Archiwa tagu: Stanisław Tym

Jak Polska długa i szeroka świętujemy 25-lecie wolności. Kto trochę pożył, wie, że jest co świętować. Kto nie zdążył albo zapomniał, powinien sięgnąć do felietonów Stanisława Tyma z lat 1972-2014, zebranych w książce „Pies czyli Kot”. U mnie już nawet pracuje pamięć wsteczna, ale i tak dałam się zaskoczyć bezmiarem absurdu PRL-u.

Pies-czyli-Kot_Stanislaw-Tym,images_product,19,978-83-64076-01-5

„Na zalanej słońcem wystawie królowała ogromna dekoracyjna paprotka. Na jej szerokich liściach odpoczywały ogłupiałe muchy, które co chwila zrywały się do kolejnego bicia łbem o szybę. Słońce rozświetlało również wnętrze sklepu, w którym kilkunastoosobowa kolejka cierpliwie stała wzdłuż aluminiowego kontuaru”.

Pamiętacie państwo ten upiorny klimacik? To sklep mięsny, w którym „każdy uczestnik kolejki obmacywał dokładnie wzrokiem stertę sinego schabu”. Sinego, czyli starego i śmierdzącego. „Nie śmierdzi, tylko czujne jest, bo się zadusiło, a jak ktoś panikę sieje, to drzwi otwarte i droga wolna” – ekspedientka wysilać się nie musiała. I tak wszystko sprzedawała na pniu. Bo jak uczyło konsumenckie doświadczenie, mięso świeże inaczej „wystarczyło w soli dwie godziny wymoczyć” i już można było smażyć rodzinie na obiad.

To rzeczywistość anno Domini 1972, kiedy – jak przypomina Tym ­– średnia pensja wynosiła 2,5 tys. zł.

A jakaż gospodarność w narodzie wtedy była! Oto, co autor przechowywał z pietyzmem w swojej szufladzie: „oprawka do żarówki z małym gwintem, pęknięta, ale łatwiej skleić, niż dostać nową; winidurowe uszczelki do gorącej wody – rarytas; (…) na wpół wyschnięty słoiczek butaprenu (tylko po jednym opakowaniu sprzedajemy), ostatni czarny (!) atrament; dwa zamki błyskawiczne 18 i 15 cm, które będą w sprzedaży w trzecim kwartale; bezcenna igła groszówka (bez podania kwartału) oraz setki innych rzeczy, dzięki którym mogę sobie sam coś przyszyć, zreperować, przykleić bez czekania na trzeci kwartał”.

Rok 1986. Średnia pensja to 24 tys. zł. Delikatesy Starogdańskie w Gdańsku, rzecz jasna:

„ – Proszę kurczaka z rożna. – Przecież pan widzi, że nie ma. – Widzę, ale jest napis: Stoisko dnia- rożen, więc sądziłem… – Napis jest na stałe. Dziś już się nie piecze. – Rozumiem. A co w taki razie można kupić? – Szkielety po 218! (…) Dwa całkowicie obdarte z mięsa drobiowe szkielety lecą na szalę wagi. Pani ekspedientka ręką lepką od kurczęcej krwi przyjmuje tysiączłotowy banknot i wydaje, mokrą od posoki, resztę papierowo-bilonową. Następnie zdejmuje szkielety z wagi i zawija w papier. Widzę, jak miliony durowych pałeczek salmonelli, żółtaczki i czerwonki przylepiają się z brudnych pieniędzy i rąk do chudych kości”.

Rok 1989. Średnia pensja wynosiła prawie 206 tys. 758 zł. Rok później przekroczyła milion.

„Zrujnowany kraj milionerów! Tylko jedno, trzeba przyznać, im wyszło – w PRL wszyscy są milionerami, wystarczy, że ma się buty, spodnie szafkę i zegarek. (…) Inflacja rośnie szybciej niż pokrzywy, w których siedzę, i rolnikowi nie opłaca się produkować. Pustki w sklepach. Sztuką jest kupić paczkę byle jakiej herbaty, biały ser jest niedostępnym rarytasem, a lodówka marzeniem ściętej głowy”.

Tak naprawdę było. Zbiór felietonów (i świetnych rysunków) Tyma to znakomite korepetycje z historii Polski. Sam autor pisze tak: „Subiektywnie uważam, że ze stron tej książki tryska optymizmem – bo wszystko, co tu napisałem, mamy za sobą. Za sobą, ale i… ze sobą. Przecież cały czas ciągniemy ten ogon naszej przeszłości. Rzecz jednak w tym, by ogon zawsze był na swoim miejscu. By nie zasłaniał nam oczu i uszu ani nie pętał rąk i nóg. Żeby nie zastępował na głowy”.

Cały Tym! Stanisław Tym! Chapeau bas!