Wybierzmy się na najdalszą północ Obszaru Warownego „Śląsk”. Nie pożałujemy.

OW „Śląsk” ciągnął się także na północ od serca obszaru przemysłowego. Jego rozbudowy w tamtym rejonie nie dokończono,  ale polskie fortyfikacje (skądinąd zresztą już zagłębiowskie, bo za Brynicą) napotkamy jeszcze daleko za Piekarami – w rejonie Nowej Wsi, Tąpkowic, Niezdary, Brynicy, Oss, Wymysłowa i Dobieszowic (celowo nie wymieniam tu Bobrownik, gdyż to temat na samodzielną atrakcyjną  wycieczkę). Możemy natknąć się tu na takie ciekawostki, których trudno byłoby szukać w innych polskich schronach. Tym bardziej, że  Niemcy obsadzili i włączyli niektóre tutejsze obiekty do swoich pozycji obronnych, które miały w 1945 r. powstrzymać nadciągających Sowietów.

Jeden z prostych schronów polowych (popularnie zwanych dziś „urbanami”) w Nowej Wsi:    1Takie obiekty znajdują się też w Brynicy, a podobne w Ossach. Na terenie OW „Śląsk” schronów o bardzo zbliżonej konstrukcji było jeszcze więcej. Spotkamy je też np. w Bytomiu-Łagiewnikach czy Rudzie Śląskiej-Starej Kuźnicy. Budowano je pośpiesznie w ostatnich miesiącach przed wybuchem wojny.

Ważną rolę w polskich planach odgrywała tama Kozłowa Góra. Taki schron do dziś stoi nad nią w Wymysłowie:

3Przypuszcza się, że obiekt ten miał udawać przydrożny dom.

Na kopule pancernej innego schronu w Wymysłowie Niemcy testowali ładunki kumulacyjne:

2Specjalna grupa szturmowa spadochroniarzy Luftwaffe użyła później tej broni podczas słynnego ataku na fort Eben Emael w Belgii.

Sygnatura na pancerzu strzelnicy działka 37 mm we wnętrzu jednego ze schronów niedokończonego punktu oporu „Niezdara”:

4Długo by szukać podobnych zabytków w na ogół obrabowanych z metalowych części schronach GOP-u. Warto dodać, że produkcja owych fortecznych działek przeciwpancernych ruszyła dopiero w 1939 r. i zdążono w nie uzbroić zaledwie kilka schronów – tutaj oraz w dalekiej Węgierskiej Górce.

A na tej z kolei kopule schronu w Tąpkowicach widać ślady ostrzału z karabinu maszynowego:

5We wrześniu 1939 nie toczyły się tu żadne walki. To chyba pamiątka z roku 1945.

Schron w Dobieszowicach jest wspaniale odrestaurowany przez stowarzyszenie „Pro Fortalicium” i udostępniony do zwiedzania:

6

P.S. Tak, drodzy fani  „Gry o tron” – tytuł nie jest przypadkowy… 🙂

Historyczna książka na lato? Z największą przyjemnością! „Podwodni myśliwi” to pasjonująca opowieść o brytyjskich okrętach podwodnych czasu zimnej wojny.

Podwodni mysliwiGdy wypatrzyłem tę książkę na półce w supermarkecie i rozpoznałem nazwisko autora na okładce, decyzję o zakupie podjąłem w ułamku sekundy. Iain Ballantyne jest wprawdzie pisarzem, o którym mało kto w Polsce słyszał (o ile mi wiadomo, „Podwodni myśliwi” są jego pierwszą książką przetłumaczoną na język polski), ale to autor powszechnie w świecie znany, a zajmujący się historią Royal Navy, brytyjskiej marynarki wojennej. Jedna z jego książek opowiada o pancerniku HMS „Warspite” (przy okazji – ją także gorąco polecam każdemu maryniście):

WarspiteSpadkobiercą nazwy tego słynnego okrętu został nowoczesny okręt podwodny i to właśnie zainspirowało Ballantyne’a do napisania książki o nim i jego atomowych pobratymcach. Podmorska zimna wojna toczyła się na krawędzi wojny najzupełniej realnej, a brytyjscy podwodniacy niejednokrotnie ocierali się o śmierć. „Podwodnych myśliwych” czyta się więc niczym kultowy technothriller „Polowanie na Czerwony Październik”. Ale to książka w stu procentach oparta na faktach, powstała dzięki relacjom ludzi, którzy przez lata ryzykowali życiem w nieprzyjaznych głębinach oceanu.

Polski schron bojowy w Piekarach-Dąbrówce Wielkiej (ul. Przyjaźni – trudno go tam przeoczyć!) należy do tych kilku szczęśliwych obiektów Obszaru Warownego „Śląsk”, które otrzymały nowe życie dzięki staraniom pasjonatów ze Stowarzyszenia na Rzecz Zabytków Fortyfikacji „Pro Fortalicium” (w obronie małej twierdzy). Zwiedzając schron nie tylko zapoznamy się z jego budową i warunkami, w jakich przebywała załoga. Naszą wiedzę poszerzą też liczne materiały edukacyjne (w tym multimedia). Poza tym obejrzymy bogatą kolekcję militariów (m.in. modeli pojazdów pancernych i okrętów). To miejsce jest też dobrym punktem startowym do wycieczki po innych, licznych w pobliżu fortyfikacjach.

Do schronu w Dąbrówce przybyłem akurat w chwili, gdy gościnny Roman Kiera ze stowarzyszenia Pro Fortalicium oprowadzał po nim wycieczkę (a myślałem, że płci pięknej nie interesują militaria!):

20150701_163205

Wewnątrz znajdują się oryginalne elementy wyposażenia. Poznamy budowę schronu, jego funkcjonowanie i życie załogi:

20150710_141049

Schron jest obiektem dwukondygnacyjnym. Powyżej górnej kondygnacji jest jeszcze półkopuła bojowa dla cekaemu. Możemy do niej wejść:

20150710_135001

Na dolnej kondygnacji znajduje się m.in. izba załogi, której przywrócono dawny wygląd. Tutaj żołnierze sypiali i wypoczywali:

20150710_135242

Pobliskie wzgórze 304,7 dosłownie usiane jest polskimi schronami. Warto skorzystać z okazji i wybrać się na ten ważny punkt oporu OW „Śląsk”:

20150701_180706

W latach 20. XX wieku Godulę (która jeszcze nie była dzielnicą Rudy Śląskiej) i Szombierki (te z kolei nie należały na razie do Bytomia) przedzieliła polsko-niemiecka granica. Biegła rzeczką Bytomką, ku której opadały łąki i pola – otwarty, niezabudowany, łatwy do obrony teren. Wykorzystując jego walory, Wojsko Polskie wzniosło tu w latach 30. silne fortyfikacje, które utworzyły sektor „Godula” Obszaru Warownego „Śląsk”. Niemal wszystkie zbudowane tu wówczas schrony istnieją do dnia dzisiejszego, w sposób czasami wręcz nieprawdopodobny kontrastując z wyrosłymi tymczasem w ich sąsiedztwie osiedlami mieszkaniowymi. Spacer pomiędzy nimi to ciekawa historyczna wycieczka.

Jadąc ulicą Karola Goduli trudno byłoby nie zauważyć tego ciężkiego schronu, który jest dobrym punktem startowym do spaceru po tutejszych fortyfikacjach (fot. Arkadiusz Gola):
IMG_4050Ciężki karabin maszynowy w tej pancernej półkopule miał za zadanie ostrzeliwać Niemców atakujących od strony Szombierek (fot. Arkadiusz Gola):
IMG_4058Schron we wrześniu 1939 r. rzeczywiście brał udział w walce z dywersantami Sonderformation Ebbinghaus.

Inny polski ciężki schron bojowy znajdziemy między blokami przy ulicy Solskiego a boiskiem Szkoły Podstawowej nr 40:
20150706_191230W tej kopule ze stali pancernej również znajdował się cekaem o znakomitym polu ostrzału we wszystkich kierunkach. Schron miał jeszcze drugi – w strzelnicy ściennej. Sektory ognia poszczególnych obiektów uzupełniały się. Przedpole jednego schronu mogło być ostrzeliwane z innego. Jednak do naszych czasów w ich otoczeniu zaszły tak radykalne zmiany, że po całej tej koncepcji pozostało w zasadzie tylko wspomnienie.

Linia schronów ciągnie się również po drugiej stronie ulicy Goduli (fot. Arkadiusz Gola):
IMG_4072Ten schron artyleryjski był uzbrojony m.in. w armatę 75 mm i w 1939 r. ostrzeliwał Bytom. To największy ze schronów na Goduli.

Jesteśmy w trójkącie trzech miast. Stykają się tu nie tylko Ruda Śląska i Bytom, ale też Świętochłowice. Część schronów znajduje się już na ich terenie, m.in. ten tutaj (fot. Arkadiusz Gola):
IMG_4105Z sektora „Godula” szybko możemy przejść do schronów sektora „Łagiewniki”. Na jego skraju znajduje się ten dwukondygnacyjny schron grupy bojowej „Zgorzelec” (fot. Arkadiusz Gola):
IMG_4209Las na zdjęciu, podobnie jak bloki na Goduli, wyrósł już po 1939 r. (fot. Arkadiusz Gola):
IMG_4192Przy okazji warto też zajrzeć na pobliskie zabytkowe osiedle Kolonia Zgorzelec (to już Bytom), by poczuć tam klimat dawnego przemysłowego Śląska:

dav

Punkt oporu „Szyb Artura” był w latach 30. ubiegłego wieku jednym  z najgęściej ufortyfikowanych sektorów Obszaru Warownego „Śląsk”. I nic dziwnego, gdyż to wznoszące się nad Kochłowicami wzgórze zajmowało kluczowe miejsce w systemie polskiej obrony.  Dziś schrony „Szybu Artura” w Kochłowicach i Halembie stwarzają nam znakomitą okazję do historycznej wycieczki.

Rzut oka na mapę wystarczy, by docenić kluczową rolę punktu oporu „Szyb Artura” w systemie obrony Obszaru Warownego „Śląsk”:IMG_4056Idący na „Szyb Artura” Niemcy (z musu, bo sąsiednie doliny miały być zalane) weszliby prosto w zmasowany ogień z polskich schronów. Niemal wszystkie z nich istnieją do dziś. Że splądrowane czy zdewastowane – szkoda, lecz mimo tego  nadal są świadkami naszej historii. Odradzając zwiedzanie wnętrz schronów – bo to może być niebezpieczne – polecam wycieczkę w ten rejon. Przeważnie leśną, co upalnym latem ma walor dodatkowy.

Oto schron wykopowy przy jednej z dróżek w lesie:20150619_134339Jego wejście (widoczne na zdjęciu powyżej) prowadziło prosto z systemu okopów, z którymi był zintegrowany (stąd nazwa). Podobnych, prostych schronów jest na „Szybie Artura” więcej. Ich stalowa pancerna kopuła skrywała ciężki karabin maszynowy:
20150619_123028Ten zaś obiekt wygląda nieco dziwnie, prawda? Jakby sama ściana wypełniona ziemią:20150624_185005To schron pozorny. Taki fortel dla zdezorientowania wroga, który marnowałby tu czas i amunicję, a przy próbie szturmu wpakowałby się w sektory ognia sąsiadujących schronów bojowych…

… Takich jak właśnie ten – jeden z głównych, najciężej kiedyś uzbrojonych schronów „Szybu Artura”:20150624_185319We wrześniu 1939 nie brał udziału w walkach (podobnie jak większość schronów OW „Śląsk”), jednak stało się o nim głośno w 1999 r., gdy w środku doszło do rytualnego mordu.

Jego inne ujęcie:20150624_185504I jeszcze jedno, tym razem od strony przedpola:20150624_185953Co takiego? Nie widać? No przecież przed nim stoimy! Ale racja – nie widać. Gdyż dzisiaj wciąż jeszcze możemy się przekonać, jak perfekcyjnie wkomponowano ten obiekt w teren. Przed II wojną światową lasu wprawdzie nie było, ale za to schron posiadał maskowanie. Dopiero jeśli dobrze się fotografii przyjrzeć, można rozpoznać ledwo widoczną kopułę pancerną. Celowniczy umieszczonego w niej kaemu na obrotowej lawecie, sam całkowicie bezpieczny, od dawna miałby nas dosłownie na widelcu.

A teraz coś z zupełnie innej beczki:20150619_121145Czyżby garaż w lesie? Nie. To schron artyleryjski, tradytorem zwany. Tędy wtaczano armatę kalibru 75 mm. Intryguje mnie, czy aby we wrześniu 1939 r. nie strzelano z tego miejsca do Niemców nacierających na Mikołów. Teoretycznie możliwe, ale póki co nie mam na to mocnych papierów. Takie tam tylko spekulacje… Pożyjemy, zobaczymy.

Zaś do do środka tradytora nie wchodźmy, bo to niebezpieczne! Na podłodze rozlewisko i zalane włazy do dolnej, całkowicie zatopionej kondygnacji:20150619_121255Niektóre schrony są tuż przy leśnych ścieżkach, szukanie innych bywa czasochłonne. Warto postarać się o przewodnik, pomocny będzie Internet i GPS.20150702_165216

Sokoly-kapitana-Ebbinghausa_okladka_mTa książka powinna być lekturą obowiązkową dla każdego, kto interesuje się wrześniem 1939 na Górnym Śląsku. Powiedzieć, że „Sokoły kapitana Ebbinghausa” oddają najaktualniejszy stan badań  nad Freikorpsem Ebbinghaus – byłoby stwierdzeniem stanowczo nazbyt skromnym.

Monografia Grzegorza Bębnika – historyka znanego z takich m.in. publikacji jak „Wrzesień 1939  r. w Katowicach”, „Wrzesień 1939  r. na Górnym Śląsku” czy „Koniec pokoju, początek wojny” – po prostu sama wytycza nowy standard wiedzy na temat Sonderformation Ebbinghaus.
Organizację tę sformowała w sierpniu 1939 Abwehra, wyznaczając jej zasadniczo jeden tylko cel: przejęcie w nietkniętym stanie górnośląskiego przemysłu. Abwehra – zresztą bezpodstawnie – spodziewała się, że Polacy w razie odwrotu ze Śląska zamierzają zniszczyć jego zakłady przemysłowe. Początkowo miały temu zapobiec istniejące na terytorium Polski organizacje konspiracyjne, te jednak w połowie sierpnia 1939 zostały rozbite w wyniku sprawnej akcji Policji Województwa Śląskiego. Ich zadanie przejęła sklecona ad hoc Sonderformation, której paramilitarne oddziały 1 września 1939 uderzyły na nadgraniczne obiekty przemysłowe – ze skutkiem skądinąd marnym, a dla nich samych katastrofalnym.

Mija się więc z prawdą – jak przekonująco dowodzi autor – częste wcześniej podciąganie pod szyld Freikorpsu wszelkiej maści niemieckich działań dywersyjnych (w tym i takich poza terenem Śląska!). Nawiasem mówiąc, było to nie tylko domeną powojennych historyków i publicystów, bo zaczęło się jeszcze w latach triumfu III Rzeszy, gdy chętnych do kreowania się na weteranów Freikorpsu Ebbinghaus nie brakowało…
Bardziej niż owymi nieudanymi w sumie atakami 1 września, w pamięci strony polskiej Sonderformation Ebbinghaus zapisała się zbrodniami popełnionymi przez jej członków w dniach następnych. W książce znajdziemy więc np. sceny selekcji i następnie egzekucji mieszkańców Orzesza o propolskich postawach.
Także opisując pamiętny 4 września w Katowicach, autor podkreśla, że rozstrzeliwującymi byli właśnie bojownicy Freikorpsu. Oni też maltretowali więźniów piwnicznego aresztu w Nowym Bytomiu, gdzie szczególnym sadyzmem wykazał się Emanuel Donitzka, indywiduum wyjątkowo odrażające. Za popełnione wtedy ze szczególnym okrucieństwem morderstwa został on skazany na śmierć… jeszcze podczas wojny przez niemiecki sąd. Łagodniejszy wyrok otrzymał dowódca Donitzki, Karl Rolle. Ale przy okazji wyrzucono go z NSDAP. Dzięki książce prześledzić możemy także dalsze losy innych członków kadry Sonderformation.
Dla niejednego z nich wrzesień 1939 był dopiero początkiem kariery. Ewald Wulfen (który wcześniej nosił nazwisko Wieczorek) został burmistrzem Imielina. Georg Joschke powrócił z frontu wschodniego dosłownie obwieszony bojowymi odznaczeniami. Człowiek zaś, który stał na czele Sonderformation – kpt. Ernst Ebbinghaus – po prostu wrócił do zawodu. A był górnikiem, cenionym specjalistą.

Dwie świetne książki Rogera Crowleya o walce dwóch światów, europejskiego i islamu, w XV i XVI wieku w basenie Morza Śródziemnego. „1453 Upadek Konstantynopola” i „Morskie imperia” zabierają nas w epokę mało znaną a przeciekawą.

1453

O czym opowiada „1453” – mówi sam jej tytuł. „Morskie imperia”, poświęcone są późniejszej ekspansji Imperium Osmańskiego na Morzu Śródziemnym, z trudem zastopowanej na Malcie i pod Lepanto. Tych, którym z racji zainteresowania historią Śląska bliscy są Habsburgowie, zainteresuje może też i to, że walną rolę w powstrzymaniu Turków odegrali wtedy dwaj władcy z tej wielkiej dynastii: Karol V i Filip II.

Morskie imperiaCesarze, sułtani i papieże, admirałowie i korsarze, joannici i janczarzy, potężne armie i wielkie floty, pragmatyzm i fanatyzm, bitwy i oblężenia, bohaterstwo i tchórzostwo… Książki aż kipą od pełnokrwiście nakreślonych postaci i dramatycznych wydarzeń, a cały ten niby to zamierzchły świat autor opisuje w sposób budzący liczne skojarzenia z naszą współczesnością.

(Roger Crowley, 1453 Upadek Konstantynopola, Rebis, Poznań 2013, cena 43,90 zł; Morskie imperia, Rebis, Poznań 2012, cena 45,90 zł)

Jednym z powodów, dla których postanowiliśmy przypomnieć niedawno na łamach Naszej Historii tragiczne dzieje polskiej 7 Dywizji Piechoty we wrześniu 1939, był to, iż o jednostce tej na Śląsku mówi się i pisze się niezwykle rzadko. Tymczasem nie dość, że jest to jedna z najbardziej znanych dywizji września, to jeszcze w jej skład wchodził 74 Górnośląski Pułk Piechoty z Lublińca, którego rzeczywisty dramat stał się po wojnie punktem wyjścia do politycznej intrygi tajnych służb.

Pod Ciepielowem Niemcy rozstrzeliwali jeńców z 7 Dywizji Piechoty. W PRL na polityczne zamówienie wyolbrzymiono rozmiary tej zbrodni

Jednak przeciętny człowiek hasło “wrzesień 1939 na Śląsku” kojarzy w pierwszym rzędzie z wkroczeniem Wehrmachtu do Katowic i towarzyszącym mu walkom (wydarzeniom jak wiadomo kontrowersyjnym i wciąż jeszcze nie do końca opisanym przez historyków). Człowiek bardziej zainteresowany historią regularnych walk WP w obronie polskiej części Górnego Śląska będzie wiedział o zaciętych bitwach wojsk armii “Kraków” pod Wyrami, Pszczyną, czy nawet daleką (z centrum GOP-u patrząc) Węgierską Górką. Lecz z jakiegoś powodu to, co działo się na północnym skrzydle tej armii, które sięgało przecież aż po Częstochowę, na ogół wie się na Śląsku mało bądź zgoła nic.

Jednym z powodów, dla których postanowiliśmy przypomnieć tragiczne dzieje polskiej 7 Dywizji Piechoty we wrześniu 1939, było to, iż o jednostce tej na Śląsku mówi się i pisze niezwykle rzadko. Tymczasem nie dość, że jest to jedna z najbardziej w Polsce znanych dywizji września, to jeszcze w jej skład wchodził 74 Górnośląski Pułk Piechoty z Lublińca, którego rzeczywisty dramat stał się po wojnie punktem wyjścia do politycznej intrygi tajnych służb (więcej o tym w “Naszej Historii”).

Jednak przeciętny Ślązak hasło “wrzesień 1939 na Śląsku” kojarzy w pierwszym rzędzie z wkroczeniem Wehrmachtu do Katowic i towarzyszącym mu walkom (wydarzeniom jak wiadomo kontrowersyjnym i wciąż jeszcze nie do końca opisanym przez historyków). Ślązak bardziej zainteresowany historią regularnych walk WP w obronie polskiej części Górnego Śląska będzie wiedział o zaciętych bitwach wojsk armii “Kraków” pod Wyrami, Pszczyną, czy nawet daleką (z centrum GOP-u patrząc) Węgierską Górką. Lecz z jakiegoś powodu o tym, co działo się na północnym skrzydle tej armii, które sięgało przecież aż po Częstochowę, na ogół ów Ślązak będzie wiedział mało bądź zgoła nic. Tymczasem w 1939 r. był to decydujący odcinek frontu, którego przełamanie otworzyło Niemcom drogę nad środkową Wisłę czy nawet na na Warszawę. W tej sytuacji wydanej niedawno książce Adama Kurusa o 7 DP należy życzyć jak najwiekszej popularności!

Co więcej, nie tylko 7 Dywizja Piechoty jest zapomnianą na Śląsku jednostką. Drugą jest sąsiadująca z nią w 1939 r. Krakowska Brygada Kawalerii, o której oporze pod Woźnikami sami Niemcy wyrażali się z uznaniem. W dodatku jednym z jej pułków był 3 Pułk Ułanów Śląskich z Tarnowskich Gór. Na łamach Naszej Historii opowiemy kiedyś i o niej.

Dopiero opowiedziawszy komuś niedawno, jak powstał twitterowy projekt Wielka Wojna LIVE, uświadomiłem sobie, iż mimo wymienienia bardzo istotnych skądinąd elementów, w pośpiechu umknął mi jeden, jakże przecież ważny.

Sherlock (fot. www.facebook.com/Sherlockology)

 Nie wspomniałem bowiem o chwili, w której wpadłem na to, by w stulecie pierwszej wojny światowej, zamiast rozpocząć kolejną opowieść o historii (co planowałem od dawna), zrobić relację niczym o wypadkach dziejących się współcześnie, na naszych oczach. A tę pierwszą chwilę olśnienia dał znakomity brytyjski serial Sherlock, w którym przygody legendarnego detektywa genialnie przeniesiono w nasze czasy. To właśnie oglądając Holmesa, Watsona i ich wroga Moriarty’ego w świecie Internetu, I-Phone’ów i blogów przyszło mi do głowy (czyżby o to też zresztą chodziło twórcom serialu?), jak bardzo jesteśmy przecież podobni do tych ludzi epoki wiktoriańskiej, którą ostatecznie zamknęła pierwsza wojna światowa. Potem już zaiskrzyły skojarzenia z zawodowego podwórka, z codziennej pracy w Dziennikzachodni.pl, z błyskawicznym rozchodzeniem się informacji i nowoczesnymi sposobami ich przekazywania, z relacjami LIVE, timeline’ami, tweetami…

To wszystko prawda, bez tego wszystkiego z miejsca bym nie ruszył, ale jedno trzeba przecież dodać i koniecznie powiedzieć.

Dziękuję Ci, Sherlocku.

P. S. Przy okazji serdecznie zapraszam do obserwowania pierwszej wojny światowej na żywo, czyli na Wielka Wojna LIVE @WielkaWojna

Opowiadając w najnowszym numerze Naszej Historii (6/2014) o pochodzącym ze Śląska generale Wehrmachtu von Pannwitzu, zabrakło mi miejsca, by szerzej opisać zdarzenia, które ostatecznie zaprowadziły go na szubienicę w sowieckim więzieniu.

Pannwitz

Gen. Hellmuth von Pannwitz

O powojennym losie Kozaków walczących po stronie III Rzeszy przez całe dziesięciolecia nie pisał nieomal nikt. Za żelazną kurtyną temat ten nie miał szans zaistnieć. Wydana na emigracji książka Józefa Mackiewicza Kontra znana była jedynie nielicznym. Dotyczyło to zresztą nie tylko Kozaków, ale i wszelkich formacji wojskowych, jakie rekrutowali Niemcy spośród wziętych do niewoli żołnierzy Armii Czerwonej oraz innych obywateli ZSRR. Żołnierze ci i owszem funkcjonowali w powszechnej świadomości, ale w sposób na ogół paskudny. Przecież niejednokrotnie, niekarni i dzicy, dopuszczali się licznych zbrodni wojennych – jak w przypadku Brygady Szturmowej SS RONA Bronisława Kaminskiego, uczestniczącej w tłumieniu Powstania Warszawskiego. W ZSRR Andriej Własow i jego Rosyjska Armia Wyzwoleńcza, jak i inne formacje wschodnie Wehrmachtu i SS do czasów Archipelagu Gułag Aleksandra Sołżenicyna praktycznie stanowiły temat tabu.

Później jednak przyszła kolej na refleksję: czy kiedy przeciwko totalitarnej, zbrodniczej władzy zbuntuje się nie stu, nie tysiąc – ale MILION ludzi – to czy wciąż jeszcze można nazwać ich zdrajcami? Oczywiście nie ulega dyskusji, że ten milion (o ile nie dwa) znalazł sobie sojusznika jak najgorszego i poszedł w służbę tyrana podobnie jak Stalin zbrodniczego.

Było jednak i drugie tabu, tym razem na Zachodzie: sposób, w jaki rząd Wielkiej Brytanii, kraju wszakże demokratycznego, potraktował Kozaków, których wydał po wojnie Stalinowi. Skazując ich tym samym na wieloletnie łagry, zaś przywódców – na pewną śmierć! I zrobił to kłamstwem, podstępem oraz przemocą, jakoś nieprzystającymi do haseł, pod którymi walczył z Hitlerem.

Ironia polega na tym, że stało się to na mocy postanowień konferencji jałtańskiej (i w efekcie późniejszych, już bardziej technicznych rozmów), a czołowi przywódcy Wielkiej Brytanii poczuwali się do przestrzegania uzgodnień z Jałty wobec dyktatora, który łamał jak chciał wszelkie międzynarodowe porozumienia, z jałtańskimi włącznie. Wykonawcy operacji Keelhaul działali brutalnie i wręcz bezmyślnie, przekazując w ręce SMIERSZ nie tylko walczących po stronie III Rzeszy Kozaków, ale także ich rodziny, a również – co miało już wymiar absurdu, tyle że tragicznego – Kozaków z białej rosyjskiej emigracji, którzy nigdy nie byli obywatelami ZSRR. I w taki to właśnie młyn historii wpadł Pannwitz, który pozostał ze swoimi Kozakami do końca.

Musiały upłynąć blisko 3 dekady, nim te żenujące wydarzenia doczekały się na Zachodzie swego głośnego historyka – Nicholasa Bethella, autora książki Zdradzeni! Ostatni sekret II wojny światowej, do której przedmowę napisał sam prof. Hugh Trevor-Roper.

Warto dodać, że uczestniczący wcześniej w tłumieniu Powstania Warszawskiego kozacki 3. Kubański Pułk Kawalerii wszedł w skład XV Kozackiego Korpusu Kawalerii von Pannwitza. Stało się to jednak dopiero później, w 1945 r. Sam Pannwitz nie uczestniczył w walkach z powstańcami warszawskimi i nie obciążają go popełnione w Warszawie zbrodnie. Gdyby odpowiadał po wojnie przed sądem demokratycznego państwa, można by mu natomiast zarzucić, iż nie powstrzymał swoich podkomendnych przed popełnianiem zbrodni wojennych w Jugosławii. Jeśliby sąd zastosował zasadę „chain of command”, w myśl której nawet najwyższy rangą dowódca ponosi odpowiedzialność za czyny choćby i najniższych rangą podwładnych, Pannwitz mógłby zostać skazany. Z kolei jednak okolicznością łagodzącą byłby wtedy fakt, iż Pannwitz sam już surowo karał podwładnych winnych zbrodni wobec ludności cywilnej. Gorzka ironia polega jednak na tym, iż w Moskwie wcale nie takie zarzuty mu postawiono, a cały proces przywódców kozackich nosił znamiona sądowego mordu. Kozacy zsyłani do łagrów również nie byli represjonowani z powodu swoich ewentualnych zbrodni, lecz z przyczyn zgoła innych. Zaś już represje wobec ich rodzin oraz „białych” Kozaków nie miały nic wspólnego z jakimkolwiek wymierzaniem sprawiedliwości.

Sam Pannwitz z całą pewnością jest postacią niejednoznaczną. Z jednej strony faktem jest jego członkostwo w NSDAP i SA, z drugiej potrafił zdobyć się na krytykę polityki rasowej Hitlera (i to prosto w oczy temu ostatniemu) oraz odmówił (również wprost, tym razem Himmlerowi) wstąpienia do SS (ów stopień generalski prawdopodobnie otrzymał „z automatu” na mocy urzędniczej decyzji, a munduru SS nie założył nigdy). Czy ponosił odpowiedzialność za zbrodnie Kozaków w Jugosławii? To mógłby rozstrzygnąć jedynie sprawiedliwy sąd – jak wiemy, generałowi nie dane było stanąć przed takowym.

Więcej o von Pannwitzu – generale Wehrmachtu ze Śląska, który był kozackim atamanem – w najnowszym numerze miesięcznika Nasza Historia (6/2014).

Zdrada Kozaków Lienz

Dolina Drawy 1945: „Zdrada Kozaków” w Lienz