Liw, czyli jak Warpechowski wykiwał esesmana Gramssa. Historia jak z filmu

Kategorie: Podróże Polska

Tagi: , , , ,

 

Liw to niewielki XV-wieczny zamek na Mazowszu (niedaleko Węgrowa), dawna strażnica na wschodniej granicy księstwa mazowieckiego. Teraz to odbudowana wieża, przed nią parterowy murowany dwór z przełomu XVIII i XIX wieku, trochę tzw. trwałych ruin wokół. W środku niewielkie muzeum. W latach 30. ubiegłego wieku były w tym miejscu tylko ruiny. I pewnie nie byłoby dziś nawet śladu po zamku, gdyby nie pewien Polak, który kiedyś tak skutecznie przekonał esesmana Gramssa, że ten nie tylko nie rozebrał ruin, ale nawet polecił odbudowę zamku.

Przejeżdżałam niedawno w drodze na Podlasie przez Liw i zwiedzałam zamek. Godzinna przerwa w podróży, tyle wystarczy na to miejsce. Muzeum niewielkie. Eksponaty ciekawe, ale podobne znajdziemy w wielu miejscach – broń, obrazy, trochę mebli. Ale jest jedna rzecz, dzięki której zapamiętam zamek w Liwie – historia, którą przeczytałam w jednej z sal.

Jej bohaterowie to Otto Warpechowski, miejscowy historyk i archeolog pasjonat i hauptsturmführer SS Ernstt Gramss, wojenny starosta powiatu sokołowsko-węgrowskiego. Gramss potrzebował materiałów do budowy obozu zagłady w niedalekiej Treblince i polecił zużyć do tego cegły z ruin zamku w Liwie. Ale wtedy zjawił się u niego Otto Warpechowski.

To człowiek, który przed wojną już pasjonował się historią i archeologią – prowadził badania archeologiczne, studiował archeologię jako wolny słuchacz, pełnił funkcję powiatowego opiekuna zabytków. Otto Warpechowski przekonał Niemca, że zamek w Liwie to pamiątka po… Krzyżakach. Ta bajka się opłaciła. Ruiny nie tylko nie zostały rozebrane, ale Gramss zainwestował jeszcze pieniądze w ich odbudowę. Kierownikiem projektu został Warpechowski. Oszustwo wyszło na jaw dopiero po dwu latach. Warpechowski musiał się ukrywać, ale udało mu się dotrwać do wejścia na te tereny Armii Czerwonej. Niestety zginął przypadkowo parę miesięcy później od kuli pijanego żołnierza radzieckiego.
A zamek? Dzięki temu, że jego resztki nie trafiły jako budulec obozu w Treblince i temu że esesman Gramss wyłożył kasę na zabezpieczenie ruin, można było wiele lat później przeprowadzić dalsze prace i odbudować dwór i wieżę, a dziś turyści, tacy jak ja, oglądają Liw i czytają historię Ottona Warpechowskiego, miejscowego bohatera, który brawurowo podszedł hitlerowców.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*