Miesięczne archiwum: Grudzień 2013

12 rozmówców. Przed rokiem, kiedy książkę wydano (wciąż dostępna w księgarniach internetowych), mieli w sumie 1005 lat. Co może powiedzieć o życiu statystyczny 84-latek? Że starość się Bogu nie udała? Że artretyzm, osteoporoza, zaćma, otępienie i wykluczenie? Może. Ale jeśli rozmówcy nie są statystyczni, to toczą się dyskusje fascynujące, dogłębne i intensywne. Justyna Dąbrowska w książce „Spojrzenie wstecz. Rozmowy” zapytała o konfrontację z czasem niezwykłe osoby. Dlatego powstała publikacja unikatowa.

Czytaj dalej

W ubiegłym roku przyznał, że cierpi na chorobę Parkinsona. To „podstępna  franca” jest. Postępująca, degenerująca i nieuleczalna. Jak z nią żyć? Fizycznie wolniej, umysłowo intensywniej.  Efektem walki Jerzego Pilcha  o słowa i myśli jest „Drugi dziennik”. To pierwszorzędna  literatura. Tak dobra jak każda z jego 20 książek. A może nawet trochę lepsza.

Drugi-dziennik-21-czerwca-2012-20-czerwca-2013_Jerzy-Pilch,images_product,17,978-83-08-05282-2

Nie, nie, bez obaw. Tu nie ma żadnego biadolenia i utyskiwania. W tej książce jest tyle co zwykle ironii, dystansu, humoru, uszczypliwości i erudycji. Naddatkiem jest walka. Konsekwentny sparring z parkinsonem. To, że powoli traci się kontrolę nad własnym ciałem, jest przerażające, ale to, że powoli traci się kontrolę nad umysłem, jest dla Pilcha nie do przyjęcia. Stawką w tym przypadku jest pisarstwo. To, co go stworzyło. Dlatego przyznaje:

„Tak, tego się boję – utraty polszczyzny, jedynego języka, jakim  porozumiewam się ze światem, tak, tego się boję – utraty zachwytu dla literatury polskiej, jedynego zachwytu, który dalej rośnie; tak, tego się boję – utraty uczucia do nosówek, jedynej miłości, która darzyła cię bezwarunkowo krystaliczną wzajemnością, jedynej miłości, której nigdy nie zdradziłeś.”

Pozostaje zatem trening. Trening myśli. Barnes, Babel, Márquez, Horacy, Nietzsche, Dostojewski, Mann, Miłosz, Herbert, Czechow, Grass, Roth, Lechoń, Camus, Márai…  W „Drugim dzienniku” Pilch brawurowo żongluje dziełami klasyków wielkiej literatury. Błyskotliwie komentuje rzeczywistość. Grunt pozostaje więc nietknięty.

Ale są jeszcze imponderabilia. Niestety, tknięte. „Godzinne i niezakończone tryumfem zapinanie koszuli. Heroiczna próba zakręcenia butelki coca-coli…”. Nie ma w Pilchu na to zgody. Przynajmniej formalnej. Pewnie dlatego czasem pisze w osobie trzeciej. „Nie w głowie mu choroba – musiał kupić sobie laskę. Nagle ciało ogarnęła niestabilność nagle jakby utrzymujących równowagę wnętrzności znacząco ubyło.” Jednak opozycja:  tworzę – ja, choruje – on, jest nie do obronienia. Przed samym sobą zwłaszcza. Pilch szuka wśród swoich byłych kobiet takiej, której mógłby teksty dyktować. Pytał panią A, B, C… doszedł do M. Bez powodzenia. Cóż, może od M do Ż?

Póki co autor jakoś sobie radzi. Wbrew wrażeniu, jakie niechcący można odnieść po przeczytaniu tego bloga, Pilch w dzienniku serwuje dużo historii pozachorobowych. Na przykład o tym, jak babka Czyżowa i Ania od Kocięłłów umierały ze śmiechu, o tym jak Jurkowi z Poczty świat się zawalił, czy o piłce nożnej –  tematyce w przypadku Pilcha oczywistej.

W tej książce Pilch wielokrotnie zresztą zarzeka się, że o chorobie wspominać nie będzie. Potem to odszczekuje, bo jeśli dziennik ma być szczery, to autor musi pisać o sprawach dla siebie najważniejszych. „Kroniki dochodzenia do bezwładu jednak nie uniknę – wstyd nie wstyd, nuda nie nuda – idzie o w miarę dokładne uchwycenie momentu zapaści. Zapaści w analfabetyzm”.

W pewnym momencie pisze tak: „Generalnie ludzie umierają w ten sposób, że są, a potem ich nie ma”. Nie ma, ale jakby jednak są. Bo co niby zmarły Henryk Bereza robił w jego kuchni? I śmieszno, i straszno.

„Drugie dzienniki” całkowicie spełniają Pilchową intencję, zapisaną gdzieś na początku książki: „Nie ma najmniejszego powodu, by choroba nie przypominała dobrze opowiedzianej historii.” Nie czytać jej to strata.