Archiwa tagu: Małgorzata Powązka

Jeśli kochacie kryminały, to od serii o Fantomasie powinniście zacząć. Nie od lektury dobrodusznej Agaty Christie czy wytwornego sir Arthura Conan Doyle’a. Bo dopiero kiedy dotkniecie absurdalnego zła z początku XX wieku, poetyka współczesnych książek Larssona, Browna czy Krajewskiego stanie się oczywista.

f-fantomas-zakochany-ksiaze

„Fantomas” ukazał się w 1911 roku w Paryżu. Z prawie taką samą okładką, z jaką teraz wznowiło ją Wydawnictwo Fontanna (Studio Emka) pod tytułem „Fantomas. Zakochany książę”. Na dniach (10 czerwca) pojawi się „Zagubiony pociąg”, druga z serii kilkudziesięciu książek o Fantomasie. Pierre Souvestre i Marcel Allain wymyślili sobie bohatera, który od razu uwiódł czytelników. Stał się postacią kultową. Wszedł do popkultury jak Tarzan, Superman czy Batman. Tyle tylko, że trudno go nazwać herosem. To demon.

Jednak zło przyciąga, a Fantomas to zło wcielone. Nam kojarzy się głównie z komediami z lat 60. z Louis de Funesem i Jeanem Marais. Filmowy Fantomas z zieloną maską na twarzy bardziej przypomina dziś shreka niż zbrodniarza. Ten książkowy ma czarny kombinezon i kominiarkę. Nie robi też żadnych figielków, ale dopuszcza się okrutnych zbrodni, często bez powodu. Truje niewinnych, do flakonów na perfumy wlewa kwas siarkowy, wypuszcza w tłum zarażone dżumą szczury, rękawiczki nasącza toksyczną substancją, bestialsko okalecza ciała ofiar, odcina głowy, roztrzaskuje wrogów (np. o… dzwon) i zmusza ich do samobójstwa nawet na gilotynie. Jednym zdaniem: leje się krew.

To jest właśnie książkowy Fantomas. Nic dziwnego, że najpierw pokochali go surrealiści (w końcu odrzucali moralność i stereotypy). Potem uwielbienie miał już powszechne, zwłaszcza że seria o nim ukazała się w formie tzw. popularnej książki, sprzedawanej w cenie 35 centów za tom, czyli tak naprawdę za grosze.

Poza tym Fantomas grasował tuż pod drzwiami ówczesnych czytelników. Paryż w tej serii powieściowej jest po Fantomasie drugim bohaterem. I nie występuje tu jako miasto pięknych zabytków czy romantycznych pejzaży na miarę belle epoque. Nad Sekwaną unosi się lodowata mgła, latarnie ledwo świecą, a ulice są pełne błota. Półświatek? Owszem, ale też wyższe sfery z prawdziwymi księżnymi i wicehrabiami.

Początek „Zakochanego księcia” już dobrze wróży: do tunelu wjeżdża pociąg. I nie wyjeżdża. Znika. Nie, nie napiszę co dalej. Ani mi w głowie streszczać kryminał. Zresztą czyta się go potoczyście i z zapałem. Souvestre i Allain zobowiązali się do pisania jednej powieści miesięcznie. Dostarczali więc przez 32 miesiące po 400 stron tekstu. Pewnie dlatego najważniejsza jest w książce akcja. No, jak w kinie.

 

 

Jean-Daniel Baltassat napisał powieściowy melanż. „Kozetka Stalina” to trochę fikcja, trochę dokument; trochę thriller, trochę psychodrama. Na dodatek o jednym z największych tyranów, zbrodniarzy i despotów świata. Efekt? Oglądamy Stalina z bliska. Widzimy okrucieństwo w powiększeniu.

okladka_Kozetka_Stalina_sm

Połowa listopada 1950 r. Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili w ogrodzie przycina róże. Ma 72 lata. Umrze za dwa i pół roku. Już czuje na sobie oddech śmierci. Zna ją jak nikt. Na początek kazał wymordować prawie milion członków swojej parttii. Potem ofiary są liczone w dziesiątkach milionów. Jedni zostali rozstrzelani, inni zamęczeni, jeszcze inni padli z głodu. Ilu?

Dokładnie nie wiadomo. Robert Conquest w monografii „Wielki Terror” twierdzi, że w ZSSR było ok. 40 mln ofiar represji (w tym prawie 20 mln zabitych), a Aleksander Sołżenicyn w „Archipelagu GUŁag” pisze, że tylko w obozach pracy zginęło ok. 60 mln ludzi.

My jednak w powieści Jeana-Daniela Baltassata zastajemy generalissimusa w pokojach Likani, królewskiego pałacu Romanowów. Wódz przyjmie tam artystę, który projektuje mu pomnik wieczności. To niebywałe mauzoleum tworzy Walery Jakowlewicz Daniłow. Chce pokazać drogę Stalina na szczyt. Od młodości do… Planuje z rozmachem: ogrom, potęga, piętra, lustrzane freski na chromowanej stali. Daniłow narysował już 348 portretów wielkiego wodza. Spodoba się? Dezaprobata może oznaczać koniec. Koniec wszystkiego. Artysta o tym wie. Obezwładnia go strach, zwłaszcza, kiedy mija pałacowe bramy, kraty i karabiny maszynowe z palcami wartowników zaciśniętych na spustach.

W pałacu jest też Lidia Siemionowa Wodjewa. Faworyta Stalina. Ona nie pokazuje strachu. To w końcu sam wódz nauczył ją, jak traktować ludzi: „Zmuś ich do patrzenia na ciebie prosto w oczy. Niech sikają ze strachu, jeśli ośmielą się odwrócić źrenice”. Ludzie truchleją więc ze strachu na jej widok, a ona na widok Stalina.

Tak z marszu wkraczamy w sowiecką rzeczywistość lat 50. Gdzieś w tle knują Beria, Malenkow, Mikojan, Chruszczow, „których tlen władzy upaja bardziej niż wódka”; toczy się wojna w Korei; trwa sowiecka gra z Chińczykami i Amerykanami. Ale w pałacu generalissimus odpoczywa. Uginają się stoły, czekają filmy z imperialistycznego Hollywood gotowe do projekcji i bajki Puszkina do głośnego czytania. Tu też wódz śpi na leżance skrojonej na wzór kozetki Zygmunta Freuda.

Stalin chciałby się zmierzyć ze swoimi snami, a raczej z koszmarami (prześladuje go wizja dziury od kuli w piersiach żony, Nadieżdy Siergiejewej Alliłujewej, dopada go chimera Lenina). Może metoda wiedeńskiwgo psaychoanalityka by się sprawdziła, rozwiała te zmory? Freuda ma zastąpić Lidia Wodjewa. Dylemat obustronny: jak się tu zwierzyć? jak tu przyjąć takie zwierzenia? Cóż, tego się można było spodziewać: to będzie beznadziejny eksperyment. Wódz nie może sobie pozwolić na słabość, na bezradność, na bliskość, na bycie pouczanym. Uzna więc, że nie dla niego te „kosmopolityczne, żydowskie świństwa”.

No, ale wciąż czeka na augiencję artysta Daniłow. Ma czelność projektować monument. Ba, ma czelność twierdzić, że gigantyczny pomnik pokaże prawdę o wodzu i historii. Artysta zapomniał jadnak, że „to, co urodziło się z woli Stalina, umrze z woli Stalina” i że prawda może być arcygroźna, bezlitosna, śmiercionośna.

 „Kozetkę Stalina” czyta się jak dreszczowiec. To powieść złowieszcza od pierwszego do ostatniego zdania. No, ale jak inaczej opisać zło?

Za kilka dni (18 marca) ukazują się „Myśli nieuczesane. Wszystkie” Stanisława Jerzego Leca. Ostatnie, trzecie już,  wydanie jego aforyzmów ukazało się 5 lat temu.  W zasadzie każde zostało wykupione od ręki. Czasem można je jeszcze odkopać na allegro.

mysli-nieuczesane-wszystkie-d-iext28213214

Skąd taka popularność Leca? „Mówię rzeczy tak sta­re, że ludzkość ich już nie pamięta” – spuentował kiedyś sam siebie. I jak zwykle miał rację. Bo to autor niebezpieczny. Trafia słowem w czułe punkty, ale nie po to, żeby dokopać. Po to, żeby nazwać to, co się nam gdzieś tłucze z tyłu głowy.  Lec to taki Stańczyk XX wieku i pewnie następnego też. To ojciec założyciel szkoły współczesnych prześmiewców myślicieli.

Nie żyje od 49 lat. Cóż, załapał się na kiepską epokę i ma w życiorysie paskudne epizody. Urodził się 6 marca 1909 r. we Lwowie jako baron Stanisław Jerzy de Tusch-Letz (potem skrócił  i spolszczył nazwisko na Lec, co po hebrajsku oznacza błazna, ale też przenikliwego komentatora). W międzywojniu związał się z ruchem lewicowym. 19 listopada 1939 r. podpisał oświadczenie pisarzy polskich witające przyłączenie Zachodniej Ukrainy do Ukrainy Radzieckiej, napisał pierwszy polski wiersz o Stalinie. Był więźniem obozu hitlerowskiego we Lwowie na Janowskiej i w Tarnopolu po wybuchu wojny radziecko-niemieckiej (uciekł w przebraniu żołnierza Wehrmachtu). Potem należał do PPR.  Brał udział w walkach partyzanckich jako członek Gwardii Ludowej i Armii Ludowej. W Ludowym WP dochrapał się stopnia  majora. Po wojnie (1946) był attaché prasowym w Wiedniu. W 1950 r. na dwa lata wyemigrował do Izraela. Wrócił do kraju w 1952 r., czym wywołał ogólne osłupienie. Przez 4 lata był  objęty zapisem cenzury. Nie tylko nic mu nie publikowano, ale też wszystkie jego utwory (m.in. 6 zbiorów wierszy) podlegały natychmiastowemu wycofaniu z księgarni i bibliotek.

Piszę o tym, bo nie chcę być uznana za jego ślepą apologetkę. Nie mnie go osądzać. Wiem, kim Lec był, ale wiem też, że jeśli życie daje w kość komuś błyskotliwie inteligentnemu, to jego komentarz może być niezwykle celny. A jeśli jeszcze ten ktoś ma do rzeczywistości zdrowy dystans, talent i efektowne poczucie humoru, to…  ma szansę być Lecem. W sumie opublikował 11 zbiorów wierszy, trzy zbiory fraszek oraz czterokrotnie, poszerzane za każdym razem, tomikiMyśli nieuczesanych”. Już pierwsze ich wydanie (w 1957) przyniosło mu międzynarodowe uznanie.

Wiele sentencji Leca funkcjonuje od lat w naszej obiegowej komunikacji, choć czasem sobie tego nie  uświadamiamy.  Żyć jest bar­dzo niez­dro­wo. Kto żyje, ten umiera; Ceń słowa. Każde może być twoim ostatnim;  Ciemne okna są często bardzo jasnym dowodem; Niektórym ludziom należałoby wytoczyć proces myślenia czy Chwi­la poz­na­nia swe­go bez­ta­len­cia jest błys­kiem geniuszu; Su­mienie miał czys­te. Nieużywane; No i prze­biłeś głową mur. Co będziesz ro­bił w sąsied­niej celi?  – to jego aforyzmy.

W ukazującym się właśnie zbiorze „Myśli nieuczesane. Wszystkie” będzie 4711 złotych myśli Leca.  Także takich, które niesłusznie nie są hitami, np.: Dlacze­go piszę te krótkie fraszki? Bo słów mi brak;  Przy­war­li do siebie tak blis­ko, że nie było już miej­sca na żad­ne uczucia; Kto wie, co by od­krył Ko­lumb, gdy­by mu nie stanęła na drodze Ameryka; Nauka jest sprawą wiel­kich. Ma­luczkim dos­tają się nauczki; Wyk­rzyk­nik który sflaczał, sta­je się zna­kiem zapytania; Nie wiem, czy wierzę w duszę, ale na pew­no w bezduszność; Bądźmy ludźmi choćby tak długo, póki nauka nie od­kry­je, że jes­teśmy czym innym; Op­ty­mizm i pe­symizm różnią się je­dynie w da­cie końca świata.

No mogłabym tak cytować długo, bo uwielbiam Leca. Nie przegapcie tej książki. To nauka przez gorzki śmiech, dlatego zapada w pamięć. Zbiór w księgarniach będzie kosztować  49 zł, ale polecam zakup internetowy. W Empiku kosztuje w przedsprzedaży 43,99  zł (jeszcze kilka dni temu 38,99), w sieci Matras 35,28 zł, a w dyskoncie książkowym Aros 31,85 zł.

No i tyle, ale oczywiście na koniec znów Lec: Nie traćcie głowy! Życie chce was po niej pogłaskać.

Kochał Warszawę. Spacerował po Nowym Świecie i Krakowskim Przedmieściu prawie do końca. Podobno niedawno zasłabł i zatoczył się na ulicy. Policjant wziął go za menela. Tadeusza Konwickiego – jednego z największych twórców polskiej kultury. Wczoraj zmarł. Miał 88 lat.

194px-Tadeusz_Konwicki_Kancelaria_Senatu_01

Był ostatnim z wielkiej trójki. Uwielbiał przesiadywać przy „świętym stoliku” w kawiarni przy ul. Wiejskiej 12a w Warszawie, w suterenie wydawnictwa Czytelnik. Razem z Gustawem Holoubkiem i Andrzejem Łapickim. Niewielu mogło się do nich dosiąść. To był zaszczyt, bo tam toczyły się rozmowy o kulturze, o Polsce i świecie, o życiu. Tam rodziły się trendy literackie, teatralne i filmowe. Potem kawiarnia pustoszała. Przy stoliku zwalniały się miejsca.

Tadeusza Konwickiego nie wypada przedstawiać. Kto chodził do szkoły, musi znać przynajmniej „Małą Apokalipsę” albo „Kalendarz i klepsydrę”, albo choćby „Sennik współczesny”.
Kto ogląda telewizję czy chodzi do kina, na pewno widział „Matkę Joannę od Aniołów”, „Faraona” albo „Dolinę Issy”.   Napisał ponad 30 książek i scenariuszy. Nakręcił 14 filmów. Autobiograficznego niestety nie, choć jego życiorys jest gotowym scenariuszem. Dzieciństwo na Kresach, wojna, AK, Gliwice, Kraków, Warszawa. Przyjaciel m.in. Leopolda Tyrmanda, Stanisława Dygata. Elita elit. Guru dla kilku pokoleń twórców, nie tylko polskich.

Ostatnia książka Tadeusza Konwickiego wyszła 20 lat temu. W 1995 roku ukazała się powieść „Pamflet na samego siebie”. Potem mogliśmy tylko czytać rozmowy z nim (np. „Pamiętam, że było gorąco” i „W pośpiechu”)  oraz wybór tekstów rozproszonych „Wiatr i pył”.

„Nasze histerie, nasze nadzieje. Spotkania z Tadeuszem Konwickim” to książka z ubiegłego roku. Jest zbiorem rozmów, komentarzy i wypowiedzi pisarza pozbieranych z różnych dekad. Najwcześniejsze pochodzą z roku 1954, ostatnie z 2010. Pisałam już o tej książce, więc dziś tylko się przypomnę.

Tadeusz Konwicki mówi w niej tak: „Moją obsesją jest to, że siedzę okrakiem na jakiejś skale, która dzieli dwie epoki. Mam dość intensywne uczucie, że świat dokonał skoku, nie szybkiej ewolucji, ale jakiegoś skoku, także w świadomości i mentalności”.

Najbardziej szokujące jest to, że  – mimo astronomicznego tempa przemian współczesności – wiele opinii Konwickiego o nas: Polakach (a może nawet o nas: homo sapiens) nie traci nic na aktualności. Są przenikliwe i bolesne, ale wciąż obowiązują. Niestety.

„Sukces odnosi  ten, kto staje się człowiekiem dnia, miesiąca, roku; ten, którego twarz i nazwisko, pokonując barierę anonimowości, dostają się na łamy gazet, na ekrany telewizorów, do serwisów światowych agencji. Może nim zostać aferzysta, przywódca państwa, śmiało obnażająca się dziewczyna, laureat Nobla, sportowiec, morderca  i piosenkarz”.
Co, że banał? Ale to jest wypowiedź z 1967 roku!

A co Państwo powiecie na coś takiego: „Ja kiedyś napisałem zdanie, które uważam za nie najgorsze, że przyjaźń to jest lęk przed samotnością, a miłość to jest jeszcze większy strach przed samotnością”? Albo na taką opinię o dewaluacji  wartości społecznych: „Już nikomu nie imponuje stanowisko dyrektora czy ministra, a nawet premiera. Jeszcze tylko kilku naiwnych współrodaków chce być prezydentami. Idziemy na całość i najbardziej frapującą w tej chwili propozycją jest zostać Bogiem. Dlatego powstaje tyle sekt. Dlatego tak pociągająca jest mistyka i dlatego tylu ludzi robi w tym mistycznym biznesie; począwszy od różnego rodzaju terapeutów, po bóstwa, które się co chwila objawiają”.

Ciekawe odpowiedzi zwykle padają na ciekawe pytania. Nic dziwnego, rozmowy z Tadeuszem Konwickim w tej książce prowadzą m.in. Jerzy Pilch, Tadeusz Sobolewski i Adam Michnik. Są też bardzo osobiste refleksje i wspomnienia Tadeusza Konwickiego  na przykład o Zbigniewie Cybulskim,  Gustawie Holoubku, a nawet o legendarnym już kocie Iwanie.

Dzięki tej książce wchodzimy w niezwykle intrygujące życie wyjątkowego człowieka (porządkuje je także skrupulatne kalendarium).  Ale gdyby ktoś szukał odpowiedzi na kultowe pytanie: jak żyć panie premierze?, to pan autor odpowie: „A wreszcie, proszę pani, przy końcu naszej rozmowy muszę się przyznać, że wcale nie wiem, czy w ogóle mam rację…”.

Czytajmy twórców, którzy więcej widzieli, więcej wiedzieli, więcej czuli. Dzielą się swoją bezcenną wiedzą i wystarczy tylko sięgnąć po ich dzieła. Nie ma co wyważać otwartych drzwi.

Dzień przed oficjalnym ukazaniem się „Ksiąg Jakubowych” napisałam na Twitterze, że to kolejna książka Olgi Tokarczuk na NIKE. Cofam to. O Nike to sobie mogą powalczyć Twardoch albo Masłowska. Tokarczuk należy się Nobel. I to nie jest żadna egzaltacja.

ksiegi-jakubowe-u-iext26352152

Czytam jej książki od ponad 20 lat. „Podróż ludzi Księgi” to była miłość od pierwszego zdania. Ale jak żadne, i to uczucie nie jest bezkrytyczne. „Anna In w grobowcach świata” jakoś mnie nie powaliła. Potem porwali mnie „Bieguni” , a kiedy ukazała się powieść „Prowadź swój pług przez kości umarłych” pomyślałam, że to jakaś pomyłka. Nie żeby to była zła książka, tylko taka, jaką może napisać każdy dobry pisarz. W miarę dobry i w miarę wrażliwy na los naszych braci mniejszych (na podstawie tej książki Agnieszka Holland kręci film. Ciekawe, jaki będzie. Bo to nie jest pierwsza adaptacja prozy Tokarczuk. Na ekranie pojawiły się już „Żurek” i „Aria Diva” , a na scenach „Numery”, „Skarb” i „E.E”). Nad „Księgami Jakubowymi” Tokarczuk pracowała 6 lat.

Pełny tytuł powieści brzmi tak: „Księgi Jakubowe albo wielka podróż przez siedem granic, pięć języków i trzy duże religie, nie licząc tych małych. Opowiadana przez zmarłych, a przez autorkę dopełniona metodą koniektury, z wielu rozmaitych ksiąg zaczerpnięta, a także wspomożona imaginacją, która to jest największym naturalnym darem człowieka. Mądrym dla memoriału, kompatriotom dla refleksji, laikom dla nauki, melancholikom zaś dla rozrywki”.

Spokojnie ­- trudniej przebrnąć przez tytuł niż przez powieść. Bo to książka, w którą się wsiąka. W podobny sposób, z butami , wpada się na przykład w „Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa, w „Sto lat samotności” Márqueza czy w „Pachnidło” Süskinda. Ta sama magia.

„Księgi Jakubowe” czytałam półtora miesiąca. Za krótko, pewnie też zbyt naraz. I nie chodzi tylko o to, że ta powieść ma 900 stron. Chodzi o to, że trzeba mieć czas na aklimatyzację. Na osadzenie się w 1752 roku, na poczucie tamtego zimna, błota, strachu, zagubienia, braku (tak namacalną, wręcz fizyczną, podróż w przeszłość przeżyłam chyba jeszcze tylko przy lekturze „Jesieni Średniowiecza” Johana Huizingi). Potem trzeba wrócić i przekonać się, że jeśli przez parę stuleci z zimnem i błotem jakoś się uporaliśmy, to ze strachem, brakiem i zagubieniem nijak. Ciekawe, że paginacja stron w tej powieści jest odwrotna: zaczynamy lekturę od str. 900 i posuwamy się do 0.

Nie będę niczego streszczać, cytować, oceniać. „Księgi Jakubowe” mnie powaliły. To taka powieść, do której ile razy zajrzeć, tyle razy przeczyta się coś innego. Dlatego żądam Nagrody Nobla dla Olgi Tokarczuk. Jeśli ktoś się z moją opinią nie zgadza – trudno. W końcu to mój blog, więc mogę sobie żądać i głośno o tym pisać!

Zresztą w porównaniu do ostatnich laureatów tej Nagrody Olga Tokarczuk jest mocarzem (mocarką?). Bo, moim zdaniem, Alice Munro jest straszliwą nudziarą. Jej opowiadania utknęły gdzieś w XIX wieku i tam powinny zostać. A Patrick Modiano jest większości z nas znany z „Katarzynki” wznowionej niedawno, a reklamowanej jako powieść dla dzieci. I słusznie. Niestety, jury literackiej Nagrody Nobla przypomina mi układ niesłusznie scalony, utopiony w formalinie. To coś tak kostycznego jak skład naszej Państwowej Komisji Wyborczej przed dymisją.

Nie pamiętam, kto to powiedział: „Żyjemy nie do końca wiadomo gdzie, nie do końca wiadomo dlaczego, nie do końca wiadomo jak i nie do końca wiadomo po co”. Po lekturze każdej książki Stasiuka to zdanie mnie prześladuje. Podobnie jest przy jego najnowszej książce „Wschód”.

wschod-d-iext25996570

Czyta się Stasiuka znakomicie. Jest gawędziarzem, ale nie paplą. To nie jest gadanie nawykowe. To jest używanie słów po coś. Po co? Żeby opisać drogę. Bo Stasiuk jest takim notorycznym repatriantem. Jedzie, ogląda, wącha, smakuje, zagnieżdża się – nawet jeśli na chwilę, to tak głęboko, jak się tylko da – a potem powraca. No i to nie są podróże linearne, wertykalne raczej. Na wskroś i w głąb. Na dodatek po peryferiach.

Peryferie to taka przestrzeń sfatygowana przez czas. On tam zwalnia. Więc kiedy nagle wpada się na peryferie, można odnaleźć ludzi, problemy i pejzaże z przeszłości. Dla przypomnienia albo dla odkrycia jej na nowo. Stasiuk zagląda na peryferie z obu tych powodów. Tak się dzieje w większości jego książek, od „Opowieści galicyjskich” i „Zimy”, po „Jadąc do Babadag”, Fado”, „Dojczland” czy „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach”.

W „Jadąc do Babadag” Stasiuk tłumaczy to tak: „Dobrze jest żyć w krainach nieoczywistych, ponieważ ich granice zawierają w sobie więcej przestrzeni, niż wskazuje geografia. To są otchłanie nieznanego, to jest nieskończona dal domysłów, uciekający horyzont wyobrażeń i fatamorgana słodkich przesądów, którym nigdy nie sprosta rzeczywistość”.

Zatem wchodzi się w rzeczywistości równoległe. Stasiuk spenetrował tak np. Bieszczady, Podkarpacie, Podbeskidzie (zresztą mieszka w Wołowcu w Beskidzie Niskim, a potem ruszył na peryferie Europy środkowo-wschodniej, na Bałkany i do krajach byłego bloku radzieckiego. Wschód go uformował.
W zbiorze „Patrząc na Wschód: Przestrzeń, człowiek, mistycyzm” Stasiuk mówi tak: „My się tego Wschodu wyrzekliśmy i jesteśmy skończonymi prowincjuszami przez to. Jeżeli w naszej ojczyźnie działy się rzeczy epickie, szalone i szekspirowskie to na Wschodzie. (…) Ta nasza »zachodniość« to przecież wieczny pościg, wieczna próba dorównania, przypodobania, to wieczne merdanie ogonem, przebieranki”.

We „Wschodzie” Stasiuk wraca na Podlesie, gdzie spędzał wakacje u dziadków, sprawdza, co pozostało z krainy wyznaczanej przez PGR-y, z jego kosmosu dzieciństwa w PRL-u. Stamtąd wyruszył w świat (i cóż, że bez biletu) i może swój Wschód rozszerzyć o Mongolię, Chiny, Syberię, Rosję. Co zastał? Tęsknotę za przeszłością, za magią, litanię do komuny, nieprzepracowaną wojenną i powojenną traumę, bezczas, wieczny cień Wielkiego Brata? To może uciec? Ale gdzie?

„Leci się jakieś sześć czy siedem tysięcy kilometrów, czyli tyle, ile do Indii albo do Kongo, i na końcu jest coś w rodzaju hipertroficznego Węgrowa albo rozdętych Siemiatycz. Tak było w Irkucku, gdy wyszedłem na pierwszy spacer” – pisze Stasiuk. I wie, że przed Wschodem nie ma ucieczki, bo „odzywała się moja podświadoma Rosja sprzed kilkudziesięciu lat. (…)Ta nudna i bezforemna Rosja stała za plecami, rozprzestrzeniała się, rozlewała i osaczała”.

Tę książkę czyta się przez emocje autora. To zaskakujące, jak szybko stają się naszymi. Teraz Wschód idzie do nas. Znów budzi strach. Czyżby ten sam?

Jak Polska długa i szeroka świętujemy 25-lecie wolności. Kto trochę pożył, wie, że jest co świętować. Kto nie zdążył albo zapomniał, powinien sięgnąć do felietonów Stanisława Tyma z lat 1972-2014, zebranych w książce „Pies czyli Kot”. U mnie już nawet pracuje pamięć wsteczna, ale i tak dałam się zaskoczyć bezmiarem absurdu PRL-u.

Pies-czyli-Kot_Stanislaw-Tym,images_product,19,978-83-64076-01-5

„Na zalanej słońcem wystawie królowała ogromna dekoracyjna paprotka. Na jej szerokich liściach odpoczywały ogłupiałe muchy, które co chwila zrywały się do kolejnego bicia łbem o szybę. Słońce rozświetlało również wnętrze sklepu, w którym kilkunastoosobowa kolejka cierpliwie stała wzdłuż aluminiowego kontuaru”.

Pamiętacie państwo ten upiorny klimacik? To sklep mięsny, w którym „każdy uczestnik kolejki obmacywał dokładnie wzrokiem stertę sinego schabu”. Sinego, czyli starego i śmierdzącego. „Nie śmierdzi, tylko czujne jest, bo się zadusiło, a jak ktoś panikę sieje, to drzwi otwarte i droga wolna” – ekspedientka wysilać się nie musiała. I tak wszystko sprzedawała na pniu. Bo jak uczyło konsumenckie doświadczenie, mięso świeże inaczej „wystarczyło w soli dwie godziny wymoczyć” i już można było smażyć rodzinie na obiad.

To rzeczywistość anno Domini 1972, kiedy – jak przypomina Tym ­– średnia pensja wynosiła 2,5 tys. zł.

A jakaż gospodarność w narodzie wtedy była! Oto, co autor przechowywał z pietyzmem w swojej szufladzie: „oprawka do żarówki z małym gwintem, pęknięta, ale łatwiej skleić, niż dostać nową; winidurowe uszczelki do gorącej wody – rarytas; (…) na wpół wyschnięty słoiczek butaprenu (tylko po jednym opakowaniu sprzedajemy), ostatni czarny (!) atrament; dwa zamki błyskawiczne 18 i 15 cm, które będą w sprzedaży w trzecim kwartale; bezcenna igła groszówka (bez podania kwartału) oraz setki innych rzeczy, dzięki którym mogę sobie sam coś przyszyć, zreperować, przykleić bez czekania na trzeci kwartał”.

Rok 1986. Średnia pensja to 24 tys. zł. Delikatesy Starogdańskie w Gdańsku, rzecz jasna:

„ – Proszę kurczaka z rożna. – Przecież pan widzi, że nie ma. – Widzę, ale jest napis: Stoisko dnia- rożen, więc sądziłem… – Napis jest na stałe. Dziś już się nie piecze. – Rozumiem. A co w taki razie można kupić? – Szkielety po 218! (…) Dwa całkowicie obdarte z mięsa drobiowe szkielety lecą na szalę wagi. Pani ekspedientka ręką lepką od kurczęcej krwi przyjmuje tysiączłotowy banknot i wydaje, mokrą od posoki, resztę papierowo-bilonową. Następnie zdejmuje szkielety z wagi i zawija w papier. Widzę, jak miliony durowych pałeczek salmonelli, żółtaczki i czerwonki przylepiają się z brudnych pieniędzy i rąk do chudych kości”.

Rok 1989. Średnia pensja wynosiła prawie 206 tys. 758 zł. Rok później przekroczyła milion.

„Zrujnowany kraj milionerów! Tylko jedno, trzeba przyznać, im wyszło – w PRL wszyscy są milionerami, wystarczy, że ma się buty, spodnie szafkę i zegarek. (…) Inflacja rośnie szybciej niż pokrzywy, w których siedzę, i rolnikowi nie opłaca się produkować. Pustki w sklepach. Sztuką jest kupić paczkę byle jakiej herbaty, biały ser jest niedostępnym rarytasem, a lodówka marzeniem ściętej głowy”.

Tak naprawdę było. Zbiór felietonów (i świetnych rysunków) Tyma to znakomite korepetycje z historii Polski. Sam autor pisze tak: „Subiektywnie uważam, że ze stron tej książki tryska optymizmem – bo wszystko, co tu napisałem, mamy za sobą. Za sobą, ale i… ze sobą. Przecież cały czas ciągniemy ten ogon naszej przeszłości. Rzecz jednak w tym, by ogon zawsze był na swoim miejscu. By nie zasłaniał nam oczu i uszu ani nie pętał rąk i nóg. Żeby nie zastępował na głowy”.

Cały Tym! Stanisław Tym! Chapeau bas!

Kiedy pada słowo „ojczyzna”, nabzdyczamy się jakoś. Starszym przypominają się obowiązkowe manifestacje patriotyzmu. W pochodach, z flagami, transparentami i wiwatami na cześć tych, których historia już zdążyła przetrawić. Młodszym nie przypomina się nic. No słyszeli jakieś okrzyki na stadionach, widzieli w telewizji jakieś wiece z pyskówkami, kojarzą akcję powrotu orzełka na koszulki polskich piłkarzy. Ale żeby zaraz ojczyzna?

polonez-na-polu-minowym_190153

A o niej można mówić nawet szeptem. Piękny wielogłos o Polsce i polskości pojawia się w książce Doroty Wodeckiej „Polonez na polu minowym”. To szczere do bólu rozmowy z polskimi pisarzami. Hanna Krall mówi tam tak:

„Polskość? Język. Narew. Warszawa. Ja często błądzę w obcych miastach. Miewam okropne sny – że zgubiłam się i wiem, że nigdy nie znajdę drogi. I Warszawa jest jedynym miastem, w którym nie boję się, że zabłądzę. I to samo jest z polszczyzną. I za to jestem im obu ogromnie wdzięczna”.

Ojczyzna, czyli mój kraj, a może mój region, moje miasto. Albo ciaśniej jeszcze: moja ulica i mój dom? Szczepan Twardoch ma swoją hierarchię: „Wychowano mnie w przekonaniu, że rodzina jest ponad wszystko, a powinności wobec państwa, narodu czy Kościoła, to owszem, ale w drugiej kolejności”.

Tymczasem Wojciech Kuczok zachowuje dystans:„Nie lubię pojęcia „ojczyzna”. Zalatuje mi patriarchatem i jakimś piętnem ciężkiej, ojcowskiej ręki. Za ojczyznę trzeba być gotowym zginąć, psiakrew, a ja jestem pacyfista, dawno temu wyświrowałem sobie kategorię D, Nie chcę, żeby mój patriotyzm był obarczony jakimiś wyrzutami sumienia. Bardziej lubię pojęcie matczyny (…). Gdybyśmy żyli w matczynie, jej synowie nie skakaliby sobie do gardeł, tylko podlewali nawzajem kalafiory na działkach”.

Wielu rozmówcy Doroty Wodeckiej polskość boli. Andrzej Stasiuk mówi, że „postrzelona ta Polska jest”. „Stoimy w rozkroku. Miedzy przyszłością, upragnionym dwudziestym pierwszym, drugim wiekiem i wśród tych trupów nieszczęsnych, na cmentarzach. Rozdarci”.

Magdalena Tulli twierdzi natomiast, że „polskość jest czymś, co z samego założenia stoi zawsze na ostrzu noża. Często łączą się z tym wyśrubowane wymagania. Dla wielu ludzi jest oczywiste, że nie można być Polakiem tak po prostu, z urodzenia, tylko trzeba dopiero udowodnić, że się nim jest, spełniając dodatkowe warunki. Ludzie, którzy najgwałtowniej przeżywają patriotyczne uczucia, jednocześnie źle myślą o narodzie polskim, przedstawiają go jako zbiorowość nierozumną, uśpioną, łatwy łup dla sprytniejszych i obrotniejszych obcych. Pomysł, żeby współdziałać z obcymi dla wspólnego pożytku, wydaje im się karygodną naiwnością albo podłą zdradą”.

Nie jesteśmy idealnym narodem. Polska też nie jest idealna. Ale jest nasza i wciąż jeszcze tu jesteśmy. Jutro, 2 maja, jest święto flagi. Wywieśmy ją. Niech sobie łopocze. Dla nas. No i trochę dla ojczyzny, cokolwiek to dla każdego znaczy.

Dwie książki o tych samych czasach. Dwie zupełnie inne książki. Jeśli ktoś chce przypomnieć sobie, albo dowiedzieć się, jak się żyło w kultowych już latach 60., powinien przeczytać obie. Choćby po to, żeby nie dać się zwieść mitologii czasu. Pierwsza pozycja to „Seks, sztuka i alkohol. Życie towarzyskie lat 60.” Andrzeja Klima.

seks-sztuka-i-alkohol-zycie-towarzyskie-lat-60-p-iext23401830
Książka pokazuje, jak wyglądał polski high life w siermiężnych czasach gomułkowskich. To w zasadzie dość lekka lektura. Warszawsko-krakowscy  (głównie) celebryci na tle politycznym dekady. Plotki i fakty z życia ówczesnych idoli, ale też ważnych twórców kultury.

Kogóż tu nie ma? Łazuka, Maklakiewicz, Himilsbach, Iwaszkiewicz, Hłasko, Osiecka, Rodowicz, Olbrychski, Kobiela, Tyszkiewicz, Głowacki, Cybulski, Młynarski, Skolimowski, Jędrusik, Dygat… Setki  nazwisk, wspomnień, zdarzeń i anegdot. Przy okazji Klim dopisuje komentarze do kilku mocno zakorzenionych anegdot:

„Legenda głosi, że widząc na ekranie telewizora wydekoltowaną  Kalinę Jędrusik, Gomułka rzucił ze złości w odbiornik kapciem (według inne wersji popielniczką). Historię należy jednak włożyć między miejskie legendy. Po pierwsze: oszczędny do bólu towarzysz Wiesław (nawet papieros dzielił na pół z oszczędności) nigdy by niczym nie rzucił w drogi telewizor, po drugie: nie nosił w domu kapci, gdyż jeszcze przed wojną był ranny w nogę i nawet w domu nosił specjalne obuwie”.

Romanse, układy, skandale, imprezy. Cóż, naszperał się autor w archiwach, co od razu rzuca się w oczy, bo samej bibliografii są cztery strony.

Druga książka to „Lata sześćdziesiąte. Twarze kontrkultury” Jenny Diski. Świetna rzecz. Znakomicie napisana, znakomicie przemyślana. Diski, brytyjska pisarka (rocznik 1947), opisuje swoją młodość z perspektywy półwiecza. Taki dystans daje szansę na konfrontację dwóch odległych epok. Wnioski są bolesne, ale to za chwilę. Na początek o tym, jak się żyło „dzieciom kwiatom”.

lata-szescdziesiate-d-iext23521821

„Byliśmy bandą ćpunów rozpustnych i hedonistycznych. Leżeliśmy na kanapach, ćpaliśmy, uprawialiśmy seks, słuchaliśmy muzyki, która wychwalała leżenie na kanapach, ćpanie i uprawianie seksu, i śpiewaliśmy hymny na cześć nowych, dobrych czasów”.

Bo to miały być czasy przede wszystkim inne. W zasadzie były, ale kontestacja Brytyjczyków była raczej karykaturą kontrkultury amerykańskiej.

„W Ameryce działy się wówczas znacznie poważniejsze rzeczy. Muzyka i narkotyki miały ulżyć w cierpieniu żołnierzom walczącym na wojnie bądź przypomnieć kombatantom, że ktoś inny ponosi winę za ich nieznośną egzystencję. Dla nas w Wielkiej Brytanii, bez względu na to, jak byśmy im współczuli – i jest to kluczowa różnica między nami i nimi, między naszymi i ich wspomnieniami z tych lat – jedyną wojną, w jakiej braliśmy udział, była wojna pokoleniowa” – pisze autorka.

Efekty wojny pokoleniowej widać dopiero po następcach. Kolejne pokolenie, to z lat 80., powinno odcinać kupony po rewolcie rodziców. No i odcinali. Finansowe. Innych (ideologicznych, etycznych,  politycznych, kulturowych itd.) nie było skąd brać.

„Nie podsunęliśmy nieszczęsnym masom żadnego psychodelicznego rozwiązania problemu biedy i niesprawiedliwości, przekazaliśmy im w spadku jedynie heroinę i kokainę. (…) Potem narkotykowe pokolenie lat sześćdziesiątych musiało już przyglądać się dzieciom epoki thatcherowskiej, trzydziestoparolatkom obracającym fantastycznymi sumami pieniędzy i wciągającym kokainę, by utrzymać się w transie robienia kasy. Wiem, że w latach sześćdziesiątych narkotyki wielu ludziom spierdoliły życie, ale i tak mam wrażenie, że teraz ćpa się w sposób o wiele bardziej paskudny i bezsensowny”.

Ot, złudzenia prysły. Kiedy wolność przemienia się w anarchię, budzi się prawicowy radykalizm. A to już kupon dla następnego pokolenia, tego z przełomu wieków. Tego, które będzie rządzić, zanim się obejrzymy.

Dzięki filmowi Wojciecha Smarzowskiego „Pod Mocnym Aniołem” wznowiono książkę Jerzego Pilcha pod tym samym tytułem. To pretekst wręcz idealny, bo w pierwszy weekend wyświetlania film obejrzały prawie 254 tys. widzów, co stanowi kolejny polski rekord popularności (teraz chyba pobity przez „Jacka Stronga”, ale też opowieść o superszpiegu ma gigantyczną i niespotykaną dotąd w mediach promocję). Tak czy siak, jest nadzieja, że dzięki kinowemu wzięciu po pierwszorzędną powieść Pilcha sięgną nowi czytelnicy. Warto, bo film i książkę dzieli przepaść.

Pod-Mocnym-Aniolem_Jerzy-Pilch,images_product,1,978-83-7943-466-4

„Słowo musi przeczyć nałogowi. Prawda na początku jest nietaktem, potem zniewagą, a na końcu rozpaczą” – pisze Pilch i wedle tego przykazania rozwija swoją powieść. Zaczyna się od niespiesznego popijania brzoskwiniówki przy płycie czeskiego saksofonisty tenorowego Félixa A. Slováčka i marzeń o „ostatniej przedśmiertnej miłości”, a kończy „rozczarowaniem stereotypową fabułą własnej agonii” „ po dziesięcioleciach chlania niczym bydlę nieczyste”.

Mocą książki Pilcha jest finezyjny język i stopniowanie wpływanie na butelkach żołądkowej gorzkiej w czeluść. No i postaci. Główny bohater  to Jerzy, pisarz znany i uznany (sam Pilch nazwał się kiedyś „pierwszym alkoholikiem III RP”, bo wypił w życiu „cysternę spirytusu”), po 18 odwykach na oddziale dla deliryków, które za każdym razem kończą się „wyjściem do cywila” i natychmiastowymi czterema pięćdziesiątkami pitymi w gospodzie „Pod Mocnym Aniołem”.

Ale obok Jerzego jest jeszcze cała galeria postaci z wybornie pokazanymi „delirycznymi autobiografiami”: Krzysztof Kolumb Odkrywca, który twierdzi, że „nie ma żadnej filozofii picia, jest tylko technika picia”; Pan Przewodnik Pracy Socjalistycznej, wzdychający „jak tu nie pić, gdy wszyscy piją”. Są też Don Juan Ziobro, Najbardziej Poszukiwany Terrorysta Świata, Fryzjer, Marianna, Joanna, a nawet doktor Granada „kultywujący jednooczność”.

„Chlanie wódy jest tematem tak kreatywnym, że w każdej chwili może powstać jakaś fundamentalna kwestia” – mówi Jerzy-bohater i Jerzy-autor tych kwestii fundamentalnych nie pomija. Książka „Pod Mocnym Aniołem” z całą swoją lekkością i wyrafinowaniem boli. Podobny ból zadaje jeszcze tylko jedna powieść o pijaństwie. Jest równie intensywna. To „Moskwa-Pietuszki” Wieniedikta Jerofiejewa (choć napisana w 1969 r. Ale przecież klasyka się nie starzeje!).

A film? To jest niedokończona opowieść o alkoholiku. Opowieść dobra i mocna, bo Smarzowski sam w sobie jest gwarantem wysokiej jakości. Ktoś napisał kiedyś, że w jego filmach wcześniej czy później pojawia się siekiera.  W filmie „Pod Mocnym Aniołem” też nią przywala, choćby dopisując niepilchowe zakończenia konfesji nałogowych Marianny i Joanny. Pierwsza w książce idzie w świat po tym, jak mąż ma do niej „głośne pretensje” za przepite 50 zł, a Smarzowski zamienia tę słowną urazę w brutalny gwałt. Druga zostaje wyrzucona z domu siostry po awanturze „bez powodu”, ale Smarzowski swój powód znajduje: Joanna budzi się po przepiciu unurzana w fekaliach i wymiocinach.

Co na to Pilch? Napisał po premierze tak: Zdumiewająco wierny istocie tekstu obraz jest wizją tak osobną, tak konsekwentną, tak dramatyczną, tak aluzyjną, iż powiedzieć, że jest to rzecz wybitna, to nic nie powiedzieć. Powiem tak: moja książka spokojnie sobie leży, a nawet stoi na półce z literaturą deliryczną. W kontekście wizji Wojtka Smarzowskiego klasyczne alkoholowe perły z działu „deliryka” przeniesione zostały do działu „drapieżne komedyjki”.

Niechaj tak będzie. Film Smarzowskiego to rzeczywiście „drapieżna komedyjka”. Przynajmniej w porównaniu z książką, która pozostaje epopeją o pijaństwie.

Jerzy Pilch za „Pod Mocnym Aniołem” dostał w 2001 roku Nagrodę Literacką NIKE. Gdyby wydał ją dziś, dostałby NIKE za 2014 rok.