Archiwa kategorii: camino Santiago de Compostela

Camino norte, odcinek z Bilbao do Santander – subiektywnie
Bilbao to największe miasto Kraju Basków, wspólnoty autonomicznej na północy Hiszpanii, w samym kącie Zatoki Biskajskiej, stolica prowincji Bizkaia. – Ja nie jestem Hiszpanką, jestem Baskijką – usłyszałam w Bilbao w parku od starej kobiety, ćwiczącej na rowerku w siłowni pod chmurką, ciekawej skąd przyjechaliśmy. Podobne deklaracje można usłyszeć w Kraju Basków na każdym kroku. Mieszkańcy bardzo wyraźnie podkreślają swoją odrębność.
Wróciłam do Bilbao w sierpniu 2016 roku, kontynuując tutaj przerwaną rok wcześniej wędrówkę po camino norte – camino nadbrzeżnym (tamta relacja znajduje się TUTAJ – CAMINO NORTE OD IRUN DO BILBAO).
Kraj Basków zresztą wkrótce opuściłam. Bo camino norte zaczyna się w Kraju Basków, a potem dalej ciągnie się przez Kantabrię, Asturię i dalej…  Ja ten odcinek skończyłam w Santander w Kantabrii.

W Santiago de Compostela (dojechałam tam z Santander autobusem) od spotkanego Polaka, caminowego wyjadacza (mówił ze idzie już czwarty raz) usłyszałam, że pewnie miałam na norte dużo mgły i deszczu, bo podobno tam tak jest. Nie wiem, jak jest o innych porach roku, ale w lipcu roku ubiegłego i pierwszej połowie sierpnia 2016 – było ciepło i słonecznie. Dla mnie nawet za ciepło. Deszcz padał pierwszego dnia w Bilbao i krótko po południu kiedy byłam w Laredo. Poza tym pełne słońce już od 8 rano, a w południe patelnia. Wieczory też ciepłe.Rano żadnej mgły.

A to moje spostrzeżenia praktyczne, może okażą się pomocne:
Bilbao. Łatwo tu dolecieć z południa Polski – np. KLM-em z Krakowa z przesiadką w Amsterdamie i trzema godzinami pomiędzy lotami (to bezpieczny czas na przesiadkę). Nocleg, ten pierwszy, zarezerwowałam wcześniej w hostelu Ganbara w samym centrum starego miasta. Potem już nigdy nie korzystałam z hosteli, ani nie rezerwowałam noclegów wcześniej. Po prostu szłam trasą i ewentualnie ustawiałam się w kolejce do albergue. Zawsze na miejscu byłam około godziny 13 – 14. O tej porze w pierwszej połowie sierpnia pod albergue (otwierane najczęściej o godz. 15) było już kilkanaście osób. A w momencie otwarcia – komplet. Kto chce wędrować niespiesznie, przychodząc później, musi mieć  żelazne nerwy i liczyć na łut szczęścia, albo być gotowy na nocleg pod chmurką lub w droższym hostelu.
Portugalete. Pierwszy etap za Bilbao. Szłam nie oficjalnym szlakiem, ale wzdłuż rzeki aż do słynnego podwieszanego mostu (właściwie to coś na kształt promu na linach, bardzo ciekawa konstrukcja z końca XIX wieku, atrakcja turystyczna).
Albergue w budynku koło kościółka, 30 miejsc do spania w dwóch salach, jeden prysznic dla wszystkich, jedna ubikacja męska i jedna damska, wirówka, w kuchni mikrofalówka, trochę naczyń, duży stół, automat z napojami. Mimo tej mizerii nie czuje się ścisku, wspólna przestrzeń obszerna. Opłata – donativo.
Portugalete to urocze miasteczko, jest gdzie spacerować i zjeść.
Pobena, Pobenia (pisownia hiszpańska Pobeña). Albergue municypalne. Także donativo. Bez kuchni. Zaleta: blisko plaża. W miejscowych barach można dobrze i tanio zjeść. Warto o tym pamiętać rano, bo wyjście bez śniadania może skończyć się wędrówką na czczo aż do przedmieści Castro Urdiales (już w Kantabrii)
Castro Urdiales – żeby dotrzeć do albergue trzeba przejść przez prawie całe miasto, a kiedy zobaczy się po lewej arenę do walk byków to znak, że jesteśmy u celu. W albergue jest tylko 16 miejsc, ale prawie drugie tyle w namiotach na podwórku. Mimo to nie dla wszystkich wystarczyło. Niektórzy poszli kilka kilometrów dalej, spotkaliśmy ich następnego dnia.
Castro Urdiales to bardzo ładne, stare miasto. Turystyczne. Kilka plaż w samym mieście, wszystkie z ratownikami, zatłoczone i gwarne. Podczas kąpieli uwaga na podwodne skały!
I jeszcze uwaga o albergue. W pierwszej chwili nie zauważyłam w kuchni… kuchni. Była schowana. Potem hospitaliero wyciągnął ją gdzieś z zakamarków, ale na zakupy i gotowanie było już za późno. Dość późno odkryłam też supermarket dosłownie 50 metrów od albergue (trzeba iść dalej ulicą, za albergue, na trasie camino). Jeszcze inne plusy? Łatwo wysuszyć pranie, dużo możliwości na zewnątrz i jest wirówka. Cena za schronisko 5 euro.
El Pontarron de Guriezo – od Castro  Urdiales około 13 km (trasa w większosci wzdłuż wybrzeża, widoki ekstra). Schronisko widmo we wsi, gdzie nie ma niczego (oprócz baru, w którym dopełnia się formalności). Albergue było otwarte i puste. Kilkanaście piętrowych łóżek, łazienka z jedną ubikacją i prysznicem w części sypialnej i podobnie po drugiej stronie w części kuchennej. Zero wyposażenia. Kilka plastikowych miseczek, ekspres do kawy, mikrofala. Do prania wirówka i suszarka na podwórzu. Brudno. Donativo, ale nie warto. Warto iść dalej. Jeszcze jedno: 2 kilometry od schroniska we wsi (Rioseco) jest duży market.
Dla tych co pozostali: następnego dnia mogą iść trasą krótszą do Liendo, cofając się od schroniska w kierunku baru, przechodząc przez most i idąc cały czas drogą, albo iść na trasę dłuższą o ok. 6 km ale ciekawszą – jak do supermarketu do Rioseco, po kilkuset metrach w okolicach przystanku wejdziemy na szlak.
Laredo (ok. 15 km krótszą drogą z El Pontarron). Ciekawie robi się dopiero za Liendo, wcześniej nie tylko cały czas pod górkę, ale w dodatku wzdłuż szosy. Potem też pod górę, ale jakie widoki…
Polecam nocleg w Casa de Trinidad – w czynnym klasztorze. Cena 10 euro, w pakiecie kolacja i śniadanie, ale…
W przewodniku znalazłam info, że siostry mają 12 miejsc. To nieaktualne, mają ich o wiele więcej – te 12 miejsc jest na piętrze, w pokojach 2-osobowych i jednej czwórce (kuchnia, łazienka), ale są też miejsca na parterze tuż za furtą i w drugiej części – na piętrowych łózkach. W sumie kilkadziesiąt.
Przy meldunku informacja o mszy o 19 i o wspólnym muzykowaniu a potem wspólnej kolacji. Tak było. Najpierw msza, potem ksiądz zaprosił wszystkich pielgrzymów do przodu, każdego indywidualnie błogosławił, potem siostry zakonne prowadziły wszystkich do sali, gdzie każdy dostał śpiewnik, siostra wzięła gitarę, druga bębenek i zaczęło się śpiewanie. Pół godziny. Potem każdy dostał talerz zupy od sióstr, a reszta to była zrzutka produktów od pielgrzymów. I tak jeden z Hiszpanów ugotował jakąś zupę, było kilka sałatek, ciasto, itp. W sumie więcej niż daliśmy radę zjeść ( w kolacji wzięło udział około 30 osób). Rano śniadanie: biszkopt, kawa.
Plażą (zapomniałam napisać że w Laredo jest ogromna, długa i szeroka plaża) do Santonii (na końcu plaży mała przeprawa barką – za 2 euro). Potem przez Santonię, znowu wzdłuż morza, plażą, przez małą górkę – tylko 100 metrów przewyższenia, ale stromo, więc masakrycznie, zwłaszcza że to taka górka wydma, więc przy zejściu ślisko, ścieżka wąska a wokół kłujące krzewy.
Za górką – kolejna plaża, prowadząca aż do miejscowości Noja. Tu albergue prywatne – 10 euro – na dole bar. W barze menu ok., ale albergue nie z tej epoki (tylko prysznice i ubikacje odnowione, reszta stara i brudna). Noja to miejscowość letniskowa, duża (bardzo duża) ładna plaża, ciekawe miasteczko.
Guemes. Najlepsze albergue na moim tegorocznym camino. Ponad 100 miejsc w barakach i domkach w ogrodzie, ale ogród ogromny, jest miejsce na relaks, biblioteka, świetlica (tam spali też ci, którzy przyszli późno), jadalnia… Kuchnia niepotrzebna, bo wszyscy dostali i obiad około 14, i kolację i śniadanie. Donativo.
Przed kolacją wykład na temat historii i filozofii prowadzenia tego albergue (to nie tylko albergue camino de Santiago, ale camino de la vida). Co to za miejsce, polecam poczytać TUTAJ
Santander – albergue blisko katedry – najgorsze na moim tegorocznym camino. 10 euro, ciasno. Przede wszystkim ciasne toalety. Kilkadziesiąt osób i 2 prysznice, jedna umywalka i 2 toalety dla kobiet, tak samo dla mężczyzn. Wszystko na przestrzeni chyba 6 metrów kwadratowych. Do toalet drzwi harmonijkowe, bo normalne by się nie zmieściły.

Krótkie te moje etapy? To prawda. Nie biegnę już po 30 km jak za pierwszym razem 8 lat temu na camino francuskim. idę nawet wolniej niż 3 lata temu na camino portugalskim.(opis znaleźć można TUTAJ). Nie ja jedna. Podobne etapy wyznacza sobie około połowa podróżujących, których spotykam regularnie każdego dnia w albergue. Pochlebiam sobie, ze zwykle oni mają po dwadzieścia parę lat, a ja ponad dwa razy więcej.  Bo na camino niekoniecznie chodzi o to, żeby przebiec 500 km w trzy tygodnie, nie bardzo nawet pamiętając mijane miasta i miejsca, wpadając do albergue u kresu sił, padając na łózko, a potem zrywając się o piątej rano i pędząc dalej. Ale tacy pielgrzymi też są. I jest ich wcale niemało. Mój sposób ktoś nazwał na forum caminowym spacerkiem. Może i tak. Ale to mój wybór. Za rok pójdę dalej. Tak daleko jak mi wymiar mojego urlopu i zdrowie pozwoli (pewnie znowu tydzień, 10 dni).

Polecam mój tekst o Finisterze. Jest TUTAJ – Finisterra, koniec świata

Cabo Finisterre albo po galicyjsku Cabo Fisterra – taka jest oficjalna nazwa niewielkiego przylądka w północno-zachodniej Hiszpanii (w Galicji). W dosłownym tłumaczeniu -„koniec ziemi”. To miejsce kultowe dla wszystkich caminowiczów, czyli tych, którzy idą pieszo którąś z dróg św. Jakuba (camino) do Santiago de Compostela.

Czytaj dalej

Camino portugalskie: gdzie spać

Camino portugalskie jest coraz popularniejsze wśród Polaków, wybierających pieszą pielgrzymkę do Santiago de Compostela. Szczególnie dla tych, którzy trasę francuską mają już za sobą.
O moim camino z Porto do Santiago pisałam obszerniej tuż po powrocie w sierpniu 2013 tutaj: moje camino portugalskie

Czytaj dalej

Camino portugalskie to mniej popularna od camino francuskiego wersja szlaku do Santiago de Compostela. W pierwszej połowie sierpnia przeszłam pieszo około 220 kilometrów z Porto (Portugalia) do Santiago de Compostela (Hiszpania). Zajęło mi to 11 dni.

Czytaj dalej