Archiwa tagu: atak na nowy jork

Kiedy przed kilkunastu laty napisałem artykuł „Seewolf”, opisujący domniemaną próbę niemieckiego ataku rakietowego na Nowy Jork w 1945 roku, nie przypuszczałem, że zetknę się z książką, w której pojawiają się wątki zastanawiająco zbieżne z tym, co próbowałem zrekonstruować. W związku z tym uznałem, iż warto artykuł ów przypomnieć. Zapraszam do lektury. Także, a może zwłaszcza, jego epilogu.

Manhattan, lata II wojny światowej (fot. Jack Delano/Flickr)

Na celowniku Nowy Jork

Zaczynał się właśnie rok 1945, ostatni rok II Wojny Światowej, gdy słuchacze berlińskiej rozgłośni radiowej usłyszeli niezwykłą zapowiedź:
– 1 lutego 1945 niemieckie rakiety spadną na Nowy Jork!

Groźba ta padła z ust samego Alberta Speera, ministra przemysłu zbrojeniowego III Rzeszy. Czy hitlerowskie Niemcy, toczące wówczas przegraną już w zasadzie wojnę, lecz wprowadzające też jedna po drugiej szereg nowoczesnych, przełomowych bez mała technologii militarnych, były w stanie ją zrealizować?

Amerykanie, których rzecz miała w końcu dotyczyć najbardziej, uznali że… tak!

Kryptonim „Seewolf”…

W kwietniu 1945 na mapach sztabowych niemieckiego Dowództwa Okrętów Podwodnych pojawił się nawy kryptonim: „Seewolf” („Wilk morski”). Dotyczył on grupy U-Bootów, która opuściła Norwegię i wzięła kurs na północny Atlantyk, a następnie ku wybrzeżom USA. Grupa ta składała się z sześciu dużych jednostek: pięć należało do Typu IXC/40 (U-546, U-805, U-858, U-880, U-1235), szósta zaliczała się do nieco starszego Typu IXC (U-518). Płynęły w zanurzeniu, nocą korzystając z chrap, w dzień zaś z silników elektrycznych. 10 kwietnia znalazły się na północ od Azorów. Tam uformowały 160-milowej długości linię patrolową, zorientowaną w kierunku północ-południe, w której każdy okręt zajął dokładnie określoną pozycję. 11 kwietnia wyruszyły kursem WSW, prowadzącym w kierunku wybrzeży USA. Zadanie, które im powierzono nie różniło się więc od setek innych misji U-Bootów: miały zwalczać aliancką żeglugę. Ciężko określić, na co właściwie liczyło niemieckie Dowództwo Okrętów Podwodnych, wysyłając swą mizerną szóstkę tam, gdzie przed dwoma laty przegrały tylekroć liczniejsze „wilcze stada”. Gdyby to jeszcze były supernowoczesne U-Booty Typu XXI, które właśnie zaczynały zasilać Kriegsmarine! Ale nie – okręty grupy „Seewolf” to tylko zwykłe „dziewiątki”, jakich nawet teraz, w szóstym roku wojny, pełno jest jeszcze w U-Bootwaffe. Okręty dobre, ale zasadniczo oparte na technologii z lat trzydziestych. Nikt rozsądny nie będzie zatem wierzył, że dokonają na Atlantyku cudu.

Także w sztabach US Navy nikt w to nie wierzy. Także i tam jest znana niepokojąca wypowiedź Speera. Na podstawie meldunków agentów ulokowanych na terenie neutralnej Szwecji oraz zeznań ujętych w Stanach niemieckich szpiegów wydedukowano więc, że ku wybrzeżom Ameryki wyruszyły właśnie okręty rakietowe. Do walki z nadchodzącym zagrożeniem zaangażowano ogromne środki – cztery lotniskowce eskortowe oraz rój niszczycieli i niszczycieli eskortowych w liczbie 42 aż jednostek. Samoloty do zwalczania okrętów podwodnych, najnowocześniejsze radary, radionamierniki i sonary, bomby głębinowe i miotacze granatów przeciwpodwodnych, samonaprowadzające torpedy – ta potężna siła, która wiosną 1943 pokonała niemieckie „wilcze stada” i przegnała je z Północnego Atlantyku, teraz została wysłana przeciwko marnej szóstce U-Bootów. Na skutki nie trzeba było czekać długo.

15 kwietnia sonary niszczycieli eskortowych USS „Stanton” i USS „Frost” z grupy bojowej lotniskowca USS „Croatan” wytropiły pierwszą zwierzynę. Po salwie z miotacza „Jeż”, pod wodą następuje silna eksplozja, a na powierzchnię wypływają liczne szczątki. Po wojnie uzna się, że tak wyglądała śmierć U-1235 i jego całej załogi.

Już 16 kwietnia, ale tylko parę godzin później i zaledwie kilka mil dalej na południe, te same okręty nawiązują kontakt z następnym podwodnym celem. Po pierwszej salwie „Jeża” U-Boot – czyżby uszkodzony? – wynurza się, by jednak po chwili znów skryć się pod wodą. Ale po czterech dalszych godzinach polowania, grad bomb głębinowych i granatów „Jeża” przynosi wreszcie efekt w postaci ciężkiej, podwodnej eksplozji. Zaraz też na powierzchni oceanu rozlewa się duża plama ropy. Koniec U-880?

22 kwietnia jego los dzieli U-518. Nowy kontakt sonarowy – tym razem uzyskują go niszczyciele „Carter” i „Neal A. Scott”, i znowu leci przed dzioby salwa pocisków „Jeża”, po czym głębinami raz jeszcze wstrząsają podwodne eksplozje, a w hydrolokatorach niknie akustyczne echo.

24 kwietnia tonie U-546, dosłownie zaszczuty przez ósemkę amerykańskich niszczycieli. Tropią go one z tym większą zawziętością, że Niemiec dopiero co storpedował i zatopił ich bratni okręt USS „Frederick C. Davis”, który po trafieniu akustyczną torpedą zatonął z wielkimi stratami wśród załogi. U-546 zostaje zmuszony do wynurzenia, po czym idzie na dno. Tym razem część załogi wraz z dowódcą, Paulem Justem, zostaje wzięta do niewoli.

Dwa ocalałe z pogromu okręty – U-805 i U-858 – poddały się po kapitulacji Niemiec i pod eskortą zawinęły do Portsmouth w stanie New Hampshire. Na żadnym z nich nie znaleziono śladu po rzekomych pociskach rakietowych czy ich wyrzutniach. Również i z jeńców U-546 nie wydobyto żadnych zeznań potwierdzających istnienie rakiet. Okręty grupy „Seewolf” rzeczywiście okazały się takimi samymi U-Bootami, jak setki innych.

Czyżby ową amerykańską pływającą potęgę skierowano do walki z urojonym zagrożeniem!?

Prawda może być dużo bardziej skomplikowana. Fakt, iż na wziętych do niewoli jednostkach nie wykryto rakiet ani ich wyrzutni, wcale nie przesądza o tym, że takowe nie istniały.

U-Booty i rakiety

Niemcy stosunkowo wcześnie zainteresowali się możliwością wystrzeliwania pocisków rakietowych z okrętów podwodnych. Już w 1942 roku przeprowadzali eksperymenty z odpalaniem rakiet z zanurzonego okrętu podwodnego. Do ośrodka doświadczalnego w Peenemünde nad Bałtykiem przydzielono U-511. Dowódcą tego okrętu był kapitan Friedrich Steinhoff, brat doktora Ernsta Steinhoffa, jednego z najważniejszych współpracowników Wernhera von Brauna. Testowane rakiety były zwyczajnymi pociskami krótkiego zasięgu, stosowanymi dość szeroko przez wojska lądowe Wehrmachtu. Miały służyć U-Bootom do obrony przed atakiem tropiących je eskortowców, ewentualnie też do ostrzału alianckich instalacji nadbrzeżnych (np. w rodzaju rafinerii na wyspach Karaibów). W porównaniu z rozwijanymi w Peenemünde programami sięgającymi już bez mała Kosmosu, pociski te mogły więc wydawać się wręcz prymitywne i zupełnie nie warte zachodu. A jednak doświadczenia z nimi dowiodły, iż odpalenie rakiety z zanurzonego U-Boota jest możliwe.

Eksperymentalne wystrzelenie rakiety z zanurzonego U-511

Koncepcja zastosowania okrętu podwodnego jako platformy startowej dla latającej bomby V-1 nie wyszła poza stadium projektowania. Natomiast próba połączenia U-Boota z pociskiem balistycznym A-4 (V-2) doczekała się bardzo oryginalnego rozwiązania. Zaproponowano otóż, by nie instalować potężnej wyrzutni na samym okręcie podwodnym, tylko wykorzystać go do jej holowania. Projekt ten (kryptonim „Prüfstand XII” znany również jako „Kamizelka ratunkowa”) przewidywał zbudowanie pływającego silosu dla rakiety. Silos ten przypominał kształtem ogromną torpedę. Jego długość wynosiła 30 metrów, wyporność nawodna 355 ton, a podwodna około 550. Dziób mieścił rakietę V-2. Oprócz tego, silos zawierał pomieszczenia dla obsługi startowej, niezbędne oprzyrządowanie, paliwo dla rakiety i części zamienne. Nie posiadał własnego napędu i miał być holowany przez U-Boota. Przewidywano, że nowoczesna jednostka Typu XXI będzie mogła holować nawet trzy takie silosy z maksymalną prędkością 12 węzłów, przy jednym silosie prędkość wzrastałaby aż do 17 węzłów. Po dotarciu na pozycje ogniową zmieniano położenie wyrzutni z horyzontalnej na wertykalną – czyli zatapiano część zbiorników balastowych, zanurzając w ten sposób rufę i unosząc dziób do pionu. Trzyosobowa obsługa, przebywająca dotychczas na pokładzie okrętu podwodnego, przechodziła do wyrzutni i przygotowywała rakietę do odpalenia. Następnie powracała na pokład U-Boota i stamtąd zdalnie inicjowała start pocisku.

Tak to miało wyglądać: holowana przez U-Boota Typu XXI rakieta A-4 (V-2)przed odpaleniem

Ponoć nie potrafiono poradzić sobie z jednym, ale kluczowym zagadnieniem – „dowiązaniem topograficznym wyrzutni”, czyli dokładnym określeniem jej położenia w chwili odpalenia rakiety. Bez tego nie ma mowy o jakimkolwiek celowaniu czy naprowadzaniu pocisku. Z uwagi na fakt, że projekt „Prüfstand” miał posłużyć do ataku na miasta Ameryki Północnej, niepowodzenie w tej jednej, jedynej kwestii powinno go dyskwalifikować. Niemcy, nie posiadając systemu nawigacyjnego pozwalającego określić dokładną pozycję okrętu przebywającego u amerykańskich wybrzeży, powinni więc zrezygnować z nierealnego pomysłu.

Mimo to do produkcji pływających wyrzutni przystąpiono!

Pod koniec 1944 roku stocznia Schichau w Elblągu rozpoczęła budowę jednej z nich, być może prototypu. 11 grudnia 1944 w Peenemünde odbyła się narada sztabu specjalistów z udziałem generała Rossmanna, doktora Dickmanna – dyrektora szczecińskiej stoczni Vulkan i dyrektora zakładu konstrukcyjnego rakiet A-4 Riedla. Zapadła tam decyzja o podjęciu produkcji kilku podwodnych silosów. Stocznia Vulkan miała dostarczyć je do 25 marca 1945 roku.

Można chyba zaryzykować wniosek, że rozwiązano zatem jakoś problem „dowiązania topograficznego”. Że Niemcy rzeczywiście przygotowywali się do ataku…

Przy okazji warto jeszcze zatrzymać się chwilę przy postaci doktora Ernsta Steinhoffa, którego brat uczestniczył – jak pamiętamy – w pierwszych doświadczeniach z wystrzeliwaniem rakiet z U-Boota. Uczony ten był jednym z najstarszych i najcenniejszych współpracowników von Brauna, pod względem znaczenia ustępując jedynie dr Thielowi, specjaliście od konstrukcji silników. Steinhoff odpowiadał za sterowanie rakiet, kierowanie z zewnątrz i telemetrię. Krótko mówiąc – za to, by rakietę można było skutecznie wycelować.

Szpiedzy tacy jak Niemcy…

Nocą 29 listopada 1944 w odludnej zatoce u brzegów stanu Maine wynurzył się okręt podwodny. Od burty odbiła niewielka tratwa. Gdy dotarła do kamienistej plaży, wysiadło z niej czterech mężczyzn. Dwóch było cywilami odzianymi w szare płaszcze, dwaj pozostali nosili marynarskie mundury. Ci ostatni nie zabawili na lądzie długo. Podali towarzyszom ich bagaże, unieśli wyprostowane ręce w charakterystycznym salucie, po czym wskoczyli z powrotem na ponton i powiosłowali w stronę okrętu. Na pokładzie oczekiwano z niecierpliwością. Zaraz po ich powrocie U-1230 skierował się w stronę otwartego morza.

W ten sposób przybyła do USA para dość kontrowersyjnych niemieckich agentów: Erich Gimpel i William C. Colepaugh. Ten pierwszy, Niemiec, miał już za sobą kilka ładnych lat praktykowania w szpiegowskim rzemiośle. Drugi był Amerykaninem, który w swoim czasie uległ fascynacji potęgą III Rzeszy. Ta fascynacja miała doprowadzić go do ucieczki z USA i uczynić zeń renegata.

Ich nocne lądowanie nie uchodzi niezauważone, jednak szpiegom udaje się zmylić zaalarmowaną FBI. Docierają do Nowego Jorku. Lecz dalsza ich działalność prezentuje się niczym tragifarsa, pełna nieporadności, naiwności i amatorstwa. Niczym w komediowym filmie agentów zdradzają szczegóły stroju czy zachowanie. Czas jakiś szukają lokalu, gdyż zainstalować radio mogą tylko w budynku nie zbudowanym z żelbetu. Tylko, że owego radia tymczasem nie mają, Gimpel musi sam je sobie zbudować przerabiając nabyty radioodbiornik. W zasadzie wie jak, ale obok niezbędnych do tego przyrządów i części elektronicznych dla pewności kupuje podręcznik mający ułatwić mu zadanie. Agenci posiadali wprawdzie odpowiednie instrukcje, lecz zmniejszone do rozmiarów mikrofotografii. Teraz nie potrafią ich odczytać, albowiem nie chciało im się zabierać z pokładu U-Boota mikroskopu (ważącego przecież aż cztery kilogramy!). I tak dalej, i tym podobnie… Komedia. Niemniej szpiegom żyje się nieźle, bowiem SD zaopatrzyła ich hojnie w dolary, a restauracji i kabaretów jest przecież w Nowym Jorku niemało. Przepuszczają więc w nich po 100 dolców dziennie, nie absorbując się zbytnio swą szpiegowską robotą. Ale koniec tej „spy story” jest groteskowy – Colepaugha nachodzą wreszcie wyrzuty sumienia i po raz kolejny postanawia zmienić drużynę. Sam oddaje się w ręce FBI, po czym wystawia swego towarzysza. Ten, mimo zniknięcia kompana wyjątkowo niefrasobliwy, rzeczywiście wpada kilka dni później. Chociaż na przesłuchaniach obydwaj szpiedzy okazują się nadzwyczaj chętni do współpracy, nie poprawia to ich sytuacji. I tak staną przed sądem, który wymierzy im wyroki śmierci. Niemniej – ułaskawieni przez prezydenta Trumana – przeżyją.

Tak w skrócie prezentuje się oficjalna wersja wydarzeń. Lecz istnieją fakty zakłócające spójność tego obrazu.

Jak należy rozumieć fakt, iż agenci, z takim nakładem sił umieszczeni w USA, okazali się aż tak niewydarzeni? I co właściwie było zadaniem tych nieudacznych (tak przynajmniej wygląda) szpiegów? Z ich zeznań wynikało, że misja, której pomysł zrodził się w niemieckim MSZ, początkowo polegać miała na rozpoznaniu nastrojów społecznych w USA w przededniu wyborów prezydenckich. W miarę postępów przygotowań do niej, agentów wdrożono do zbierania informacji i danych technicznych dotyczących amerykańskiego uzbrojenia, jego produkcji i stosowanych w nim technologii. Mieli się przy tym posługiwać metodami „białego wywiadu” (czyli korzystać z powszechnie dostępnych źródeł), a zdobyte informacje przekazywać do Niemiec przez radio lub za pomocą metody mikrofotografii. Tego rodzaju zadania z czasem zdominowały właściwie całość misji, a o pierwotnym jej celu w zasadzie zapomniano. W późniejszych, wydanych sporo po wojnie wspomnieniach Colepaugha pojawia się jednak następny motyw: jakoby on i Gimpel otrzymali zadanie wykradzenia amerykańskich tajemnic atomowych. Lecz nie koniec na tym: jeden z historyków dogrzebał się całkiem niedawno wersji, jakoby Colepaugh i Gimpel zdradzili przesłuchującym ich oficerom kontrwywiadu, iż Niemcy planują przeprowadzić atak na Nowy Jork za pomocą rakiet wystrzelonych z U-Bootów (to te m.in. zeznania zaalarmowały Amerykanów i doprowadziły do opisanego polowania na okręty grupy „Seewolf”). Jak widać, jest sporo w tym wszystkim sprzeczności… Kilku szczegółom warto więc przyjrzeć się ponownie.

Jak wspomniano, agenci sami zrezygnowali z zabrania z pokładu U-Boota mikroskopu. Bez niego nie byli w stanie wykonywać mikrofotografii, z pomocą których mogliby przesyłać do Niemiec zakamuflowanych, dużych objętościowo informacji, np. zdobytych opisów technicznych. Można stąd wysnuć wniosek, że ich główne z pozoru zadanie było stosunkowo mało ważne, że naprawdę powierzono im odmienną i ważniejszą misję.

Szpiedzy, gdy już znaleźli odpowiednią dla nawiązania łączności radiowej siedzibę, w zasadzie przestali się zajmować pracą wywiadowczą. Oddając się uciechom życia w wielkim mieście jakby zapomnieli, po co właściwie przerzucono ich do USA. A może nie zapomnieli? Może zwyczajnie nie mieli nic innego do roboty? Przynajmniej na razie? Tak to przecież bywa ze „śpiochami” – agentami, którzy czekają na uaktywnienie dopiero w odpowiedniej chwili.

Czy przerobione ze zwyczajnego odbiornika radio może dysponować na tyle wielką mocą, by pozwolić na nawiązanie kontaktu z Niemcami? Radionadajniki o zasięgu tysięcy kilometrów, za pomocą których nieliczni szpiedzy III Rzeszy na zachodniej półkuli kontaktowali się z krajem, miewały dosyć sporych rozmiarów anteny nadawcze, które trzeba było odpowiednio kamuflować. W Nowym Jorku zamaskowanie ich wydaje się problematyczne. Moc radia konstruowanego przez Gimpela miała wprawdzie wynosić 80 watów (moc standardowych radionadajników używanych przez niemieckich agentów – 10 watów), ale czy bez odpowiedniej anteny byłby to aparat na tyle silny, że zapewniłby łączność z drugą stroną Atlantyku?

Czy zatem na pewno był to radionadajnik? Jeżeli nie, to co?

Mogło to być urządzenie naprowadzające lub nawigacyjne. Umożliwiające owo „dowiązanie topograficzne wyrzutni”, przyholowanej przez U-Boota na odległość kilkuset kilometrów od Nowego Jorku. Coś, z czym Niemcy rzekomo nie mogli sobie poradzić, a pomimo czego przystąpili przecież do realizacji projektu „Prüfstand XII”.

Przystąpili, ponieważ problem rozwiązano.

Oto główne, prawdziwe zadanie Gimpela i Colepaugha.

Pfadfinder

Oczywiście takiego, siłą rzeczy skomplikowanego urządzenia, nie zbuduje byle kto – pierwszy lepszy laik czy nawet pobieżnie przeszkolony amator nie da sobie z tym rady. Tyle tylko, że jeden z niemieckich szpiegów bynajmniej nie był „byle kimś”.

Urodzony w Merseburgu Erich Gimpel po ukończeniu szkoły średniej studiował fizykę wysokich częstotliwości. Po studiach zajmował się projektowaniem transformatorów prądu elektrycznego, a w 1935 r. podjął pracę w peruwiańskiej filii firmy „Telefunken”. W Peru związał się z niemieckim wywiadem. Do kraju powrócił w sierpniu 1942. Do lipca 1943 pracował w Hamburgu, zajmując się projektowaniem nadajników radiowych. Później powierzono mu misję zdobycia lamp radiowych z rozbitych na terenie Hiszpanii samolotów alianckich (która się nie powiodła). Od lutego 1944 przebywał w Berlinie, gdzie tłumaczył z hiszpańskojęzycznej prasy artykuły techniczne o tematyce aeronautycznej. W międzyczasie opracował plan ataku powietrznego na śluzy Kanału Panamskiego za pomocą bombowców Ju-87, przewiezionych w rejon celu przez U-Booty. Planu tego nigdy jednak nie wcielono w życie.

O nie, Erich Gimpel stanowczo nie był osobą przypadkową! Przeciwnie – wszystko wskazuje na to, że był wysokiej klasy fachowcem w dziedzinie fal radiowych i ich wykorzystania w dziedzinie aeronautyki. Zważywszy na to, kto zatrudniał go w ostatnim okresie, chodziło o zastosowania militarne.

Jeżeli było możliwe skonstruowanie urządzenia umożliwiającego atak rakietowy pociskami V-2 wystrzeliwanymi z U-Bootów, Erich Gimpel byłby świetnym kandydatem do wykonania tej pracy.


Erich Gimpel – niemeicki szpieg, a zarazem specjalista
w dziedzinie techniki radiowej

Do czego konkretnie miałoby to urządzenie służyć?

A-4 (czyli V-2) była rakietą balistyczną. Mimo to kierowano nią za pomocą fal radiowych, lecz tylko w początkowej fazie lotu. W naprowadzaniu jej na odpowiednią trajektorię pomagała wiązka sterująca „Leitstrahl”, służąca do korygowania ewentualnych odchyleń toru lotu. System ten działał tylko w pierwszych sekundach po starcie rakiety i opierał się na nadajnikach umieszczonych w rejonie wyrzutni, na jednej linii pomiędzy pociskiem a jego celem.

Czyli, jak widać, nie ma to żadnego związku z urządzeniem montowanym przez Gimpela. V-2 nie była pociskiem sterowanym czy manewrującym, poruszała się po trajektorii balistycznej. O jakimkolwiek naprowadzaniu pocisku w końcowej fazie lotu nie mogło być mowy.

W grę wchodzi za to druga możliwość: aparat skonstruowany przez Gimpela mógł stanowić urządzenie nawigacyjne, pozwalające na precyzyjne określenie pozycji podwodnej wyrzutni.

Czy Niemcy w 1945 roku posiadali systemy służące do tego celu? Na to pytanie można odpowiedzieć twierdząco. Niemcy posługiwali się takimi urządzeniami i to od dosyć dawna; używała ich Luftwaffe.

Systemy te służyły do odszukiwania celów nocnych bombardowań i było ich kilka. Stosowano je np. podczas „Blitzu” nad Anglią. Działanie pierwszego z nich, zwanego „Knickebein”, było dosyć skutecznie zakłócane przez Brytyjczyków. W sierpniu 1940 roku Niemcy wprowadzili więc dwa nowe: X-Gerät oraz Y-Gerät. Skupmy się na tym ostatnim.

Stacja naziemna systemu Y-Gerät wysyłała dwa sygnały: prowadzący bombowiec w określonym kierunku oraz dodatkowy, który był odbierany i odsyłany przez aparaturę, w którą wyposażono samolot. Pozwalało to na określenie odległości maszyny od stacji nadawczej. Gdy odległość ta osiągała zamierzoną (czyli gdy samolot znajdował się nad celem), otrzymywał rozkaz zrzutu bomb.

Na podobnej idei można oprzeć działanie systemu, który umożliwi określenie położenia pływającej wyrzutni rakiet V-2. Agenci wcześniej instalują swe urządzenie i mają wystarczająco wiele czasu, by dokładnie ustalić jego współrzędne geograficzne. Najprościej umieścić je w samym Nowym Jorku (gdziekolwiek na jego obszarze, wszak chodzi o TRAFIENIE W WIELKIE MIASTO!), lecz niekoniecznie (byle obsługa wyrzutni wiedziała, gdzie – ale czasu jest dosyć, więc taką wiadomość można uprzednio przekazać). Urządzenie emituje sygnał, który zostaje odebrany przez U-Boota. Aparatura na pokładzie okrętu podwodnego wysyła wówczas własny sygnał, który jest retransmitowany przez nowojorski nadajnik. Niemcy uzyskują w ten sposób namiar na punkt, w którym znajduje się stacja naprowadzająca oraz swą odległość od niego. Ustalenie kierunku, w jakim należy wystrzelić rakietę, oraz dystansu, jaki ma ona przelecieć, jest już tylko niezbyt trudnym sprawdzianem z fizyki. Później pozostaje jedynie zaprogramować żyrokompasy pocisku…

Nie mamy niestety dowodów na to, że Erich Gimpel kiedykolwiek zetknął się z niemieckim programem rakiet balistycznych i jego twórcami, z Wernherem von Braunem, Ernstem Steinhoffem czy innymi. Mimo to nie sposób nie dostrzec, że w jego osobie zbiega się kilka istotnych wątków. Człowiek ten był specjalistą od nowoczesnej techniki radiowej i jej zastosowania w lotnictwie bojowym. Jego nazwisko historycy wymieniają w związku z grupą „Seewolf”. Pamiętajmy również, że wcześniej planował nieszablonową operację z wykorzystaniem U-Bootów. W dodatku był wszechstronnie przeszkolonym agentem wywiadu. Nie byłoby więc nic dziwnego w tym, iżby to on sam, a nie któryś z inżynierów zespołu von Brauna (doktora Steinhoffa nie wyłączając) okazał się autorem nakreślonego powyżej rozwiązania. A nawet jeżeli nie – stanowił idealnego kandydata na jego wcielenie w życie.

W ten sposób Gimpel, który w towarzystwie Colepaugha (i cokolwiek dzięki niemu, gdyż to Amerykanin stanowił najsłabsze ogniwo zespołu, a może i całego planu) przeszedł do historii jako szpieg dosyć karykaturalny, może okazać się kimś zupełnie innym. Tym, który miał być forpocztą niemieckiego ataku na Wschodnie Wybrzeże USA, dalekim pierwowzorem żołnierza sił specjalnych określającego cel dla współczesnych nam, „inteligentnych” pocisków.

Pfadfinderem.


Dom przy Beekman Street 39 w Nowym Jorku,
w którym zamieszkali Gimpel i Colepaugh.
(fot. Marcin Cinek)

Podwodne zagadki

Czy cokolwiek może wskazywać na to, że podwodne wyrzutnie rakiet wyruszyły ku brzegom USA? Również i na to pytanie możemy udzielić twierdzącej odpowiedzi.

Jak pamiętamy, koniec większości U-Bootów należących do grupy „Seewolf” był podobny, znaczony wielką eksplozją w głębinach. Nie odgłosami wydawanymi przez miażdżony ciśnieniem wody kadłub i pękające grodzie. Wybuchami. Nic więc dziwnego, że Amerykanie uznali to za widomy dowód przewożenia przez U-Booty pocisków V-2. One miały być przyczyną eksplozji. Wątpliwości pojawiły się z chwilą, gdy w amerykańskie ręce dostały się U-805 i U-858. Jak wspomniano, nie było na nich śladu po rzekomych wyrzutniach. Teraz, gdy wiemy już jak miałyby wyglądać, czym w gruncie rzeczy były same wyrzutnie?

Okręty podwodne mogły je holować. Być może amerykańskie hydrolokatory wykrywały te właśnie wyrzutnie. A nawet jeżeli nie, jeżeli obiektem ataku był ich „okręt-matka”, to dowódca takiego tropionego U-Boota mógł wydać rozkaz pozbycia się kłopotliwego „balastu”. Może zresztą wzięto pod uwagę i taką możliwość, zaopatrując wyrzutnie w ładunki samoniszczące, detonowane w razie najwyższego zagrożenia.

Następną poszlaką, którą winniśmy wziąć pod uwagę, są okoliczności zatopienia okrętów uznanych za U-1235 i U-880. Jednostki grupy „Seewolf” tworzyły linię długości 160 mil. W takim razie, co robił drugi okręt, rzekomo U-880, niemal dokładnie w miejscu zatopienia U-1235 i krótko po tym fakcie? Czy nie był to aby „okręt-matka” zniszczonej właśnie podwodnej wyrzutni, a nie następny U-Boot? Dziwne jest również i to, że po ataku „Jeżem” okręt ten wynurzył się na krótko, by zaraz później zniknąć z powierzchni morza ponownie i tym razem definitywnie. Tak właściwie, to po trafieniu pociskiem „Jeża” okręt podwodny powinien mieć w kadłubie dziurę na tyle dużą, że z miejsca poszedłby na dno. Skoro jednak jakimś cudem wypłynął, tylko szaleniec usiłowałby jeszcze się na nim zanurzać. Załogi ciężko uszkodzonych U-Bootów, zmuszonych do wynurzenia i osaczonych na powierzchni, z reguły opuszczały swe jednostki – załoga tej najwyraźniej nie próbowała tego uczynić. Dlaczego?

To kolejne z długiego szeregu pytań dotyczących charakteru i przebiegu najbardziej chyba tajemniczego rejsu U-Bootów podczas II Wojny Światowej.

Tajemnica kapitana Steinhoffa

To już ostatni kawałek układanki, tym dziwniejszy, że choć nie pasujący do żadnego z dotychczasowych, to przecież wydający się zawierać fragment tego samego obrazu. Jaki?

17 maja 1945 do Portsmouth w stanie New Hampshire wszedł na holu niemiecki okręt podwodny U-873. 20 maja dowódca U-Boota popełnił samobójstwo w bostońskim więzieniu. Dowódcą tym był… Friedrich Steinhoff, brat jednego z najważniejszych konstruktorów niemieckich rakiet balistycznych, ten sam, który w roku 1942 uczestniczył w pierwszych próbach wystrzeliwania pocisków rakietowych z U-Bootów.

Rodzą się więc nowe pytania.

Czy to zbieg okoliczności, że oficer zaangażowany w niemiecki program rakietowy, w ostatnich tygodniach wojny znalazł się na U-Boocie działającym u wybrzeży Ameryki?

U-873 nie był zwykłym, uderzeniowym okrętem podwodnym. Wcześniej przebudowano go na jednostkę transportową, później przystosowano do pełnienia roli pomocniczego zbiornikowca. Na czym polegała jego misja?

U-873 skapitulował 11 maja. Do Portsmouth dotarł po tygodniu i na holu. Po pierwsze, trwało to długo. Po drugie, holowanie U-Bootów, które skapitulowały, nie było jakąś regułą. Czyżby Amerykanie czegoś się obawiali?

Ostatnie pytanie narzuca się samo: dlaczego Steinhoff odebrał sobie życie? (Nawiasem mówiąc, okoliczności śmierci Friedricha Steinhoffa dały podstawy do wysnucia teorii, usiłującej wyjaśnić charakter jeszcze innego tajemniczego rejsu U-Bootów. Tylko, że to już w zasadzie zupełnie odrębna historia.)

Udział wzięli?

Przyjmijmy, że niemiecka próba ataku rakietowego na USA naprawdę byłaby planowana. Kto wówczas kierowałby przygotowaniami i przeprowadzeniem tego rodzaju operacji? Kto wiedziałby o niej najwięcej? Oto kilka propozycji:

– Albert Speer. Minister przemysłu zbrojeniowego, ten który zapowiedział przecież atak rakietowy na USA. Gdyby go rzeczywiście planowano i przygotowywano środki do jej realizacji, Speer z pewnością byłby jedną z najlepiej poinformowanych w tym zakresie osób. Jednak w swoich wspomnieniach, skądinąd pełnych fascynujących szczegółów, nawet się nie zająknął o całej sprawie.

– Wernher von Braun i Ernst Steinhoff. Ojcowie niemieckich rakiet balistycznych, którzy po wojnie znaleźli się w USA i tam kontynuowali swe prace. Zapewne i oni sporo mogliby powiedzieć. Mogliby – ale nigdy tego nie uczynili.

– Hans Kammler. Wysokiej rangi oficer SS nadzorujący m.in. budowę rakiet balistycznych, ich produkcję i wykorzystanie bojowe. Jemu też podlegał zespół von Brauna. Niewykluczone, że to Kammler zaaranżował przejęcie tej grupy uczonych przez Amerykanów. W ostatnich dniach wojny zaginął po nim ślad.

– skoro Kammler, czyżby więc i… jego szef? Szefem tym był Reichsführer SS Heinrich Himmler. I rzeczywiście, Himmler przejawiał wielką fascynację ideą zaatakowania Nowego Jorku rakietami z U-Bootów. Pisze o tym w swych pamiętnikach Otto Skorzeny, sławny dowódca jednostek specjalnych SS.

– Admirał Hans von Friedeburg. Jeden z najbliższych współpracowników admirała Dönitza, wówczas dowódca U-Bootwaffe, a niedługo już ostatni głównodowodzący Kriegsmarine, który 23 maja 1945 popełnił samobójstwo. Friedeburg był powiązany z Himmlerem, którego w swoim czasie wprowadził w kręgi wysokich stopniem oficerów.

– Wreszcie wchodzi w grę sam admirał Karl Dönitz, w tym czasie kierujący marynarką wojenną, a niedługo później następca Hitlera i ostatni Führer III Rzeszy. O programach rakiet balistycznych wiedział sporo. Zachowały się np. jego fotografie z wizytacji ośrodka w Peenemünde. Był entuzjastą nowych broni, w które można by wyposażyć U-Booty. Próżno jednak szukać i w jego pamiętnikach choćby wzmianki o rakietach czy grupie „Seewolf”.

Związku misji Gimpela i Colepaugha z operacją „Seewolf” również nie można udowodnić. Zdaję sobie sprawę, że wiele w tym opracowaniu domysłów i spekulacji, że na jego podstawie trudno byłoby wygrać przed sądem.

Może więc próba ataku rakietowego na USA to rzeczywiście mit? Tak w każdym razie przyjmują historycy. W świetle publicznie dostępnych informacji, nawet dziś nie można tego udowodnić. Choć szereg faktów skłania do zastanowienia, czy jest to wystarczająca podstawa, by wątpić w oficjalną wersję wydarzeń? A ta głosi, że cała historia była niczym więcej, tylko propagandowym bluffem, że Amerykanie przestraszyli się zagrożenia, które nigdy nie istniało.

Czy było tak na pewno i do końca? Chyba jednak nie, bo pewne jest właściwie tylko jedno: że wciąż wszystkiego nie wiemy.


Wśród wizytujących ośrodek rakietowy w Peenemünde był Grossadmiral Karl Dönitz


2018 : epilog z Jamesem Bondem

Jakież było me zdziwienie, gdy w ostatnich dniach grudnia 2018 roku, czytając powieść „Moonraker” Iana Fleminga (czyli trzeci tom przygód Jamesa Bonda z 1955 roku, poza tytułem bardzo niewiele mający wspólnego z filmem, w którym agenta 007 gra Roger Moore), natrafiłem w niej na motyw analogiczny do przedstawionego w artykule. Otóż czarne charaktery z „Moonrakera”, skądinąd zakamuflowane niedobitki fanatycznych niemieckich nazistów, instalują w sąsiedztwie pałacu Buckingham urządzenie radiowe, mające naprowadzić na centrum Londynu rakietę z głowicą atomową. Innymi słowy, czynią coś nad wyraz podobnego do tego, na czym – jak dowodziłem – polegała misja Gimpela i Colepaugha w Nowym Jorku. Nie koniec na tym. Kiedy powodowany czystą ciekawością sprawdziłem (nie mam pojecia, dlaczego dopiero teraz), gdzie mieści się kamienica, w której zagnieździli się niemieccy agenci, by zmontować tam swój tajemniczy nadajnik, odkryłem, że Beekman Street 39 to praktycznie centrum Dolnego Manhattanu, mniej więcej w pół drogi między New World Trade Center a Brooklyn Bridge. Krótko mówiąc, jest to punkt celowania bliski ideału…

Przy okazji aż zastanowił mnie fragment innej powieści o agencie 007, „Żyj i pozwól umrzeć”, w którym Bond, przyjechawszy na Manhattan w towarzystwie agenta CIA, zwraca się doń słowami „Przykro mi to mówić, ale to musi być najsmakowitszy cel dla bomby atomowej na całej powierzchni globu”.

Na koniec warto dodać, że Ian Fleming podczas II wojny światowej był oficerem wywiadu brytyjskiej marynarki wojennej i jako taki uzyskał dostęp do wielu tajemnic. Swoje doświadczenia oraz wiedzę z tego okresu życia spożytkował później w twórczości literackiej. Czyżby więc i wątek naprowadzania niemieckiej rakiety był silnie przetworzoną, ale jednak o autentycznym pochodzeniu historią?!

„Moonraker” Iana Fleminga. Fabuła tej książki może kryć ziarno prawdy. (fot. jhcrawshaw /Flickr)