane do tej pory. Jest ono podobne, jak w przypadku szwajcarskiego miasta St. Gallen, które nazwę swą zawdzięcza świętemu Gawłowi. Święty ten, żyjący w latach (około) 550-645 po Chrystusie był iroszkockim zakonnikiem, jednym z uczniów św. Kolumbana. Kult świętego Gawła – w krajach Europy Zachodniej znanego jako święty Gallus – szerzył się szczególnie w południowych Niemczech, Szwajcarii i Czechach. Namacalnym jego świadectwem jest wielka ilość znajdujących się tam kościołów pod wezwaniem tego świętego. Dla kontrastu, w Polsce kościoła św. Gawła nie uświadczysz ani jednego…

… Ale kiedyś, tuż u progu polskiej historii pisanej, mogło być inaczej. Taka świątynia mogła istnieć, i to w dzisiejszych granicach miasta Bytom. Ten domniemany kościół św. Gawła, najstarszy kościół na ziemiach dzisiejszego Górnego Śląska, założony być może jeszcze przed pamiętnym rokiem 966, czyli chrztem Mieszka I, nie przetrwał do naszych czasów. Bezpośrednich informacji o jego istnieniu próżno by też szukać w źródłach pisanych. Jednak na istnienie w okolicach Bytomia kościoła św. Gawła wskazuje kilka tropów toponomastycznych:

  • Nazwa Świętochłowice brzmi podobnie jak Sutuhali. W ciągu kilku wieków mogła ulec przekształceniu ze Svatohavlice. Zanim Piastowie przyłączyli Śląsk i Małopolskę do budowanej przez siebie Polski, krainy te podlegały Czechom. A po czesku święty Gaweł to svatý Havel. Czyżby założyciele Świętochłowic przybyli ze Świętego Gawła?
  • W średniowieczu (co najmniej w wieku XIII) trakt z Czeladzi na zachód wiódł przez most Gawła. Trakt ten prowadził w kierunku Bytomia, ściślej zaś – Wzgórza Św. Małgorzaty.
  • W niby to pospolitej nazwie osady służebnej Łagiewniki wystarczy zamienić miejscami zaledwie trzy spółgłoski, by otrzymać Gawiełniki. Taki błąd przy spisywaniu dokumentu mógł przydarzyć się pisarzowi, któremu obca była ta druga nazwa, za to często spotykał się z miejscowościami noszącymi pierwszą.

Kościół pod wezwaniem św. Gawła założyć mogli jedynie misjonarze z ziem, gdzie rozpowszechniony był kult tego świętego. W artykule wskazałem na jedną z okazji, kiedy tacy właśnie duchowni mieli okazję przybyć w okolice dzisiejszego Bytomia: misję biskupa Adalberta z Trewiru na Ruś (rok 961 lub 962). Lecz są i inne możliwości…

Przemoc na śląskich stadionach jest starsza niż święta wojna fanów Górnika i Ruchu. Już w II RP bójki z udziałem piłkarzy i kibiców nie były rzadkością.

Ruch Pogoń Wilimowski

Przedwojenne spotkania śląskich klubów z Pogonią Lwów prasa nazywała „polowaniem na kości”. Na zdjęciu mecz Ruch – Pogoń, pierwszy z prawej Ernest Wilimowski, śląska supergwiazda (foto SBC)

Ktoś nie znający historii Ruchu Chorzów, a mający  świadomość obecnego, powszechnego wśród fanów „Niebieskich” podkreślania swej śląskości przy jednoczesnym kontestowaniu polskości, zdziwić się może, poznawszy okoliczności powstania klubu. Ruch założono w 1920 r., obok wielu innych klubów sportowych, z inicjatywy polskich działaczy plebiscytowych. Cała akcja miała więc oczywisty podtekst polityczny, wpisując się w polsko-niemiecką polityczną walkę o rząd śląskich dusz.
Czytając prasę z lat międzywojennych, często natykamy się na wzmianki o bójkach z udziałem zawodników i kibiców. Przykładem mecz 1 F.C. Kattowitz z  Dębem Katowice: „Z galerii słychać okrzyki »Brecht den Dytko das Bein« (złam Dytce nogę). Na 15 minut przed zakończeniem meczu doszło do ordynarnej bójki. (…) Gracze F.C., nie chcąc dopuścić do wykonania rzutu karnego, rzucili się na graczy Dębu, a w chwilę później publiczność wdarła się na boisko”.
Czyżby więc u fundamentów stadionowej agresji na Śląsku leżały antagonizmy polsko-niemieckie? Ano niekoniecznie. Śląscy Niemcy tłukli się też między sobą. „Bramkarz Peter-Paula, który ciągle pozwalał sobie na różne wyzwiska na graczy Freie Turner, otrzymał silny cios w twarz od jednego z graczy Freie Turner, po czem powstała istna bójka wśród graczy, jak i publiczności” – donosił zdegustowany komentator po meczu dwóch niemieckich klubów w czerwcu 1934 r.

Freie turner bójka 25 06 34

Notka prasowa o bijatyce na meczu niemieckich drużyn (foto SBC)

Nie wyobrażajmy sobie jednak, że gracze i kibice ówczesnych polskich śląskich drużyn ulepieni byli z innej gliny. Iż tak nie było, potwierdza np. prasowa notka z października 1938 r.: „W związku z coraz częstszymi wypadkami bójek i awantur na śląskich boiskach piłkarskich, Wydział Gier i Dyscypliny Śląskiego O.Z.P.N., po wyczerpaniu wszystkich możliwych już ostrzeżeń, postanowił wobec dalszych bójek wyeliminować od dalszego udziału w mistrzostwach trzy kluby: KS. Ruch Radzionków, KS. 25 Wełnowiec i Jedność Michałkowice”.
Podobny co Ruch rodowód ma bytomska Polonia. Po tym jednak, jak Bytom pozostał w 1922 r. po niemieckiej stronie podzielonego granicą Górnego Śląska, klub rozwiązano. Jego reaktywacja w 1945 r. była praktycznie startem od zera. Stanowiła  zarazem symbol radykalnej odmiany oblicza niemieckiej części przedwojennego Śląska: w barwach klubu wyszli na boisko wygnańcy z zagarniętego przez Sowietów Lwowa. Grał w nim m.in. Michał Matyas, zawodnik przedwojennej Pogoni Lwów, którego piłkarze i kibice śląskich klubów wciąż musieli dobrze pamiętać. Bo też jeszcze nie tak dawno temu spotkania Ślązaków ze lwowiakami były widowiskami mało sportowymi, za to brutalnymi („ogólne polowanie na kości” – orzekła jedna z gazet). Co dopiero, gdy z Pogonią grali ci „niemieccy” Ślązacy, jak AKS Chorzów. W 1939 r. to właśnie po brutalnym ataku Matyasa bramkarza AKS-u Romana Mrugałę zniesiono z murawy nieprzytomnego i z powybijanymi zębami. Jego zaś klubowego kolegę Jerzego Wostala aresztowała po meczu we Lwowie policja za… lżenie narodu polskiego (nie wytrzymał zaczepek kibiców Pogoni, wyzywających go za używanie niemieckiego, i szpetnie im przygadał).

Wostal

Prasa o aresztowaniu Wostala z AKS Chorzów podczas meczu z Polonią Lwów (foto SBC)

A „polski” Ruch też nie miał lekko. W 1934 r., po tym jak Edmund Giemsa wrócił ze Lwowa z pękniętą kostką, śląska prasa czując, co się święci podczas rewanżowego spotkania, apelowała do kibiców o spokój i sportowe przyjęcie Pogoni (która, tak czy inaczej, z góry zwróciła się o ochronę policji). Wezwania nie poskutkowały. „Pogoń wbiegającą na boisko Ruchu przywitała publiczność gwizdami i okrzykami »fuj«”.

Ruch Pogoń

To właśnie temu spotkaniu we Lwowie gracze  Pogoni zawdzięczali nieprzyjazne przyjęcie przez kibiców Ruchu (foto SBC)

Wszystko to działo się jeszcze przed narodzinami Górnika Zabrze, ale grunt pod największą świętą wojnę śląskich kibiców został przygotowany już dawno temu…

Dosłownie pod żelbetowe ściany paru z licznych schronów w rejonie Rudy Śląskiej-Czarnego Lasu podjedziemy samochodem bądź autobusem komunikacji miejskiej. By obejrzeć większość pozostałych (poza dwoma odleglejszymi), czekają nas „aż” kilkuminutowe spacery z miejsca, gdzie opuścimy pojazd. Dzisiejszy postindustrialny krajobraz „Wzgórza 319” (tak nazywał się ten punkt oporu Obszaru Warownego „Śląsk”, będący także kulminacją terenową śląskich umocnień II RP) oferuje też zupełnie inny klimat fortecznej wycieczki, niźli otwarte pola Dąbrówki Wielkiej czy las między Kochłowicami a Halembą.

02

Schron bojowy blisko zjazdu z ul. 1 Maja na trasę NS.

03

W lasku po drugiej stronie ulicy jest tradytor (schron artyleryjski).

11

By obejrzeć ten schron nieopodal ogrodzenia wydziału huty „Pokój” trzeba wybrać się na nieco dłuższy już spacer. Jego jaskrawo dziś pomalowane kopuły pancerne są dobrze widoczne ze zjazdu na DTŚ w kierunku Rudy Śląskiej-Chebzia.

12

Przy bocznicy kolejowej prowadzącej do tego wydziału huty „Pokój” stoi jeszcze jeden ciężki schron bojowy. To już kompletne pustkowie, na które bezpieczniej nie zapuszczać się samotnie czy po ciemku.

01

Zarośla tuż obok przystanku autobusowego „Ruda 1 Maja” skrywają ten schron pozorny (czyli atrapę bojowego).

05

Schron magazynowy blisko siedziby Straży Miejskiej (dawnych koszar). Składowano tu m. in. amunicję.

04

Tuż za hipermarketem Tesco też jest schron bojowy. Jego kopułę pancerną uszkodzili palnikami złodzieje

06

Ten ciężki schron bojowy, nieopodal którego będzie zaniedługo przebiegać trasa NS, prócz karabinów maszynowych uzbrojony był też w działko przecwipancerne 37 mm.

09

W pobliżu, przy dawnej (rozebranej już) cegielni, znajduje się drugi tradytor. Także tam walczono w 1939 r.

07

Odnowiony jakiś czas temu schron bojowy przy ul. Cynkowej. W 1939 r. brał udział w starciach z Freikorpsem (fot. Arkadiusz Ławrywianiec).

Pamiątką po tych walkach są ślady trafień kul na pancerzu pólkopuły bojowej schronu (fot. Arkadiusz Ławrywianiec).

Punkt oporu „Łagiewniki”, jeden z najważniejszych odcinków polskich fortyfikacji na Śląsku, zbudowany został na przedpolach Chorzowa. A w samym Chorzowie ulokowano punkt dowodzenia Obszaru Warownego „Śląsk”.

… Jest niespokojna noc z 31 sierpnia na 1 września 1939. Z coraz to nowych odcinków polskich fortyfikacji, od Piekar na północy aż po Wirek na południu, do dowództwa Obszaru Warownego „Śląsk”, mieszczącego się w wielkim schronie na Górze Wyzwolenia w Chorzowie, napływają alarmujące meldunki o atakach niemieckich dywersantów. Czy to już wojna? Tak! Oto jej wybuch potwierdza radio, a zresztą do schronu przybywa pod strażą pierwszy jeniec z Freikorpsu. Zostaje czym prędzej przesłuchany…
W historyczną atmosferę tamtego pełnego napięcia czasu możemy wczuć się zwiedzając ów schron w dzisiejszym parku Redena. Przetrwał bowiem do naszych czasów, a kilka lat temu został staraniem członków Stowarzyszenia na Rzecz Zabytków Fortyfikacji „Pro Fortalicium” zrewitalizowany. Teraz mieści nowoczesną izbę muzealną Września 1939, w której historię obejrzymy z bliska, dotkniemy i usłyszymy.

1

Zaaranżowana w jednym z pomieszczeń schronu dowodzenia scena przesłuchania jeńca

Chorzów może pochwalić się także drugim odrestaurowanym przez „Pro Fortalicium” obiektem Obszaru Warownego. To Schron Bojowy nr 5 przy ulicy Katowickiej, który należał do silnie umocnionego i rozbudowanego punktu oporu „Łagiewniki”, mającego osłaniać Chorzów i jego przemysł od strony granicy z Niemcami. Obecnie również mieści izbę muzealną i jest wielką atrakcją dla wszystkich zainteresowanych miitariami, zwłaszcza przedwojennym Wojskiem Polskim i wrześniem 1939 na Śląsku

4

Marcin Bojdoł z Pro Fortalicium prezentuje ekspozycję w Schronie Bojowym nr 5

3

Dioramę przedstawiającą przekrój tego schronu można obejrzeć w Muzeum Górnośląskim w Bytomiu (fot. Maciej Gapiński)

Dziś Łagiewniki – za czasów II Rzeczypospolitej samodzielna gmina – są już dzielnicą Bytomia, ale część dawnej tarczy Chorzowa zachowała się też w jego własnych granicach. Poza schronem przy Katowickiej istnieją tu m.in. tradytor (schron artyleryjski) oraz dawne koszary.

6

Tradytor dla armaty 75 mm. Punkt oporu „Łagiewniki” posiadał aż trzy tego rodzaju schrony

2

Ten dom przy ulicy Katowickiej to byłe koszary kompanii fortecznej

a

Schron magazynowy. Składowano w nim głównie amunicję

b

Komora kabli telefonicznych – jeden z trudniejszych do odnalezienia w terenie obiektów punktu oporu „Łagiewniki”

Z kolei w chorzowskiej dzielnicy Maciejkowice znajdują się schrony innych odcinków polskich fortyfikacji. Na pograniczu Chorzowa i Bytomia doprawdy jest co zwiedzać – i w przyszłości jeszcze na nie powrócimy.

5

Schron bojowy w Maciejkowicach

Zacznijmy od ciekawostki: punkt oporu Obszaru Warownego „Śląsk” na Wzgórzu 304,7 pojawia się w słynnej „Wieży spadochronowej” Kazimierza Gołby.

Tak widzi go z pociągu jeden z bohaterów tej zarazem kultowej, jak i wielce kontrowersyjnej (zależy, kto czyta) powieści: „Szczególnie tajemniczo wyglądało otoczone kolczastym płotem wzgórze między stacjami Dąbrówka Wielka i Chorzów. Na wielkiej i pustej przestrzeni nie było żadnych osobliwych śladów. Jak za czasów najbardziej spokojnych stał tam przy płocie żołnierz z karabinem (…)”. Obecnie nie ma tam już ani wojska, ani owego płotu, ani nawet samej linii kolejowej. Ale tajemnicze wzgórze po dziś dzień wprost usiane jest schronami i warte zwiedzenia. Tym bardziej, że to tutaj właśnie, koło Piekar-Dąbrówki Wielkiej, zobaczymy najstarsze polskie schrony na Śląsku.

Jeden z kilku schronów bojowych dla cekaemu na Wzgórzu 304,7:
1A oto inny jemu podobny, ale znajdujący się już po południowej stronie szosy Bytom-Siemianowice Śląskie (dzisiejszej trasy DK94) i na terenie tego ostatniego miasta:
1aTego typu schronów jest na wzgórzu w sumie 6, z tym że jeden z nich zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych, posiadając aż 2 półkopuły bojowe:
2W kępach zarośli znajdziemy również dwa schrony pozorne. Tak wygląda jeden z nich:
4Kiedyś było ich więcej, ale resztę zasypano lub nawet zniszczono. To drugi z ocalałych:
3Dawny magazyn amunicji jest ukryty w zagłębieniu terenu, które miało też ograniczyć skutki ewentualnej eksplozji:
15Kolejny magazyn amunicji historię ma oryginalną: nim przejęło go WP, był prochownią niegdysiejszych kamieniołomów:10Niemal przy DK94, ale od jej północnej strony, znajduje się tradytor – schron artyleryjski. Do środka da się wejść, ale ostrożnie tam, by nie wpaść w któryś z szybów do dolnej, mocno podtopionej kondygnacji (na którą nawet świadomie lepiej wcale nie schodzić). Te wrota to wjazd dla armaty 75 mm:
5Przed jedną z dwóch strzelnic dla tego działa (fot. Roman Kiera):
5bW tej kopule pancernej tradytora miał swe stanowisko obserwator artylerii:
5aA ta niepozorna ściana ze strzelnicą to relikt najstarszego być może polskiego schronu na Śląsku, zbudowanego jeszcze w latach 20. ubiegłego wieku:
8I z kolei jeden z nowszych obiektów, już w granicach administracyjnych Chorzowa – również tradytor, ale dla przeciwpancernego działka 37 mm:
6Także i on posiada dwie kondygnacje. Na dolną schodzi się przez włazy (nie pomylić z windą amunicyjną) z drabinkami:
7Jej zwiedzenie jest możliwe dla dorosłego, sprawnego człowieka i może być dużą frajdą, ale bezwzględnie należy przy tym zachować ostrożność oraz zdrowy rozsądek. Kiedyś miał tu miejsce wypadek, na szczęście bez tragicznych następstw. A skoro już o bezpieczeństwie mowa, to rzecz jasna bez źródła światła wcale się do wnętrz schronów nie zapuszczajmy! Nie wchodźmy też do nich samotnie. Zaś będąc na stropie (gdzie czasami da się bez trudu wejść) trzeba pamiętać, że zewnętrzne ściany schronów to bardzo często po prostu pionowe, kilkumetrowej wysokości uskoki, z których upadek może być bardzo groźny:
12Nieopodal wzgórza, przy ulicy Przyjaźni w Dąbrówce Wielkiej, znajduje się odnowiony schron bojowy mieszczący obecnie izbę muzealną (taktycznie należał już do sąsiedniego odcinka Obszaru Warownego, „Brzeziny”, ale żołnierze z jego załogi kwaterowali w nieistniejących już koszarach na Wzgórzu 304,7). [Więcej o schronie w Dąbrówce pisałem już tutaj.] Przy okazji odwiedźmy go koniecznie, a nie pożałujemy:
11

A może by tak krótki spacer po schronach punktu oporu „Radoszowy”?

W Kochłowicach poza częścią obiektów punktu oporu „Szyb Artura” Wojsko Polskie zbudowało jeszcze jedną dużą grupę fortyfikacji Obszaru Warownego „Śląsk”. To sektor „Radoszowy”, który do 1939 r. zamykał linię polskich umocnień od południa (dopiero w ostatnich miesiącach przed wybuchem wojny sztabowcy WP postanowili ją przedłużyć). Większość obiektów tego odcinka przetrwała do dziś. Ciężkie schrony bojowe i jeden ze schronów biernych (magazynów) możemy obejść w ciągu kilkudziesięciominutowego spaceru, który najpraktyczniej rozpocząć z prowadzącej do kopalni Wujek Ruch Śląsk ulicy Kalinowej w Rudzie Śląskiej-Kochłowicach (alternatywna opcja to start z ulicy Piłsudskiego). Chcąc rzucić okiem na koszary (z dwoma schronami i drugim magazynem w pobliżu) trzeba już nadłożyć drogi, bo od reszty sektora oddzieliła je autostrada A4.

Niemal wszystkie schrony Radoszowych dobrze widać na satelitarnych mapach, wirtualnie odnajdziemy je zatem m.in. na Google Maps (poniżej, zakreślone na czerwono – kilka z nich):
01Marszrutę wycieczki zaplanujemy więc łatwo, lecz schrony często tak toną w krzakach, że zwłaszcza latem ich szukanie w realu chwilę nam zajmie (no ale warto):
02To właśnie przy jednym z tutejszych schronów nakręcono tę scenę „Grzesznego żywota Franciszka Buły”:
03Schrony niestety niszczeją. Ten padł ofiarą szczególnie brutalnej dewastacji: złodzieje odcięli mu stalową kopułę:
04Koło schronów są specjalne, kilkumetrowe studzienki na łuski. Patrzmy pod nogi i uważajmy, by tam nie wpaść:
05Sektor „Radoszowy” to również schrony grupy bojowej „Kłodnica” – tak ciekawej i cokolwiek nawet tajemniczej, że wartej samodzielnego wypadu:
06

Od Mikołowa po Gostyń napotkamy wiele śladów września 1939, a także niezbyt może liczne, ale za to unikatowe schrony Obszaru Warownego „Śląsk”.

Rozbudowa linii obronnych Śląskiego Obszaru Warownego na południe od wzgórz kochłowickich – na których kończyła się pierwotna linia fortyfikacji – ruszyła z kopyta dopiero latem 1939 (a lato było piękne tego roku…). Gdy 1 września zagrzmiały niemieckie armaty, gorączkowe prace budowlane i wykończeniowe jeszcze trwały. Schrony w rejonie Mikołowa nie zostały więc w pełni ukończone, choć budowa kilku była bardzo już zaawansowana. W walkach z Wehrmachtem prawdopodobnie uczestniczył tylko jeden z nich, w Wyrach – pod którymi stoczyła krwawą bitwę Grupa Operacyjna „Śląsk”. Mogiły na okolicznych cmentarzach to smutne memento tamtych dni.

Wyry-Gostyń. Pomnik Pamięci Żołnierzy Września 1939 r.:

3Na cmentarzu w Wyrach jest ich zbiorowa mogiła:WyryPoległych żołnierzy Wojska Polskiego pochowano również na cmentarzu parafialnym w Gostyni:GostynZnajduje się tam również grób żołnierzy Wehrmachtu:1Na tym samym cmentarzu upamiętniono też mieszkańców Gostyni, którzy zginęli w wrześniu 1939:gostyn grob mieszkancowPodpułkownik Władysław Kiełbasa zginął prowadząc polski kontratak. Spoczywa na cmentarzu w Mikołowie:2Jeszcze jedna wrześniowa mogiła na mikołowskim cmentarzu parafialnym:MikolowTen schron w Wyrach nosi ślady ostrzału. Prawdopodobnie atakował go Wehrmacht – jako jedyny polski schron na Śląsku:20150717_140933Schron „Sowiniec” w Gostyni mieści obecnie izbę muzealną:SowiniecJego zwiedzanie to prawdziwa gratka dla fanów militariów, szczególnie fortyfikacji i przedwrześniowego Wojska Polskiego. Po „Sowińcu” fachowo oprowadzał mnie Tomasz Jałowy z „Pro Fortalicium”:20150717_130915To właśnie w Gostyni corocznie odbywa się „Bitwa Wyrska” – efektowna impreza rekonstrukcyjna dla upamiętnienia walk we wrześniu 1939 (fot. Lucyna Nenow):

RekonstrukcjaA oto kolejny interesujący zabytek – polowy schron piechoty, który jest najdalej wysuniętym na południe ze zbudowanych obiektów odcinka „Mikołów”: 20150831_100130 W tym miejscu, w lesie pod Gostynią, kończą się fortyfikacje Obszaru Warownego „Śląsk”.