Dyskusja o wyższości lub niższości Bartosza Kurka nad Kamilem Stochem, jaka przetoczyła się przez internet po plebiscycie „Przeglądu Sportowego” przypominała tę o Wielkanocy i Bożym Narodzeniu albo polityczne spory przy rodzinnych stołach. Przekonywanie nieprzekonywalnych, porównywanie nieporównywalnego i emocjonalne bicie piany przynosiły frajdę jedynie właścicielom portali, którym w oczach rosły wskaźniku „klików” i komentarzy.


W całej tej zawierusze niemal bez echa przeszła za to zadziwiająca niekonsekwencja organizatorów całej zabawy, czyli decyzja dotycząca rozdwojenia nagrody dla najlepszego trenera Anno Domini 2018. Ogłoszono bowiem, że tytuł zgarnął opiekun złotych siatkarzy Vital Heynen, po czym identyczne wyróżnienie, z dopiskiem „indywidualny” otrzymał Stefan Horngacher. Rzekomo salomonowy werdykt z największą radością przyjął, niczym prezent, prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner, którego czekają z austriackim szkoleniowcem negocjacje dotyczące przedłużenia umowy. Tymczasem najważniejsze pytanie brzmi: dlaczego Horngacher został uznany za „trenera indywidualnego” skoro pod jego ręką znajduje się cały zespół skoczków, a nie jedynie Kamil Stoch? Indywidualny to był Aleksander Wierietielny dla Justyny Kowalczyk, a nie Horngacher dla Stocha!


Nawiasem mówiąc gdyby organizatorzy najsłynniejszego plebiscytu w polskim sporcie byli rzeczywiście konsekwentni wówczas także statuetka dla najlepszego zawodnika zostałaby rozdzielona pomiędzy Kurka (zawodnik w zespole) i Stocha (zawodnik indywidualny), co zapobiegłoby wspomnianym na wstępie sporom. No cóż, człowiek uczy się całe życie, więc być może już w przyszłym roku mój pomysł stanie się ciałem w imię kolejnego etapu poprawności politycznej.
Tej nie zabrakło zresztą również w wypowiedziach laureatów. Żaden nie poszedł w ślady Roberta Lewandowskiego z 2016 roku, który wyniki plebiscytu „France Football” skwitował pamiętnym wpisem „Le cabaret”. Ba, zwycięzca oświadczył, że na szczyt wskoczył tylko na chwilę, bo to Stoch jest bogiem… Nikt nawet nie wziął przykładu z Anny Lewandowskiej, która przed rokiem nie ukrywała, że liczyła na zwycięstwo męża.
A propos Lewandowskiego… „Piłka Nożna” zamieściła wywiad z jego byłym agentem Cezarym Kucharskim z ciekawym wątkiem otoczenia, które „zaraziło Roberta pomysłem o budowaniu globalnej marki Lewandowski”.

  • Tymczasem żeby w światowych plebiscytach zajmować wysokie miejsca trzeba robić spektakularne rzeczy na boisku, utrwalać to medialnie, rozmawiać z dziennikarzami wielkich tytułów, mieć czas i ochotę na angażowanie się w różne projekty dające międzynarodową rozpoznawalność i sympatię. Ograniczeniem jest narodowość, reprezentacja nieosiągająca spektakularnych sukcesów i gra w lidze niemieckiej, która nie jest tak popularna w Ameryce Południowej czy Azji jak hiszpańska” – skomentował tę wizję Kucharski.
    No cóż, dawno nikt tak trafnie nie scharakteryzował problemu kapitana polskiej reprezentacji, dla którego – w kontekście totalnej klapy na mundialu – dziewiąte miejsce w „PS” jest dużym sukcesem. Aż dziwne, że nie dano mu na pocieszenie czegoś „indywidualnego”.

W krakowskiej Wannagate pozostało jeszcze jedno ważne pytanie – kto i po co wymyślił całą tę szopkę? Jednak zanim – o ile w ogóle – padnie odpowiedź, warto zdać sobie sprawę z czegoś innego. Otóż w przypadku Wisły odbija się jak w lustrze cała polska piłka. I nie ma w tym przypadku.

Pamiętam na przykład katowicką prezentację jednego z raportów Ekstraklasy Piłkarskiego Biznesu z 2016 roku. Po części oficjalnej jeden z ekonomistów, patrząc na dane dotyczące Ruchu Chorzów, w którym wysokość długów klubu była od kilku lat większa niż cały jego majątek, zapytał ówczesnego prezesa tego klubu, dlaczego Niebiescy nie ogłaszają upadłości, co wynikałoby z obowiązującego prawa. Dariusz Smagorowicz (później skrócony do „S.”) wzruszył ramionami i odparł: „Może i tak wynika z prawa, ale piłka to biznes inny niż wszystkie”. Szef Niebieskich użył wtedy określenia, które w piłkarskim świecie stosuje się powszechnie i z nieznanych powodów jest równie powszechnie akceptowane, wyważając drzwi do hochsztaplerskich nadużyć. Na porządku dziennym w klubowych gabinetach funkcjonuje przecież kreatywna księgowość, pieniądze płyną meandrami, a nad wszystkim unosi się demoralizujące poczucie braku odpowiedzialności majątkowej. Ten ostatni element jest w tej chwili rozgrywany także w Wiśle, gdzie była prezes, która swoimi decyzjami doprowadziła Białą Gwiazdę do ruiny, ma dużą szansę wyjść z całej tej historii suchą stopą. Podobnie zresztą jak zarządcy wielu innych klubów w ostatnich latach. Chociażby Górnika Zabrze, którego tuż przed spadkiem w 2009 roku zamieniono w bankomat (copyright: ówczesny szef Allianz Polska). Lekką ręką – pod wpływem trenera Henryka Kasperczaka – podpisywano kontrakty demolujące budżet i doprowadzając w efekcie między innymi do groźby komorniczego zajęcia i zlicytowania zabrzańskich historycznych trofeów. Czy ktoś poniósł za to odpowiedzialność? Odpowiedź jest oczywista.

Obowiązujący system po prostu patologiom sprzyja. Co więcej, legitymizują go władze miast, wpompowując publiczne finanse nie tylko oficjalnie, ale także za pośrednictwem spółek od siebie zależnych, których stadionowe reklamy, mające uzasadnić słuszność dokonanych przelewów, stanowią obrazę dla inteligencji odbiorcy. Bo czy na przykład wodociągi miejskie, niemające konkurencji, mają faktyczną korzyść z „pływania” na reklamowych bandach?

Pojawiają się też oczywiście pytania o system licencyjny. Dokumentacja tonącej Wisły była co roku akceptowana bez zastrzeżeń. Ale czy powinno to dziwić? W końcu to tylko kolejny z elementów układanki – zawarty w papierach budżet w dużej mierze jest życzeniowy, oparty na prognozach, w których można wpisać nawet zwycięstwo w Lidze Mistrzów. A długi? Liczą się tylko te wobec związkowych podmiotów plus urzędu skarbowego i ZUS-u. Reszty w papierach nie widać, czyli dla piłkarskiej centrali nie istnieje.

Prezes Górnika Zabrze Bartosz Sarnowski, na spotkaniu z dziennikarzami w listopadzie zapowiedział, że zimą zespół zostan ie wzmocniony. Na celowniku klubu znajdowało się pięciu polskich zawodników i dwóch zagranicznych, wszystkich określił jako „doświadczonych, ale nie wiekowych”, mających „zrównoważyć drużynę, w której nadmiernie zaczęła dominować młodość”. Wypowiedź ta zbiegła się w czasie z deklaracją prezydent Małgorzaty Mańki-Szulik o tym, że sportowa i finansowa sytuacja Górnika jest najlepsza od wielu lat, więc w obrazie rysowanym przez dwie kluczowe osoby w zarządzaniu klubu, dominowały jasne barwy.


Po kilku tygodniach sportowa część tej oceny okazała się mrzonką. Górnik w lidze stał się chłopcem do bicia udowadniając, że rację mieli ci, którzy politykę w klubie definiowali jako wiarę w powtórkę ubiegłosezonowego cudu (choć nie było ku temu żadnych przesłanek zarówno w występach pucharowych, jak i w okresie przygotowawczym). Pozbawiony najważniejszych ogniw zespół z konieczności został oparty na młodzieży gwarantującej co najwyżej wysokie miejsce w Pro Junior Systemie, ale na pewno nie w lidze, w dodatku transferowe przymiarki wobec ostatniego z niedawnych jeszcze liderów, czyli Szymona Żurkowskiego, wyraźnie wpłynęły na podświadomą być może, ale jednak ostrożniejszą grę.Co można oczywiście zrozumieć także biorąc pod uwagę polowanie, jakie na tego utalentowanego pomocnika odbywało się na boiskach przez ostatnie tygodnie.


Zimowe okienko transferowe na Roosevelta zapowiada się więc bardzo interesująco i przypomina sytuację, gdy przy pokerowym stole, przy dużej stawce, pada kluczowe słowo „sprawdzam”. W tak podbramkowej sytuacji zabrzanie nie byli od sezonu 2008/09, w dodatku wówczas za sprawą Henryka Kasperczaka przelicytowali zarówno sportowo, jak i finansowo, popełniając swoiste harakiri. Teraz będzie więc okazja, by zobaczyć, czego kadra zarządzająca Górnikiem nauczyła się w ciągu minionej dekady.

Chociaż nie wszystkie choinki są jeszcze ubrane, to prezentami już sypnęło wyjątkowo hojnie. Święty Mikołaj (tudzież Dzieciątko) ma pełną skrzynkę zamówień na worki pieniędzy – a to z Orlenu dla Williamsa (z dołączoną dedykowaną kierownicą dla Roberta Kubicy), a to z Ministerstwa Sportu dla siatkarskich mistrzów świata, a to z Kambodży dla Wisły Kraków. Na razie jednak dostarczył tylko tę pierwszą przesyłkę, bo w drugim przypadku prezenty utknęły w magazynie, a w ostatnim nawet nie zostały jeszcze spakowane.

Zdecydowanie najistotniejszy z punktu widzenia polskiego kibica jest oczywiście przypadek funduszy, które mają zainwestować w krakowską Wisłę. Wszystko brzmi jak z bajki i tak też się zresztą zaczyna, bo umowę podpisano w najdroższym hotelu w Zurychu, kontrahenci mają być powiązani z rodziną królewską, a w pakiecie oprócz spłaty długów znalazły się cztery duże transfery, budowa gigantycznego centrum treningowego oraz walka jak równy z równym z Barceloną i Realem. Na pierwszy rzut oka za dużo na tym torcie lukru, ale o tym, czy zwieńczeniem opowieści będzie tradycyjny zwrot „żyli długo i szczęśliwie” przekonamy się już wkrótce.

Tym niemniej w całej historii najciekawszy wydaje się wątek dotyczący samego pojawienia się tychże potencjalnych sponsorów. Decydujący wpływ miała mieć postawa zespołu Wisły, który na przekór finansowym trudnościom na boisku spisywała się zdecydowanie profesjonalniej niż kadra zarządzająca klubem. Upraszczając wychodzi na to, że w dalekiej Kambodży w pałacu królewskim, znajduje się dekoder Canal+, dzięki któremu z zapartym tchem- i roniąc łzy wzruszenia – oglądano starcia grającej za darmo„Białej Gwiazdy” z Wisłą Płock czy Zagłębiem Sosnowiec. Brzmi niewiarygodnie? A właśnie, że nie. Przecież podobną estymą rozgrywki znad Wisły cieszą się na przykład (chociaż po mundialu mogło się to zmienić) w równie egzotycznym Senegalu, skąd dwa lata temu przyjeżdżali ministrowie rządu, by podziwiać w akcji gwiazdy Korony Kielce. Ba, zobaczenie spotkań na żywo wywarło na nich takie wrażenie, że onieśmieleni atmosferą na trybunach i poziomem gry nigdy już do Kielc nie wrócili… Do dziś jednak uważam, że Ekstraklasa nie wykorzystała wówczas globalnej szansy promocyjnej nie umieszczając zdjęć z wizyty senegalskich polityków w swoich spotach reklamowych. Oby w kontekście kambodżańskich władców nie popełniła takiego błędu.

Najwyraźniej wychodzi więc na to, że cudze chwalimy, a swego nie znamy, bo nasza liga wcale nie jest taka nieatrakcyjna, na jaką wygląda…


Wesołych Świąt!

Telewizyjny kontrakt stał się faktem. Po pieniądze za prawa do pokazywania jednego meczu w kolejce sięgnięto głęboko do kieszeni podatników, a cała kwota potwierdza, że piłka nożna jest najbardziej przepłaconą dziedziną życia, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej rzeczywistą wartość wyznaczaną przez sukcesy międzynarodowe, średnią widzów na trybunach i jakość widowisk serwowanych przez piłkarzy.

Traf chciał, że umowa transmisyjna niemal zbiegła się w czasie z reformą ogłoszoną przez PZPN, a której sednem jest zniesienie limitu obcokrajowców oraz obowiązek wystawiania do gry młodzieżowca. Ten pierwszy punkt nie budzi we mnie większych emocji – otwarta zdrowa konkurencja, także ekonomiczna, może wyjść wszystkim na dobre. Ciekawsze kwestie wiążą się z młodzieżowcami. Zasadniczo uważam, że regulacje narzucające najczęściej przynoszą skutek odwrotny do oczekiwanego, a jakość obroni się sama (czyli w tym przypadku: zdolny młody piłkarz i tak zawsze znajdzie miejsce w zespole). Mleko jednak zostało już rozlane, więc warto skupić się przede wszystkim na zagrożeniach, jakie mogą się z tym faktem wiązać. Traf chciał, że w ciągu doby rozmawiałem z trzema prezesami klubów i wszyscy mieli podobną refleksję, więc trudno uznać ją za przypadek. Ich zdaniem, przepis doprowadzi nieuchronnie do dwóch skutków. Po pierwsze, ekstraklasowcy zostaną zmuszeni do wyciągania najzdolniejszej młodzieży z I i II ligi bez względu na to, czy piłkarze ci dojrzeli już do gry na najwyższym szczeblu, a po drugie – będą musieli tymże nastolatkom oferować bardzo wysokie uposażenia, bo wymuszona przepisami rywalizacja na rynku o nieliczne prawdziwe talenty będzie bezlitosna. Oczywiście, że w pewnej części przekłada się to de facto na rachunek za słabe szkolenie w samych klubach tak zwanej elity, tym niemniej zagrożenie doprowadzeniem do patologii jest realne. Jasne, że na takim scenariuszu skorzystają kluby z niższych lig, które za takiego piłkarza będą żądać wielokrotnie wyższej kwoty transferowej niż dotychczas, ale całość wygląda na nieprzemyślaną do końca.

Może więc warto rozważyć regulaminowe „bezpieczniki”? Na przykład maksymalną wysokość kontraktu dla piłkarza mającego prawo występu z młodzieżową opaską, tak, by o wyborze klubu decydowały przede wszystkim perspektywy, jakie wiążą się z danym pracodawcą? Chociażby po to, by łatwiej utrzymać takiego zawodnika z dala od zagrożeń, o których mogliście przeczytać w książce o Dawidzie Janczyku? Poza tym biorąc pod uwagę niedotrenowanie piłkarzy Ekstraklasy (cytat z prezesa PZPN), taka regulacja może stanowić początek prawdziwej i niezbędnej dla ozdrowienia piłki reformy.

Czy potrafisz twerkować? – tak brzmi najpopularniejsze zdanie mijającego tygodnia. Wspomniana w nim czynność oznacza nic innego jak kręcenie tyłkiem do muzyki na mocno ugiętych nogach. Wydźwięk takiego pokazu bywa zazwyczaj dość erotyczny.

Autorem zdania jest Martin Solveig, adresatką Ada Hegerberg. On to didżej, ona to piłkarka. Dodajmy, że najlepsza w Europie. Okazją do spotkania była gala, podczas której po raz pierwszy w historii wręczono Złotą Piłkę „France Football” w kategorii futbolu kobiecego. Solveig był prowadzącym, Hegerberg historyczną laureatką.

Nieszczęsne pytanie – skwitowane pełną zakłopotania odpowiedzią „nie” – wywołało zrozumiały medialny rezonans. Seksizm w najprymitywniejszej postaci – absurdalnie niewłaściwy zawsze i wszędzie, ale szczególnie w takich okolicznościach, stanowiący jaskrawy kontrast dla pełnego pasji przemówienia Szwedki, podsumowanego adresowanym do wszystkich dziewczyn hasłem „wierzcie w siebie” – trafił na czołówki gazet i portali, które na co dzień z piłką kobiecą nie mają nic wspólnego. Dalszy ciąg był dość banalny. DJ przeprosił, a Hegerberg dyplomatycznie oświadczyła, że w tamtym momencie nie pomyślała, że jest to pytanie obraźliwe, bo przepełniało ją szczęście związane z nagrodą.

Kurz bitewny już jednak się uniósł, błysnęła w nim m.in. Katarzyna Kiedrzynek, publicznie dziwiąc się, że „Luki Modricia nie poproszono o zakręcenie tyłkiem albo i czym innym!”. Na koniec bramkarka PSG zadeklarowała, że dzięki wydarzeniom na gali sprecyzowała swoją przyszłość po karierze sportowej. – Zajmę się wtedy walką z seksizmem – oznajmiła jedna z najlepszych polskich piłkarek w historii.

Oburzenie – podkreślę raz jeszcze – jest całkowicie słuszne i zrozumiałe. Ale nie da się jednocześnie uciec od pewnego spostrzeżenia. Gdyby nie twerkowa afera, nikt nad Wisłą (zaokrąglam oczywiście, bo hipsterzy bywają także na naszych ulicach) nie dowiedziałby się o istnieniu DJ-a Solveiga, a zapewne niewiele więcej osób usłyszałoby o kobiecej Złotej Piłce i samej Hegerberg (zwłaszcza w innym kontekście niż jej narzeczeństwa z piłkarzem Lecha Poznań). Wystarczy zresztą spojrzeć na pierwsze relacje z gali i proporcje dotyczące tej nagrody wobec triumfu wspomnianego przez Kiedrzynek Modricia nad Ronaldo, aby upewnić się, że teza ta jest prawdziwa. Krótko mówiąc, Martin Laurent Picandet, bo tak nazywa się DJ, swoją głupotą znakomicie przysłużył się popularyzacji kobiecego futbolu.

Już dawno żadnego debiutu w polskiej piłce nie oczekiwano z takim zainteresowaniem, jak przejęcia rządów na ławce trenerskiej Lecha przez Adama Nawałkę. Poznaniacy słono za to zapłacili, ale pod względem marketingowym już im się co nieco zwróciło. Gorzej na razie z aspektem wynikowym, jednak czas na oceny w tej kategorii przyjdzie dopiero wiosną.

W całej historii najciekawszy wydaje mi się element porównawczy, na który media nie zwracają większej uwagi. Chodzi o fakt, że wejście Nawałki jest przecież drugim w ostatnim czasie takim zdarzeniem w polskiej piłce. Niedawno do ligowej piłki wrócił wszakże nie kto inny, a Franciszek Smuda.

Pierwszy przejął Lecha, drugi grającego na peryferiach krajowego futbolu Górnika Łęczna, pierwszy na powitalnej konferencji zaprezentował firmową powściągliwość i umiejętność mówienia bez powiedzenia czegokolwiek, drugi snuł opowieści mające tyle wspólnego z rzeczywistością co historie z książki nieżyjącego już Janusza Wójcika. Przy okazji wyszło zresztą na jaw, że Smudę dotknął środowiskowy syndrom Jana Tomaszewskiego, czyli nawet najpoważniejsze oskarżenia puszczane są mimo uszu. Smuda powiedział przecież wprost, że poprzedni spadek Łęcznej wynikał z otaczającego ją procederu korupcyjnego. No cóż, różnica w obrazach powitalnych obu szkoleniowców jest dokładnie taka, jak w grze prowadzonych przez nich reprezentacji na mistrzostwach Europy 2012 i 2016 i w wysokości wypłat, jakie obaj pobierają obecnie za swoje usługi…

A propos – w przypadku Nawałki największy żal może gnębić z pewnością… Górnika Zabrze. Gdyby w środowisku trenerów obowiązywały takie same zasady, jak w kontekście transferów zawodników, na Roosevelta trafiłaby całkiem spora suma pieniędzy z funduszu solidarnościowego. Bo przecież to ten klub miał największe zasługi w wypromowaniu marki trenerskiej aktualnego szkoleniowca Lecha, chociaż GKS Katowice też zgarnąłby z tego stołu przyzwoity okruch.

Nie rozumiem krytyki, jaka spadła na Zbigniewa Bońka w związku z jego wywiadem dla „Gazety Wyborczej” i jasną deklaracją, że powoływanie do reprezentacji piłkarzy, którzy nie grają w klubach, jest tej kadry profanacją. I że na takie praktyki w 2019 roku nie będzie już pozwolenia. Przecież szef PZPN wreszcie powiedział to, co wszyscy podejrzewali, a poza tym słowa te można przecież interpretować w dwójnasób, za każdym razem pozytywny.

Wariant 1. Już po nominacji Brzęczka dość powszechnie pojawiały się opinie, że wybór ten stanowi odpowiednik przejęcia firmy „na słupa”, a nowy selekcjoner ma być przede wszystkim wykonawcą poleceń z bliżej nieokreślonej, ale łatwej do zdefiniowania „góry”. I teraz Boniek jedynie to ograniczenie selekcjonerskiej autonomii oficjalnie potwierdził. Skąd więc nagle to oburzenie? Nie lepiej westchnąć z satysfakcją „a nie mówiłem?”.

Wariant 2. Jerzy Brzęczek jesienią miał całkowicie wolną rękę i totalnie ten egzamin oblał (chociaż sam ma zapewne na ten temat inne zdanie). Dlatego prezes PZPN miał dwa wyjścia: albo przyznać się do porażki swojej idei, albo przejść na ręczne sterowanie. I najwyraźniej wybrał to ostatnie rozwiązanie, w dodatku stosując metodę, która ostatecznie zdemolowała wizerunek selekcjonera w oczach kibiców. Bądźmy bowiem szczerzy: późniejsze zapewnienia Brzęczka, że nikt nie będzie ingerował w jego decyzje, wobec mocy wypowiedzi Bońka, brzmiały jeszcze zabawniej niż niedawna dedykacja trenera dla Michała Pola. No cóż, teraz przynajmniej będzie wiadomo, że reklamację za wyniki należy kierować pod innym adresem, a to może mieć pozytywny wpływ na stan selekcjoner-skich nerwów.

Bońkowi za jasne postawienie sprawy należą się więc brawa, a nie ciosy, a gdyby jeszcze dokonał zmian w sztabie i administracyjną decyzją usunął z niego osobę bardziej niegodną noszenia reprezentacyjnej bluzy niż piłkarze z głębokich klubowych rezerw, wówczas mój podziw dla jego stanowczości byłby już pełny.

Na tle przypływu szczerości prezesa PZPN słabo wypadł za to Robert Kubica, który twierdzi, że nie wie, czy Orlen faktycznie będzie sponsorował jego hobby, przelewając dziesiątki milionów złotych na konto brytyjskiego Williamsa. W kontekście wielomiesięcznych opowieści o tym, że walka o fotel kierowcy rozgrywa się nie na torze, a przy okienku bankowych wpłat, brzmi to tak samo fałszywie jak narracja, że spotkanie z premierem akurat po wypłynięciu pamiętnych taśm było całkowicie przypadkowe. Jeśli ktoś wierzy w to, że na widok mechaników w bluzach z logo polskiego koncernu Kubicy ze zdziwienia opadnie szczęka, niech pierwszy uderzy w jakikolwiek gong.

Prezes GKS Katowice, Marcin Janicki, ma w biurku gotowy projekt profesjonalnego funkcjonowania klubu sportowego. Na jego stronach rozrysowano strukturę stanowisk i zakresu związanej z nimi odpowiedzialności, zawarto sugestię stworzenia cyfrowej bazy danych zawodników, wizję optymalnego modelu finansowania i mnóstwo innych interesujących rozwiązań.

Przyznam, że nie wiem, czy w tej obszernej księdze znalazły się również kryteria, według których dyrektor sportowy Tadeusz Bartnik dobierał nowych zawodników podczas letniej rewolucji prowadzonej wespół w zespół z trenerem Jackiem Paszulewiczem. Gdy podczas konferecji prasowej dyrektor wspomniał o sporej liczbie punktów psychologiczno-fizyczno-sportowych, według których sprowadzano zawodników, brzmiało to interesująco. Teraz, z perspektywy czasu, tamte intelektualne fajerwerki okazały się zwykłymi kapiszonami. Tym ciekawsze byłoby poznanie tej nieujawnionej publicznie listy, chociażby po to, by podobnych błędów już nie popełniać.

Brak logiki i wrażenie przypadkowości rzucały się przecież w oczy już po tamtej wypowiedzi. Zamiast zapowiadanego odmłodzenia i zregionalizowania kadry – podobnego jak w Górniku Zabrze – sprowadzano wszystkich, którzy wyrazili na to ochotę. Łącznie z Jakubem Wawrzyniakiem truchtającym po parku i szykującym się do zakończenia kariery, a do tego szczerze przyznającym, że dojście do formy zajmie mu nieco czasu. Co – jak się okazało – nie miało dla Paszulewicza żadnego znaczenia.

Rachunek za to rozpasanie okazuje się wyjątkowo słony. I to zarówno ten materialny, opłacany przez Urząd Miasta, jak i wynikowy. Rozgrywki minęły już półmetek, a GKS znów spadł na samo dno tabeli, za plecy Garbarni Kraków, uważanej raczej za ciekawostkę niż pełnokrwistego pierwszoligowca.

Kibice, którzy rozczarowani finiszem poprzedniego sezonu domagali się „rzezi” w szatni i cel osiągnęli, właśnie przekonują się, że wepchnęli GieKSę z deszczu pod rynnę.

Posada selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski stanowi odpowiednik krzesła elektrycznego, przez które cyklicznie przepuszcza się prąd. Dlatego jedną z cech, jakie musi posiadać Naczelny Trener RP, jest gruboskórność i umiejętność maskowania emocji, by nie stroić pociesznych min, wywołujących rechot gawiedzi, co prowadzi do upadku autorytetu osoby i stanowiska.

Jerzy Brzęczek, niestety, w tej kategorii radzi sobie podobnie jak w kontekście boiskowych wyników prowadzonej przez siebie kadry, czyli bez zwycięstw, a wręcz przeciwnie. Najpierw z uporem godnym lepszej sprawy spośród wielu zasłużonych bramkarzy na swojego asystenta wybrał człowieka, którego rękawice ubrudzone zostały po wsze czasy aferą korupcyjną, potem dał się wciągnąć dziennikarzom w słowną gierkę prowadzącą do spięcia z Robertem Lewandowskim, po drodze wygłosił histeryczne oświadczenie o medialnym prześladowaniu Jakuba Błaszczykowskiego, a teraz nie zrozumiał żartu Michała Pola i strzelił do niego z telewizyjnego ekranu dedykacją, która ośmieszyła nie adresata, a nadawcę komunikatu. W dodatku było to podszyte niezrozumiałą satysfakcją z nieprzegrania meczu, który po pierwsze, można było wygrać (lub chociażby walkę o zwycięstwo zamarkować), a po drugie – jeśli cokolwiek udowodnił, to była to właśnie dojmująca zachowawczość selekcjonera. Brzęczek bronił wszak wyniku w momencie, gdy jego zespół miał przewagę liczebną, a rywal sprawiał wrażenie mało zdeterminowanego, by zrobić mu krzywdę. Szkoda tej pasywności z punktu widzenia kibiców, budowania wizerunku tej kadry i zmarnowania okazji, by w warunkach bojowych sprawdzić ofensywne ustawienia, zamiast powielania niskiego pressingu z niechlubnego mundialowego meczu z Japonią.

W takim kontekście wygłoszona z triumfalną miną dedykacja dla dziennikarza zabrzmiała niepoważnie, a przede wszystkim pokazała słabość Brzęczka, którego odporność na krytykę – w kontekście wpisu dyrektora Onetu o zmianie szyldu kadry U-21, to słowo jest zresztą całkowicie nieadekwatne – wciąż jest na poziomie końcówki pracy w GKS-ie Katowice. Przypomnijmy: sfinalizowanej niezwykłą rejteradą za pośrednictwem esemesa, wysłanego do prezesa klubu z szatni – czasem mówi się, że wręcz z ławki – po meczu z Kluczborkiem.

Adam Nawałka z dziennikarzami też nie miał łatwo, ale przyjął znaną zasadę, że milczenie bywa złotem. Warto, by Brzęczek wziął z niego przykład, zanim swoją srebrną mową zrobi krzywdę nie tylko sobie, ale i reprezentacji.