Archiwa kategorii: W powietrzu

Manfred von Richthofen zginął 21 kwietnia 1918. Dziś upływa 100 lat od śmierci Czerwonego Barona.


Manfred von Richthofen (fot. C. J. von Dühren/General Services Administration. National Archives and Records Service. Office of the National Archives/Wikipedia)

Śmierć Czerwonego Barona

Właściwie nic nie zapowiadało, że szlachcic ze śląskiej Świdnicy, Manfred Freiherr von Richthofen, zostanie słynnym lotnikiem. Gdy wybuchła pierwsza wojna światowa, wyruszył na front jako oficer kawalerii. Także kiedy (znudzony monotonną służbą na froncie) został na własną prośbę przeniesiony do lotnictwa, bynajmniej nie od razu tam zabłysnął. Funkcja obserwatora, jaką początkowo pełnił na pokładzie samolotu, również nie zaspokajała jego ambicji. Marzył o zostaniu pilotem. Pozwolono mu więc trenować latanie. Zaczął fatalnie – podczas pierwszego samodzielnego lotu rozbił swą maszynę. Z opinią dosyć przeciętną zakończył szkolenie i powrócił na front. Latał na bombowcach, za których sterami nie wykazał się właściwie niczym szczególnym (chociaż wziął udział w kilku walkach powietrznych). Przełom nastąpił latem 1916, kiedy to Richthofen wreszcie wstąpił do jednostki myśliwskiej. Tam dopiero ujawnił się drzemiący w nim talent urodzonego łowcy. Liczba zestrzelonych przez Manfreda samolotów zaczęła szybko rosnąć. W ślad za nią przybywało przyznawanych mu odznaczeń. Awansował i zaczęto mu powierzać dowódcze stanowiska. Swój samolot polecił pomalować (z początku tylko częściowo) na czerwono. Tak oto narodził się „Czerwony Baron”.
Jego sława rosła po obydwu stronach frontu. Do kwietnia 1918 zestrzelił aż 80 samolotów. W Niemczech (w tym i na ojczystym Śląsku) był bohaterem, dla nieprzyjaciół demonem – „Czerwonym Diabłem”.

Bohater w jatce

Pierwsza wojna światowa w powietrzu przedstawiana bywa jako sportowa rywalizacja, pasmo walk toczonych bez nienawiści, na wzór średniowiecznych, rycerskich pojedynków. Naprawdę było inaczej. Owszem, pilotom zdarzały się kurtuazyjne gesty. Honory oddawano jednak na ogół martwym wrogom. Zestrzeleni przeważnie ginęli. Działo się tak m.in. dlatego, iż nie posiadali spadochronów – i to nie dlatego, że nie znano jeszcze tego środka ratunku. Spadochrony były, lecz dowództwa zakazały ich zabierania. Ten nonsens kosztował życie niezliczonych pilotów. Wielu z nich zabierało ze sobą w powietrze pistolet, i to bynajmniej nie w celu strzelania do wroga. Zapalenie się ich maszyny oznaczało przecież okrutną śmierć w płomieniach. W dodatku ówczesne samoloty stanowiły kruche konstrukcje, oparte głównie na drewnie i płótnie. Salwa karabinu maszynowego oddana z bliska (Richthofen otwierał ogień nawet z 10 metrów!) – była w stanie zmienić pilota w krwawą miazgę, a jego samolot rozerwać na strzępy. „Czerwony Baron” starał się podchodzić swoje ofiary bynajmniej nie rycerskim, lecz łowieckim obyczajem. Uderzał znienacka i nie dawał najmniejszej szansy. Nie miał też nic przeciwko polowaniu na bezbronne samoloty obserwacyjne.

Jak zginął as?

21 kwietnia 1918 rotmistrz Richthofen nie powrócił z lotu. Jego podkomendni jakiś czas jeszcze się łudzili. Gdy Brytyjczycy ogłosili śmierć „Czerwonego Diabła”, dla Niemców stanowiło to szok. Czy to prawda? – pytali. Jak to możliwe?? I jak właściwie zginął ich bohater???
Na to ostatnie pytanie do dziś nie posiadamy pełnej odpowiedzi.
Wiadomo, że nad doliną Sommy doszło do walki powietrznej, w której uczestniczyło 5 niemieckich Fokkerów Dr.1 i kilkanaście brytyjskich myśliwców Camel. Ścigający jednego z nieprzyjaciół Richthofen przez chwilę znalazł się pod ostrzałem z samolotu Kanadyjczyka, kapitana Browna. Ten twierdził, że strącił czerwony trójpłatowiec. Przeczą temu zeznania świadków z ziemi – australijskich żołnierzy. Widzieli oni, jak Richthofen kontynuował swój pościg na niewielkiej wysokości. Nadleciał prosto nad ich stanowiska i został przyjęty silnym ogniem. Dostrzeżono trafienia i odpadające fragmenty poszycia samolotu. Zapamiętano ruch pilota, który tuż zanim jego maszyna runęła bezwładnie na ziemię, zdążył zerwać z twarzy lotnicze gogle. Gdy żołnierze dotarli do roztrzaskanego w polu wraku, Richthofen już nie żył. Przeprowadzono sekcję zwłok. W ciele lotnika były 2 rany, które zostawiła 1 tylko, przechodząca na wylot kula. Trafiła ona z prawej strony tułowia od dołu i wyszła przez lewą pierś. Po drodze przebiła serce.
Powtórzmy: trafiła z prawej strony, OD DOŁU. A jednak, choć wszystko wskazuje na to, że Richthofen zginął od ognia z ziemi, jego strącenie Brytyjczycy oficjalnie przyznali jedynemu pilotowi, który doń strzelał (i to raczej niecelnie), kapitanowi Brownowi. Dlaczego?
Być może chodziło o sprawę prestiżu RAF-u. O podniesienie morale własnych pilotów… I o dziwo, wyjaśnienie to zostało w zasadzie zaakceptowane przez Niemców. Śmierć w walce z lotnikiem, niechby i mniejszego niż „Czerwony Baron” formatu, uznano za bardziej honorową dla legendarnego myśliwca niż zestrzelanie przez zwykłych żołnierzy. Zresztą strona niemiecka i tak utrzymywała, że do strącenia Richthofena by nie doszło, gdyby nie rzekoma usterka silnika. Pojawiła się też absurdalna wręcz teoria, jakoby rotmistrza zabito dopiero na ziemi. Tak czy inaczej, ostatnie chwile superasa wciąż budzą kontrowersje.

P.S. Tekst ukazał się kilkanaście lat temu na łamach Dziennika Zachodniego. Dziś jest niepowtarzalna okazja, by go przypomnieć.

Jest jednym z głównych bohaterów Dywizjonu 303. Witoldowi Urbanowiczowi Arkady Fiedler poświęcił nawet odrębny rozdział swej znakomitej książki, który zatytułował Lotnik bez lęku i skazy.

Urbanowicz

Witold Urbanowicz (reprodukcja z: Witold Urbanowicz, Świt zwycięstwa, Warszawa 1971)

Jednego z najsłynniejszych pilotów w całej historii polskiego lotnictwa, a przy tym swojego dobrego przyjaciela, opisuje Fiedler tymi oto słowy:

Kto go osobiście znał, stawał przed jakąś zagadką. Nie sposób było ująć Urbanowicza w utarte kanony; wyrywał się z ludzkiego doświadczenia. Wszystko u niego było jak u innych myśliwców, mocna postawa i energiczna twarz, i czyste oko, a jednak wyczuwało się, że to jeszcze nie wszystko. Wyczuwało się coś zgoła nowego, jakiś nie napotkany dotychczas rys ludzki, bez przeszłości, bez porównań. A potem nagle przychodziło jakby olśnienie: metal. Tak, było to wyraźnie upersonifikowanie metalu. To nerwowa stal. Błysk w jego jasnych oczach, dosadny dźwięk jego słów, rześkość jego ruchów – to jakby aluminium, lekkie a mocne, które, przybierając duszę i ciało, stworzyć musiało właśnie taki, a nie inny wyraz życia. Nie dziw, że Urbanowicz i samolot stanowili tak zgraną ze sobą spójnię.

Wojennymi przeżyciami i zasługami Urbanowicza można by obdzielić kilka życiorysów: pierwszy, sowiecki samolot zestrzelił jeszcze przed wojną; następnie walczył we wrześniu 1939, później w bitwie o Anglię – początkowo w składzie brytyjskiego Dywizjonu 145, ostatecznie zaś w słynnym polskim Dywizjonie 303, którym dowodził w najdramatyczniejszych i najbardziej bohaterskich zarazem chwilach zmagań; wreszcie egzotyczny epizod w Chinach, gdzie przy boku Amerykanów walczył z Japończykami i strącał myśliwce pilotowane przez skośnookich lotników… Na swym oficjalnym koncie zestrzeleń zgromadził Urbanowicz 18 zestrzeleń pewnych (łącznie z tym przedwojennym) oraz 1 prawdopodobne, co uplasowało go na drugim miejscu wśród wszystkich polskich myśliwców (wyprzedził go jedynie Stanisław Skalski).

Pisząc niedawno w artykule Orły Zemsty (Nasza Historia nr 5/2014) m. in. właśnie o Urbanowiczu, zawahałem się przed kategorycznym stwierdzeniem, że omal nie zabił on zestrzelonego i opadającego na spadochronie własnego dowódcy, majora Zdzisława Krasnodębskiego, biorąc go za Niemca. Według relacji Krasnodębskiego, pędzący już na niego z morderczymi zamiarami Urbanowicz w ostatniej chwili rozpoznał swego dowódcę i przyjaciela po kolorze kamizelki ratunkowej (niemieckie były jaśniejsze). Po starannym rozważeniu sprawy napisałem jednak, że Urbanowicz nie przyznaje się przecież do takiego traktowania niemieckich lotników, a zatem prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się, jak było naprawdę…

I możliwe, że się pomyliłem. Otóż wygląda na to, że tego rodzaju świadectwo Urbanowicza, mówiące o tym, w jaki sposób mógł on traktować strąconych lotników niemieckich, jednak istnieje! W tej samej bowiem Kronice Dywizjonu 303, w której rozstrzelanie przez siebie niemieckiego skoczka opisał Witold Łokuciewski, a Mirosław Ferić stwierdzał, że od podobnego postępku odwiodła go świadomość, że widzieliby to sprzymierzeńcy… w dokładnie tej samej kronice znajduje się również wymowny wpis Witolda Urbanowicza:

… atak, dwóch niemców na spadochronach. Przypomniały mi się wszystkie zbrodnie w tym momencie niemców. Przekonałem się czy to rzeczywiście niemiec, doszedłem no i co to dużo gadać cobyście państwo zrobili na moim miejscu. Jednego bandyty mniej, właściwie zbrodniarza.

Podobnie jak wpis Łokuciewskiego, także i ten odnotował Jacek Kutzner, znany badacz historii Polskich Sił Powietrznych na Zachodzie i wielki w ich dziedzinie autorytet (powyższy cytat zamieścił na forum dyskusyjnym Mysliwcy.pl).

Nawet najbardziej uważny czytelnik nie wypatrzy tej sceny w biografii „Witold Urbanowicz – chluba polskich skrzydeł” autorstwa Wojciecha Krajewskiego. W odnośnym fragmencie relacji Urbanowicza z tamtego powietrznego starcia, cytowanym przez jego biografa za książką Kazimierza Węgrzeckiego Kosynierzy Warszawscy i bardzo podobnie brzmiącym, została ona pominięta. Trudno powiedzieć, czy uczynił to sam Urbanowicz, czy też autor Kosynierów Warszawskich – lecz tak czy inaczej efekt jest taki, że narrator przypomina sobie zbrodnie Niemców, po czym nagle… spostrzega kolejną formację niemieckich samolotów i podejmuje z nią walkę. Zabicie niemieckiego skoczka z jego relacji tej wyparowało!

Skłania też do zastanowienia, że sam Urbanowicz w swoich relacjach niekonsekwentnie opisuje swój stosunek do Niemców – to zaprzecza swej nienawiści do nich, to znów takową nienawiść podkreśla. Raz pisze następująco (tutaj i w kolejnym cytacie pogrubienie moje):

Nigdy nie czułem do nich nienawiści. Oglądałem ich zbrodnie w czasie bombardowań w Polsce i teraz w Anglii. Ale nie chciałem hodować w sobie nienawiści, tak jak to robili Niemcy. Strzelając do nich, przede wszystkim wytrącałem im broń. Przy tej okazji pozbawiałem ich życia. Nie byłem z tego dumny.

Kiedy indziej zaś stwierdza Urbanowicz wprost:

Mój przeciwnik był doświadczonym pilotem i jego samolot był o wiele lepszy od mojego Hurricane’a. Przyczyną dla której nie zostałem zestrzelony przez mojego przeciwnika, było prawdopodobnie moje większe doświadczenie jako pilota myśliwskiego. Byłem przez 3 lata instruktorem w szkole myśliwców w Polsce, a ponadto byłem w doskonałej kondycji psychicznej. A poza tym nienawidziłem nazistowskich lotników.

Dwie jednoznaczne, lecz biegunowo wręcz ze sobą sprzeczne deklaracje!

Mimo też zapewnień Urbanowicza o braku nienawiści oraz (czasami) współczuciu dla Niemców, negatywne emocje wobec nich często przebijają spomiędzy wierszy jego wspomnień pod tytułem Świt zwycięstwa. Piloci Luftwaffe to dla autora na ogół fanatycy oraz zwykli mordercy. „Czy można nazywać asem kogoś, kto bez powodu napada cudze kraje i strzela do ludzi na spadochronach?” – pyta retorycznie Urbanowicz. A przecież jest to uogólnienie – nie wszystkim przecie żołnierzom Hitlera paliło się do wojaczki pod wodzą Hitlera i dalece nie wszyscy piloci Luftwaffe mordowali bezbronnych. Wielu brytyjskich towarzyszy broni Urbanowicza po wojnie pojednało się, a nawet zaprzyjaźniło z dawnymi nieprzyjaciółmi, w których odnaleźli wręcz bratnie dusze. Rzecz jasna bywali i tacy weterani RAF-u, którzy niemieckich lotników nie chcieli znać jeszcze przez długie lata po wojnie. Najwidoczniej podobnie było i w przypadku Urbanowicza. Przykładowo, w liście do Marka Fiedlera wyrażał się o niemieckich myśliwcach w sposób pełen pogardy, oskarżając ich nawet o tchórzostwo i zawyżanie liczby zestrzeleń. Z tekstu listu wynika, że autor odnosi się do wspomnień asa Luftwaffe Adolfa Gallanda. Tymczasem tego akurat myśliwca o tchórzostwo trudno posądzić: Galland nawet po awansowaniu na coraz to wyższe stopnie rwał się do bojowego latania i nie dał się od niego powstrzymać, a ostatnie zwycięstwo odniósł już pod sam koniec wojny, jako generał lotnictwa myśliwskiego, na odrzutowym messerschmiccie 262. Być może Urbanowicz błędnie interpretował fakty. Messerschmitty 109, z którymi walczył nad Anglią, miały stosunkowo niewielki zapas paliwa i być może oddalały się zamiast osłaniać bombowce (co było przyczyną takiego a nie innego ich osądu) dlatego, że kończyła im się benzyna. Także i najlepszą dla szybkiego Bf 109 taktyką był błyskawiczny atak i następnie właśnie ucieczka w nurkowaniu na pełnym gazie… Co zaś do zawyżania liczby strąconych przez siebie samolotów – zdarzało się ono lotnikom wszystkich walczących stron i nawet Polacy nie stanowili pod tym względem wyjątku.

Na pytanie, czy Witold Urbanowicz należał do tych polskich myśliwców, którzy zabijali zestrzelonych lotników niemieckich, z całkowitą pewnością odpowiedzieć się nie da. Zawsze można podnieść wątpliwość, czy aby jego wpis do Kroniki Dywizjonu 303, niby to koronny w końcu dowód, nie jest jakąś niewczesną przechwałką czy żartem. Oryginalne wszelako trzeba by mieć poczucie humoru, by zmyślić taki szczegół! Zatem wpisom Urbanowicza i Łokuciewskiego, czy też słowom Krasnodębskiego, mądrzej byłoby jednak wierzyć. Tym bardziej, że nie są to jedyne poszlaki wskazujące na to, że polscy piloci, wśród których był i Witold Urbanowicz, do nieprzyjaciół na spadochronach rzeczywiście strzelali – skądinąd czyniąc to samo, co wielu Niemców oraz aliantów.

Arkady Fiedler obrazowo porównał Urbanowicza do metalu. Trzeba się poważnie liczyć z tym, że metal ów, metal bez wątpienia lśniący, piękny i ostry – posiadał też jednak drugą, mroczną stronę.

Fiedler i Urbanowicz

Arkady Fiedler i Witold Urbanowicz (repr. z: Arkady Fiedler, Dywizjon 303, Poznań 1972)

Bibliografia:

Arkady Fiedler Dywizjon 303, Pelplin 2009

Adolf Galland Pierwsi i ostatni, Gdańsk 2007

Wojciech Krajewski Witold Urbanowicz – legenda polskich skrzydeł, Piekary Śląskie 2008

Witold Urbanowicz Świt zwycięstwa, Warszawa 1971

Forum dyskusyjne Dws.org.pl (http://dws.org.pl/viewtopic.php?f=59&t=133589&sid=b1b6bdff0e66efda892ef37806f658de dostęp. 07.05.2014, 23.00)

Forum dyskusyjne Mysliwcy.pl (http://www.mysliwcy.pl/forum/watki.php?id=119&ustaw=nw&s=2 dostęp. 07.05.2014, 23.00)

Tak się jakoś złożyło, że w moim artykule o pilotach polskiego Dywizjonu 303, którzy (rzadko kto o tym wspomina) krwawo rozprawiali się z zestrzelonymi pilotami Luftwaffe, zabrakło miejsca na garść ciekawych faktów dotyczących ówczesnych polskich sprzymierzeńców, z Winstonem Churchillem na czele. Między innymi dlatego lubię Internet, bo w nim rzadko kiedy nie zmieści się te parę akapitów więcej, z których pisząc „do papieru” z żalem nieraz trzeba rezygnować. Zapraszam więc nie tylko do lektury samego artykułu Orły zemsty (najnowszy numer miesięcznika Nasza Historia – 5/2014), ale i do niniejszego doń krótkiego suplementu. A w nim o tym, jak przywódcy i żołnierze choćby najbardziej nawet demokratycznych państw potrafią zatracić humanitaryzm kierując się to chłodną kalkulacją, to znów spontanicznymi emocjami.

Czytaj dalej