Archiwa tagu: Jean-Daniel Baltassat

Jean-Daniel Baltassat napisał powieściowy melanż. „Kozetka Stalina” to trochę fikcja, trochę dokument; trochę thriller, trochę psychodrama. Na dodatek o jednym z największych tyranów, zbrodniarzy i despotów świata. Efekt? Oglądamy Stalina z bliska. Widzimy okrucieństwo w powiększeniu.

okladka_Kozetka_Stalina_sm

Połowa listopada 1950 r. Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili w ogrodzie przycina róże. Ma 72 lata. Umrze za dwa i pół roku. Już czuje na sobie oddech śmierci. Zna ją jak nikt. Na początek kazał wymordować prawie milion członków swojej parttii. Potem ofiary są liczone w dziesiątkach milionów. Jedni zostali rozstrzelani, inni zamęczeni, jeszcze inni padli z głodu. Ilu?

Dokładnie nie wiadomo. Robert Conquest w monografii „Wielki Terror” twierdzi, że w ZSSR było ok. 40 mln ofiar represji (w tym prawie 20 mln zabitych), a Aleksander Sołżenicyn w „Archipelagu GUŁag” pisze, że tylko w obozach pracy zginęło ok. 60 mln ludzi.

My jednak w powieści Jeana-Daniela Baltassata zastajemy generalissimusa w pokojach Likani, królewskiego pałacu Romanowów. Wódz przyjmie tam artystę, który projektuje mu pomnik wieczności. To niebywałe mauzoleum tworzy Walery Jakowlewicz Daniłow. Chce pokazać drogę Stalina na szczyt. Od młodości do… Planuje z rozmachem: ogrom, potęga, piętra, lustrzane freski na chromowanej stali. Daniłow narysował już 348 portretów wielkiego wodza. Spodoba się? Dezaprobata może oznaczać koniec. Koniec wszystkiego. Artysta o tym wie. Obezwładnia go strach, zwłaszcza, kiedy mija pałacowe bramy, kraty i karabiny maszynowe z palcami wartowników zaciśniętych na spustach.

W pałacu jest też Lidia Siemionowa Wodjewa. Faworyta Stalina. Ona nie pokazuje strachu. To w końcu sam wódz nauczył ją, jak traktować ludzi: „Zmuś ich do patrzenia na ciebie prosto w oczy. Niech sikają ze strachu, jeśli ośmielą się odwrócić źrenice”. Ludzie truchleją więc ze strachu na jej widok, a ona na widok Stalina.

Tak z marszu wkraczamy w sowiecką rzeczywistość lat 50. Gdzieś w tle knują Beria, Malenkow, Mikojan, Chruszczow, „których tlen władzy upaja bardziej niż wódka”; toczy się wojna w Korei; trwa sowiecka gra z Chińczykami i Amerykanami. Ale w pałacu generalissimus odpoczywa. Uginają się stoły, czekają filmy z imperialistycznego Hollywood gotowe do projekcji i bajki Puszkina do głośnego czytania. Tu też wódz śpi na leżance skrojonej na wzór kozetki Zygmunta Freuda.

Stalin chciałby się zmierzyć ze swoimi snami, a raczej z koszmarami (prześladuje go wizja dziury od kuli w piersiach żony, Nadieżdy Siergiejewej Alliłujewej, dopada go chimera Lenina). Może metoda wiedeńskiwgo psaychoanalityka by się sprawdziła, rozwiała te zmory? Freuda ma zastąpić Lidia Wodjewa. Dylemat obustronny: jak się tu zwierzyć? jak tu przyjąć takie zwierzenia? Cóż, tego się można było spodziewać: to będzie beznadziejny eksperyment. Wódz nie może sobie pozwolić na słabość, na bezradność, na bliskość, na bycie pouczanym. Uzna więc, że nie dla niego te „kosmopolityczne, żydowskie świństwa”.

No, ale wciąż czeka na augiencję artysta Daniłow. Ma czelność projektować monument. Ba, ma czelność twierdzić, że gigantyczny pomnik pokaże prawdę o wodzu i historii. Artysta zapomniał jadnak, że „to, co urodziło się z woli Stalina, umrze z woli Stalina” i że prawda może być arcygroźna, bezlitosna, śmiercionośna.

 „Kozetkę Stalina” czyta się jak dreszczowiec. To powieść złowieszcza od pierwszego do ostatniego zdania. No, ale jak inaczej opisać zło?