Miesięczne archiwum: Luty 2014

Dwie książki o tych samych czasach. Dwie zupełnie inne książki. Jeśli ktoś chce przypomnieć sobie, albo dowiedzieć się, jak się żyło w kultowych już latach 60., powinien przeczytać obie. Choćby po to, żeby nie dać się zwieść mitologii czasu. Pierwsza pozycja to „Seks, sztuka i alkohol. Życie towarzyskie lat 60.” Andrzeja Klima.

seks-sztuka-i-alkohol-zycie-towarzyskie-lat-60-p-iext23401830
Książka pokazuje, jak wyglądał polski high life w siermiężnych czasach gomułkowskich. To w zasadzie dość lekka lektura. Warszawsko-krakowscy  (głównie) celebryci na tle politycznym dekady. Plotki i fakty z życia ówczesnych idoli, ale też ważnych twórców kultury.

Kogóż tu nie ma? Łazuka, Maklakiewicz, Himilsbach, Iwaszkiewicz, Hłasko, Osiecka, Rodowicz, Olbrychski, Kobiela, Tyszkiewicz, Głowacki, Cybulski, Młynarski, Skolimowski, Jędrusik, Dygat… Setki  nazwisk, wspomnień, zdarzeń i anegdot. Przy okazji Klim dopisuje komentarze do kilku mocno zakorzenionych anegdot:

„Legenda głosi, że widząc na ekranie telewizora wydekoltowaną  Kalinę Jędrusik, Gomułka rzucił ze złości w odbiornik kapciem (według inne wersji popielniczką). Historię należy jednak włożyć między miejskie legendy. Po pierwsze: oszczędny do bólu towarzysz Wiesław (nawet papieros dzielił na pół z oszczędności) nigdy by niczym nie rzucił w drogi telewizor, po drugie: nie nosił w domu kapci, gdyż jeszcze przed wojną był ranny w nogę i nawet w domu nosił specjalne obuwie”.

Romanse, układy, skandale, imprezy. Cóż, naszperał się autor w archiwach, co od razu rzuca się w oczy, bo samej bibliografii są cztery strony.

Druga książka to „Lata sześćdziesiąte. Twarze kontrkultury” Jenny Diski. Świetna rzecz. Znakomicie napisana, znakomicie przemyślana. Diski, brytyjska pisarka (rocznik 1947), opisuje swoją młodość z perspektywy półwiecza. Taki dystans daje szansę na konfrontację dwóch odległych epok. Wnioski są bolesne, ale to za chwilę. Na początek o tym, jak się żyło „dzieciom kwiatom”.

lata-szescdziesiate-d-iext23521821

„Byliśmy bandą ćpunów rozpustnych i hedonistycznych. Leżeliśmy na kanapach, ćpaliśmy, uprawialiśmy seks, słuchaliśmy muzyki, która wychwalała leżenie na kanapach, ćpanie i uprawianie seksu, i śpiewaliśmy hymny na cześć nowych, dobrych czasów”.

Bo to miały być czasy przede wszystkim inne. W zasadzie były, ale kontestacja Brytyjczyków była raczej karykaturą kontrkultury amerykańskiej.

„W Ameryce działy się wówczas znacznie poważniejsze rzeczy. Muzyka i narkotyki miały ulżyć w cierpieniu żołnierzom walczącym na wojnie bądź przypomnieć kombatantom, że ktoś inny ponosi winę za ich nieznośną egzystencję. Dla nas w Wielkiej Brytanii, bez względu na to, jak byśmy im współczuli – i jest to kluczowa różnica między nami i nimi, między naszymi i ich wspomnieniami z tych lat – jedyną wojną, w jakiej braliśmy udział, była wojna pokoleniowa” – pisze autorka.

Efekty wojny pokoleniowej widać dopiero po następcach. Kolejne pokolenie, to z lat 80., powinno odcinać kupony po rewolcie rodziców. No i odcinali. Finansowe. Innych (ideologicznych, etycznych,  politycznych, kulturowych itd.) nie było skąd brać.

„Nie podsunęliśmy nieszczęsnym masom żadnego psychodelicznego rozwiązania problemu biedy i niesprawiedliwości, przekazaliśmy im w spadku jedynie heroinę i kokainę. (…) Potem narkotykowe pokolenie lat sześćdziesiątych musiało już przyglądać się dzieciom epoki thatcherowskiej, trzydziestoparolatkom obracającym fantastycznymi sumami pieniędzy i wciągającym kokainę, by utrzymać się w transie robienia kasy. Wiem, że w latach sześćdziesiątych narkotyki wielu ludziom spierdoliły życie, ale i tak mam wrażenie, że teraz ćpa się w sposób o wiele bardziej paskudny i bezsensowny”.

Ot, złudzenia prysły. Kiedy wolność przemienia się w anarchię, budzi się prawicowy radykalizm. A to już kupon dla następnego pokolenia, tego z przełomu wieków. Tego, które będzie rządzić, zanim się obejrzymy.

Dzięki filmowi Wojciecha Smarzowskiego „Pod Mocnym Aniołem” wznowiono książkę Jerzego Pilcha pod tym samym tytułem. To pretekst wręcz idealny, bo w pierwszy weekend wyświetlania film obejrzały prawie 254 tys. widzów, co stanowi kolejny polski rekord popularności (teraz chyba pobity przez „Jacka Stronga”, ale też opowieść o superszpiegu ma gigantyczną i niespotykaną dotąd w mediach promocję). Tak czy siak, jest nadzieja, że dzięki kinowemu wzięciu po pierwszorzędną powieść Pilcha sięgną nowi czytelnicy. Warto, bo film i książkę dzieli przepaść.

Pod-Mocnym-Aniolem_Jerzy-Pilch,images_product,1,978-83-7943-466-4

„Słowo musi przeczyć nałogowi. Prawda na początku jest nietaktem, potem zniewagą, a na końcu rozpaczą” – pisze Pilch i wedle tego przykazania rozwija swoją powieść. Zaczyna się od niespiesznego popijania brzoskwiniówki przy płycie czeskiego saksofonisty tenorowego Félixa A. Slováčka i marzeń o „ostatniej przedśmiertnej miłości”, a kończy „rozczarowaniem stereotypową fabułą własnej agonii” „ po dziesięcioleciach chlania niczym bydlę nieczyste”.

Mocą książki Pilcha jest finezyjny język i stopniowanie wpływanie na butelkach żołądkowej gorzkiej w czeluść. No i postaci. Główny bohater  to Jerzy, pisarz znany i uznany (sam Pilch nazwał się kiedyś „pierwszym alkoholikiem III RP”, bo wypił w życiu „cysternę spirytusu”), po 18 odwykach na oddziale dla deliryków, które za każdym razem kończą się „wyjściem do cywila” i natychmiastowymi czterema pięćdziesiątkami pitymi w gospodzie „Pod Mocnym Aniołem”.

Ale obok Jerzego jest jeszcze cała galeria postaci z wybornie pokazanymi „delirycznymi autobiografiami”: Krzysztof Kolumb Odkrywca, który twierdzi, że „nie ma żadnej filozofii picia, jest tylko technika picia”; Pan Przewodnik Pracy Socjalistycznej, wzdychający „jak tu nie pić, gdy wszyscy piją”. Są też Don Juan Ziobro, Najbardziej Poszukiwany Terrorysta Świata, Fryzjer, Marianna, Joanna, a nawet doktor Granada „kultywujący jednooczność”.

„Chlanie wódy jest tematem tak kreatywnym, że w każdej chwili może powstać jakaś fundamentalna kwestia” – mówi Jerzy-bohater i Jerzy-autor tych kwestii fundamentalnych nie pomija. Książka „Pod Mocnym Aniołem” z całą swoją lekkością i wyrafinowaniem boli. Podobny ból zadaje jeszcze tylko jedna powieść o pijaństwie. Jest równie intensywna. To „Moskwa-Pietuszki” Wieniedikta Jerofiejewa (choć napisana w 1969 r. Ale przecież klasyka się nie starzeje!).

A film? To jest niedokończona opowieść o alkoholiku. Opowieść dobra i mocna, bo Smarzowski sam w sobie jest gwarantem wysokiej jakości. Ktoś napisał kiedyś, że w jego filmach wcześniej czy później pojawia się siekiera.  W filmie „Pod Mocnym Aniołem” też nią przywala, choćby dopisując niepilchowe zakończenia konfesji nałogowych Marianny i Joanny. Pierwsza w książce idzie w świat po tym, jak mąż ma do niej „głośne pretensje” za przepite 50 zł, a Smarzowski zamienia tę słowną urazę w brutalny gwałt. Druga zostaje wyrzucona z domu siostry po awanturze „bez powodu”, ale Smarzowski swój powód znajduje: Joanna budzi się po przepiciu unurzana w fekaliach i wymiocinach.

Co na to Pilch? Napisał po premierze tak: Zdumiewająco wierny istocie tekstu obraz jest wizją tak osobną, tak konsekwentną, tak dramatyczną, tak aluzyjną, iż powiedzieć, że jest to rzecz wybitna, to nic nie powiedzieć. Powiem tak: moja książka spokojnie sobie leży, a nawet stoi na półce z literaturą deliryczną. W kontekście wizji Wojtka Smarzowskiego klasyczne alkoholowe perły z działu „deliryka” przeniesione zostały do działu „drapieżne komedyjki”.

Niechaj tak będzie. Film Smarzowskiego to rzeczywiście „drapieżna komedyjka”. Przynajmniej w porównaniu z książką, która pozostaje epopeją o pijaństwie.

Jerzy Pilch za „Pod Mocnym Aniołem” dostał w 2001 roku Nagrodę Literacką NIKE. Gdyby wydał ją dziś, dostałby NIKE za 2014 rok.