Hajer, czyli Mieczysław Bieniek, katowicki podróżnik, o którym pisałam kilka miesięcy temu (zobaczcie Hajer mówi jadymy), wrócił w końcu sierpnia ze swojej kolejnej rowerowej, samotnej wyprawy, tym razem do Rosji.


Zanim Hajer zacznie kolejną rundę spotkań ze swoimi fanami (a dorobił się ich już całkiem niemałą rzeszę), zobaczcie, jak opowiada o swojej eskapadzie przez Rosję. A jest czego słuchać. Było jak to zwykle u Hajera: brawurowo, barwnie, trochę niebezpiecznie. Dużo humoru, dużo nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności i kupa szczęścia, bo jak zwykle: wyszedł cało z sytuacji, wydawałoby się bez wyjścia. Spotkałam się z nim w redakcji Dziennika Zachodniego w ostatni czwartek:
Hajer opowiada: film wideo
Dla tych, co nie mają siły przebrnąć przez półgodzinne nagranie, krótka namiastka tego, o czym Hajer opowiada. Może po przeczytaniu wrócicie do nagrania…

O tym, jak Hajer pisał do Putina

W drodze, na rowerze spędził 117 dni. Tyle czasu zajęło mu pokonanie trasy z Katowic przez Litwę, Łotwę, Estonię, potem Finlandię na Nordkap w Norwegii (najbardziej na północ wysunięty cypel w Europie), a potem jazda wzdłuż Morza Białego do Rosji, do Murmańska, Petersburga, Moskwy, wreszcie Soczi i powrót przez Ukrainę do Polski. Razem ponad 11 tysięcy kilometrów. Wyruszył na początku maja, wrócił pod koniec sierpnia. Spał w namiocie, albo u poznanych na trasie ludzi.


– Zaczęło się od tego, że Rosjanie nie chcieli mi dać wizy na dłużej niż na miesiąc. A przecież taka wyprawa, rowerem, przez Rosję w miesiąc byłaby niemożliwa. Dlatego napisałem list, wyjaśniłem, jaki mam plan, i zaadresowałem: Władimir Putin, Moskwa, Kreml. Po miesiącu mam telefon z konsulatu z Krakowa. Proszę przyjechać po wizę – tak zaczyna opowieść o swojej rosyjskiej przygodzie Hajer. Scenariusz według recepty Hitchcocka. Najpierw trzęsienie ziemi, a potem jeszcze mocniej. Bo jeśli jedzie się rowerem, samotnie przez Rosję, śpi w namiocie, nudno być nie może.

O tym, jak Hajer bronił się przed niedźwiedziami
– Kiedy wyjeżdżałem z Murmańska, znajomi lekarze, których tam poznałem, prosili: nie jedź, to niebezpieczne, źli ludzie, niedźwiedzie. Nie ustąpiłem, dlatego zabrali mnie do cerkwi, kupili swięty obrazek i krzyżyk, a pop mnie błogosławił. Trochę się tych niedźwiedzi bałem – opowiada Hajer i dodaje, że z tego strachu pierwszego dnia bał się zatrzymać i przejechał 340 kilometrów. A potem, przez kolejne 8 nocy, kiedy próbował odpoczywać, przez cały czas stukał łyżką w menażkę. Bo tak mu poradzili znajomi: Jak zobaczysz niedźwiedzia, nie patrz mu w oczy i stukaj czymś o metalową ramę rowera.
Nie wiadomo, czy to stukanie tak zadziałało, ale niedźwiedzie dały mu spokój. Za to z ludźmi było różnie…

O tym, jak Hajer spotkał „Afgańców”
Najbardziej niebezpieczne zdarzenie Hajer przeżył jeszcze na terenie Łotwy, kiedy „zaaresztowali go” w jednej z wsi miejscowi bandyci, którzy twierdzili że są byłymi weteranami z wojny afgańskiej, teraz pozbawionymi środków do życia, bez emerytur. Oświadczyli, że rekwirują rower i cały sprzęt. – Zacząłem im opowiadać, że ja też byłem a Afganistanie, w dodatku przedostałem się przez zieloną granicę (ta historia jest opisana w jego książkach, napisał ich do tej pory dwie „Z Hajerem na kraj Indii” i „Hajer jedzie do Dalajlamy” – przyp. red.) – mówi. – A jeśli tak, to co innego, my „Afgańców” nie rabujemy – zdecydowali i jeszcze na drogę obdarowali go kilkudziesięcioma puszkami konserw (łup z jednej z ostatnich „akcji”).

O tym, jak Hajer sprawdzał budowę w Soczi
Cel, jaki sobie Hajer podczas tej podróży postawił, to dojechanie do Soczi, gdzie za kilka miesięcy będzie odbywać się zimowa olimpiada. – Dojechałem. Udało się też obejrzeć dokładnie, jak wyglądają przygotowania. Na razie wielki chaos. Nie wiem, jak oni zdążą – kręci głową Hajer i opowiada, jak dogadał się z tureckimi robotnikami i z ich brygadą wszedł na teren budowy. – Gigantyczne hotele, wioska olimpijska, drogi, obiekty sportowe, to wszystko jeszcze w rozsypce, ale jeśli zdążą na czas, a przecież muszą zdążyć, będzie to robić wrażenie. Szkoda tylko, że przy tym w ogóle nie patrzą na otoczenie, że nie próbują nawet jakoś tych gigantów wkomponować w góry, że niszczą przy tym tak środowisko – mówi.

DSC01039 DSC00994 DSC00984 DSC00971 DSC00967 DSC00947
Co go w Rosji najbardziej uderzyło? – Wielkie rozwarstwienie między miastami, takimi jak Moskwa, Petersburg czy choćby Soczi, a prowincją. Rosyjska wieś wymiera. Dosłownie. Pozostali tylko starzy ludzie, którzy mieszkają w walących się domach – mówi. Do tego jeszcze dochodzi wszechobecna korupcja, z którą zetknął się wielokrotnie.
Teraz Bieniek – Hajer przygotowuje cykl spotkań, na których będzie opowiadać o „swojej” Rosji. Ma już zaplanowane spotkania w Imielinie, Czerwionce-leszczynach, Żywcu oraz w Katowicach – na Giszowcu i w klubie Namaste. No i myśli już o kolejnym wyzwaniu – rowerowej wyprawie przez Afrykę.

Komentarze (3):

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*