Archiwa kategorii: Bez kategorii

Kochał Warszawę. Spacerował po Nowym Świecie i Krakowskim Przedmieściu prawie do końca. Podobno niedawno zasłabł i zatoczył się na ulicy. Policjant wziął go za menela. Tadeusza Konwickiego – jednego z największych twórców polskiej kultury. Wczoraj zmarł. Miał 88 lat.

194px-Tadeusz_Konwicki_Kancelaria_Senatu_01

Był ostatnim z wielkiej trójki. Uwielbiał przesiadywać przy „świętym stoliku” w kawiarni przy ul. Wiejskiej 12a w Warszawie, w suterenie wydawnictwa Czytelnik. Razem z Gustawem Holoubkiem i Andrzejem Łapickim. Niewielu mogło się do nich dosiąść. To był zaszczyt, bo tam toczyły się rozmowy o kulturze, o Polsce i świecie, o życiu. Tam rodziły się trendy literackie, teatralne i filmowe. Potem kawiarnia pustoszała. Przy stoliku zwalniały się miejsca.

Tadeusza Konwickiego nie wypada przedstawiać. Kto chodził do szkoły, musi znać przynajmniej „Małą Apokalipsę” albo „Kalendarz i klepsydrę”, albo choćby „Sennik współczesny”.
Kto ogląda telewizję czy chodzi do kina, na pewno widział „Matkę Joannę od Aniołów”, „Faraona” albo „Dolinę Issy”.   Napisał ponad 30 książek i scenariuszy. Nakręcił 14 filmów. Autobiograficznego niestety nie, choć jego życiorys jest gotowym scenariuszem. Dzieciństwo na Kresach, wojna, AK, Gliwice, Kraków, Warszawa. Przyjaciel m.in. Leopolda Tyrmanda, Stanisława Dygata. Elita elit. Guru dla kilku pokoleń twórców, nie tylko polskich.

Ostatnia książka Tadeusza Konwickiego wyszła 20 lat temu. W 1995 roku ukazała się powieść „Pamflet na samego siebie”. Potem mogliśmy tylko czytać rozmowy z nim (np. „Pamiętam, że było gorąco” i „W pośpiechu”)  oraz wybór tekstów rozproszonych „Wiatr i pył”.

„Nasze histerie, nasze nadzieje. Spotkania z Tadeuszem Konwickim” to książka z ubiegłego roku. Jest zbiorem rozmów, komentarzy i wypowiedzi pisarza pozbieranych z różnych dekad. Najwcześniejsze pochodzą z roku 1954, ostatnie z 2010. Pisałam już o tej książce, więc dziś tylko się przypomnę.

Tadeusz Konwicki mówi w niej tak: „Moją obsesją jest to, że siedzę okrakiem na jakiejś skale, która dzieli dwie epoki. Mam dość intensywne uczucie, że świat dokonał skoku, nie szybkiej ewolucji, ale jakiegoś skoku, także w świadomości i mentalności”.

Najbardziej szokujące jest to, że  – mimo astronomicznego tempa przemian współczesności – wiele opinii Konwickiego o nas: Polakach (a może nawet o nas: homo sapiens) nie traci nic na aktualności. Są przenikliwe i bolesne, ale wciąż obowiązują. Niestety.

„Sukces odnosi  ten, kto staje się człowiekiem dnia, miesiąca, roku; ten, którego twarz i nazwisko, pokonując barierę anonimowości, dostają się na łamy gazet, na ekrany telewizorów, do serwisów światowych agencji. Może nim zostać aferzysta, przywódca państwa, śmiało obnażająca się dziewczyna, laureat Nobla, sportowiec, morderca  i piosenkarz”.
Co, że banał? Ale to jest wypowiedź z 1967 roku!

A co Państwo powiecie na coś takiego: „Ja kiedyś napisałem zdanie, które uważam za nie najgorsze, że przyjaźń to jest lęk przed samotnością, a miłość to jest jeszcze większy strach przed samotnością”? Albo na taką opinię o dewaluacji  wartości społecznych: „Już nikomu nie imponuje stanowisko dyrektora czy ministra, a nawet premiera. Jeszcze tylko kilku naiwnych współrodaków chce być prezydentami. Idziemy na całość i najbardziej frapującą w tej chwili propozycją jest zostać Bogiem. Dlatego powstaje tyle sekt. Dlatego tak pociągająca jest mistyka i dlatego tylu ludzi robi w tym mistycznym biznesie; począwszy od różnego rodzaju terapeutów, po bóstwa, które się co chwila objawiają”.

Ciekawe odpowiedzi zwykle padają na ciekawe pytania. Nic dziwnego, rozmowy z Tadeuszem Konwickim w tej książce prowadzą m.in. Jerzy Pilch, Tadeusz Sobolewski i Adam Michnik. Są też bardzo osobiste refleksje i wspomnienia Tadeusza Konwickiego  na przykład o Zbigniewie Cybulskim,  Gustawie Holoubku, a nawet o legendarnym już kocie Iwanie.

Dzięki tej książce wchodzimy w niezwykle intrygujące życie wyjątkowego człowieka (porządkuje je także skrupulatne kalendarium).  Ale gdyby ktoś szukał odpowiedzi na kultowe pytanie: jak żyć panie premierze?, to pan autor odpowie: „A wreszcie, proszę pani, przy końcu naszej rozmowy muszę się przyznać, że wcale nie wiem, czy w ogóle mam rację…”.

Czytajmy twórców, którzy więcej widzieli, więcej wiedzieli, więcej czuli. Dzielą się swoją bezcenną wiedzą i wystarczy tylko sięgnąć po ich dzieła. Nie ma co wyważać otwartych drzwi.

W środę mija kolejna rocznica jego śmierci. Dwudziesta druga. Alfred Szklarski zmarł
9 kwietnia 1992 r. w Katowicach. Mieszkał tu przez 47 lat. Jest pochowany na cmentarzu
przy ul. Sienkiewicza. Dla pokolenia 50- i 60-latków był pisarzem tej miary, co Joanne Rowling dla obecnych nastolatków. Na jego książki z przygodami Tomka Wilmowskiego czekało się tak samo obsesyjnie, jak jeszcze niedawno na kolejne tomy cyklu o Harrym Potterze.

Tomki” zawładnęły wyobraźnią wielu pokoleń. Wystarczyło, że wspomniałam w redakcji
o Szklarskim, a zaraz odezwał się Adaś. Czytał, uwielbiał. Pamięta, jak w dzieciństwie mijał go na schodach kamienicy przy ul. Jordana, ale -€“ będąc wstydliwym młodziankiem ­­-€“ nigdy
nie powiedział mu niczego więcej poza „Dzień dobry”. Żałuje do dziś. Adam Daszewski  podróżuje i ma największą w Polsce kolekcję pocztówek marynistycznych (pisze bloga
na dziennik zachodni.pl). Potem Ania przypomniała sobie, że kiedy czytała książki Szklarskiego, na marginesach notowała informacje o różnych krajach, bo nigdzie indziej wtedy ich zdobyć nie było można. Anna Ładuniuk od lat zwiedza wszystkie kontynenty. Pisze o tym na blogu DZ „Dziwny jest ten  świat”.

Szklarski nas wszystkich naznaczył. Młodsi też tak mają. W internecie są nawet specjalne strony o Tomku Wilmowskim (np. tomkopedia), nie mówiąc już o witrynach poświęconych samemu autorowi. Ciekawych jego niezwykłych losów odsyłam do tekstu redakcyjnej koleżanki, Grażyny Kuźnik CZYTAJ.

Tomek_w_krainie_kangurow

Mało kto pamięta, że pierwsza książka  o Tomku ukazała się w 1948 roku. Nie należy do cyklu, ale to właśnie „Tomek w tarapatach” był zalążkiem 9-tomowej serii. Zaczęła się w 1957 r.
od „Tomka w krainie kangurów”
, a skończyła w 1994 r. „Tomkiem w grobowcach faraonów” (wydanie pośmiertne, ukończone przez przyjaciela Alfreda Szklarskiego, ks. Adama Zalegę,
dziś proboszcza parafii bł. Edmunda Bojanowskiego
na warszawskim Ursynowie, a w latach 2000-2002 kapelana Reprezentacji Polski w Piłce Nożnej).

images

Skąd ten fenomen „Tomków”? Przecież Szklarski napisał też trylogię indiańską „Złoto Gór Czarnych” (razem z żoną Krystyną). Dlaczego losy Tehawanki , wojownika z plemienia Dakotów, nie miały tylu fanów, co Tomek Wilmowski? Może dlatego, że w tzw. masowej wyobraźni ówczesnych nastolatków super Indianinem był jednak Winnetou, wódz indiańskiego plemienia Apaczów Mescalero. I nie tyle jako bohater cyklu książek Karola Maya (pierwszą  wydano w 1893 r.), ale głównie z  serii filmowych westernów – Winnetou ma tam boską twarz francuskiego aktora Pierre’a  Brice’a.

Tomek nie miał w latach 60. konkurencji. Był co prawda Janek Kos z książki „Czterej pancerni
i pies” napisanej przez pułkownika Wojska Polskiego, Janusza Przymanowskiego (wydana w 1964 r., choć załogę czołgu Rudy 102 rozsławił głównie serial telewizyjny w reżyserii
Konrada Nałęckiego: pierwsza emisja 9 maja 1966 r.). Ale bądźmy szczerzy – przecież wojenną drogę na Berlin trudno nazwać literaturą podróżniczą. 

Tomki” nią jednak są. A to dlatego, że choć Szklarski w zasadzie sam nie podróżował, to był skrupulantem. Znał kilka języków obcych (niemiecki, angielski, francuski, a włoskiego podobno w miesiąc nauczył się z samouczka) i czytał wszystkie publikacje geograficzne, jakie udało mu się znaleźć (m.in. amerykańskie wydania „National Geographic” i książki przysyłane przez rodzinę z USA). Odwalał czarną robotę dla żądnych wiedzy czytelników, którzy nie mieli nawet nadziei na wyjrzenie za żelazną kurtynę. To była jedyna szansa na poznanie innego świata niż wschodnioeuropejski i innego człowieka niż biały socjalista. Dzięki niemu słuchaliśmy wróżbity z Port Saidu i tam-tamów w Kenii, poznaliśmy plemię Pigmejów, maharadżę z Alwaru, czatowaliśmy na statek nad brzegiem Amuru, wyrwaliśmy ofiary z łap handlarzy ludzi w Nowej Gwinei, odnaleźliśmy Jana Smugę w zaginionym inkaskim mieście, widzieliśmy rewolucję w La Paz i ocaliliśmy Tomka z niewoli  „Żelaznego Faraona”.

Książki Szklarskiego zostały przetłumaczone na kilkanaście języków (nawet w systemie Brailleá) i wydane w łącznym nakładzie ponad 11 milionów egzemplarzy, głównie w krajach bloku wschodniego.

Alfred Szklarski powiedział kiedyś, że wymyślał książki, które sam chciał przeczytać
w dzieciństwie. I słowo stało się ciałem! Nic więc dziwnego, że na wniosek dzieci w 1971 r. dostał Order Uśmiechu. Kochaliśmy Szklarskiego.  Za to, że łąki za oknami zamieniał nam w stepy, a zagajniki w dżunglę. Zasłużył na tę świeczkę na swoim grobie.

Dwa tygodnie czytania. Mogły być trzy albo cztery, ale zbędna zwłoka byłaby wyzwaniem dla cierpliwości.  Ja jej nie mam. Gnało mnie pytanie „co dalej”. Tak łyknęłam 1784 strony tekstów (bez przypisów). Chodzi  oczywiście o „Antologię polskiego reportażu XX wieku. 100/XX” Mariusza Szczygła. Dwa opasłe tomy. Razem ważą 3,3 kilograma.

antologia_100xx_antologia_polskiego_reportazu_xx_wieku_tom12_IMAGE1_309512_51

Antologia zawiera sto najciekawszych reportaży opublikowanych w latach 1901-2000. Po prawdzie, to nad wyborem tekstów czuwała rada programowa (Hanna Krall, Małgorzata Szejnert, prof. Kazimierz Wolny-Zmorzyński, Elżbieta Sawicka), ale Szczygieł jest tu bezapelacyjnie szefem. Z nieuzasadnionej skromności  nie włączył do tego zbioru ani jednego swojego tekstu (a dostał ponad 20 nagród za książki i reportaże, w tym tytuł Dziennikarza Roku 2013 w konkursie Grand Press), jednak do każdego dokumentu napisał wstęp. To takie skondensowane dawki wiedzy o autorach i okolicznościach, w których pisali, ale nazwać je notkami biograficznymi, byłoby profanacją. To nie jest tylko wartość dodana. To jest wartość sama w sobie.

Wróćmy do reportaży.

„Nieudolne ofiarowanie datków kształci dzieci na żebraków, popiera indywidua bardzo wątpliwe, rozgorycza ludzi ciężko i uczciwie pracujących, odciąga pieniądze prawdziwie potrzebującym pomocy”.  Macie państwo podobne refleksje na widok żebrzących dzieciaków na parkingach przed hipermarketami czy na Stawowej? A napisał to 113 lat temu Janusz Korczak po wędrówkach warszawskim Powiślem.

Oczywiście wiele tekstów pisanych w początkach minionego wieku dziś może trochę męczyć i irytować patetyczną frazą albo posiwiałą polszczyzną, ale mają walor bezcenny: są świadectwem, sprawozdaniem naocznych świadków, dziś powiedzielibyśmy – relacją  online.

„Ogarnęła mnie wielka troska o wygląd twarzy Prezydenta. Zamknęłam mu oczy i zawiązałam mocno twarz jego własnym białym szalikiem. Bolało mnie uczucie osamotnienia tego trupa, którego barki i głowa tak bardzo ciążyły na moich kolanach”.

To cytat z tekstu Kazimiery Iłłakiewiczówny . Stała na schodach Zachęty, kiedy 16 grudnia 1922 r. zastrzelono pierwszego prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej, Gabriela Narutowicza. Właśnie ona zamknęła mu oczy. Czujecie państwo ten dreszcz? Ja czuję.

Stulecie pokazane w reportażach daje fantastyczną okazję do uświadomienia sobie niewiarygodnego tempa zmian, jakim podlega świat (nie wszystkie teksty dotyczą Polski, są też reportaże naszych dziennikarzy np. z Konga, Rosji czy Indii). A to są totalne zmiany cywilizacyjne. Społeczne, ekonomiczne, obyczajowe. Wystarczy porównać rzeczywistość z tekstów Józefa Moszyńskiego i Michała Matysa. W pierwszym, z  1926 r., pewien Bartek marzy o kupnie krowy i „z rozdziawioną gębą”  dowiaduje się na targu o rozwoju radia. W drugim reportażu, z 1998 r., Marta B. nie wie, jak przyznać się mężowi do zakupu  odkurzacza Rainbow, „niebiańskiego urządzenia” wartego połowę samochodu. Gdybyż Bartek mógł go zobaczyć…

Dzisiejszym dziennikarzom zazwyczaj wydaje się, że polski reportaż tak naprawdę zaczął się od Ryszarda Kapuścińskiego. No, ewentualnie od Melchiora Wańkowicza. Pierwszy tom antologii Szczygła udowadnia, że to nieuprawnione. Kłamstwo zwyczajne. Wcześniej byli Kraszewski, Sieroszewski, Konopnicka, Reymont, Żeromski, Słonimski, Cat-Mackiewicz, Rodziewiczówna, Dąbrowska  i wielu innych. Przeważnie pisarze. Może to nie jest bez znaczenia? Może to dzięki ich literackiej wrażliwości współczesny polski reportaż jest dzisiaj potęgą? Po prostu było się od kogo uczyć.

Potwierdza to tom drugi antologii. Są tu teksty  47 reporterów, m.in. Wróblewskiego, Szejnert, Kąkolewskiego, Krall, Pietkiewicz, Berberyusz, Smoleńskiego, Pawlaka, Hugo-Badera, Ostałowskiej, Tochmana i Jagielskiego. Większość z nich wydała po kilka, a nawet po kilkadziesiąt książek i to nie tylko reporterskich. Przeszli często odwrotną drogę: od reportażu do literatury. A może z tym podziałem  to tylko zawracanie głowy? Może rację ma Krzysztof Kąkolewski, kiedy mówi, że zdarzenia mają z natury strukturę literacką?

Antologię Szczygła powinien przeczytać każdy, bo to kawał znakomitej literatury i przejmująca lekcja historii. Dobre reportaże tak mają. Jeśli o mnie chodzi, to po lekturze całości wciąż pozostaję z pytaniem „co dalej”. Na szczęście.

12 rozmówców. Przed rokiem, kiedy książkę wydano (wciąż dostępna w księgarniach internetowych), mieli w sumie 1005 lat. Co może powiedzieć o życiu statystyczny 84-latek? Że starość się Bogu nie udała? Że artretyzm, osteoporoza, zaćma, otępienie i wykluczenie? Może. Ale jeśli rozmówcy nie są statystyczni, to toczą się dyskusje fascynujące, dogłębne i intensywne. Justyna Dąbrowska w książce „Spojrzenie wstecz. Rozmowy” zapytała o konfrontację z czasem niezwykłe osoby. Dlatego powstała publikacja unikatowa.

Czytaj dalej

W ubiegłym roku przyznał, że cierpi na chorobę Parkinsona. To „podstępna  franca” jest. Postępująca, degenerująca i nieuleczalna. Jak z nią żyć? Fizycznie wolniej, umysłowo intensywniej.  Efektem walki Jerzego Pilcha  o słowa i myśli jest „Drugi dziennik”. To pierwszorzędna  literatura. Tak dobra jak każda z jego 20 książek. A może nawet trochę lepsza.

Drugi-dziennik-21-czerwca-2012-20-czerwca-2013_Jerzy-Pilch,images_product,17,978-83-08-05282-2

Nie, nie, bez obaw. Tu nie ma żadnego biadolenia i utyskiwania. W tej książce jest tyle co zwykle ironii, dystansu, humoru, uszczypliwości i erudycji. Naddatkiem jest walka. Konsekwentny sparring z parkinsonem. To, że powoli traci się kontrolę nad własnym ciałem, jest przerażające, ale to, że powoli traci się kontrolę nad umysłem, jest dla Pilcha nie do przyjęcia. Stawką w tym przypadku jest pisarstwo. To, co go stworzyło. Dlatego przyznaje:

„Tak, tego się boję – utraty polszczyzny, jedynego języka, jakim  porozumiewam się ze światem, tak, tego się boję – utraty zachwytu dla literatury polskiej, jedynego zachwytu, który dalej rośnie; tak, tego się boję – utraty uczucia do nosówek, jedynej miłości, która darzyła cię bezwarunkowo krystaliczną wzajemnością, jedynej miłości, której nigdy nie zdradziłeś.”

Pozostaje zatem trening. Trening myśli. Barnes, Babel, Márquez, Horacy, Nietzsche, Dostojewski, Mann, Miłosz, Herbert, Czechow, Grass, Roth, Lechoń, Camus, Márai…  W „Drugim dzienniku” Pilch brawurowo żongluje dziełami klasyków wielkiej literatury. Błyskotliwie komentuje rzeczywistość. Grunt pozostaje więc nietknięty.

Ale są jeszcze imponderabilia. Niestety, tknięte. „Godzinne i niezakończone tryumfem zapinanie koszuli. Heroiczna próba zakręcenia butelki coca-coli…”. Nie ma w Pilchu na to zgody. Przynajmniej formalnej. Pewnie dlatego czasem pisze w osobie trzeciej. „Nie w głowie mu choroba – musiał kupić sobie laskę. Nagle ciało ogarnęła niestabilność nagle jakby utrzymujących równowagę wnętrzności znacząco ubyło.” Jednak opozycja:  tworzę – ja, choruje – on, jest nie do obronienia. Przed samym sobą zwłaszcza. Pilch szuka wśród swoich byłych kobiet takiej, której mógłby teksty dyktować. Pytał panią A, B, C… doszedł do M. Bez powodzenia. Cóż, może od M do Ż?

Póki co autor jakoś sobie radzi. Wbrew wrażeniu, jakie niechcący można odnieść po przeczytaniu tego bloga, Pilch w dzienniku serwuje dużo historii pozachorobowych. Na przykład o tym, jak babka Czyżowa i Ania od Kocięłłów umierały ze śmiechu, o tym jak Jurkowi z Poczty świat się zawalił, czy o piłce nożnej –  tematyce w przypadku Pilcha oczywistej.

W tej książce Pilch wielokrotnie zresztą zarzeka się, że o chorobie wspominać nie będzie. Potem to odszczekuje, bo jeśli dziennik ma być szczery, to autor musi pisać o sprawach dla siebie najważniejszych. „Kroniki dochodzenia do bezwładu jednak nie uniknę – wstyd nie wstyd, nuda nie nuda – idzie o w miarę dokładne uchwycenie momentu zapaści. Zapaści w analfabetyzm”.

W pewnym momencie pisze tak: „Generalnie ludzie umierają w ten sposób, że są, a potem ich nie ma”. Nie ma, ale jakby jednak są. Bo co niby zmarły Henryk Bereza robił w jego kuchni? I śmieszno, i straszno.

„Drugie dzienniki” całkowicie spełniają Pilchową intencję, zapisaną gdzieś na początku książki: „Nie ma najmniejszego powodu, by choroba nie przypominała dobrze opowiedzianej historii.” Nie czytać jej to strata.

„Każdy z nas ma 2 rodziców, 4 dziadków, 8 pradziadków – postęp jest geometryczny. Ktoś urodzony między wojnami ma od czasów Łokietka ponad milion, a od czasów Chrobrego ponad 4 miliardy  przodków”. Zapisałam sobie to zdanie, bo mnie zaskoczyło. Sprawdziłam potem. Ktoś, kto liczy sobie teraz ok. 40 lat, od roku tysięcznego ma (w zaokrągleniu) prawie 9 miliardów przodków. To więcej (niemal o 2 miliardy) niż żyje dziś ludzi na całej naszej planecie!

Ciekawe, jaki  był mój pra(razy 30)dziadek sprzed tysiąca lat. Tak daleko się nie sięgnie, ale można już sprawdzić, kim byli nasi pra- albo nawet prapradziadkowie. Wiele osób wpada na taki pomysł, bo tworzenie drzew genealogicznych ma się u nas nieźle, a i sag rodzinnych na czytelniczym rynku przybywa.
pendereccy-saga-rodzinna-p-iext23837658
Najnowsza to oczywiście „Pendereccy. Saga rodzinna”. Krzysztof Penderecki  pisze o swojej babci Ormiance, a dziadku, który był Niemcem, i o drodze, która musiał przejść, żeby stać się największym kompozytorem muzyki współczesnej. Krzysztof Penderecki zrobił sobie niezwykły prezent na 80. urodziny.
Stuhrowie-Historie-rodzinne_Jerzy-Stuhr,images_product,15,978-83-0804-273-1
Niedawno przebojem na rynku była książka „Stuhrowie. Historie rodzinne” Jerzego Stuhra. Bardzo dobrze napisana przez znakomitego aktora i reżysera historia rodu, w którym krzyżują się polskie, austriackie, czeskie i węgierskie korzenie (co widać zwłaszcza w misternie przygotowanym drzewie genealogicznym).
9436-n-a
Prawnik i były rzecznik praw obywatelskich, prof. Andrzej Zoll , też napisał o swojej nietypowej rodzinie, sięgając do czasów XIX-wiecznej Wirtembergii („Zollowie. Opowieść rodzinna”).
stommowisko-o-mojej-rodzinie-i-o-mnie-p-iext23429052
Świeża jest też książka Ludwika Stommy (antropolog kultury, etnolog, publicysta) „Stommowisko. O mojej rodzinie i o mnie”. Bardzo ciekawe jest w niej zwłaszcza zderzenie zwykłych rodzinnych epizodów ze scenami z wielkiej historii.

Ale swoją przeszłość rodową odkrywają nie tylko wielcy, więksi i najwięksi. Niedawno ukazała się książka Katarzyny Drogi „Pokolenia. Wiek deszczu, wiek słońca”. Autorka jest dziennikarką, która odkrywa losy swoich bliskich ze Stokowa, małej wsi nad Narwią. Sięga do początku XX wieku, do czasów które pamięta wielu naszych rodziców albo dziadków. To fabularna opowieść napisana prostym, barwnym językiem. Małgorzata Kalacińska, jedna z recenzentek tej książki, napisała tak: „Ciekawe postacie, ciepłe, wielowymiarowe, sprawiają, że podczas czytania wsiąkamy w ich dzieje, i chcemy być z nimi, nie bacząc na odłożone obowiązki”.
pokole
„Pokolenia” są taką lekturą, po której prawie każdy czytelnik ma ochotę dowiedzieć się czegoś o swoich przodkach, bo naprawdę ich dzieje mogą nas zaskoczyć, zadziwić, a często też zachwycić. I nieważne, że nie odkryjemy  losów naszych pra(razy 30)dziadków. Często wspomnienia mam czy babć potrafią wprowadzić nas w osłupienie. O ile znajdziemy dla nich czas.

I jeszcze jedno. Pierwsze zdanie tego wpisu jest cytatem z Jacka Woźniakowskiego, pisarza, tłumacza, publicysty, historyka sztuki, ale też kawalerzysty i konspiratora. W 2008 roku wyszła jego autobiograficzna książka „Ze wspomnień szczęściarza” . Jedna z najciekawszych i najlepiej napisanych, jakie przeczytałam.

338720

To pierwsza  taka nagroda w Polsce. Tak prestiżowa i tak znaczna finansowo. Za wiersze. Dzisiaj (sobota, 16 listopada) wieczorem po raz pierwszy wręczono nagrodę im. Wisławy Szymborskiej za książkę poetycką roku. Do konkursu przyjęto 200 pozycji, do finału jurorzy wybrali 5. Wygrały dwie: „Białe krzesła” Krystyny Dąbrowskiej i „Pełna krew”  Łukasza Jarosza. Galę z przyznania nagrody można sobie było obejrzeć. Transmitowała ją TVN24.

tajneHAW4X7QT.obr;jsessionid=9C39F7E4A22053EE61015B41DE89461A

Dąbrowska debiutowała 6 lat temu. Za „Białe krzesła” dostała już we wrześniu tego roku wyróżnienie jurorów w konkursie Nagrody Kościelskich. To skromny tomik. Objętościowo. Bo głębi nie można mu odmówić. Wpada się w nią za przyczyną zwyczajnych rzeczy (tytułowe białe krzesła), zwyczajnych ludzi (sprzedawczyni mioteł), zwyczajnych sytuacji (spotkania w stołówce). Przestają być zwyczajne, kiedy słowa zmieniają ich perspektywę. Są jak „glina, która czeka na rzeźbiarza”.

Jarosz_Pelnakrew_500pcx

Łukasz Jarosz przenosi do wierszy swoje obserwacje świata najbliższego. Swojej wsi  („Jestem ze wsi, ale wieśniak to określenie stanu intelektualnego, a nie szerokości geograficznej” – powiedział dzisiaj), sąsiadów, babci, córki. No, nie jest to z zasady sielski obrazek, bo rzeczywistość tu i teraz jest pełna wczoraj i jutra. O jutrze trudno wyrokować, ale przeszłość to nie tylko sepia, ale też czerwień krwi.

Nie da się opowiedzieć wierszy. Trzeba je przeczytać i pozwolić im na zniewolenie myśli.  Bo – jak napisała kiedyś sama Szymborska  – „nie ma rozpusty gorszej niż myślenie”. Pozwólmy sobie czasem na taką rozpustę, choć ona wymaga w dzisiejszych czasach odwagi. Dąbrowska powiedziała podczas gali, że powstrzymuje nas „strach przed  wierszem”. Nic dziwnego, poezja ma skondensowaną moc demaskatorską, bo operuje lapidarnym, stężonym słowem. Słowo w wierszach może ranić, ale nie zabija. Zabija proza. Życia, myślenia, czucia. Kto czyta wiersze, widzi więcej, myśli głębiej i czuje intensywniej.

To jakieś szaleństwo. Biografie, autobiografie, wywiady rzeki: takiego wysypu nie pamiętam od dawna. Właściwie trudno się dziwić. Skoro wszyscy obnażamy się na portalach społecznościowych i chcemy zaznaczyć swoją mizerną (no bądźmy szczerzy) obecność, to dlaczego ci, których widać bardziej, nie mieliby na tym zarobić? Czasem co prawda zastanawiam się nad granicami poczucia starego, dobrego smaku, ale ten akurat na gotówkę jest słabo przeliczalny.

Czytaj dalej

Obie książki wyszły prawie w tym samym czasie. „Za że­la­zną kurtyną. Ujarz­mie­nie Eu­ro­py Wschod­niej 1944-1956″ napisała Anne Applebaum, a „System Białoruś” Andrzej Poczobut. Te pozycje są komplementarne. Pierwszą trzeba przeczytać dla zrozumienia przeszłości. Drugą dla dobra przyszłości. Obie demaskują reżim, a on jest ponadczasowy.

Autorzy mają pierwszorzędne legitymacje do tego, żeby pisać o totalitaryzmie. Applebaum, amerykańska pisarka , publicystka „The Washington Post”, dostała bardzo prestiżową Nagrodę Pulitzera za książkę „Gułag”. Tak wstrząsającego i drobiazgowo udokumentowanego obrazu sowieckich obozów pracy jest w historii powszechnej niewiele.

Andrzej Poczobut to publicysta, bloger  i działacz mniejszości polskiej na Białorusi.  Wielokrotnie aresztowany za  krytykę władzy. Dwa lata temu za znieważanie prezydenta Aleksandra Łukaszenki dostał wyrok  3 lat więzienia w zawieszeniu na dwa lata (przed kilku tygodniami sąd w Grodnie zwolnił go z odbywania tej kary). Jego teksty (publikowane także u nas) są często nagradzane. W Polsce w 2011 r. przyznano mu tytuł Dziennikarza Roku.

Czytaj dalej