W Muzeum szkła i biżuterii w Jabloncu w Czechach w jednej z gablot znajduje się stara walizka obwoźnego handlarza biżuterią. Eksponat przypominający o czasach, kiedy szklane paciorki produkowane u stóp Gór Izerskich robiły furorę nie tylko na ziemiach czeskich , ale i daleko poza nimi. W Polsce też były popularne. Pamiętają Państwo słowo „jablonex”, które było właściwie synonimem sztucznej biżuterii?

Czytaj dalej

W Kirgistanie wiele aut ma kierownicę po prawej stronie, w Uzbekistanie po ulicach jeżdżą głównie chevrolety i daewoo, a w stolicy Turkmenistanu Aszchabadzie auta innego koloru niż białe są… nielegalne.

Czytaj dalej

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Popołudnie nad jeziorem Issyk-kul było zimne i pochmurne. Zaczął padać deszcz. Autobus jechał wolno, omijając liczne dziury na szosie. Południowe wybrzeże największego jeziora Kirgistanu wydawało się zdecydowanie bardziej bezludne i zaniedbane niż północne, nie było tu widać ośrodków turystycznych, całymi kilometrami nie mijaliśmy w ogóle żadnych osad. Czy to odpowiednia pogoda na pokaz polowania z orłem? Wkrótce się okazało, że ani deszcz, ani przenikliwy wiatr nie są przeszkodą tam, gdzie w grę wchodzi zarobek, i to niemały.

Czytaj dalej

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Urgencz – ta nazwa prawdopodobnie niewiele mówi przeciętnemu czytelnikowi. Ale może podpowiem: po pierwsze w mieście Urgencz w Uzbekistanie główna ulica nosi nazwisko Anny German (bo piosenkarka tam właśnie, w dolinie rzeki Amu-daria na pograniczu Uzbekistanu i Turkmenistanu, w latach 30. ubiegłego wieku się urodziła). Po drugie, to od Urgencz powstało słowo organza, oznaczające bardzo cienką jedwabną, bawełnianą albo poliestrową tkaninę używaną np. na welony ślubne, szale, firany itp. (nie wiem, czy to w związku z biegnącym tędy jedwabnym szlakiem, czy z istniejącymi tu od dawna fabrykami włókienniczymi)

Czytaj dalej

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Wrota Piekieł. Jedno z najbardziej znanych (turystycznie) miejsc w Turkmenistanie. Trzeba się trochę potrudzić, żeby tam dotrzeć, bo atrakcja znajduje się w samym środku pustyni, od stolicy kraju, Aszchabadu, odległa o jakieś pięć godzin jazdy autem (ostatnie dwadzieścia minut koniecznie terenowym).

Czytaj dalej

Ile muzeów może znajdować się w niespełna 24-tysięcznym mieście?

Niewielki Chrudim we wschodnich Czechach (kraj pardubicki) ma ich trzy, i to ze zbiorami o znaczeniu ponadregionalnym.

1. Marionetki

W renesansowym domu mydlarza (jeden z najpiękniejszych budynków w mieście) znajduje się muzeum lalek ( po czesku: Muzeum loutkářských kultur ). Nie, nie tych którymi bawiły się dziewczynki. To muzeum lalek teatralnych. Kukiełek, pacynek, ale przede wszystkim marionetek. I można tu dowiedzieć się niesamowitych historii o dziejach tej dziedziny teatru. Muzeum w Chrudimiu otwarto w roku 1972 roku. Liczy około 50 tys. eksponatów. Powstało na bazie zbiorów prof. Jana Malika (1904–1980), jednego z czołowych czeskich lalkarzy, wieloletniego dyrektora i twórcy Centralnego Teatru Lalek w Pradze, reformatora tej dziedziny sztuki.

W muzeum w Chrudimiu znajdziemy tu nie tylko historyczne i współczesne marionetki czeskie, ale także z innych stron świata: dużą kolekcję stanowią lalki indonezyjskie, chińskie, hinduskie, wietnamskie a nawet z Birmy. To muzeum to prawdziwa gratka nie tylko dla artystów lalkarzy i historyków teatru, ale właściwie dla wszystkich – dużych i małych.

Krótka historia wędrownych teatrów lalkowych

W Czechach bardzo popularne były wędrowne, lalkowe trupy teatralne, które przemieszczały się od miasta do miasta. W Czechach i na Morawach już w końcu XVIII wieku znanych było kilka rodzin takich wędrownych artystów lalkarzy, z czego najsłynniejsza była familia Kopecky. A pierwszym znanym lalkarzem był Jirzi Brat, urodzony w 1724 roku w Studnicy koło Nachodu. Rodzinny biznes był zwykle dziedziczony, artyści nomadzi wędrowali razem z całym dobytkiem, specjalnymi konnymi karawanami, które jednocześnie były sypialniami i scenami teatralnymi, wyposażonymi w dekoracje. Grali na miejskich placach, na jarmarkach, w karczmach i parkach.

W muzeum w Chrudimiu znajduje się mnóstwo starych drewnianych marionetek, które niejeden sezon w podróży przeżyły i niejedno widziały. To prawdziwe dzieła sztuki, a operowanie nimi wymaga dużego kunsztu. Poruszane za pomocą sznurków tańczyły, walczyły, jeździły konno – robiły to wszystko, czego wymagał scenariusz.

A repertuar? Każda prawie trupa grała obowiązkowo „Doktora Fausta”, ale zwykle były to popularne sztuki o królach, złodziejach, romantyczne przygody. Jeden z zachowanych plakatów z początku XIX wieku (przechowywany w chrudimskim muzeum) reklamuje sztukę „Tragedia Genowefy, księżnej Brabancji”. Musiała to być popularna historia, bo jeszcze sto lat później, w 1915 roku sztukę pod bardzo podobnym tytułem, po polsku wydano w Krakowie.

Z czasem sztuka lalkarska „przeniosła się na salony”. W domach mieszczańskich popularne stały tzw. domowe teatrzyki, a wzory marionetek zaczęli projektować uznani artyści. I zmieniały się one, tak samo jak trendy w rzeźbie czy malarstwie. W latach 20. powstało międzynarodowe stowarzyszenie teatrów marionetek. W roku 1928 w samej Republice Czeskiej zagrano 2600 lalkowych przedstawień!

Załamanie przyszło w czasie wojny, najpierw kiedy Niemcy zamknęli sale Sokoła (a tam działało wiele teatrzyków), potem kiedy w 1944 roku Niemcy zamknęli wszystkie teatry (oprócz dziecięcych). Co ciekawe: w tym czasie funkcjonowały ciągle jeszcze wędrowne koczownicze trupy: jest informacja że Niemcy zatrzymali konny karawan Tomasza Dubskiego, a jego syna wysłali do pracy przymusowej. W 1948 oficjalnie zakazano teatralnym nomadom (jakimi były wędrowne trupy) uprawiania tradycyjnego rzemiosła, ale samo lalkarstwo zostało umieszczone w oficjalnej edukacji: w roku 1952 roku w praskiej Akademii Sztuk Pięknych otwaro depertament lalkarski.

2. Mucha

W Muzeum regionalnym w Chrudimiu eksponowana jest stała wystawa prac jednego z najciekawszych czeskich artystów Alfonsa Muchy (1860 – 1939). Jego charakterystyczne, secesyjne obrazy znane są w całej Europie. W Chrudimiu znajduje się kilkadziesiąt prac jego autorstwa, w tym słynny plakat z roku 1894 reklamujący występ Sary Bernhardt w sztuce „Gismonda” w paryskim Théâtre de la Renaissance, który, jak usłyszałam od przewodniczki w muzeum, otworzył mu drzwi do intratnych zleceń i wprowadził do grona uznanych paryskich artystów.

Sara Bernhardt była wtedy niekwestionowaną gwiazdą teatralną i celebrytką, najbardziej rozchwytywaną aktorką w Europie i Ameryce, występowała nawet na Kubie.

Alfons Mucha związany był z Chrudimiem rodzinnie, stąd pochodziła jego żona, ale kolekcja w muzeum pojawiła się zanim jeszcze Alfons poznał swoją żonę. W roku 1897 w tym mieście miała miejsce wystawa jego prac i wiekszość została zakupiona właśnie wtedy.

Oprócz plakatów teatralnych znajdują się także reklamowe (Mucha otrzymywał intratne zlecenia na reklamowanie luksusowych towarów, m.in. czekolady, szampana czy brandy, papierosów, pokarmu dla niemowląt firmy Nestlé) dekoracyjne panoramy i kalendarze. Do tego informacje i zdjęcia poświęcone artyście i jego związkom z Chrudimiem.

Zlecenie, które zmieniło życie Alfonsa Muchy. Plakacista i Sara Bernhardt.

W Boże Narodzenie, 26 grudnia 1894 roku do wydawnictwa Lemercier, drukujacego plakaty teatralne zadzwoniono z teatru de la Renaissance z zamówieniem na nowy plakat spektaklu „Gismonda” z Sarą Bernhardt. Sztuka, autorstwa Wiktora Sardou była hitem teatru (granym od kilku miesięcy). Sara Bernardt zdecydowała się na plakat reklamujący wznowienie spektaklu po przerwie świątecznej. Musiał być gotowy do 1 stycznia 1895 r. Ze względu na święta żaden ze stałych artystów wydawnictwa nie był dostępny. Oprócz nieznanego jeszcze Alfonsa Muchy.

Plakat Muchy miał około dwóch metrów wysokości, Sara Bernhardt była na nim wystylizowana, w kostiumie bizantyjskiej szlachcianki, Uwagę przyciągał ozdobny łuk w kształcie tęczy za głową, niemal jak aureola, który skupiał uwagę na jej twarzy. Ten element stał się cechą charakterystyczną prac Muchy, pojawiał się potem na wszystkich jego plakatach teatralnych. Prawdopodobnie z powodu braku czasu niektóre obszary tła pozostały puste, zamiast zwykłej dekoracji. Jedyną ozdobą były bizantyjskie mozaikowe kafelki za głową. Plakat wyróżniał się od typowych wtedy kolorowych prac delikatnym rysunkiem i pastelowymi kolorami. Kiedy pojawił się na ulicach Paryża wywołał sensację. Zadowolona Sara Bernhardt zamówiła cztery tysiące egzemplarzy plakatu w 1895 i 1896 roku, a Mucha otrzymał sześcioletni kontrakt . Projektowała potem plakaty do każdej kolejnej roli Sary Bernhardt, m.in. Dama kameliowa, Lorenzaccio, Medea, Tosca, Hamlet (uwaga! Sara Bernhardt była pierwszą kobietą, która zagrała rolę Hamleta, było to w 1899 roku). Oprócz plakatów projektował programy teatralne, zestawy, kostiumy i biżuterię dla gwiazdy. Co ciekawe – już wtedy pewną liczbę drukowanych plakatów z każdej sztuki Sara Bernhardt sprzedawała kolekcjonerom.

3. Barok

Trzecie ciekawe muzeum w Chrudimiu to zupełnie inne klimaty niż zwiewne, secesyjne kobiety Muchy czy historyczne marionetki. To najnowsze muzeum w mieście – Muzeum Rzeźb Barokowych, zlokalizowane w dawnym kościele kapucynów, pw. św. Józefa. Zaniedbany i zniszczony budynek świątyni w XXI wieku został odrestaurowany i zamieniony w muzeum. W nawie głównej znajduje się wystawa rzeźb, pochodzących głównie z terenu Wschodnich Czech, w podziemiach aktualna ekspozycja, związana ze stuleciem odzyskania niepodległości przez Czechosłowację (obecnie republika Czeska) w roku 1918. To historia miasta rok po roku – najważniejsze wydarzenia z lat 1918 – 2018. W podziemiach obejrzeć można także na zdjęciach jak wyglądał obiekt przed renowacją.

Portmoneum w Litomyślu. Fot. Destinační společnost Českomoravské pomezí”.

Portmoneum to jedno z najoryginalniejszych miejsc w Litomyślu (Wschodnie Czechy, kraj pardubicki). I choć do miasta przyjeżdża się głównie dla jego zabytków wpisanych na listę UNESCO (zamek i kompleks zamkowy), to niepozorne Portmoneum (adres: ul. Terézy Novákovéj 75)  zdecydowanie należy zobaczyć.

Nazwa Portmoneum pochodzi od nazwiska właściciela domu – Josefa Portmana, ale to nie on jest głównym bohaterem tego miejsca, ale Josef Vachal, bardzo ciekawy czeski artysta.

Dwa pomieszczenia w domu przy ul. Terézy Novákovéj w latach 1920 -1924 zostały bardzo oryginalnie ozdobione przez Josefa Vachala. Właściwie w całości – ściany, sufity, meble – pokryte malowidłami. Bardzo dziwnymi i oryginalnymi. Można tu znaleźć m.in. motywy chrześcijańskie ale także hinduistyczne czy  buddyjskie. Widać zainteresowanie autora okultyzmem. Ekspresjonistyczne ostre kolory, mnogość motywów, w tym duchy, demony, diabły, duża powierzchnia obrazów – potrzeba dużo czasu, żeby pośród chaotycznych na pierwszy ogląd  elementów odnaleźć sens całości, odczytać symbolikę.

Josef Vachal w ten oryginalny sposób udekorował dwa pomieszczenia, ale w Portmoneum znajdziemy również wystawę poświęconą innym dziełom artysty, pamiątki, zdjęcia, obrazy i książki. Poznamy historię tego miejsca i znajomości Vachala z Portmanem.

Kim był Josef Vachal?

To grafik, rzeźbiarz, malarz i ilustrator książek (1884-1969) Kiedy zaczynał tworzyć, w najlepsze rozwijała się secesja i ten nurt znajdziemy także pośród prac  Vachala. Potem zafascynował się ekspresjonizmem. Kiedy weszłam do pomieszczeń Portmoneum , pomyślałam, że to co widzę ma coś wspólnego z malarstwem Teofila Ociepki, czołowego przedstawiciela śląskiej Grupy Janowskiej (okultysty). Istotnie, kiedy zaczęłam czytać o fascynacjach Vachala dowiedziałam się, że i jemu okultyzm był bliski. I jeszcze malarstwo naiwne.  Najważniejsze prace Vachala pochodzą z okresu pomiędzy pierwszą a drugą wojną światową (Czesi nazywają te lata okresem pierwszej republiki). Po drugiej wojnie artysta żył w zapomnieniu. Odkryto go ponownie po roku 1989. W roku 1993 powstało muzeum mu poświęcone – Portmoneum.

Z wykształcenia był księgarzem ( 4 lata terminował  w praskiej księgarni Waitzmanna, wtedy, na przełomie wieków, popularnej). Potem m.in. uczył się w malarskiej i graficznej szkole Aloisa Kalvody, także w Pradze.  Był związany z artystyczną grupą Sursum. Pierwszą wojnę spędził jako żołnierz na froncie.

Jako artysta był ilustratorem książek, eksperymentował z kolorowym drzeworytem (te prace można obejrzeć w Portmoneum), ale jego twórczość przypomina się także w muzeum lalek teatralnych w Chrudimiu (miasto niedaleko Pardubic), więc lalkarstwem też się zajmował…

Kim był Josef Portman (1893 – 1968)?

To urzędnik, drukarz, bibliofil i kolekcjoner sztuki. Zafascynowany twórczością Vachala. Powierzył przyjacielowi  wykonanie fresków w swoim domu przy ul. Terézy Novákovéj 75.  Portman planował utworzenie muzeum Vachala (Vachaleum), ale po tym jak Vachal pozwolił sobie sportretować przyjaciela w książce „Krvavý román” (1924, sfilmowany w 1993 r. na domu nr 127 przy rynku w Litomyślu znajduje się kilkanaście sgraffiti ilustrujących dzieło), ich przyjaźń się zakończyła. Portman był tam przedstawiony w niezbyt pochlebny sposób.

W swojej drukarni drukował egzemplarze bibliofilskie.

Ulica J. Vachala Fot. Destinační společnost Českomoravské pomezí”.

Co po śmierci Portmana?

Kilka lat po śmierci Portmana, w 1975 r. w dom uderzył piorun, wybuchł pożar, a freski Vachala prawie całkowicie zostały zniszczone. W 1991 roku zaniedbaną nieruchomość kupił Ladislav Horacek, założyciel wydawnictwa Paseka, także wielki wielbiciel Josefa Vachala. Restauracja fresków Vachala była bardzo żmudna i skrupulatna.Zdejmowano je małymi fragmentami, zabezpieczano i uzupełniano zniszczone tynki, a następnie nakładano z powrotem. I tak, kawałek po kawałku, otworzono całość.  W 1993 roku muzeum jako Portmoneum udostępniono zwiedzającym.  

Po śmierci Ladislava Horáčka dom został kupiony w 2016 roku przez samorząd kraju Pardubice, obecnie administruje nim Muzeum Okręgowe  w Litomyślu.

A czym oprócz Portmoneum  zachwyci cię Litomyśl?

1. Renesansowy pałac Pernstejnów (na liście światowego dziedzictwa UNESCO)

2. Muzeum Bedrzicha Smetany (czołowy czeski kompozytor, autor m.in. „Sprzedanej narzeczonej” urodził się w Litomyślu)

3. Stała wystawa kilkudziesięciu rzeźb Olbrama Zoubka (1926 –2017), wybitnego czeskiego rzeźbiarza, autora m.in. pomnika ofiar komunizmu w Pradze

4. Odrestaurowany barokowy kościół Odnalezienia Krzyża Świętego, dawne klasztorne ogrody i inne zabudowania zakonu pijarów (w jednym z nich mieści się muzeum regionalne)

5. Rynek z podcieniowymi kamieniczkami

Karnawał w tym roku wyjątkowo długi. Popielec dopiero 5 marca, zostało jeszcze trochę czasu, żeby zaplanować nie tylko bal, ale i niebanalne, z przytupem pożegnanie karnawału. Można łączyć z zimowym wypadem na narty (Szwajcaria, Czechy), czy dla tych, którzy wolą wygrzewanie się na słońcu , z prawie letnim słonecznym urlopem (prawie, bo Madera o tej porze roku to wprawdzie około 20 stopni ciepła, ale silne wiatry atlantyckie sprawiają, że na kąpiel w morzu nie ma co liczyć).

Karnawał w stylu karaibskim (prawie jak w Rio de Janeiro), korowody masek z Laufrem na czele, wypchane słomą grubasy biegające po ulicach, straszydła w skórach i z drewnianymi maskami na głowach, orkiestry Guggenmusik, czy wreszcie demoniczny pochód Morgenstreich. Zobaczcie, gdzie i kiedy można spotkać te atrakcje.

1. Karnawał na Maderze

Madera to wyspa na Atlantyku, należy do Portugalii. Każdego roku w ostatnie dni przed Popielcem odbywa się tam karnawałowy pochód na wzór imprez karaibskich. Główną promenadą nadmorską przez kilka godzin w rytm muzyki przechodzą kilkudziesięcioosobowe grupy tancerzy – miejscowe szkoły samby. Wzdłuż trasy przemarszu ustawiają się oklaskujący ich widzowie – miejscowi i turyści, którzy na ten dzień specjalnie przylatują albo przypływają na wyspę . W tym roku impreza odbywa się w pierwszych dniach marca, a jak było rok temu, można zobaczyć pod linkiem poniżej:

http://blogi.dziennikzachodni.pl/dziwnytenswiat/tag/madera-karnawal-2018/

2. Przebierańcy w Czechach Wschodnich (kraj pardubicki)

Korowody karnawałowe w okolicy Hlińska we wschodnich Czechach (woj. pardubickie) odbywają się podobno od średniowiecza (choć ich rodowód jest nawet przedchrześcijański), a od 2010 roku wpisane są na listę światowego niematerialnego dziedzictwa ludzkości UNESCO.  Kolorowych przebierańców można spotkać we wsiach w okolicy Hlińska każdego roku pomiędzy świętem Trzech króli a Popielcem, Wędrują od domu do domu, od gospodarzy oczekując rozgrzewającego poczęstunku, od gospodyń słodyczy (od panów dostają zwykle wódkę, od pań tradycyjnie pączki). Od wielu lat karnawałowe obrzędy pokazywane są także w skansenie Vesely Kopec (Wesoły Kopiec). I tam dostępne są dla turystów. W 2019 roku  takie pokazy odbyły się 2 lutego, ale można je będzie jeszcze zobaczyć – 16 lutego w Hamrach, a 2 marca w Vortovej.

W karnawałowym korowodzie w rejonie Hlińska biorą udział określone postaci. Każda ma przypisaną sobie rolę, każda ma ściśle określony kostium. Role przekazywane są zwykle z pokolenia na pokolenie. Syn zastępuje ojca, wcześniej chodził dziad, pradziad.  Korowód prowadzi Laufer – mężczyzna ubrany w kostium składający się tylu łat, ile jest dni w roku. Do tego wysokie czarne buty z cholewami (tzw. oficerki), pod szyją koronkowa kryza. Na głowie wysoka czapka z bibułkowymi dekoracjami. W tym roku w tej roli zadebiutował Dawid, choć – jak przyznał- nie był to jego debiut w korowodzie. Wcześniej, przez kilka lat był Turkiem, a karnawałowe kompanie obserwował od dziecka: chodził w nich jego dziadek i stryj. Laufrowi towarzyszy małżonka, jedyna kobieta w tym towarzystwie, (czerwony kostium, ostry makijaż, koszyk do którego zbiera prezenty). Potem jest czterech Turków (obowiązkowo czterech i ważne, żeby byli to młodzi niezamężni mężczyźni), a dalej kominiarze z twarzami umalowanymi na czarno. W ich rękach znajduje się jeden z ważniejszych rekwizytów – czarna maź, którą malują twarze napotkanych kobiet (to na szczęście), koniki , których kostiumy trochę kojarzą się nam z krakowskim lajkonikiem, dalej Żydzi, słomiane chochoły.

Scenariusz korowodu jest dosyć prosty: starosta wsi  do którego trafia grupa (a w wypadku skansenu Vesely Kopec jego szefowa Ilona Vojancova, na tę okazję także specjalnie wystrojona w ludowy strój) wita przebierańców i na ten jeden dzień przekazuje im swoją władzę. Potem pochód rusza od domu do domu. Turcy wysoko skaczą i tańczą, kominiarze szukają dziewczyn, które można wysmarować mazią, gospodynie starają się wyrwać choćby słomkę z kostiumu chochoła (też na szczęście). A temu wszystkiemu towarzyszy jeszcze orkiestra dęta, która wesoło wygrywa skoczne kawałki. Finał tradycyjnie jest dosyć makabryczny – to symboliczne zabijanie i ćwiartowanie konika. Oznacza „zabicie” zimy, narodzenie się wiosny. Podczas tej ceremonii wylicza się wszystkie grzechy, popełnione jakoby przez konia, ale to zwykle doskonała  okazja do wyszydzenia niepopularnych decyzji politycznych, rozliczenie się z nielubianymi osobami ze świecznika. Program  kończy się wesołym tańcem wszystkich postaci. Wartością tych zabaw jest to, że ciągle jeszcze są organizowane spontanicznie, przez „zwykłych” mieszkańców (a nie np. zespoły ludowe). To dlatego zwyczaj trafił na listę dziedzictwa UNESCO.


3. Tschäggätty, Empaillés i Guggenmusik w Szwajcarii

Empailles z Evolene

Czeskie pochody można porównać do przebierańców spotykanych w Szwajcarii, w kantonie Wallis. W jego niemieckojęzycznej części, w czterech miejscowościach doliny Lötschental: Blatten, Wiler, Kippel i Ferden tuż przed Popielcem można spotkać Tschäggätty, stwory w futrzanych okryciach i drewnianych maskach na twarzy. Z kolei w Evolene, we francuskojęzycznej części kantonu (Vallais ) paradują Empaillés (zrobione ze słomy) w wielkich, grubych, wypchanych słomą kostiumach i Peluches – (pluszaki) I jedni i drudzy stanowią sporą atrakcję, zwłaszcza że dosyć naprzykrzają się turystom.

W Szwajcarii w ostatnie dni karnawału popularne są także kapele Guggennusik, orkiestry dęte – grające głośną skoczną muzykę, często światowe przeboje w charakterystycznej, skocznej aranżacji. Członkowie każdej orkiestry występują w specjalnych, dowcipnych kostiumach, a występ często wiąże się z choreografią. Grają na ulicach, na rynkach, wchodzą do knajpek. Spotkać ich można w wielu szwajcarskich miastach, a w Monthey (niewiele ponad 15 tysięcy mieszkańców), w dolinie Rodanu w Vallais od ponad już stu lat odbywają się festiwale Guggenmusik. Na koniec karnawału do miasteczka zjeżdżają wtedy zespoły z całej Szwajcarii.

https://dziennikzachodni.pl/laduniuk-karnawal-raz-jeszcze-tak-tez-bawi-sie-szwajcaria-zdjecia/ar/758107

4. Morgenstreich czyli karnawał po karnawale w szwajcarskiej Bazylei

Morgenstreich to wielka parada, która odbywa się nad ranem w poniedziałek (o godzinie 4 rano) 5 dni po Popielcu, a więc już oficjalnie podczas postu. Ta parada wpisana jest na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. A na czym dokładnie polega Morgenstreich – opisałam tutaj:

Marlenka i stramberskie uszy. Słodka promocja Czech:

Marlenka to miodowy, smaczny torcik. Można znaleźć go w Polsce w niektórych kawiarniach, czasami w marketach. Ale najczęściej w Czechach. Na czeskim Śląsku to ciastko symbol. I trudno uwierzyć, że jego produkcja zaczęła się już w XXI wieku, kiedy pewien Ormianin osiedlił się w miasteczku Frydek-Mistek i zaczął piec i sprzedawać ciasto, oparte na „starej ormiańskiej recepturze”. Ten Ormianin nazywał się Gevorg Avetisjan, rzecz działa się w 2003 roku, a Marlenka to imię córeczki biznesmena, jej portret pojawił się zresztą na opakowaniu i do dziś jest znakiem rozpoznawczym marki. Początkowo ciasto powstawało w warunkach chałupniczych, w zwykłym domowym piekarniku, dziś Marlenka to duże przedsiębiorstwo, ciągle się rozbudowujące i poszerzające ofertę, produkuje już nie tylko miodowy torcik ale także kilka innych rodzajów ciasta. A do oferty kulinarnej dołączyło nawet opcję… zwiedzania fabryki. I chętnych nie brakuje, choć wycieczki są organizowane tylko w dni robocze (w weekendy nie ma produkcji).I jeszcze jedno: firma reklamuje się, że do produkcji nie używa konserwantów ani chemicznych barwników.

Stramberskie uszy mają o wiele dłuższą historię niż Marlenka. To produkt lokalny, przygotowywany jedynie w miasteczku Stramberk. I ma historię, której początki sięgają średniowiecza i najazdów tatarskich. Legenda głosi, że kiedy w roku 1241 tę część Europy najechali Mongołowie, oblegali także Stramberk. Schronieni na zamku mieszkańcy modlili się o cud. I ten się zdarzył, po ogromnej ulewie przybyło tyle wody, że Tatarzy potopili się, a pozostały po nich jedynie worki pełne uszu, obciętych wcześniej chrześcijanom, których mordowali podczas swojego marszu przez Europę. Tak więc smaczne pierniczki ze Stramberka swój kształt zawdzięczają właśnie tej legendzie.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Stramberskie uszy można kupić w wielu miejscach w Stramberku i okolicy. Wielu tutejszych rzemieslników zajmuje się ich wypiekaniem, a charakterystyczny korzenny zapach snuje się z wielu domostw. Kiedyś w kazdym domu w Stramberku warzono piwo, teraz więcej tu cukierników niż piwowarów…

Moje dwa ulubione eksponaty w muzeum Tatry w Koprzywnicy to model na płozach, przygotowany w roku 1942 dla armii niemieckiej (niebiesko-biała Tatra V755) oraz wielki karawan, którym na przełomie lat 80 i 90. ubiegłego wieku poruszała się grupa podróżników w ekspedycji dookoła świata.

Czytaj dalej