Miesięczne archiwum: Lipiec 2013

W co bawiliście się w dzieciństwie? Byliście Jankiem, Gustlikiem albo Marusią? Ja też. Ale byłam również Winnetou.

Dlaczego blog o książkach? Z niedowierzania. Z ostatniego raportu Raport Biblioteki Narodowej (jest przygotowywany co dwa lata) wynika, że 56 proc. Polaków w ciągu roku nie przeczytało ani jednej książki, a w ciągu miesiąca tylko 54 proc. sięga po wymagające choćby dziesięciu minut skupienia artykuły w gazetach i portalach internetowych. No więc ja nie przyjmuję tego do wiadomości. Regularne, psychologiczne wyparcie. Nie zgadzam się na świat bez książek. I o nich będzie ten blog.

W co bawiliście się w dzieciństwie? Byliście Jankiem, Gustlikiem albo Marusią? Ja też. Ale byłam również Winnetou. Dlaczego? „Najbardziej oczywiste kryterium, które narzucał nam wizerunek Winnetou, było wprost etyczne. Nie chodziło o zwinność, spryt, waleczność czy sokoli wzrok (tak, umiał dostrzec z kilkuset metrów włócznię zawieszoną na drzewie). Winnetou przekazywał wartości podstawowe: wierność, szczerość, prawość, sprawiedliwość, szlachetność”. Tak twierdzi Marek Bieńczyk i ja się z nim zgadzam. Bieńczyk pisze o tym w „Książce twarzy”. To zbiór esejów, w których występują i May , i Chandler („Bogart pokazał, że noszenie kapelusza w innym celu niż egzystencjalny, dla samego choćby piękna, mija się z celem”), i Coetzee, i Deyna, i Mickiewicz, i Górski, i setki innych osobowości z wczoraj i dziś. Ale pisze też o tym, jak na obrazach snuje się światło, i o winie („Wino jest tą symboliczną materią, która rozpuszcza egoizm jednostki na rzecz grupowego współistnienia”).

Bieńczyk jest największym w naszej literaturze współczesnej erudytą gawędziarzem. Opowiada tak, że świat zaczyna pachnieć, lśnić i rozbrzmiewać. On jest totalnym samkoszem, dosłownie (świetne „Kroniki wina”) i w przenośni („Szybko i szybciej – eseje o pośpiechu w kulturze). Za „Książkę twarzy” Marek Bieńczyk dostał trzy tygodnie temu Nagrodę Nike, najważniejszą w Polsce nagrodę literacką. Bardzo zasłużenie.

A wracając do Winnetou, to moja z nim przygoda omal nie zakończyła się grupową zbrodnią. Cztery sześciolatki (wszystkie byłyśmy Winnetou) złapały bladą twarz (nasz równolatek z ulicy), przywiązały go do wielkiej gruszy i zamierzały spalić na stosie. Zbieranie chrustu na podpałkę przerwała nam moja nieżyjąca już babcia, która usłyszała przeraźliwy wrzask bladej twarzy. Mięczak!