Archiwa kategorii: Historia Śląska i okolice

Obszar Warowny „Śląsk” to także forteczne koszary. Na ogół istnieją one do dziś, ale trudno domyślić się ich pierwotnego przeznaczenia.

Większość załóg przedwojennych polskich schronów nie kwaterowała w nich na stałe. W czasie pokoju schrony nie miały pełnej obsady. Żołnierze stacjonowali w koszarach, których na zapleczu umocnień było w związku z tym sporo. Większość z nich istnieje po dziś dzień, choć znajdują się w różnym stanie i pełnią już inne, dość urozmaicone funkcje. Kilka żyje całkowicie nowym życiem. Np. byłe koszary w Bobrownikach mieszczą przedszkole, te w Rudzie Śląskiej-Goduli stały się szpitalem, zaś w Nowym Bytomiu są teraz siedzibą Straży Miejskiej (wciąż jednak można rozpoznać przy nich dawne schrony bojowe). Niektóre budynki nie miały jednak tyle szczęścia…

Z koszar punktu oporu „Wzgórze 304,7” pod Dąbrówką Wielką ostała się tylko para zagubionych w chaszczach schronów. Oto jeden z nich:

dabrowkaByłe koszary punktu oporu „Szyb Artura” (Ruda Śląska-Kochłowice) są w opłakanym stanie. Na pierwszym planie zintegrowany z nimi dawny schron bojowy:

SzA1Jednak związany kiedyś z koszarami schron znajdujący się na pobliskiej posesji ma się jak widać nieźle. Co więcej, zyskał sobie ciekawe, użytkowe i wręcz bardzo tradycyjnie górnośląskie przeznaczenie – mieści się na nim gołębnik:

SzA2Budynek koszar punktu oporu „Radoszowy” (również Kochłowice) nie sypie się wprawdzie, ale również ma swe najlepsze lata za sobą. Chociaż schron wygląda niemal jak przed laty:

rad2Drugi przykoszarowy schron bojowy znajduje się na tyłach dawnego placu apelowego (zachowały się na nim pozostałości dawnego maskowania, które upodabniało go do ceglanego budynku gospodarczego):

rad3Za to koszary w Nowym Bytomiu (z obowiązkowym schronem) są obecnie siedzibą Straży Miejskiej w Rudzie Śląskiej:

nbytTakże i tutaj wciąż istnieje w pobliżu drugi schron bojowy, kiedyś zamaskowany jako przybudówka budynku gospodarczego:

nbyt2Mało który przechodzień czy nawet pacjent szpitala w Goduli odgadłby, że ta część tego obiektu była kiedyś koszarami. Niełatwo też rozpoznać koszarowy schron bojowy (na pierwszym planie), którego strzelnice zamurowano:

20150902_115541Koszary punktu oporu „Łagiewniki” w Chorzowie są wciąż pełne życia. Obecnie to po prostu dom mieszkalny (ze schronem bojowym w roli piwnicy):

chorzow

Położone już na zagłębiowskim brzegu Brynicy Bobrowniki to wspaniała panorama i liczne schrony – zabytki fortyfikacji.

Bobrowniki nieprzypadkowo zwróciły uwagę służb inżynieryjnych Wojska Polskiego, gdy projektowano fortyfikacje broniące Górnego Śląska. Wyniosłe wzgórze dominujące nad zakolem Brynicy naprzeciwko Piekar Śląskich cechowały naturalne walory obronne. Dochodziła też możliwość prowadzenia dalekiej obserwacji (piękna panorama na Śląsk i Zagłębie) – a więc i ognia artylerii. Obecnie przez środek tego wzgórza przebiega wykop, którym wiedzie ruchliwa autostrada A1. Prowadzi dosłownie po miejscu, gdzie kiedyś stał jeden z bojowych schronów. Ocalał na szczęście inny, dobrze dziś widoczny na wysokiej skarpie. To bardzo charakterystyczny punkt krajobrazu. Jest doskonale widoczny z dołu i ujrzeć go może każdy, kto przejeżdża tą trasą. Tak wygląda z bliska:

20150730_130221W Bobrownikach znajdują się dwa potężne tradytory. Armaty tego tutaj – południowego – we wrześniu 1939 ostrzeliwały Bytom:

20150722_174611Z tradytora południowego roztacza się rozległa panorama od Bytomia aż po Będzin, a przy odpowiedniej pogodzie można zobaczyć nawet góry:

bobrowniki panoramkaPodobny widok miał przed sobą obserwator artylerii w tej kopule pancernej:

20150730_121036A takie możliwości ostrzału posiadały polskie baterie z Bobrownik (szkic z niemieckiej analizy fortyfikacji IIRP sporządzonej po ich zajęciu):

szkic Bobrowniki ogienSkutki ostrzału Bytomia przez działa polskich tradytorów m.in. z Bobrownik (niezbyt celnego, bo mimo iż był wymierzony w obiekty wojskowe, to ucierpiały też cywilne zabudowania) utrwaliła niemiecka kronika filmowa:

11Film miał charakter propagandowy. Świadczy o tym m.in. fakt, że pokazano na nim niewybuchy „polskich” pocisków – tyle że znacznie większego kalibru, aniżeli jakiekolwiek działa w polskich schronach:

12Koniecznie odwiedźmy też Namiarki w samym łuku Brynicy. Przywita nas tam odnowiony schron bojowy:

20150722_165104A i ten oto restauruje właśnie stowarzyszenie „Pro Fortalicium”:

20150730_140107Wejścia do schronów często są zasypane – jak do tego tutaj, nieopodal sklepu:

20150722_170135Jeszcze sugestywniej wygląda schron położony kilkaset metrów od poprzedniego:

10Nic dziwnego, że zrodziły się legendy o podziemnych połączeniach tych obiektów. Ale WP nie stać było na takie luksusy.

Dawne koszary w Bobrownikach mieszczą przedszkole:

20150730_120045Swoją drogą, losy koszar wojsk fortecznych O. W. „Śląsk” to temat na kolejną wycieczkę – którą już zapowiadam. Zaś póki co – proszę zwrócić uwagę na owe zielone przybudówki widoczne po bokach budynku. Są to ni mniej, ni więcej, tylko niegdysiejsze, zintegrowane z główną bryłą obiektu schrony bojowe.

Wybierzmy się na najdalszą północ Obszaru Warownego „Śląsk”. Nie pożałujemy.

OW „Śląsk” ciągnął się także na północ od serca obszaru przemysłowego. Jego rozbudowy w tamtym rejonie nie dokończono,  ale polskie fortyfikacje (skądinąd zresztą już zagłębiowskie, bo za Brynicą) napotkamy jeszcze daleko za Piekarami – w rejonie Nowej Wsi, Tąpkowic, Niezdary, Brynicy, Oss, Wymysłowa i Dobieszowic (celowo nie wymieniam tu Bobrownik, gdyż to temat na samodzielną atrakcyjną  wycieczkę). Możemy natknąć się tu na takie ciekawostki, których trudno byłoby szukać w innych polskich schronach. Tym bardziej, że  Niemcy obsadzili i włączyli niektóre tutejsze obiekty do swoich pozycji obronnych, które miały w 1945 r. powstrzymać nadciągających Sowietów.

Jeden z prostych schronów polowych (popularnie zwanych dziś „urbanami”) w Nowej Wsi:    1Takie obiekty znajdują się też w Brynicy, a podobne w Ossach. Na terenie OW „Śląsk” schronów o bardzo zbliżonej konstrukcji było jeszcze więcej. Spotkamy je też np. w Bytomiu-Łagiewnikach czy Rudzie Śląskiej-Starej Kuźnicy. Budowano je pośpiesznie w ostatnich miesiącach przed wybuchem wojny.

Ważną rolę w polskich planach odgrywała tama Kozłowa Góra. Taki schron do dziś stoi nad nią w Wymysłowie:

3Przypuszcza się, że obiekt ten miał udawać przydrożny dom.

Na kopule pancernej innego schronu w Wymysłowie Niemcy testowali ładunki kumulacyjne:

2Specjalna grupa szturmowa spadochroniarzy Luftwaffe użyła później tej broni podczas słynnego ataku na fort Eben Emael w Belgii.

Sygnatura na pancerzu strzelnicy działka 37 mm we wnętrzu jednego ze schronów niedokończonego punktu oporu „Niezdara”:

4Długo by szukać podobnych zabytków w na ogół obrabowanych z metalowych części schronach GOP-u. Warto dodać, że produkcja owych fortecznych działek przeciwpancernych ruszyła dopiero w 1939 r. i zdążono w nie uzbroić zaledwie kilka schronów – tutaj oraz w dalekiej Węgierskiej Górce.

A na tej z kolei kopule schronu w Tąpkowicach widać ślady ostrzału z karabinu maszynowego:

5We wrześniu 1939 nie toczyły się tu żadne walki. To chyba pamiątka z roku 1945.

Schron w Dobieszowicach jest wspaniale odrestaurowany przez stowarzyszenie „Pro Fortalicium” i udostępniony do zwiedzania:

6

P.S. Tak, drodzy fani  „Gry o tron” – tytuł nie jest przypadkowy… 🙂

Polski schron bojowy w Piekarach-Dąbrówce Wielkiej (ul. Przyjaźni – trudno go tam przeoczyć!) należy do tych kilku szczęśliwych obiektów Obszaru Warownego „Śląsk”, które otrzymały nowe życie dzięki staraniom pasjonatów ze Stowarzyszenia na Rzecz Zabytków Fortyfikacji „Pro Fortalicium” (w obronie małej twierdzy). Zwiedzając schron nie tylko zapoznamy się z jego budową i warunkami, w jakich przebywała załoga. Naszą wiedzę poszerzą też liczne materiały edukacyjne (w tym multimedia). Poza tym obejrzymy bogatą kolekcję militariów (m.in. modeli pojazdów pancernych i okrętów). To miejsce jest też dobrym punktem startowym do wycieczki po innych, licznych w pobliżu fortyfikacjach.

Do schronu w Dąbrówce przybyłem akurat w chwili, gdy gościnny Roman Kiera ze stowarzyszenia Pro Fortalicium oprowadzał po nim wycieczkę (a myślałem, że płci pięknej nie interesują militaria!):

20150701_163205

Wewnątrz znajdują się oryginalne elementy wyposażenia. Poznamy budowę schronu, jego funkcjonowanie i życie załogi:

20150710_141049

Schron jest obiektem dwukondygnacyjnym. Powyżej górnej kondygnacji jest jeszcze półkopuła bojowa dla cekaemu. Możemy do niej wejść:

20150710_135001

Na dolnej kondygnacji znajduje się m.in. izba załogi, której przywrócono dawny wygląd. Tutaj żołnierze sypiali i wypoczywali:

20150710_135242

Pobliskie wzgórze 304,7 dosłownie usiane jest polskimi schronami. Warto skorzystać z okazji i wybrać się na ten ważny punkt oporu OW „Śląsk”:

20150701_180706

W latach 20. XX wieku Godulę (która jeszcze nie była dzielnicą Rudy Śląskiej) i Szombierki (te z kolei nie należały na razie do Bytomia) przedzieliła polsko-niemiecka granica. Biegła rzeczką Bytomką, ku której opadały łąki i pola – otwarty, niezabudowany, łatwy do obrony teren. Wykorzystując jego walory, Wojsko Polskie wzniosło tu w latach 30. silne fortyfikacje, które utworzyły sektor „Godula” Obszaru Warownego „Śląsk”. Niemal wszystkie zbudowane tu wówczas schrony istnieją do dnia dzisiejszego, w sposób czasami wręcz nieprawdopodobny kontrastując z wyrosłymi tymczasem w ich sąsiedztwie osiedlami mieszkaniowymi. Spacer pomiędzy nimi to ciekawa historyczna wycieczka.

Jadąc ulicą Karola Goduli trudno byłoby nie zauważyć tego ciężkiego schronu, który jest dobrym punktem startowym do spaceru po tutejszych fortyfikacjach (fot. Arkadiusz Gola):
IMG_4050Ciężki karabin maszynowy w tej pancernej półkopule miał za zadanie ostrzeliwać Niemców atakujących od strony Szombierek (fot. Arkadiusz Gola):
IMG_4058Schron we wrześniu 1939 r. rzeczywiście brał udział w walce z dywersantami Sonderformation Ebbinghaus.

Inny polski ciężki schron bojowy znajdziemy między blokami przy ulicy Solskiego a boiskiem Szkoły Podstawowej nr 40:
20150706_191230W tej kopule ze stali pancernej również znajdował się cekaem o znakomitym polu ostrzału we wszystkich kierunkach. Schron miał jeszcze drugi – w strzelnicy ściennej. Sektory ognia poszczególnych obiektów uzupełniały się. Przedpole jednego schronu mogło być ostrzeliwane z innego. Jednak do naszych czasów w ich otoczeniu zaszły tak radykalne zmiany, że po całej tej koncepcji pozostało w zasadzie tylko wspomnienie.

Linia schronów ciągnie się również po drugiej stronie ulicy Goduli (fot. Arkadiusz Gola):
IMG_4072Ten schron artyleryjski był uzbrojony m.in. w armatę 75 mm i w 1939 r. ostrzeliwał Bytom. To największy ze schronów na Goduli.

Jesteśmy w trójkącie trzech miast. Stykają się tu nie tylko Ruda Śląska i Bytom, ale też Świętochłowice. Część schronów znajduje się już na ich terenie, m.in. ten tutaj (fot. Arkadiusz Gola):
IMG_4105Z sektora „Godula” szybko możemy przejść do schronów sektora „Łagiewniki”. Na jego skraju znajduje się ten dwukondygnacyjny schron grupy bojowej „Zgorzelec” (fot. Arkadiusz Gola):
IMG_4209Las na zdjęciu, podobnie jak bloki na Goduli, wyrósł już po 1939 r. (fot. Arkadiusz Gola):
IMG_4192Przy okazji warto też zajrzeć na pobliskie zabytkowe osiedle Kolonia Zgorzelec (to już Bytom), by poczuć tam klimat dawnego przemysłowego Śląska:

dav

Punkt oporu „Szyb Artura” był w latach 30. ubiegłego wieku jednym  z najgęściej ufortyfikowanych sektorów Obszaru Warownego „Śląsk”. I nic dziwnego, gdyż to wznoszące się nad Kochłowicami wzgórze zajmowało kluczowe miejsce w systemie polskiej obrony.  Dziś schrony „Szybu Artura” w Kochłowicach i Halembie stwarzają nam znakomitą okazję do historycznej wycieczki.

Rzut oka na mapę wystarczy, by docenić kluczową rolę punktu oporu „Szyb Artura” w systemie obrony Obszaru Warownego „Śląsk”:IMG_4056Idący na „Szyb Artura” Niemcy (z musu, bo sąsiednie doliny miały być zalane) weszliby prosto w zmasowany ogień z polskich schronów. Niemal wszystkie z nich istnieją do dziś. Że splądrowane czy zdewastowane – szkoda, lecz mimo tego  nadal są świadkami naszej historii. Odradzając zwiedzanie wnętrz schronów – bo to może być niebezpieczne – polecam wycieczkę w ten rejon. Przeważnie leśną, co upalnym latem ma walor dodatkowy.

Oto schron wykopowy przy jednej z dróżek w lesie:20150619_134339Jego wejście (widoczne na zdjęciu powyżej) prowadziło prosto z systemu okopów, z którymi był zintegrowany (stąd nazwa). Podobnych, prostych schronów jest na „Szybie Artura” więcej. Ich stalowa pancerna kopuła skrywała ciężki karabin maszynowy:
20150619_123028Ten zaś obiekt wygląda nieco dziwnie, prawda? Jakby sama ściana wypełniona ziemią:20150624_185005To schron pozorny. Taki fortel dla zdezorientowania wroga, który marnowałby tu czas i amunicję, a przy próbie szturmu wpakowałby się w sektory ognia sąsiadujących schronów bojowych…

… Takich jak właśnie ten – jeden z głównych, najciężej kiedyś uzbrojonych schronów „Szybu Artura”:20150624_185319We wrześniu 1939 nie brał udziału w walkach (podobnie jak większość schronów OW „Śląsk”), jednak stało się o nim głośno w 1999 r., gdy w środku doszło do rytualnego mordu.

Jego inne ujęcie:20150624_185504I jeszcze jedno, tym razem od strony przedpola:20150624_185953Co takiego? Nie widać? No przecież przed nim stoimy! Ale racja – nie widać. Gdyż dzisiaj wciąż jeszcze możemy się przekonać, jak perfekcyjnie wkomponowano ten obiekt w teren. Przed II wojną światową lasu wprawdzie nie było, ale za to schron posiadał maskowanie. Dopiero jeśli dobrze się fotografii przyjrzeć, można rozpoznać ledwo widoczną kopułę pancerną. Celowniczy umieszczonego w niej kaemu na obrotowej lawecie, sam całkowicie bezpieczny, od dawna miałby nas dosłownie na widelcu.

A teraz coś z zupełnie innej beczki:20150619_121145Czyżby garaż w lesie? Nie. To schron artyleryjski, tradytorem zwany. Tędy wtaczano armatę kalibru 75 mm. Intryguje mnie, czy aby we wrześniu 1939 r. nie strzelano z tego miejsca do Niemców nacierających na Mikołów. Teoretycznie możliwe, ale póki co nie mam na to mocnych papierów. Takie tam tylko spekulacje… Pożyjemy, zobaczymy.

Zaś do do środka tradytora nie wchodźmy, bo to niebezpieczne! Na podłodze rozlewisko i zalane włazy do dolnej, całkowicie zatopionej kondygnacji:20150619_121255Niektóre schrony są tuż przy leśnych ścieżkach, szukanie innych bywa czasochłonne. Warto postarać się o przewodnik, pomocny będzie Internet i GPS.20150702_165216

Sokoly-kapitana-Ebbinghausa_okladka_mTa książka powinna być lekturą obowiązkową dla każdego, kto interesuje się wrześniem 1939 na Górnym Śląsku. Powiedzieć, że „Sokoły kapitana Ebbinghausa” oddają najaktualniejszy stan badań  nad Freikorpsem Ebbinghaus – byłoby stwierdzeniem stanowczo nazbyt skromnym.

Monografia Grzegorza Bębnika – historyka znanego z takich m.in. publikacji jak „Wrzesień 1939  r. w Katowicach”, „Wrzesień 1939  r. na Górnym Śląsku” czy „Koniec pokoju, początek wojny” – po prostu sama wytycza nowy standard wiedzy na temat Sonderformation Ebbinghaus.
Organizację tę sformowała w sierpniu 1939 Abwehra, wyznaczając jej zasadniczo jeden tylko cel: przejęcie w nietkniętym stanie górnośląskiego przemysłu. Abwehra – zresztą bezpodstawnie – spodziewała się, że Polacy w razie odwrotu ze Śląska zamierzają zniszczyć jego zakłady przemysłowe. Początkowo miały temu zapobiec istniejące na terytorium Polski organizacje konspiracyjne, te jednak w połowie sierpnia 1939 zostały rozbite w wyniku sprawnej akcji Policji Województwa Śląskiego. Ich zadanie przejęła sklecona ad hoc Sonderformation, której paramilitarne oddziały 1 września 1939 uderzyły na nadgraniczne obiekty przemysłowe – ze skutkiem skądinąd marnym, a dla nich samych katastrofalnym.

Mija się więc z prawdą – jak przekonująco dowodzi autor – częste wcześniej podciąganie pod szyld Freikorpsu wszelkiej maści niemieckich działań dywersyjnych (w tym i takich poza terenem Śląska!). Nawiasem mówiąc, było to nie tylko domeną powojennych historyków i publicystów, bo zaczęło się jeszcze w latach triumfu III Rzeszy, gdy chętnych do kreowania się na weteranów Freikorpsu Ebbinghaus nie brakowało…
Bardziej niż owymi nieudanymi w sumie atakami 1 września, w pamięci strony polskiej Sonderformation Ebbinghaus zapisała się zbrodniami popełnionymi przez jej członków w dniach następnych. W książce znajdziemy więc np. sceny selekcji i następnie egzekucji mieszkańców Orzesza o propolskich postawach.
Także opisując pamiętny 4 września w Katowicach, autor podkreśla, że rozstrzeliwującymi byli właśnie bojownicy Freikorpsu. Oni też maltretowali więźniów piwnicznego aresztu w Nowym Bytomiu, gdzie szczególnym sadyzmem wykazał się Emanuel Donitzka, indywiduum wyjątkowo odrażające. Za popełnione wtedy ze szczególnym okrucieństwem morderstwa został on skazany na śmierć… jeszcze podczas wojny przez niemiecki sąd. Łagodniejszy wyrok otrzymał dowódca Donitzki, Karl Rolle. Ale przy okazji wyrzucono go z NSDAP. Dzięki książce prześledzić możemy także dalsze losy innych członków kadry Sonderformation.
Dla niejednego z nich wrzesień 1939 był dopiero początkiem kariery. Ewald Wulfen (który wcześniej nosił nazwisko Wieczorek) został burmistrzem Imielina. Georg Joschke powrócił z frontu wschodniego dosłownie obwieszony bojowymi odznaczeniami. Człowiek zaś, który stał na czele Sonderformation – kpt. Ernst Ebbinghaus – po prostu wrócił do zawodu. A był górnikiem, cenionym specjalistą.

Jednym z powodów, dla których postanowiliśmy przypomnieć niedawno na łamach Naszej Historii tragiczne dzieje polskiej 7 Dywizji Piechoty we wrześniu 1939, był to, iż o jednostce tej na Śląsku mówi się i pisze się niezwykle rzadko. Tymczasem nie dość, że jest to jedna z najbardziej znanych dywizji września, to jeszcze w jej skład wchodził 74 Górnośląski Pułk Piechoty z Lublińca, którego rzeczywisty dramat stał się po wojnie punktem wyjścia do politycznej intrygi tajnych służb.

Pod Ciepielowem Niemcy rozstrzeliwali jeńców z 7 Dywizji Piechoty. W PRL na polityczne zamówienie wyolbrzymiono rozmiary tej zbrodni

Jednak przeciętny człowiek hasło “wrzesień 1939 na Śląsku” kojarzy w pierwszym rzędzie z wkroczeniem Wehrmachtu do Katowic i towarzyszącym mu walkom (wydarzeniom jak wiadomo kontrowersyjnym i wciąż jeszcze nie do końca opisanym przez historyków). Człowiek bardziej zainteresowany historią regularnych walk WP w obronie polskiej części Górnego Śląska będzie wiedział o zaciętych bitwach wojsk armii “Kraków” pod Wyrami, Pszczyną, czy nawet daleką (z centrum GOP-u patrząc) Węgierską Górką. Lecz z jakiegoś powodu to, co działo się na północnym skrzydle tej armii, które sięgało przecież aż po Częstochowę, na ogół wie się na Śląsku mało bądź zgoła nic.

Jednym z powodów, dla których postanowiliśmy przypomnieć tragiczne dzieje polskiej 7 Dywizji Piechoty we wrześniu 1939, było to, iż o jednostce tej na Śląsku mówi się i pisze niezwykle rzadko. Tymczasem nie dość, że jest to jedna z najbardziej w Polsce znanych dywizji września, to jeszcze w jej skład wchodził 74 Górnośląski Pułk Piechoty z Lublińca, którego rzeczywisty dramat stał się po wojnie punktem wyjścia do politycznej intrygi tajnych służb (więcej o tym w “Naszej Historii”).

Jednak przeciętny Ślązak hasło “wrzesień 1939 na Śląsku” kojarzy w pierwszym rzędzie z wkroczeniem Wehrmachtu do Katowic i towarzyszącym mu walkom (wydarzeniom jak wiadomo kontrowersyjnym i wciąż jeszcze nie do końca opisanym przez historyków). Ślązak bardziej zainteresowany historią regularnych walk WP w obronie polskiej części Górnego Śląska będzie wiedział o zaciętych bitwach wojsk armii “Kraków” pod Wyrami, Pszczyną, czy nawet daleką (z centrum GOP-u patrząc) Węgierską Górką. Lecz z jakiegoś powodu o tym, co działo się na północnym skrzydle tej armii, które sięgało przecież aż po Częstochowę, na ogół ów Ślązak będzie wiedział mało bądź zgoła nic. Tymczasem w 1939 r. był to decydujący odcinek frontu, którego przełamanie otworzyło Niemcom drogę nad środkową Wisłę czy nawet na na Warszawę. W tej sytuacji wydanej niedawno książce Adama Kurusa o 7 DP należy życzyć jak najwiekszej popularności!

Co więcej, nie tylko 7 Dywizja Piechoty jest zapomnianą na Śląsku jednostką. Drugą jest sąsiadująca z nią w 1939 r. Krakowska Brygada Kawalerii, o której oporze pod Woźnikami sami Niemcy wyrażali się z uznaniem. W dodatku jednym z jej pułków był 3 Pułk Ułanów Śląskich z Tarnowskich Gór. Na łamach Naszej Historii opowiemy kiedyś i o niej.

Po książkę Hansa Joachima Rölla „Strachwitz” sięgnąłem z tym większym zaciekawieniem, że jest to jedna z nielicznych (o ile wiem – dwóch!) biografii oficerów Wehrmachtu pochodzących ze Śląska, które ukazały się jak dotychczas w polskim tłumaczeniu. Całkiem też słusznie spodziewałem się w niej niejednego śląskiego wątku.

W Niemczech Hyacinth graf Strachwitz von Gross-Zauche und Camminetz należy do najbardziej znanych żołnierzy II wojny światowej. W Polsce jego postać jest właściwie anonimowa dla osób nie zainteresowanych bliżej militariami – aczkolwiek sam Norman Davies uznał za stosowne poświęcić hrabiemu Strachwitzowi nieco uwagi w „Mikrokosmosie”, swej popularnej książce poświęconej dziejom Wrocławia, barwnie odmalowanych na tle Śląska i Europy. Strachwitzowie w historii Śląska obecni byli od stuleci to jeden z naszych najstarszych rodów rycerskich, obecny w dokumentach już od końca wieku XIII. A wedle (niepotwierdzonej wprawdzie) rodzinnej tradycji Strachwitzowie zasłynęli jeszcze wcześniej, walcząc u boku księcia Henryka Pobożnego podczas bitwy z Mongołami pod Legnicą.

Nim Hyacinth graf Strachwitz pomaszerował na drugą wojnę światową, a wkrótce po tym, jak powrócił z pierwszej – stoczył jeszcze jedną wojnę. Było nią trzecie powstanie śląskie. Genezę, wybuch powstania oraz jego przebieg Röll przedstawia z niemieckiego punktu widzenia i już chociażby z tego powodu do biografii Strachwitza miłośnik historii Śląska winien sięgnąć. Sytuacja i nastroje na terytorium plebiscytowym, niejednolite postawy międzynarodowych wojsk sojuszniczych, niemieckie reakcje na wybuch powstania i stosunek Niemców do osoby Wojciecha Korfantego, niemieccy przywódcy i ich racje, walki o Górę św. Anny, w których właśnie Strachwitz odegrał pierwszoplanową rolę (któż w Polsce o tym pamięta?) – oto co między innymi znajdziemy w książce, a czego na ogół brakuje w polskiej literaturze tematu. Wszystko to autor opisuje oczywiście z niemieckiego, subiektywnego siłą rzeczy punktu widzenia, bez wątpienia oceniając ówczesną sytuację oczyma swego bohatera. Dlatego jednak (choć zabrzmi to być może paradoksalnie) tym bardziej powinni o śląskim powstaniu poczytać w biografii Strachwitza również ci wszyscy, którzy całym sercem stoją po polskiej stronie tamtego konfliktu. Zapoznanie się z racjami i pobudkami przeciwnika (też przecież człowieka!), to krok do poznania jego samego – a tym samym pierwszy krok w kierunku zrozumienia i zgody.

Hans Joachim Röll, Strachwitz, wyd. Vesper, Poznań 2013, stron 352, cena na okładce 49,90 PLN)

P. S. Do pana hrabiego (swój arystokratyczny tytuł nosił z dumą i zwykł go nonszalancko podkreślać) podczas drugiej wojny światowej planuję jeszcze powrócić za jakiś czas.

Tomasz Borówka

Pisząc niedawno artykuł o Wrześniu 1939 na niebie Śląska i okolicy, poza przedstawieniem szeregu faktów postawiłem też kilka pytań. A że zbierając materiały do pisania dowiedziałem się o istnieniu pewnej książki, postanowiłem jej poszukać. W epoce internetu nie trwało to długo i już po kilku dniach trzymałem ją w ręku. „Krakowski III/2 Dywizjon Myśliwski” Łukasza Łydżby to fenomenalna monografia jednostki myśliwskiej, jakiej samoloty w 1939 r. walczyły m.in. nad Śląskiem. Autorowi, który wykorzystał iście imponujący zestaw źródeł, obejmujących w dużej mierze dokumenty archiwalne (w tym z zasobów Bundesarchiv-Militärarchiv oraz Instytutu Sikorskiego) udało się z bardzo dużym prawdopodobieństwem ustalić kto, do kogo i z jakim skutkiem strzelał wtedy w powietrzu. Ta książka stanowczo powinna znaleźć się na półce każdego, kto interesuje się Wrześniem 1939 na Śląsku i nie tylko. Polecam ją zatem gorąco.

Czytaj dalej