Portmoneum w Litomyślu. Fot. Destinační společnost Českomoravské pomezí”.

Portmoneum to jedno z najoryginalniejszych miejsc w Litomyślu (Wschodnie Czechy, kraj pardubicki). I choć do miasta przyjeżdża się głównie dla jego zabytków wpisanych na listę UNESCO (zamek i kompleks zamkowy), to niepozorne Portmoneum (adres: ul. Terézy Novákovéj 75)  zdecydowanie należy zobaczyć.

Nazwa Portmoneum pochodzi od nazwiska właściciela domu – Josefa Portmana, ale to nie on jest głównym bohaterem tego miejsca, ale Josef Vachal, bardzo ciekawy czeski artysta.

Dwa pomieszczenia w domu przy ul. Terézy Novákovéj w latach 1920 -1924 zostały bardzo oryginalnie ozdobione przez Josefa Vachala. Właściwie w całości – ściany, sufity, meble – pokryte malowidłami. Bardzo dziwnymi i oryginalnymi. Można tu znaleźć m.in. motywy chrześcijańskie ale także hinduistyczne czy  buddyjskie. Widać zainteresowanie autora okultyzmem. Ekspresjonistyczne ostre kolory, mnogość motywów, w tym duchy, demony, diabły, duża powierzchnia obrazów – potrzeba dużo czasu, żeby pośród chaotycznych na pierwszy ogląd  elementów odnaleźć sens całości, odczytać symbolikę.

Josef Vachal w ten oryginalny sposób udekorował dwa pomieszczenia, ale w Portmoneum znajdziemy również wystawę poświęconą innym dziełom artysty, pamiątki, zdjęcia, obrazy i książki. Poznamy historię tego miejsca i znajomości Vachala z Portmanem.

Kim był Josef Vachal?

To grafik, rzeźbiarz, malarz i ilustrator książek (1884-1969) Kiedy zaczynał tworzyć, w najlepsze rozwijała się secesja i ten nurt znajdziemy także pośród prac  Vachala. Potem zafascynował się ekspresjonizmem. Kiedy weszłam do pomieszczeń Portmoneum , pomyślałam, że to co widzę ma coś wspólnego z malarstwem Teofila Ociepki, czołowego przedstawiciela śląskiej Grupy Janowskiej (okultysty). Istotnie, kiedy zaczęłam czytać o fascynacjach Vachala dowiedziałam się, że i jemu okultyzm był bliski. I jeszcze malarstwo naiwne.  Najważniejsze prace Vachala pochodzą z okresu pomiędzy pierwszą a drugą wojną światową (Czesi nazywają te lata okresem pierwszej republiki). Po drugiej wojnie artysta żył w zapomnieniu. Odkryto go ponownie po roku 1989. W roku 1993 powstało muzeum mu poświęcone – Portmoneum.

Z wykształcenia był księgarzem ( 4 lata terminował  w praskiej księgarni Waitzmanna, wtedy, na przełomie wieków, popularnej). Potem m.in. uczył się w malarskiej i graficznej szkole Aloisa Kalvody, także w Pradze.  Był związany z artystyczną grupą Sursum. Pierwszą wojnę spędził jako żołnierz na froncie.

Jako artysta był ilustratorem książek, eksperymentował z kolorowym drzeworytem (te prace można obejrzeć w Portmoneum), ale jego twórczość przypomina się także w muzeum lalek teatralnych w Chrudimiu (miasto niedaleko Pardubic), więc lalkarstwem też się zajmował…

Kim był Josef Portman (1893 – 1968)?

To urzędnik, drukarz, bibliofil i kolekcjoner sztuki. Zafascynowany twórczością Vachala. Powierzył przyjacielowi  wykonanie fresków w swoim domu przy ul. Terézy Novákovéj 75.  Portman planował utworzenie muzeum Vachala (Vachaleum), ale po tym jak Vachal pozwolił sobie sportretować przyjaciela w książce „Krvavý román” (1924, sfilmowany w 1993 r. na domu nr 127 przy rynku w Litomyślu znajduje się kilkanaście sgraffiti ilustrujących dzieło), ich przyjaźń się zakończyła. Portman był tam przedstawiony w niezbyt pochlebny sposób.

W swojej drukarni drukował egzemplarze bibliofilskie.

Ulica J. Vachala Fot. Destinační společnost Českomoravské pomezí”.

Co po śmierci Portmana?

Kilka lat po śmierci Portmana, w 1975 r. w dom uderzył piorun, wybuchł pożar, a freski Vachala prawie całkowicie zostały zniszczone. W 1991 roku zaniedbaną nieruchomość kupił Ladislav Horacek, założyciel wydawnictwa Paseka, także wielki wielbiciel Josefa Vachala. Restauracja fresków Vachala była bardzo żmudna i skrupulatna.Zdejmowano je małymi fragmentami, zabezpieczano i uzupełniano zniszczone tynki, a następnie nakładano z powrotem. I tak, kawałek po kawałku, otworzono całość.  W 1993 roku muzeum jako Portmoneum udostępniono zwiedzającym.  

Po śmierci Ladislava Horáčka dom został kupiony w 2016 roku przez samorząd kraju Pardubice, obecnie administruje nim Muzeum Okręgowe  w Litomyślu.

A czym oprócz Portmoneum  zachwyci cię Litomyśl?

1. Renesansowy pałac Pernstejnów (na liście światowego dziedzictwa UNESCO)

2. Muzeum Bedrzicha Smetany (czołowy czeski kompozytor, autor m.in. „Sprzedanej narzeczonej” urodził się w Litomyślu)

3. Stała wystawa kilkudziesięciu rzeźb Olbrama Zoubka (1926 –2017), wybitnego czeskiego rzeźbiarza, autora m.in. pomnika ofiar komunizmu w Pradze

4. Odrestaurowany barokowy kościół Odnalezienia Krzyża Świętego, dawne klasztorne ogrody i inne zabudowania zakonu pijarów (w jednym z nich mieści się muzeum regionalne)

5. Rynek z podcieniowymi kamieniczkami

Karnawał w tym roku wyjątkowo długi. Popielec dopiero 5 marca, zostało jeszcze trochę czasu, żeby zaplanować nie tylko bal, ale i niebanalne, z przytupem pożegnanie karnawału. Można łączyć z zimowym wypadem na narty (Szwajcaria, Czechy), czy dla tych, którzy wolą wygrzewanie się na słońcu , z prawie letnim słonecznym urlopem (prawie, bo Madera o tej porze roku to wprawdzie około 20 stopni ciepła, ale silne wiatry atlantyckie sprawiają, że na kąpiel w morzu nie ma co liczyć).

Karnawał w stylu karaibskim (prawie jak w Rio de Janeiro), korowody masek z Laufrem na czele, wypchane słomą grubasy biegające po ulicach, straszydła w skórach i z drewnianymi maskami na głowach, orkiestry Guggenmusik, czy wreszcie demoniczny pochód Morgenstreich. Zobaczcie, gdzie i kiedy można spotkać te atrakcje.

1. Karnawał na Maderze

Madera to wyspa na Atlantyku, należy do Portugalii. Każdego roku w ostatnie dni przed Popielcem odbywa się tam karnawałowy pochód na wzór imprez karaibskich. Główną promenadą nadmorską przez kilka godzin w rytm muzyki przechodzą kilkudziesięcioosobowe grupy tancerzy – miejscowe szkoły samby. Wzdłuż trasy przemarszu ustawiają się oklaskujący ich widzowie – miejscowi i turyści, którzy na ten dzień specjalnie przylatują albo przypływają na wyspę . W tym roku impreza odbywa się w pierwszych dniach marca, a jak było rok temu, można zobaczyć pod linkiem poniżej:

http://blogi.dziennikzachodni.pl/dziwnytenswiat/tag/madera-karnawal-2018/

2. Przebierańcy w Czechach Wschodnich (kraj pardubicki)

Korowody karnawałowe w okolicy Hlińska we wschodnich Czechach (woj. pardubickie) odbywają się podobno od średniowiecza (choć ich rodowód jest nawet przedchrześcijański), a od 2010 roku wpisane są na listę światowego niematerialnego dziedzictwa ludzkości UNESCO.  Kolorowych przebierańców można spotkać we wsiach w okolicy Hlińska każdego roku pomiędzy świętem Trzech króli a Popielcem, Wędrują od domu do domu, od gospodarzy oczekując rozgrzewającego poczęstunku, od gospodyń słodyczy (od panów dostają zwykle wódkę, od pań tradycyjnie pączki). Od wielu lat karnawałowe obrzędy pokazywane są także w skansenie Vesely Kopec (Wesoły Kopiec). I tam dostępne są dla turystów. W 2019 roku  takie pokazy odbyły się 2 lutego, ale można je będzie jeszcze zobaczyć – 16 lutego w Hamrach, a 2 marca w Vortovej.

W karnawałowym korowodzie w rejonie Hlińska biorą udział określone postaci. Każda ma przypisaną sobie rolę, każda ma ściśle określony kostium. Role przekazywane są zwykle z pokolenia na pokolenie. Syn zastępuje ojca, wcześniej chodził dziad, pradziad.  Korowód prowadzi Laufer – mężczyzna ubrany w kostium składający się tylu łat, ile jest dni w roku. Do tego wysokie czarne buty z cholewami (tzw. oficerki), pod szyją koronkowa kryza. Na głowie wysoka czapka z bibułkowymi dekoracjami. W tym roku w tej roli zadebiutował Dawid, choć – jak przyznał- nie był to jego debiut w korowodzie. Wcześniej, przez kilka lat był Turkiem, a karnawałowe kompanie obserwował od dziecka: chodził w nich jego dziadek i stryj. Laufrowi towarzyszy małżonka, jedyna kobieta w tym towarzystwie, (czerwony kostium, ostry makijaż, koszyk do którego zbiera prezenty). Potem jest czterech Turków (obowiązkowo czterech i ważne, żeby byli to młodzi niezamężni mężczyźni), a dalej kominiarze z twarzami umalowanymi na czarno. W ich rękach znajduje się jeden z ważniejszych rekwizytów – czarna maź, którą malują twarze napotkanych kobiet (to na szczęście), koniki , których kostiumy trochę kojarzą się nam z krakowskim lajkonikiem, dalej Żydzi, słomiane chochoły.

Scenariusz korowodu jest dosyć prosty: starosta wsi  do którego trafia grupa (a w wypadku skansenu Vesely Kopec jego szefowa Ilona Vojancova, na tę okazję także specjalnie wystrojona w ludowy strój) wita przebierańców i na ten jeden dzień przekazuje im swoją władzę. Potem pochód rusza od domu do domu. Turcy wysoko skaczą i tańczą, kominiarze szukają dziewczyn, które można wysmarować mazią, gospodynie starają się wyrwać choćby słomkę z kostiumu chochoła (też na szczęście). A temu wszystkiemu towarzyszy jeszcze orkiestra dęta, która wesoło wygrywa skoczne kawałki. Finał tradycyjnie jest dosyć makabryczny – to symboliczne zabijanie i ćwiartowanie konika. Oznacza „zabicie” zimy, narodzenie się wiosny. Podczas tej ceremonii wylicza się wszystkie grzechy, popełnione jakoby przez konia, ale to zwykle doskonała  okazja do wyszydzenia niepopularnych decyzji politycznych, rozliczenie się z nielubianymi osobami ze świecznika. Program  kończy się wesołym tańcem wszystkich postaci. Wartością tych zabaw jest to, że ciągle jeszcze są organizowane spontanicznie, przez „zwykłych” mieszkańców (a nie np. zespoły ludowe). To dlatego zwyczaj trafił na listę dziedzictwa UNESCO.


3. Tschäggätty, Empaillés i Guggenmusik w Szwajcarii

Empailles z Evolene

Czeskie pochody można porównać do przebierańców spotykanych w Szwajcarii, w kantonie Wallis. W jego niemieckojęzycznej części, w czterech miejscowościach doliny Lötschental: Blatten, Wiler, Kippel i Ferden tuż przed Popielcem można spotkać Tschäggätty, stwory w futrzanych okryciach i drewnianych maskach na twarzy. Z kolei w Evolene, we francuskojęzycznej części kantonu (Vallais ) paradują Empaillés (zrobione ze słomy) w wielkich, grubych, wypchanych słomą kostiumach i Peluches – (pluszaki) I jedni i drudzy stanowią sporą atrakcję, zwłaszcza że dosyć naprzykrzają się turystom.

W Szwajcarii w ostatnie dni karnawału popularne są także kapele Guggennusik, orkiestry dęte – grające głośną skoczną muzykę, często światowe przeboje w charakterystycznej, skocznej aranżacji. Członkowie każdej orkiestry występują w specjalnych, dowcipnych kostiumach, a występ często wiąże się z choreografią. Grają na ulicach, na rynkach, wchodzą do knajpek. Spotkać ich można w wielu szwajcarskich miastach, a w Monthey (niewiele ponad 15 tysięcy mieszkańców), w dolinie Rodanu w Vallais od ponad już stu lat odbywają się festiwale Guggenmusik. Na koniec karnawału do miasteczka zjeżdżają wtedy zespoły z całej Szwajcarii.

https://dziennikzachodni.pl/laduniuk-karnawal-raz-jeszcze-tak-tez-bawi-sie-szwajcaria-zdjecia/ar/758107

4. Morgenstreich czyli karnawał po karnawale w szwajcarskiej Bazylei

Morgenstreich to wielka parada, która odbywa się nad ranem w poniedziałek (o godzinie 4 rano) 5 dni po Popielcu, a więc już oficjalnie podczas postu. Ta parada wpisana jest na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. A na czym dokładnie polega Morgenstreich – opisałam tutaj:

Marlenka i stramberskie uszy. Słodka promocja Czech:

Marlenka to miodowy, smaczny torcik. Można znaleźć go w Polsce w niektórych kawiarniach, czasami w marketach. Ale najczęściej w Czechach. Na czeskim Śląsku to ciastko symbol. I trudno uwierzyć, że jego produkcja zaczęła się już w XXI wieku, kiedy pewien Ormianin osiedlił się w miasteczku Frydek-Mistek i zaczął piec i sprzedawać ciasto, oparte na „starej ormiańskiej recepturze”. Ten Ormianin nazywał się Gevorg Avetisjan, rzecz działa się w 2003 roku, a Marlenka to imię córeczki biznesmena, jej portret pojawił się zresztą na opakowaniu i do dziś jest znakiem rozpoznawczym marki. Początkowo ciasto powstawało w warunkach chałupniczych, w zwykłym domowym piekarniku, dziś Marlenka to duże przedsiębiorstwo, ciągle się rozbudowujące i poszerzające ofertę, produkuje już nie tylko miodowy torcik ale także kilka innych rodzajów ciasta. A do oferty kulinarnej dołączyło nawet opcję… zwiedzania fabryki. I chętnych nie brakuje, choć wycieczki są organizowane tylko w dni robocze (w weekendy nie ma produkcji).I jeszcze jedno: firma reklamuje się, że do produkcji nie używa konserwantów ani chemicznych barwników.

Stramberskie uszy mają o wiele dłuższą historię niż Marlenka. To produkt lokalny, przygotowywany jedynie w miasteczku Stramberk. I ma historię, której początki sięgają średniowiecza i najazdów tatarskich. Legenda głosi, że kiedy w roku 1241 tę część Europy najechali Mongołowie, oblegali także Stramberk. Schronieni na zamku mieszkańcy modlili się o cud. I ten się zdarzył, po ogromnej ulewie przybyło tyle wody, że Tatarzy potopili się, a pozostały po nich jedynie worki pełne uszu, obciętych wcześniej chrześcijanom, których mordowali podczas swojego marszu przez Europę. Tak więc smaczne pierniczki ze Stramberka swój kształt zawdzięczają właśnie tej legendzie.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Stramberskie uszy można kupić w wielu miejscach w Stramberku i okolicy. Wielu tutejszych rzemieslników zajmuje się ich wypiekaniem, a charakterystyczny korzenny zapach snuje się z wielu domostw. Kiedyś w kazdym domu w Stramberku warzono piwo, teraz więcej tu cukierników niż piwowarów…

Moje dwa ulubione eksponaty w muzeum Tatry w Koprzywnicy to model na płozach, przygotowany w roku 1942 dla armii niemieckiej (niebiesko-biała Tatra V755) oraz wielki karawan, którym na przełomie lat 80 i 90. ubiegłego wieku poruszała się grupa podróżników w ekspedycji dookoła świata.

Czytaj dalej

Kilka banalnych rad dla tych, którzy wybierają się do Chin: głównie o podróżowaniu – bo choć o wszystkim można się przekonać samemu na miejscu, po co tracić tam czas albo się denerwować…

Moje generalne spostrzeżenie: Chiny są dobrze zorganizowane. System, który wydaje się „upierdliwy” działa jak maszynka.(patrz poniżej). Kiedy przypomniałam sobie chaos, brak informacji i kłopot z dopchaniem się do kas na dworcach w Indiach, doceniłam Chińczyków. I jednocześnie wyobraziłam sobie, jakie by było zamieszanie, gdyby ta cała masa ludzi, która codziennie przewija się przez chińskie dworce, nie była systemowo „rozprowadzona” …

1. Dworce kolejowe i poruszanie się koleją

  • Nie wejdziesz na dworzec kolejowy, jeśli nie masz ważnego biletu.
    Przy wejściu na dworzec przechodzisz przez kontrolę bezpieczeństwa – prześwietlany jest także bagaż, sprawdzany i bilet i paszport.
  • Wszystkie bilety są imienne.
  • Na większych dworcach konkretne poczekalnie dedykowane są odpowiednim peronom. I tak np. jeśli twój pociąg odjeżdża z peronu piątego, idziesz do poczekalni z numerem 5. I tylko do tej poczekalni wejdziesz. Bo znowu przed wejściem sprawdzany jest bilet. Tam czekasz na pociąg.
  • Na peron zostaniesz wpuszczony dopiero po przyjeździe pociągu. I wtedy znowu trzeba będzie pokazać bilet. Ostatni raz bilet sprawdzi konduktor, wpuszczając do wagonu.
  • Na większych dworcach na tablicach wyświetlają się rozkłady pociągów po chińsku i po angielsku, ale nie wszędzie to norma. Zapowiedzi najczęściej tylko po chińsku. Dlatego najpewniejsze jest szukanie swojego połączenia nie po nazwie stacji docelowej, ale numerze pociągu.

2.Chińska kolej dużych prędkości
1300 km w cztery i pół godziny? Tak, tyle trwa podróż np. z Szanghaju do Pekinu. Sieć linii szybkich kolei to w tej chwili w Chinach już ponad 20 tys. km, a do 2020 roku ma być ich ponad 30 tys. km. Przed wyjazdem do Chin słyszałam, że po katastrofie takiego szybkiego pociągu w Wenzhou z roku 2011, w której zginęło 40 osób, ze względów bezpieczeństwa ograniczono prędkość pociągów do 300 km/h. Ale uwierzcie – kiedy jechałam w kwietniu 2018 roku z Szanghaju do Pekinu, przez duże fragmenty trasy widziałam wyświetlaną na ekranie, umieszczonym w wagonie, prędkość oscylującą wokół 350 km/godz.
Jak podróżuje się takimi pociągami? Bardzo wygodnie. Nie ma siedzeń „tyłem do kierunku jazdy” – na każdej stacji końcowej obsługa sprawnie odwraca fotele. W każdym wagonie dostępny jest wrzątek, ale – co oczywiste – jest możliwość kupienia sobie przekąsek i napojów. Non stop kursuje pani sprzątająca. Toalety do wyboru – klasyczne sedesy „europejskie” oraz tzw. azjatyckie „kucane”.

3.Toalety
W Chinach klasyczne europejskie sedesy spotkamy zwykle jedynie w pokojach hotelowych. Bo już w hotelowych toaletach ogólnych (np. w pobliżu recepcji czy restauracji) są to najczęściej tzw. modele azjatyckie – „kucane” (miejsce na stopy i otwór ). To standard w większości toalet publicznych – na dworcach, lotniskach, w restauracjach, muzeach itp. Ale tam, gdzie są już „normalne” sedesy, nie zdziw się, kiedy będzie to supernowoczesne urządzenie z panelem jak pilot do telewizora…

4. Język
Nawet w miejscach turystycznych (albo dworcowych kasach) niewiele osób potrafi komunikować się w języku angielskim. Przyzwyczajeni jesteśmy, podróżując po Europie, że wiele słów czy zwrotów, czy to z języka włoskiego, hiszpańskiego czy angielskiego (o słowiańskich nie wspominając) potrafimy skojarzyć – w chińskim nic się z niczym nie skojarzy. Tutaj można być bezradnym. Trzeba przygotować się na niespodzianki.

5. Jedzenie i picie
Woda. Jest upał i wymyśliliście sobie wodę mineralną prosto z lodówki? Nic z tego. Zimna woda jest niezdrowa, szkodzi na żołądek – powie wam to każdy Chińczyk. Pije się wodę ciepłą.
Chleb albo bułeczki na śniadanie? Tylko gdzie je kupić… Chińczycy nie jedzą pieczywa takiego do jakiego przywykliśmy w Europie, albo nawet w Afryce. Mają makarony, mają pierożki, mają ryż, ale pszennego czy żytniego (a choćby i kukurydzianego) pieczywa nie uświadczysz. Najesz się po powrocie do Europy, a tymczasem węglowodany masz w makaronie (ryżowym).
Mleko i przetwory mleczne? A słyszałeś może, że w Chinach nie hodowało się nigdy krów (poza północą kraju). Ale mają Chińczycy swój patent – mleko sojowe i tofu. Wyobraź sobie, że tofu to taki trochę inny ser…
A propos krów: młodzi Chińczycy podobno chcą jeść wołowinę zamiast wieprzowiny (to w trosce o swoje zdrowie). Popyt rośnie tak szybko, że nie jest mu w stanie sprostać ani hodowla w Chinach, ani eksport z zagranicy. Dlatego całkiem serio prowadzi się badania (bardzo już zaawansowane) nad klonowaniem najlepszych mięsnych ras. Tak więc pewnie wkrótce Chińczycy rozwiążą problem z wołowiną nie tylko w swoim kraju…

I jeszcze coś, o czym wiedzą wszyscy, ale mało kto potrafi, czyli pałeczki
Jedziesz do Chin i chcesz „jeść na mieście”? Naucz się jeść pałeczkami. Widelec dostaniesz tylko w restauracji dla turystów. A nóż nie będzie ci potrzebny. W Chinach nie przygotowują żywności (mięsa) w dużych kawałkach. Wszystko jest rozdrobnione. To podobno wynika z kulinarnych tradycji. Kiedyś mało było opału, więc posiłki przygotowywało się tak, żeby proces trwał jak najkrócej: na dużym ogniu, smażone na tłuszczu i mocno rozdrobnione. A nie wiesz, jak zjeść zupę pałeczkami? To proste: trzymasz miseczkę blisko ust. Pałeczkami „zamiatasz” makaron, mięso i większe kawałki warzyw. Pozostały rosół wypijasz. Czasami do zupy podawane są porcelanowe niewielkie łyżki.

Podoba się wam Madera? Planujecie sobie na niej wakacje? Warto wiedzieć, że oprócz wypoczynku na plaży, leniwych spacerów promenadą, zwiedzania historycznych miasteczek, można zafundować sobie na tej wyspie całkiem niezły trekking. Bo Madera to także tysiące tras turystycznych, dla bardziej i mniej wytrwałych piechurów. Szlaki górskie i leśne oplatają swoją gęstą siecią całą wyspę, ciągną się wzdłuż lewad (to kanały doprowadzające wodę z gór do wiosek i pól uprawnych).

Czytaj dalej

Suzhou ma dwie twarze. Pierwsza, jeśli jedzie się z Szanghaju (właściwie powoli znika już granica pomiędzy tymi miastami, rozbudowując się, nieubłaganie zbliżają się do siebie) – to las kilkudziesięciopiętrowych wieżowców, lśniących szkłem i aluminium, o wyszukanym designie. Popis możliwości współczesnej architektury. Druga twarz Suzhou to malownicze stare miasto, historyczne centrum jedwabnictwa, przycupnięte nad wodą – odnogami Wielkiego Kanału Chińskiego. Wenecja Wschodu. I właśnie z powodu tych kanałów i klimatu dawnych Chin jadą do Suzhou turyści. Czytaj dalej

Wacław Furmanek na co dzień szefuje uzdrowisku w Wysowej-Zdroju w powiecie gorlickim (jest prezesem zarządu firmy Uzdrowisko Wysowa S.A.) i choć to wydaje się dziwne, jest także… generałem górniczym. ­ Tak, i mam górniczy mundur. A jestem już, z racji pełnionej funkcji i stażu generałem trzeciego stopnia. Obchodzimy tu także Barbórkę – mówi prezes i wyjaśnia, że uzdrowisko znajduje się na obszarze górniczym, a lecznicze wody mineralne, które tu są pozyskiwane, to kopaliny, stąd te górnicze związki.

Czytaj dalej

Z czego słynne są Gorlice? Mieszkańcy wymieniają jednym tchem: to tutaj w 1854 roku zapalono pierwszą na świecie uliczną lampę naftową, oraz ponad pół wieku później rozegrano jedną z najwazniejszych bitew pierwszej wojny światowej, która do historii przeszła pod nazwą bitwa gorlicka. Obydwa te wydarzenia wykorzystywane są przez miasto promocyjnie. Ostatnio głośniej było o bitwie gorlickiej, ale i był ku temu powód: okrągła, stuletnia rocznica (2 maja 2015 roku). Na tę rocznicę przygotowano wielką rekonstrukcję bitwy sprzed 100 lat (choć trzeba zaznaczyć, że rekonstrukcje bitwy odbywają się w okolicy Gorlic cyklicznie – każdego roku, a na ostatni weekend kwietnia 2018 także zaplanowano przedsięwzięcie wg specjalnie napisanego scenariusza – tym razem ma upamiętniać 100-lecie odzyskania niepodległości). Odrestaurowano także liczne cmentarze wojenne, które powstały w Małopolsce Zachodniej w związku z Wielką Wojną. Dziś tworzą historyczny szlak cmentarzy wojennych, licznie odwiedzany przez turystów.

Ostatnio Gorlice postanowiły wykorzystać także potencjał związany z mieszkającym tu Ignacym Łukasiewiczem, najsłynniejszym bodaj obywatelem miasta. To farmaceuta i wynalazca, a każde dziecko w szkole uczy się, że Łukasiewicz to twórca lampy naftowej. Łukasiewicz przeniósł się do Gorlic ze Lwowa, tu udoskonalał swój wynalazek, i to w okolicach Gorlic powstały pierwsze szyby naftowe. Na wiele lat przed Ameryką czy zatoką Perską to okolice Gorlic były naftową potęgą, i to tutaj wyrastały naftowe fortuny. Bogacili się nie tylko przemysłowcy, ale i rodziny chłopskie, spośród których rekrutowali się wiertacze. Dobrze zarabiali i byli werbowani przez „łowców głów” (wg przekazów taki werbunek odbywał się najczęściej w karczmie, gdzie najłatwiej było skusić rozochoconego alkoholem amatora jeszcze lepszego zarobku) do prac wiertniczych w całym świecie. Historie dziadków i pradziadków, którzy szli do karczmy, a potem odzywali się po kilku tygodniach lub miesiącach np. z Egiptu można usłyszeć dziś od wielu mieszkańców Sękowej czy innych wsi w okolicach Gorlic. Opowiadają też, że często te duże pieniądze i obligacje, zarobione na tych kontraktach przepadły podczas wielkiego kryzysu końca lat dwudziestych…

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Do tej naftowej przeszłości nawiązuje obecna strategia promocji Gorlic. Nie przypadkiem hasło promocyjne to: „Gorlice miasto światła”. A do ławeczki z Łukasiewiczem (przed ratuszem), jego popiersia, sali poświęconej przemysłowi naftowemu w miejscowym muzeum PTTK, repliki najstarszej lampy ulicznej, murala czy prywatnego skansenu mają dołączyć kolejne działania. (na zdjęciu głównym pokaz laserów na gorlickim rynku – też wpisuje się w strategię promocji miasta, „miasta światła).

O Gorlicach czytaj też: Gorlice podczas Wielkiej Wojny

Karnawał na Maderze. Funchal, 10 lutego 2018 roku. Parada zaczyna się o godz. 21, idzie nabrzeżem – od mniej więcej miejsca gdzie stoi pomnik Christiano Ronaldo (bożyszcze wyspy) do stacji kolejki na Monte. W sumie około kilometra. Widzowie ustawiają się już od 19, żeby mieć dobre miejsce w pierwszym rzędzie przy barierce. Trybuny z miejscami siedzącymi są tylko dla vipów. ale pogoda nie przeszkadza: jest ciepły bezwietrzny wieczór. A już się zastanawiałam, jak to będzie, kiedy zaledwie trzy dni wcześniej, w środę 7 lutego zerwała się wichura która łamała gałęzie, unieruchomiła kolejkę, zatrzymała statki wycieczkowe w porcie i kazała pozamykć szlaki turystyczne w górach. Ale podobno na Maderze tak już jest: pogoda potrafi zmienić się kilka razy w ciągu dnia.

Na karnawał przyjeżdżają tu goście z całego świata. Tutejsza parada należy do najsłynniejszych w świecie. Już wiem dlaczego. Setki uczestników, barwne kostiumy – to robi wrażenie. A najbardziej – że w paradzie na Maderze idą starzy i młodzi, grubi i chudzi…

Sobotnia parada z udziałem około tysiąca tancerzy i tancerek z kilkunastu szkół samby to tylko część, ale najbardziej spektakularna, karnawałowych uroczystości. I wcześniej, i później, aż do Popielca na całęj wyspie (choć głównie w stolicy, w Funchal) odbywają się różne eventy. Np. w poniedziałek wieczorem (12 lutego), na głównej ulicy miasta popisywali się tancerze jednej ze szkół samby, dzień później miała miejsce parada dziecięca, parady szły w Santanie…

Mówią, że oprócz sylwestra (największe na świecie, wpisane do księgi rekordów Guinnessa fajerwerki), karnawał to drugie tak spektakularne wydarzenie na wyspie.

O Maderze czytaj także: Madera: Lewada Rabacal

A o całkiem innym karnawale w Bazylei czytaj tutaj: Fasnacht