Dwie książki o tych samych czasach. Dwie zupełnie inne książki. Jeśli ktoś chce przypomnieć sobie, albo dowiedzieć się, jak się żyło w kultowych już latach 60., powinien przeczytać obie. Choćby po to, żeby nie dać się zwieść mitologii czasu. Pierwsza pozycja to „Seks, sztuka i alkohol. Życie towarzyskie lat 60.” Andrzeja Klima.

seks-sztuka-i-alkohol-zycie-towarzyskie-lat-60-p-iext23401830
Książka pokazuje, jak wyglądał polski high life w siermiężnych czasach gomułkowskich. To w zasadzie dość lekka lektura. Warszawsko-krakowscy  (głównie) celebryci na tle politycznym dekady. Plotki i fakty z życia ówczesnych idoli, ale też ważnych twórców kultury.

Kogóż tu nie ma? Łazuka, Maklakiewicz, Himilsbach, Iwaszkiewicz, Hłasko, Osiecka, Rodowicz, Olbrychski, Kobiela, Tyszkiewicz, Głowacki, Cybulski, Młynarski, Skolimowski, Jędrusik, Dygat… Setki  nazwisk, wspomnień, zdarzeń i anegdot. Przy okazji Klim dopisuje komentarze do kilku mocno zakorzenionych anegdot:

„Legenda głosi, że widząc na ekranie telewizora wydekoltowaną  Kalinę Jędrusik, Gomułka rzucił ze złości w odbiornik kapciem (według inne wersji popielniczką). Historię należy jednak włożyć między miejskie legendy. Po pierwsze: oszczędny do bólu towarzysz Wiesław (nawet papieros dzielił na pół z oszczędności) nigdy by niczym nie rzucił w drogi telewizor, po drugie: nie nosił w domu kapci, gdyż jeszcze przed wojną był ranny w nogę i nawet w domu nosił specjalne obuwie”.

Romanse, układy, skandale, imprezy. Cóż, naszperał się autor w archiwach, co od razu rzuca się w oczy, bo samej bibliografii są cztery strony.

Druga książka to „Lata sześćdziesiąte. Twarze kontrkultury” Jenny Diski. Świetna rzecz. Znakomicie napisana, znakomicie przemyślana. Diski, brytyjska pisarka (rocznik 1947), opisuje swoją młodość z perspektywy półwiecza. Taki dystans daje szansę na konfrontację dwóch odległych epok. Wnioski są bolesne, ale to za chwilę. Na początek o tym, jak się żyło „dzieciom kwiatom”.

lata-szescdziesiate-d-iext23521821

„Byliśmy bandą ćpunów rozpustnych i hedonistycznych. Leżeliśmy na kanapach, ćpaliśmy, uprawialiśmy seks, słuchaliśmy muzyki, która wychwalała leżenie na kanapach, ćpanie i uprawianie seksu, i śpiewaliśmy hymny na cześć nowych, dobrych czasów”.

Bo to miały być czasy przede wszystkim inne. W zasadzie były, ale kontestacja Brytyjczyków była raczej karykaturą kontrkultury amerykańskiej.

„W Ameryce działy się wówczas znacznie poważniejsze rzeczy. Muzyka i narkotyki miały ulżyć w cierpieniu żołnierzom walczącym na wojnie bądź przypomnieć kombatantom, że ktoś inny ponosi winę za ich nieznośną egzystencję. Dla nas w Wielkiej Brytanii, bez względu na to, jak byśmy im współczuli – i jest to kluczowa różnica między nami i nimi, między naszymi i ich wspomnieniami z tych lat – jedyną wojną, w jakiej braliśmy udział, była wojna pokoleniowa” – pisze autorka.

Efekty wojny pokoleniowej widać dopiero po następcach. Kolejne pokolenie, to z lat 80., powinno odcinać kupony po rewolcie rodziców. No i odcinali. Finansowe. Innych (ideologicznych, etycznych,  politycznych, kulturowych itd.) nie było skąd brać.

„Nie podsunęliśmy nieszczęsnym masom żadnego psychodelicznego rozwiązania problemu biedy i niesprawiedliwości, przekazaliśmy im w spadku jedynie heroinę i kokainę. (…) Potem narkotykowe pokolenie lat sześćdziesiątych musiało już przyglądać się dzieciom epoki thatcherowskiej, trzydziestoparolatkom obracającym fantastycznymi sumami pieniędzy i wciągającym kokainę, by utrzymać się w transie robienia kasy. Wiem, że w latach sześćdziesiątych narkotyki wielu ludziom spierdoliły życie, ale i tak mam wrażenie, że teraz ćpa się w sposób o wiele bardziej paskudny i bezsensowny”.

Ot, złudzenia prysły. Kiedy wolność przemienia się w anarchię, budzi się prawicowy radykalizm. A to już kupon dla następnego pokolenia, tego z przełomu wieków. Tego, które będzie rządzić, zanim się obejrzymy.

Dzięki filmowi Wojciecha Smarzowskiego „Pod Mocnym Aniołem” wznowiono książkę Jerzego Pilcha pod tym samym tytułem. To pretekst wręcz idealny, bo w pierwszy weekend wyświetlania film obejrzały prawie 254 tys. widzów, co stanowi kolejny polski rekord popularności (teraz chyba pobity przez „Jacka Stronga”, ale też opowieść o superszpiegu ma gigantyczną i niespotykaną dotąd w mediach promocję). Tak czy siak, jest nadzieja, że dzięki kinowemu wzięciu po pierwszorzędną powieść Pilcha sięgną nowi czytelnicy. Warto, bo film i książkę dzieli przepaść.

Pod-Mocnym-Aniolem_Jerzy-Pilch,images_product,1,978-83-7943-466-4

„Słowo musi przeczyć nałogowi. Prawda na początku jest nietaktem, potem zniewagą, a na końcu rozpaczą” – pisze Pilch i wedle tego przykazania rozwija swoją powieść. Zaczyna się od niespiesznego popijania brzoskwiniówki przy płycie czeskiego saksofonisty tenorowego Félixa A. Slováčka i marzeń o „ostatniej przedśmiertnej miłości”, a kończy „rozczarowaniem stereotypową fabułą własnej agonii” „ po dziesięcioleciach chlania niczym bydlę nieczyste”.

Mocą książki Pilcha jest finezyjny język i stopniowanie wpływanie na butelkach żołądkowej gorzkiej w czeluść. No i postaci. Główny bohater  to Jerzy, pisarz znany i uznany (sam Pilch nazwał się kiedyś „pierwszym alkoholikiem III RP”, bo wypił w życiu „cysternę spirytusu”), po 18 odwykach na oddziale dla deliryków, które za każdym razem kończą się „wyjściem do cywila” i natychmiastowymi czterema pięćdziesiątkami pitymi w gospodzie „Pod Mocnym Aniołem”.

Ale obok Jerzego jest jeszcze cała galeria postaci z wybornie pokazanymi „delirycznymi autobiografiami”: Krzysztof Kolumb Odkrywca, który twierdzi, że „nie ma żadnej filozofii picia, jest tylko technika picia”; Pan Przewodnik Pracy Socjalistycznej, wzdychający „jak tu nie pić, gdy wszyscy piją”. Są też Don Juan Ziobro, Najbardziej Poszukiwany Terrorysta Świata, Fryzjer, Marianna, Joanna, a nawet doktor Granada „kultywujący jednooczność”.

„Chlanie wódy jest tematem tak kreatywnym, że w każdej chwili może powstać jakaś fundamentalna kwestia” – mówi Jerzy-bohater i Jerzy-autor tych kwestii fundamentalnych nie pomija. Książka „Pod Mocnym Aniołem” z całą swoją lekkością i wyrafinowaniem boli. Podobny ból zadaje jeszcze tylko jedna powieść o pijaństwie. Jest równie intensywna. To „Moskwa-Pietuszki” Wieniedikta Jerofiejewa (choć napisana w 1969 r. Ale przecież klasyka się nie starzeje!).

A film? To jest niedokończona opowieść o alkoholiku. Opowieść dobra i mocna, bo Smarzowski sam w sobie jest gwarantem wysokiej jakości. Ktoś napisał kiedyś, że w jego filmach wcześniej czy później pojawia się siekiera.  W filmie „Pod Mocnym Aniołem” też nią przywala, choćby dopisując niepilchowe zakończenia konfesji nałogowych Marianny i Joanny. Pierwsza w książce idzie w świat po tym, jak mąż ma do niej „głośne pretensje” za przepite 50 zł, a Smarzowski zamienia tę słowną urazę w brutalny gwałt. Druga zostaje wyrzucona z domu siostry po awanturze „bez powodu”, ale Smarzowski swój powód znajduje: Joanna budzi się po przepiciu unurzana w fekaliach i wymiocinach.

Co na to Pilch? Napisał po premierze tak: Zdumiewająco wierny istocie tekstu obraz jest wizją tak osobną, tak konsekwentną, tak dramatyczną, tak aluzyjną, iż powiedzieć, że jest to rzecz wybitna, to nic nie powiedzieć. Powiem tak: moja książka spokojnie sobie leży, a nawet stoi na półce z literaturą deliryczną. W kontekście wizji Wojtka Smarzowskiego klasyczne alkoholowe perły z działu „deliryka” przeniesione zostały do działu „drapieżne komedyjki”.

Niechaj tak będzie. Film Smarzowskiego to rzeczywiście „drapieżna komedyjka”. Przynajmniej w porównaniu z książką, która pozostaje epopeją o pijaństwie.

Jerzy Pilch za „Pod Mocnym Aniołem” dostał w 2001 roku Nagrodę Literacką NIKE. Gdyby wydał ją dziś, dostałby NIKE za 2014 rok.

Małgorzata Rejmer dostała właśnie ważną nagrodę – Gwarancje Kultury 2014, nagrodę TVP Kultura, za książkę, o której pisałam kilka miesięcy temu. Zasłużyła. Oto dlaczego:

„Współczesna powieść korzysta ze wszystkich gatunków pisarskich i piśmienniczych. Przede wszystkim jednak z poezji” – powiedział niedawno na łamach „Polityki” Wiesław Myśliwski, znakomity polski powieściopisarz. Książka „Bukareszt. Kurz i krew” Małgorzaty Rejmer jest tego potwierdzeniem w punkt. Bo jej reportaże to często piękna proza poetycka. A może odwrotnie?

bukareszt-kurz-i-krew-p-iext23086042

Co my wiemy o Bukareszcie? Co my w ogóle wiemy o Rumunii? Skojarzenia pierwsze z brzegu: Drakula, Ceaușescu, bieda, Cyganie. Ewentualnie delta Dunaju, Karpaty i  Morze Czarne.

„Wy, Polacy, strasznie zadzieracie nosa. (…) Wszyscy Polacy, jakich znam, mają się za nie wiadomo kogo. Przyjeżdżacie do Rumunii i krytykujecie tu wszystko, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że wasz kraj jest wyjątkowy. A to nieprawda” – tak mówi w książce bukaresztański taksówkarz.

Niestety, ma rację. Nasz wydumany mesjanizm, z którym chętnie obnosimy się zwłaszcza za granicą, zraża do nas ludzi już na dzień dobry. Rejmer nie próbuje nikogo przekonać, że to jednak Rumunia, a nie Polska jest wyjątkowa, ale pokazuje kraj, o jakim nie mamy pojęcia i to przez historie konkretnych osób albo sytuacji.

„Niedaleko Râmnicu Vâlcea leżało miasto Pitești. Stał tam pewien budynek, w którym mieściło się piekło. (…) W Pitești cierpienie odkleja się od ciała i od człowieczeństwa” –  pisze Rejmer i opisuje taką katownię dla przypadkowych, niewinnych ludzi uznanych za wrogów reżimu Ceaușescu , jakiej nie powstydziliby się Stalin i Hitler razem wzięci.

Nicolae Ceaușescu rządził Rumunią niepodzielnie od 1965 roku. W grudniu 1989 roku został obalony  i rozstrzelany. Do opisu społecznego zjawiska zwanego egzekucją  „ojca geniuszu Rumunii” (i jego żony, „uczonej światowej sławy”), Rejmer używa formy dramatu. Osiąga dzięki temu wręcz niewiarygodny efekt wstrząsu.

Ci, którzy się w Pitești  nie zmieścili, wiedli życie w ryzach zamordyzmu:  dzieci „klepią na pamięć wierszyki, ćwiczą pieśni i tańce na wypadek przybycia jakiejkolwiek szanownej delegacji skądkolwiek”, a matki mają „specjalny zeszyt z ręcznie zapisanymi przepisami, a w nim – jeśli nie masz mąki, użyj bułki tartej, jeśli nie masz oleju, roztop margarynę, jeśli nie masz nic, podziękuj Bogu, że żyjesz”. Czy nie podobnie było w Polsce? Tak, ale nie nieprzerwanie przez niemal całe ćwierćwiecze!

Ojcowie rumuńscy walczą o przeżycie rodzin i swoje. Jeśli mieli nieszczęście przymusowo trafić np. na budowę Pałacu Parlamentu (czyli Domu Ludu, łączna powierzchnia zabudowy 65 tys. m kw., 12 nadziemnych kondygnacji, pod ziemią 8. Warto zobaczyć go choćby w Internecie – wrażenie piorunujące!)), to byli bez szans. Przewodniczka Rejmer twierdzi, że podczas budowy zginęło 10 tys. robotników, „wielu zostało zabetonowanych w fundamentach, bo tempo robót było tak zabójcze, że nikt nie miał czasu wywozić zwłok”. Dokładnych liczb nikt nie zna.

Nikt nie wie też, ile kobiet zmarło w męczarniach w związku z Dekretem nr 770 z 1966 r., który zakazywał aborcji, przy całkowitym niedostępie do środków antykoncepcyjnych (pokazuje to film „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”  w reżyserii Cristiana Mungui, który w 2007 r. zdobył Złotą Palmę w Cannes. Co jakiś czas jest emitowany w naszej telewizji).

Ale „Bukareszt. Kurz i krew” to nie jest książka o rumuńskiej martyrologii. Dzieli się na trzy części: komunizm, międzywojnie i współczesność. Rumunia od 2007 r. jest  członkiem Unii Europejskiej. Jednym z najbiedniejszych, ale duch w narodzie nie ginie. „Rumuni uwielbiają licytować się na najbardziej radykalne dowcipy o swoim kraju. Na przykład: – Dlaczego Rumunia zajęła drugie miejsce w rankingu najbardziej skorumpowanych państw? – Bo zapłaciła łapówkę, żeby nie być na pierwszym”.

Pokaleczona ta Rumunia, ale Rejmer jest nią zachwycona. Słusznie, bo jak pozostawać obojętnym na ludzi, którzy zagadują obcych, „żeby wymienić się przemyśleniami na temat artykułów spożywczych albo zasad istnienia świata”?

Rejmer przywołuje taką opinię: „Bukareszt to realizm magiczny. Marquezowski anioł ze skrzydłami w błocie”. Cała jej książka jest tego dowodem. Za „Bukareszt. Kurz i krew”  w listopadzie ubiegłego roku  Małgorzata Rejmer dostała pierwszą w historii nagrodę „Newsweeka”  im. Teresy Torańskiej.

Nie lubię określenia „pochłaniać literaturę”. Jakoś kojarzy mi się z hamburgerem. Jednak „Bukareszt…” pochłonęłam. Warto czytać książki, które uczą nas pokory wobec człowieka i historii, zwłaszcza gdy są pisane językiem olśnień.

Wczoraj w Teatrze Wielkim w Warszawie po raz 21. wręczono Paszporty Polityki, bardzo prestiżową nagrodę kulturalną w Polsce. Jedną z 6 kategorii jest literatura. Kandydatów do nagrody w tej dziedzinie było troje: Małgorzata Rejmer za książkę „Bukareszt. Kurz i krew” , Ziemowit Szczerek  za „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian” oraz Łukasz Orbitowski za „Szczęśliwą ziemię”.

Wygrał Szczerek. Jego książka to taki literacki rockandroll. Jak pisze sam autor: „Zamiast wiejskiej Ameryki i Meksyku lat pięćdziesiątych – mieliśmy Ukrainę. Ale chodziło o to samo. Braliśmy plecaki i jechaliśmy w drogę”.

przyjdzie-mordor-i-nas-zje-czyli-tajna-historia-slowian-p-iext21513079

Dzieci kwiaty, hippisi anno domini 2013, przemierzają Wschód  w poszukiwaniu prawdy o kosmosie.
„Jeśli chlaliśmy, przepierdalaliśmy czas, braliśmy narkotyki, szukaliśmy tanich wstrząsów i tandetnych emocji, to nie po to, by przeciwko czemukolwiek się zbuntować, nawet nie po to, by przeżyć coś nowego, bo to wszystko już było, było, było – tylko po to, by robić cokolwiek. By nadać swojemu życiu cel, choć na chwilę. A raczej erzac celu, z czego zdawaliśmy sobie sprawę, ale uważaliśmy, że wszystko inne w gruncie rzeczy też było erzacem celu”.

W takim ujęciu nie finał się liczy, ale droga sama w sobie, bo ona podróżników zmienia. Można dowiedzieć się wiele. O sobie i nie o sobie. O społeczeństwach  nawet. Stracić dziewictwo próżności, wyleczyć się z megalomanii własnej, a nawet narodowej pyszałkowatości. Usłyszeć słowa mocne i demaskujące, po których – jak to po katharsis – czas rusza od nowa.

„Przyjeżdżacie tutaj, bo w innych krajach się z was śmieją. I mają was za to, za co wy macie nas: za zacofane zadupie, z którego się można ponabijać. I wobec którego można poczuć wyższość” – mówi spotkana po drodze Ukrainka.  „Bo wszyscy mają was za zabiedzoną, wschodnią hołotę – ciągnęła ona tymczasem, patrząc mi tymi czarnymi dziurami prosto w oczy. – Nie tylko Niemcy, ale i Czesi, nawet Słowacy i Węgrzy. To tylko wam się wydaje, że Węgrzy to są tacy wasi zajebiści kumple. Tak naprawdę nabijają się z was, jak wszyscy inni. Nie wspominając o Serbach czy Chorwatach. Nawet, kolego, Litwini. Wszyscy uważają was za trochę inną wersję Rosji. Za trzeci świat. Tylko wobec nas możecie sobie pobyć protekcjonalni. Odbić sobie to, że wszędzie indziej podcierają sobie wami dupy”.

To może zaboleć. Ale o to chodzi. Bo „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian” to pozycja mocno hardcorowa.

Naszą narodową manię wielkości i godnościową fanfaronadę bardzo skutecznie leczy też Małgorzata Rejmer w książce „Bukareszt. Kurz i krew”.

„Wy, Polacy, strasznie zadzieracie nosa. (…) Wszyscy Polacy, jakich znam, mają się za nie wiadomo kogo. Przyjeżdżacie do Rumunii i krytykujecie tu wszystko, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że wasz kraj jest wyjątkowy. A to nieprawda” – mówi autorce bukaresztański taksówkarz. A jak wiadomo, taksówkarze we wszystkich krajach świata mają wiedzę uniwersalną.

Nominację do Paszportów Polityki dostał też Łukasz Orbitowski za „Szczęśliwą ziemię”. To kolejna książka drogi. Mrocznej i toksycznej w zdewastowanej rzeczywistości prowincjonalnego miasteczka Rykusmyku, ale też w okrutnej, obsesyjnej  fantasmagorii . Mierzy się z tą makabreską piątka przyjaciół, maturzyści:  Sedes, Trombek, Sikorka, DJ Krzywda i Blekota. Zaczynają dość wcześnie:

„Nasza pierwsza zabawa wiąże się z zamkiem. Trudno powiedzieć, ile mieliśmy lat, może osiem, może nawet mniej. Dorośli mówili, że jest tam niebezpiecznie i  można zlecieć; słyszałem o  labiryncie bez wyjścia i  chłopcu, który dostał się tam dawno temu i  błądzi do teraz, choć jest już dorosły. My jednak wiedzieliśmy lepiej”.

Nie wiedzieli. Dlatego nie wszystkim uda się ujść cało. Fatalizm nie do pokonania? Autor sprawdza, pokazując losy bohaterów po kilkunastu latach. Happy endu nie ma.

Faworytką tegorocznych Paszportów Polityki była zdecydowanie Małgorzata Rejmer. Jej książka jest znakomita i jeszcze do niej wrócę, bo bardzo warto.

12 rozmówców. Przed rokiem, kiedy książkę wydano (wciąż dostępna w księgarniach internetowych), mieli w sumie 1005 lat. Co może powiedzieć o życiu statystyczny 84-latek? Że starość się Bogu nie udała? Że artretyzm, osteoporoza, zaćma, otępienie i wykluczenie? Może. Ale jeśli rozmówcy nie są statystyczni, to toczą się dyskusje fascynujące, dogłębne i intensywne. Justyna Dąbrowska w książce „Spojrzenie wstecz. Rozmowy” zapytała o konfrontację z czasem niezwykłe osoby. Dlatego powstała publikacja unikatowa.

Czytaj dalej

W ubiegłym roku przyznał, że cierpi na chorobę Parkinsona. To „podstępna  franca” jest. Postępująca, degenerująca i nieuleczalna. Jak z nią żyć? Fizycznie wolniej, umysłowo intensywniej.  Efektem walki Jerzego Pilcha  o słowa i myśli jest „Drugi dziennik”. To pierwszorzędna  literatura. Tak dobra jak każda z jego 20 książek. A może nawet trochę lepsza.

Drugi-dziennik-21-czerwca-2012-20-czerwca-2013_Jerzy-Pilch,images_product,17,978-83-08-05282-2

Nie, nie, bez obaw. Tu nie ma żadnego biadolenia i utyskiwania. W tej książce jest tyle co zwykle ironii, dystansu, humoru, uszczypliwości i erudycji. Naddatkiem jest walka. Konsekwentny sparring z parkinsonem. To, że powoli traci się kontrolę nad własnym ciałem, jest przerażające, ale to, że powoli traci się kontrolę nad umysłem, jest dla Pilcha nie do przyjęcia. Stawką w tym przypadku jest pisarstwo. To, co go stworzyło. Dlatego przyznaje:

„Tak, tego się boję – utraty polszczyzny, jedynego języka, jakim  porozumiewam się ze światem, tak, tego się boję – utraty zachwytu dla literatury polskiej, jedynego zachwytu, który dalej rośnie; tak, tego się boję – utraty uczucia do nosówek, jedynej miłości, która darzyła cię bezwarunkowo krystaliczną wzajemnością, jedynej miłości, której nigdy nie zdradziłeś.”

Pozostaje zatem trening. Trening myśli. Barnes, Babel, Márquez, Horacy, Nietzsche, Dostojewski, Mann, Miłosz, Herbert, Czechow, Grass, Roth, Lechoń, Camus, Márai…  W „Drugim dzienniku” Pilch brawurowo żongluje dziełami klasyków wielkiej literatury. Błyskotliwie komentuje rzeczywistość. Grunt pozostaje więc nietknięty.

Ale są jeszcze imponderabilia. Niestety, tknięte. „Godzinne i niezakończone tryumfem zapinanie koszuli. Heroiczna próba zakręcenia butelki coca-coli…”. Nie ma w Pilchu na to zgody. Przynajmniej formalnej. Pewnie dlatego czasem pisze w osobie trzeciej. „Nie w głowie mu choroba – musiał kupić sobie laskę. Nagle ciało ogarnęła niestabilność nagle jakby utrzymujących równowagę wnętrzności znacząco ubyło.” Jednak opozycja:  tworzę – ja, choruje – on, jest nie do obronienia. Przed samym sobą zwłaszcza. Pilch szuka wśród swoich byłych kobiet takiej, której mógłby teksty dyktować. Pytał panią A, B, C… doszedł do M. Bez powodzenia. Cóż, może od M do Ż?

Póki co autor jakoś sobie radzi. Wbrew wrażeniu, jakie niechcący można odnieść po przeczytaniu tego bloga, Pilch w dzienniku serwuje dużo historii pozachorobowych. Na przykład o tym, jak babka Czyżowa i Ania od Kocięłłów umierały ze śmiechu, o tym jak Jurkowi z Poczty świat się zawalił, czy o piłce nożnej –  tematyce w przypadku Pilcha oczywistej.

W tej książce Pilch wielokrotnie zresztą zarzeka się, że o chorobie wspominać nie będzie. Potem to odszczekuje, bo jeśli dziennik ma być szczery, to autor musi pisać o sprawach dla siebie najważniejszych. „Kroniki dochodzenia do bezwładu jednak nie uniknę – wstyd nie wstyd, nuda nie nuda – idzie o w miarę dokładne uchwycenie momentu zapaści. Zapaści w analfabetyzm”.

W pewnym momencie pisze tak: „Generalnie ludzie umierają w ten sposób, że są, a potem ich nie ma”. Nie ma, ale jakby jednak są. Bo co niby zmarły Henryk Bereza robił w jego kuchni? I śmieszno, i straszno.

„Drugie dzienniki” całkowicie spełniają Pilchową intencję, zapisaną gdzieś na początku książki: „Nie ma najmniejszego powodu, by choroba nie przypominała dobrze opowiedzianej historii.” Nie czytać jej to strata.

„Każdy z nas ma 2 rodziców, 4 dziadków, 8 pradziadków – postęp jest geometryczny. Ktoś urodzony między wojnami ma od czasów Łokietka ponad milion, a od czasów Chrobrego ponad 4 miliardy  przodków”. Zapisałam sobie to zdanie, bo mnie zaskoczyło. Sprawdziłam potem. Ktoś, kto liczy sobie teraz ok. 40 lat, od roku tysięcznego ma (w zaokrągleniu) prawie 9 miliardów przodków. To więcej (niemal o 2 miliardy) niż żyje dziś ludzi na całej naszej planecie!

Ciekawe, jaki  był mój pra(razy 30)dziadek sprzed tysiąca lat. Tak daleko się nie sięgnie, ale można już sprawdzić, kim byli nasi pra- albo nawet prapradziadkowie. Wiele osób wpada na taki pomysł, bo tworzenie drzew genealogicznych ma się u nas nieźle, a i sag rodzinnych na czytelniczym rynku przybywa.
pendereccy-saga-rodzinna-p-iext23837658
Najnowsza to oczywiście „Pendereccy. Saga rodzinna”. Krzysztof Penderecki  pisze o swojej babci Ormiance, a dziadku, który był Niemcem, i o drodze, która musiał przejść, żeby stać się największym kompozytorem muzyki współczesnej. Krzysztof Penderecki zrobił sobie niezwykły prezent na 80. urodziny.
Stuhrowie-Historie-rodzinne_Jerzy-Stuhr,images_product,15,978-83-0804-273-1
Niedawno przebojem na rynku była książka „Stuhrowie. Historie rodzinne” Jerzego Stuhra. Bardzo dobrze napisana przez znakomitego aktora i reżysera historia rodu, w którym krzyżują się polskie, austriackie, czeskie i węgierskie korzenie (co widać zwłaszcza w misternie przygotowanym drzewie genealogicznym).
9436-n-a
Prawnik i były rzecznik praw obywatelskich, prof. Andrzej Zoll , też napisał o swojej nietypowej rodzinie, sięgając do czasów XIX-wiecznej Wirtembergii („Zollowie. Opowieść rodzinna”).
stommowisko-o-mojej-rodzinie-i-o-mnie-p-iext23429052
Świeża jest też książka Ludwika Stommy (antropolog kultury, etnolog, publicysta) „Stommowisko. O mojej rodzinie i o mnie”. Bardzo ciekawe jest w niej zwłaszcza zderzenie zwykłych rodzinnych epizodów ze scenami z wielkiej historii.

Ale swoją przeszłość rodową odkrywają nie tylko wielcy, więksi i najwięksi. Niedawno ukazała się książka Katarzyny Drogi „Pokolenia. Wiek deszczu, wiek słońca”. Autorka jest dziennikarką, która odkrywa losy swoich bliskich ze Stokowa, małej wsi nad Narwią. Sięga do początku XX wieku, do czasów które pamięta wielu naszych rodziców albo dziadków. To fabularna opowieść napisana prostym, barwnym językiem. Małgorzata Kalacińska, jedna z recenzentek tej książki, napisała tak: „Ciekawe postacie, ciepłe, wielowymiarowe, sprawiają, że podczas czytania wsiąkamy w ich dzieje, i chcemy być z nimi, nie bacząc na odłożone obowiązki”.
pokole
„Pokolenia” są taką lekturą, po której prawie każdy czytelnik ma ochotę dowiedzieć się czegoś o swoich przodkach, bo naprawdę ich dzieje mogą nas zaskoczyć, zadziwić, a często też zachwycić. I nieważne, że nie odkryjemy  losów naszych pra(razy 30)dziadków. Często wspomnienia mam czy babć potrafią wprowadzić nas w osłupienie. O ile znajdziemy dla nich czas.

I jeszcze jedno. Pierwsze zdanie tego wpisu jest cytatem z Jacka Woźniakowskiego, pisarza, tłumacza, publicysty, historyka sztuki, ale też kawalerzysty i konspiratora. W 2008 roku wyszła jego autobiograficzna książka „Ze wspomnień szczęściarza” . Jedna z najciekawszych i najlepiej napisanych, jakie przeczytałam.

338720

To pierwsza  taka nagroda w Polsce. Tak prestiżowa i tak znaczna finansowo. Za wiersze. Dzisiaj (sobota, 16 listopada) wieczorem po raz pierwszy wręczono nagrodę im. Wisławy Szymborskiej za książkę poetycką roku. Do konkursu przyjęto 200 pozycji, do finału jurorzy wybrali 5. Wygrały dwie: „Białe krzesła” Krystyny Dąbrowskiej i „Pełna krew”  Łukasza Jarosza. Galę z przyznania nagrody można sobie było obejrzeć. Transmitowała ją TVN24.

tajneHAW4X7QT.obr;jsessionid=9C39F7E4A22053EE61015B41DE89461A

Dąbrowska debiutowała 6 lat temu. Za „Białe krzesła” dostała już we wrześniu tego roku wyróżnienie jurorów w konkursie Nagrody Kościelskich. To skromny tomik. Objętościowo. Bo głębi nie można mu odmówić. Wpada się w nią za przyczyną zwyczajnych rzeczy (tytułowe białe krzesła), zwyczajnych ludzi (sprzedawczyni mioteł), zwyczajnych sytuacji (spotkania w stołówce). Przestają być zwyczajne, kiedy słowa zmieniają ich perspektywę. Są jak „glina, która czeka na rzeźbiarza”.

Jarosz_Pelnakrew_500pcx

Łukasz Jarosz przenosi do wierszy swoje obserwacje świata najbliższego. Swojej wsi  („Jestem ze wsi, ale wieśniak to określenie stanu intelektualnego, a nie szerokości geograficznej” – powiedział dzisiaj), sąsiadów, babci, córki. No, nie jest to z zasady sielski obrazek, bo rzeczywistość tu i teraz jest pełna wczoraj i jutra. O jutrze trudno wyrokować, ale przeszłość to nie tylko sepia, ale też czerwień krwi.

Nie da się opowiedzieć wierszy. Trzeba je przeczytać i pozwolić im na zniewolenie myśli.  Bo – jak napisała kiedyś sama Szymborska  – „nie ma rozpusty gorszej niż myślenie”. Pozwólmy sobie czasem na taką rozpustę, choć ona wymaga w dzisiejszych czasach odwagi. Dąbrowska powiedziała podczas gali, że powstrzymuje nas „strach przed  wierszem”. Nic dziwnego, poezja ma skondensowaną moc demaskatorską, bo operuje lapidarnym, stężonym słowem. Słowo w wierszach może ranić, ale nie zabija. Zabija proza. Życia, myślenia, czucia. Kto czyta wiersze, widzi więcej, myśli głębiej i czuje intensywniej.

To jakieś szaleństwo. Biografie, autobiografie, wywiady rzeki: takiego wysypu nie pamiętam od dawna. Właściwie trudno się dziwić. Skoro wszyscy obnażamy się na portalach społecznościowych i chcemy zaznaczyć swoją mizerną (no bądźmy szczerzy) obecność, to dlaczego ci, których widać bardziej, nie mieliby na tym zarobić? Czasem co prawda zastanawiam się nad granicami poczucia starego, dobrego smaku, ale ten akurat na gotówkę jest słabo przeliczalny.

Czytaj dalej

Obie książki wyszły prawie w tym samym czasie. „Za że­la­zną kurtyną. Ujarz­mie­nie Eu­ro­py Wschod­niej 1944-1956″ napisała Anne Applebaum, a „System Białoruś” Andrzej Poczobut. Te pozycje są komplementarne. Pierwszą trzeba przeczytać dla zrozumienia przeszłości. Drugą dla dobra przyszłości. Obie demaskują reżim, a on jest ponadczasowy.

Autorzy mają pierwszorzędne legitymacje do tego, żeby pisać o totalitaryzmie. Applebaum, amerykańska pisarka , publicystka „The Washington Post”, dostała bardzo prestiżową Nagrodę Pulitzera za książkę „Gułag”. Tak wstrząsającego i drobiazgowo udokumentowanego obrazu sowieckich obozów pracy jest w historii powszechnej niewiele.

Andrzej Poczobut to publicysta, bloger  i działacz mniejszości polskiej na Białorusi.  Wielokrotnie aresztowany za  krytykę władzy. Dwa lata temu za znieważanie prezydenta Aleksandra Łukaszenki dostał wyrok  3 lat więzienia w zawieszeniu na dwa lata (przed kilku tygodniami sąd w Grodnie zwolnił go z odbywania tej kary). Jego teksty (publikowane także u nas) są często nagradzane. W Polsce w 2011 r. przyznano mu tytuł Dziennikarza Roku.

Czytaj dalej