Archiwa tagu: Wschód

Nie pamiętam, kto to powiedział: „Żyjemy nie do końca wiadomo gdzie, nie do końca wiadomo dlaczego, nie do końca wiadomo jak i nie do końca wiadomo po co”. Po lekturze każdej książki Stasiuka to zdanie mnie prześladuje. Podobnie jest przy jego najnowszej książce „Wschód”.

wschod-d-iext25996570

Czyta się Stasiuka znakomicie. Jest gawędziarzem, ale nie paplą. To nie jest gadanie nawykowe. To jest używanie słów po coś. Po co? Żeby opisać drogę. Bo Stasiuk jest takim notorycznym repatriantem. Jedzie, ogląda, wącha, smakuje, zagnieżdża się – nawet jeśli na chwilę, to tak głęboko, jak się tylko da – a potem powraca. No i to nie są podróże linearne, wertykalne raczej. Na wskroś i w głąb. Na dodatek po peryferiach.

Peryferie to taka przestrzeń sfatygowana przez czas. On tam zwalnia. Więc kiedy nagle wpada się na peryferie, można odnaleźć ludzi, problemy i pejzaże z przeszłości. Dla przypomnienia albo dla odkrycia jej na nowo. Stasiuk zagląda na peryferie z obu tych powodów. Tak się dzieje w większości jego książek, od „Opowieści galicyjskich” i „Zimy”, po „Jadąc do Babadag”, Fado”, „Dojczland” czy „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach”.

W „Jadąc do Babadag” Stasiuk tłumaczy to tak: „Dobrze jest żyć w krainach nieoczywistych, ponieważ ich granice zawierają w sobie więcej przestrzeni, niż wskazuje geografia. To są otchłanie nieznanego, to jest nieskończona dal domysłów, uciekający horyzont wyobrażeń i fatamorgana słodkich przesądów, którym nigdy nie sprosta rzeczywistość”.

Zatem wchodzi się w rzeczywistości równoległe. Stasiuk spenetrował tak np. Bieszczady, Podkarpacie, Podbeskidzie (zresztą mieszka w Wołowcu w Beskidzie Niskim, a potem ruszył na peryferie Europy środkowo-wschodniej, na Bałkany i do krajach byłego bloku radzieckiego. Wschód go uformował.
W zbiorze „Patrząc na Wschód: Przestrzeń, człowiek, mistycyzm” Stasiuk mówi tak: „My się tego Wschodu wyrzekliśmy i jesteśmy skończonymi prowincjuszami przez to. Jeżeli w naszej ojczyźnie działy się rzeczy epickie, szalone i szekspirowskie to na Wschodzie. (…) Ta nasza »zachodniość« to przecież wieczny pościg, wieczna próba dorównania, przypodobania, to wieczne merdanie ogonem, przebieranki”.

We „Wschodzie” Stasiuk wraca na Podlesie, gdzie spędzał wakacje u dziadków, sprawdza, co pozostało z krainy wyznaczanej przez PGR-y, z jego kosmosu dzieciństwa w PRL-u. Stamtąd wyruszył w świat (i cóż, że bez biletu) i może swój Wschód rozszerzyć o Mongolię, Chiny, Syberię, Rosję. Co zastał? Tęsknotę za przeszłością, za magią, litanię do komuny, nieprzepracowaną wojenną i powojenną traumę, bezczas, wieczny cień Wielkiego Brata? To może uciec? Ale gdzie?

„Leci się jakieś sześć czy siedem tysięcy kilometrów, czyli tyle, ile do Indii albo do Kongo, i na końcu jest coś w rodzaju hipertroficznego Węgrowa albo rozdętych Siemiatycz. Tak było w Irkucku, gdy wyszedłem na pierwszy spacer” – pisze Stasiuk. I wie, że przed Wschodem nie ma ucieczki, bo „odzywała się moja podświadoma Rosja sprzed kilkudziesięciu lat. (…)Ta nudna i bezforemna Rosja stała za plecami, rozprzestrzeniała się, rozlewała i osaczała”.

Tę książkę czyta się przez emocje autora. To zaskakujące, jak szybko stają się naszymi. Teraz Wschód idzie do nas. Znów budzi strach. Czyżby ten sam?