Miał być jeszcze Kubica, ale na szczęście złamał rękę raz, drugi. Ja tego nie chcę, kur… Pięć dych co roku płacić. Sp…laj – mówił Mateusz Morawiecki, wówczas prezes Banku Zachodniego WBK, w rozmowie nagranej w restauracji „Sowa i Przyjaciele”.

Dziś ten sam Mateusz Morawiecki pełni funkcję premiera RP i ma za sobą „kurtuazyjne” spotkanie z Kubicą, po którym Orlen – ponoć niezależnie od tych wszystkich wydarzeń – zdecydował się kupić kierowcy z Krakowa miejsce w bolidzie Williamsa. Kilkadziesiąt milionów złotych wpompowano więc w najsłabszy team Formuły 1, spełniając w ten sposób marzenie 34-latka o powrocie do sportu, z którego wypadł w skrajnie nieodpowiedzialny sposób.

Williams na starcie sezonu okazał się grupą kabaretową. Najpierw nie zdążył poskładać samochodu, potem okazało się, że złożył go w sposób niezgodny z regulaminem, a gdy już go przemodelował, wyszło na jaw, że brakuje mu części zamiennych, więc nie należy ścinać zakrętów po krawężnikach i generalnie trzeba uważać na zarysowania lakieru.

Kubica pojechał rzecz jasna w swoim stylu i nie zmieścił się w bramie do strefy garaży. Na starcie samego wyścigu od razu „przytarł” go jeden z konkurentów, potem jeszcze stracił lusterko, a do mety dojechał daleko za resztą stawki. A po drodze zdublował go nawet kolega z zespołu, który nie dość, że w F1 debiutuje, to przecież nie dostał do rąk samochodu zdecydowanie lepszego od tego, w którym – na uszkodzonej zresztą podłodze – siedział Polak.

Pomimo tego rachunku strat materialnych i prestiżowych, wszyscy byli jednak zadowoleni. Nawet Orlen ponoć był szczęśliwy, chociaż na bolidzie widnieje tylko macierzyste i właściwie wewnątrzkrajowe logo tej firmy, a nie bardziej rozpoznawalnego brandu używanego poza granicami. Ale może właśnie o to także chodziło, by nie być do końca kojarzonym z cyrkiem made in Williams?

Generalnie można odnieść wrażenie, że całej sprawy nie przemyślano do końca. Patrząc z perspektywy rozwoju polskiego sportu, finansowanie hobby Kubicy nie ma żadnego sensu. Znacznie ciekawsza i racjonalniejsza byłaby na przykład wzorowana na skokach narciarskich akcja „Szukamy następców Kubicy” i budowa kilku torów gokartowych, połączona z ufundowaniem stypendiów dla najzdolniejszych młodych kierowców. A wtedy pojawiłaby się szansa, że najlepszy z najlepszych także trafi do F1, ale już pod skrzydłami prywatnego sponsora i bez bagażu podejrzeń, że to wszystko jest tylko jedną wielką polityczną akcją, mającą za pieniądze podatników załatać dziurę w wizerunku premiera, który skutecznie pilnował tylko kasy prywatnej.

Marek Papszun. Niesamowita postać ligowej piłki. Do futbolu zstąpił niemal ex machina, wyciągnięty zza nauczycielskiego biurka. Nie wiem, czy właściciel x-komu, Michał Świerczewski, posiada w swojej firmie urządzenie podobne do tego, które wskazało w „Czterdziestolatku” Stefana Karwowskiego jako idealnego kandydata na dyrektora, ale trafił w dziesiątkę. 44-latek rozstawia po kątach kolegów z I ligi, a w Pucharze Polski bezlitośnie ograł butnego Sa „Niezasłużyliśmynaporażkę” Pinto.

Nad fenomenem szkoleniowca Rakowa i prowadzonego przez niego zespołu zastanawia się już cała Polska, ale mam wrażenie, że nigdy – a przynajmniej w czasach pokorupcyjnych – nie było klubu tak wymykającego się próbom diagnozy i klasyfikowania. Wszystko, co oczywiste – konsekwencja, zaufanie do szkoleniowca, jasny podział ról – nie przyniosłoby takich efektów, jakie obserwujemy w Częstochowie, bez drugiego dna. I właśnie na nim zapewne leży największa tajemnica sukcesu ekipy z ulicy Limanowskiego.

Gdybym miał wskazać najważniejszy z elementów,byłaby to struktura własnościowa. Raków jest mianowicie klubem w stu procentach prywatnym i w dodatku należy do człowieka, który piłkę, wraz z całą otaczającą ją specyfiką, po prostu czuje. Pozwala więc rozwinąć skrzydła – nie tylko trenerowi Papszunowi, ale także prezesowi Wojciechowi Cyganowi, spełniającemu marzenia z różnych powodów niespełniane przez blisko dekadę pracy w Katowicach, gdzie po jego odejściu klub wpadł w korkociąg w kierunku drugoligowej otchłani.

Wracając do Rakowa. Do osiągnięcia statusu w pełni profesjonalnego klubu potrzebuje jeszcze tylko i aż stadionu. I tu już pojawia się problem ze wspomnianą prywatnością. Bo marzenia o tym, by inwestycja została zrealizowana pozabudżetowymi środkami, nie są niestety realne. A czy ma uzasadnienie budowanie przez miasto areny dla prywatnego biznesu? Bo bądźmy szczerzy – to będzie stadion Rakowa, nie Częstochowy jako takiej.

Przed takim dylematem, wspartym potężnym lobbingiem chociażby ze strony PZPN-u (notabene Wojciech Cygan jest w nim członkiem zarządu), stają właśnie prezydent, radni i skarbnik miasta leżącego w cieniu Jasnej Góry. Pomimo takiego sąsiedztwa nie mogą liczyć na cud – na przykład w postaci wygranej w loterii Eurojackpot – i będą musieli sięgnąć do kieszeni po twarde złotówki. I podjąć decyzję: czy klub będzie za użytkowanie nowego stadionu płacił komercyjne stawki, czy też np. płacił mniej, ale jednocześnie rozliczał się reklamowo. A może miasto wniesie obiekt aportem do spółki? No cóż, to może być równie pasjonująca rozgrywka jak ta firmowana przez Papszuna i jego chłopaków.

Złapanie z ręką w nocniku ma od niedawna krwisty odpowiednik. Max Hauke podczas mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym w Seefeld został nakryty na gorącym uczynku, z żyłą podpiętą do aparatury dokonującej transfuzji krwi. Żeby było jeszcze bardziej ponuro trzeba zaznaczyć, że austriacki biegacz w życiu pozasportowym jest policyjnym kadetem, a rzecz się działa w symbolicznej różowej willi.

Dla wielu polskich kibiców afera, której początek miał miejsce podczas ówczesnego nalotu służb specjalnych, zniknęła w złoto-srebr-nym blasku bijącym ze skoczni, która tylko z nazwy była normalna. A szkoda, bo to właśnie dopingowa bomba stała się na świecie tematem numer jeden, znacznie ważniejszym od wyników i medali. Skala jej eksplozji wykracza wszak daleko poza Austrię i brudzi śnieg nie tylko w śladach na trasach biegowych. Za całym mechanizmem ma stać niemiecki lekarz Mark Schmidt, który „opiekował” się nie tylko biegaczami narciarskimi, i zapowiada się na dynamiczny rozwój afery, być może porównywalny z dokonaniami innego medyka, Eufemiano Fuentesa. Na liście klientów Schmidta znajdują się podobno także nazwiska kolarzy, więc skojarzenie jest całkowicie uprawnione.

W mijającym tygodniu dopingowa afera zyskała nieoczekiwanie polski wątek, za sprawą Justyny Kowalczyk, która wykorzystała okazję, by po raz kolejny uderzyć w skandynawskich astmatyków. Jej słowa, by podczas koniecznego oczyszczenia środowiska całkowicie zabronić używania leków przeznaczonych dla osób cierpiących na tę chorobę układu oddechowego przez zawodowych sportowców, spotkały się z natychmiastowym kontratakiem. Arne Ljungqvist, szwedzki były skoczek, wręcz uznał, że Kowalczyk powinna milczeć, bo taki przepis oznaczałby… złamanie praw człowieka.

Polka, która słynie z bezkompromisowego spojrzenia na świat, czego efektem była między innymi zupełnie niepotrzebna publiczna scysja z męską częścią biegowej reprezentacji kraju, swojego zdania rzecz jasna nie zmieniła. Skandynawowie też zresztą tematu już specjalnie nie drążyli, mając zapewne na uwadze fakt, że Kowalczyk ich gwiazdom już nie zagraża, spojrzeli za to szerzej na wieści z różowego domku. Niektórzy nieśmiało porównują już austriacką aferę (która jednak dotyczyła także zawodników innych narodowości) do rosyjskiego przemysły koksowniczego w lekkiej atletyce. I po cichu zadają pytanie czy MKOl. także w tym przypadku zastosuje odpowiedzialność zbiorową wobec najbardziej skażonych przetoczoną krwią reprezentacji?

Liczby nie kłamią. Piłkarska Ekstraklasa ma już wyraźny problem z przyciągnięciem na trybuny liczby kibiców, którą mogłaby się z czystym sumieniem pochwalić. Co więcej, widzowie uciekają też sprzed telewizorów, a to już sygnał alarmowy.

Średnia frekwencja w obecnym sezonie wynosi 8.597 widzów na jeden mecz. Według wyliczeń portalu ekstrastats.pl, oznacza to dramatyczny spadek – w analogicznym momencie rozgrywek w 2017/18 były to 9.624 osoby oglądające na żywo każde ze spotkań. A przecież wtedy w Lotto Ekstraklasie grały Sandecja Nowy Sącz i Termalica Nieciecza, czyli dwa kluby z najniższą widownią w lidze. Także w 2016/17 po 23 kolejkach bariera 9.000 została pokonana (9.089). Niezawodni twitterowicze szybko podkreślili, że dziś polska Ekstraklasa balansuje na poziomie zbliżonym do trzeciej ligi niemieckiej (średnia 8.067 wg danych Marka Wawrzynow-skiego) lub… piątoligowego angielskiego Wrexham (8.283, jak podał Emil Kot).

Wyniku Ekstraklasy nie da się wytłumaczyć w żaden wygodny dla niej sposób, czyli pomijający poziom meczów i atmosferę na wielu stadionach, która zmusza widzów do wyciszenia transmisji. Dobrym miernikiem atrakcyjności tych rozgrywek jest zresztą właśnie telewizyjna widownia ubiegłotygodniowego meczu Lech Poznań – Legia Warszawa, który Canal+ odkodował. Spotkanie średnio oglądało raptem 276.000 widzów, a wliczając online, nieco ponad 300.000. Co ciekawe, tak zwany hit tylko minimalnie wygrał z poniedziałkową transmisją Eurosportu z pierwszej wiosennej kolejki Górnik Zabrze – Wisła Kraków (259 tysięcy widzów, rekord sezonu tej stacji).

Prawdziwą weryfikację Ekstraklasa przejdzie oczywiście w TVP, ale już teraz decyzja prezesa Jacka Kurskiego o zakupie części praw wywołuje – skutecznie na razie wyciszane – dyskusje. Bo widzowie mając szeroki wybór prawdziwych atrakcji, przestali stawiać na bylejakość. Świadczą o tym na przykład problemy, w jakie wpadł hokej. Marek Szkolnikowski, szef TVP Sport, na platformie #zapytajszefatvpsport postawił sprawę jasno: – Poziom sportowy jest bardzo niski, hale nie wyglądają najlepiej i są źle oświetlane. Zależy nam na tym, żeby jakość produktu była na najwyższym poziomie, dlatego ograniczyliśmy transmisje z PLH do absolutnego minimum. Po czym dodał: – Czekają nas rozmowy, czy będziemy kontynuować współpracę i na jakich zasadach. Na pewno nie na takich jak obecnie, bo to jest dla telewizji nieopłacalne.

Jeśli w przypadku piłki również racjonalizm pokona przyzwyczajenia i emocje, mariaż ESA i TVP też może nie przetrwać próby czasu.
============04 BS Autor Czoło (41361133)============

Świat sportu kocha ekscentryków i ludzi szalonych. Szczególnym uwielbieniem darzą ich oczywiście dziennikarze, dla których barwne wypowiedzi są niczym sól i pieprz w mdłej codzienności przesyconej poprawnością polityczną i grzecznościowymi zgranymi formułkami.

Są jednak granice, za którymi oryginalność zamienia się w śmieszność, a czasami wręcz w zwykłe – to kolokwialne określenie pasuje tu idealnie – buractwo. Taki właśnie przypadek obserwujemy w warszawskiej Legii. Jej trener Sa Pinto, odmawiając podania ręki Michałowi Probierzowi (swoją drogą chyba najbarwniejszej postaci ekstraklasowego trenerskiego światka), nie tylko się ośmieszył, ale również wywołał wyjątkowo negatywne odczucia u osób dotychczas neutralnych. Mógł wywołać zresztą coś więcej, ale opiekun Cracovii na szczęście zachował więcej klasy niż prezes ROW-u Rybnik w sprawie Grigorija Łaguty, i nie wywołał dyplomatycznego konfliktu polsko-portugalskiego, co zresztą przy obecnej sytuacji politycznej i tak nie miałoby już większego znaczenia.

Dziecinny gest Sa Pinto został później dodatkowo spotęgowany przez milczenie samej Legii, której zabrakło charakteru, by wystosować wobec Probierza oficjalne przeprosiny. Na przykład w postaci napoju, który tenże mógłby sobie – zgodnie z kultowym już cytatem – p…..ć, aby uczcić udzielenie lekcji pokory mistrzom Polski. Jak widać, portugalski szkoleniowiec znalazł się we właściwym dla siebie otoczeniu.

Wobec takiego zachowania można jednak nie docenić wspomnianej na wstępie poprawności. Na przykład tej w wykonaniu Waldemara Fornalika, który całkiem zgrabnie udawał, że taktyczne rozgromienie Adama Nawałki nie sprawiło mu żadnej dodatkowej satysfakcji związanej z selekcjonerską przeszłością obu panów, których historia ocenia na jakże różnych biegunach. Doprawdy, mecz Piasta z Legią w grupie mistrzowskiej zapowiada się na miarę konfliktu cywilizacyjnego…

To jeden z najbardziej pamiętnych obrazów w całym polskim sporcie. 20 marca 2011 roku ostatni skok w karierze oddał Adam Małysz. Na skoczni w Planicy w jedynej tego dnia serii poleciał 216 metrów i wylądował na trzecim miejscu. Zwycięzca osiągnął pół metra mniej, ale w warunkach nieporównywalnie trudniejszych. Był nim Kamil Stoch… Bardziej symbolicznej sceny ilustrującej zmianę warty nie sposób było sobie nawet wyobrazić, a wzruszony Orzeł z Wisły mówił, że spełniło się jego marzenie, by zostawić po sobie nie spaloną ziemię, a godnego następcę.

Od kilku dni na naszych oczach rozgrywa się kolejna fantastyczna historia, ale tym razem na sentymentalizm nie ma co liczyć. I to z kilku powodów: po pierwsze stary mistrz nie schodzi jeszcze ze sceny, po drugie pomimo wielu osiągnięć z pewnością nie czuje się całkowicie spełniony, po trzecie młody wilk może jego marzenia zamienić we własne sukcesy, a po czwarte na jedynej mogącej połączyć ich płaszczyźnie, czyli w reprezentacji kraju, może nie być miejsca dla nich obu równocześnie. Mowa oczywiście o Robercie Lewandowskim i Krzysztofie Piątku.

To, co stało się udziałem 23-letniego chłopaka z Dzierżoniowa w ostatnich kilkudziesięciu godzinach, wygląda jak sen. W dodatku wyjątkowo kolorowy, bo powitanie z Mediolanem miał iście epickie, co podkreśliła niezwykła sceneria włoskiego szaleństwa („Pio, Pio, Pio, Pio!!!” autorstwa Tiziano Crudeliego, przecież tego nie da się, jak mawia młodzież, odzobaczyć). O takim tle swoich wyczynów starszy o siedem lat Lewandowski może tylko pomarzyć.

Jak potoczy się cała mediolańska przygoda Piątka nie sposób oczywiście jeszcze przewidzieć, ale wspomniana atmosfera, jaka otacza samego zawodnika i cały klub, daje mu nad kapitanem kadry przewagę już na starcie. W dodatku sam Piątek znacznie lepiej niż Lewandowski potrafi to wykorzystać. Jego charakterystyczny firmowy „kowbojski” gest wykonywany po strzeleniu goli stał się już przecież rozpoznawalny, a potencjał marketingowy może zbliżyć się nawet do „łuku” Usaina Bolta.

Lewandowski takiego talentu nie ma. Można zresztą odnieść wrażenie, że dość mocno irytują go ograniczenia własnej marki, która dotarła do bariery, za którą byłby gwiazdą globalną, ale nie zdołał jej sforsować, A o tym, że próbował za wszelką cenę, świadczy na przykład wynajęcie jednej z najwiekszych na świecie specjalistycznej agencji marketingu sportowego. Piątkowi kolejne kroki przychodzą naturalniej, w dodatku – przynajmniej na razie – nie jest obciążony dość ciężkostrawnym i infantylnym małżeńskim skojarzeniem z „polskimi Beckhamami”, za to Włosi przylepiają mu łatki znacznie bardziej (z)nośne, jak „Polski papież” czy „Robocop”.

Największą frajdę z tej rywalizacji mają kibice. Pytanie brzmi natomiast: co zrobi Jerzy Brzęczek, który już podczas meczów Ligi Narodów w Chorzowie nie potrafił sobie z takim nadmiarem bogactwa poradzić i postawił na Lewandowskiego. Teraz, w zbliżających się eliminacjach mis-trzostw Europy, posadzenia Piątka na ławce żaden kibic już by mu nie wybaczył. Ale czy na boisku jest miejsce dla dwóch supernowych?


Milan. Liverpool i Leeds. Ktoś wie, co łączy te trzy poważne piłkarskie firmy? A mówią Wam coś nazwiska Przemysława Bargiela, Kamila Grabary i Mateusza Bogusza?
Trzech chłopaków zRudy Śląskiej wyruszyło w wielki futbolowy świat zRuchuChorzów. Kapitalna historia (nawet jeśli wciąż bez prawdziwego happy endu, bo Bargiel, póki co, jest zawodnikiem Spezii 1906, a Grabara Aarhus), której jednak Niebiescy kompletnie nie potrafią rozegrać marketingowo. Słabość Ruchu pod tym względem jest obecnie chyba nawet większa niż ta boiskowa. Dlaczego nikt na przykład nie wpadnie na najoczywistszy pomysł – biorąc pod uwagę stan klubowej kasy, zrzekam się ewentualnego prawa autorskiego – i nie zaprezentuje tych trzech sylwetek w słynnych i rozpoznawalnych koszulkach na widocznym z daleka banerze zapraszającym do treningów w Akademii?
Znakomita, w dodatku podana na tacy, okazja do podreperowania zszarganego w ostatnich latach wizerunku klubu, w którym chwalebna historia zblakła na rzecz najnowszej serii niefortunnych zdarzeń, została fatalnie zmarnowana. Zamiast ofensywy mieliśmy do czynienia ze spartaczoną akcją zarówno w kontekście mediów tradycyjnych, jak i społecznościo-wych. Amatorszczyzna chorzowian boleśnie widoczna była na tle Leeds, które rozegrało sprawę podręcznikowo, o konkretnych decyzjach informowało znacznie wcześniej niż polska strona, a na Twitterze zaprezentowało efektowną kompilację zagrań 17-letniego Bogusza. Ruch w tej zabawie, niczym dzieciak, został postawiony do kąta, i tak już w nim został z ustami szeroko otwartymi ze zdumienia.
Pytanie o przyczyny słabości promocyjnej Niebieskich można oczywiście usprawiedliwiać sloganem, że obecny drugoligowiec ma większe problemy niż brak profesjonalnego PR-u i odpowiedniego specjalisty w zespole pracowników. Tyle tylko, że w przypadku klubu, który upadł tak nisko, właśnie szeroko pojęte zarządzanie kryzysem powinno być jednym z absolutnych priorytetów. Chociażby po to, by niwelować wrażenie (wynikające z dokumentów i komunikatów giełdowych), że kolejne pożyczki służą jedynie krótkoterminowemu przetrwaniu, co sprawia, że zachęcenie jakiegokolwiek poważnego piłkarza do przyjścia na Cichą graniczy z cudem, a nawet mobilizacja obecnych zawodników może stanowić dla trenerów zadanie ponad siły.
Podobne problemy z odnalezieniem się we współczesnym świecie, w którym gra o budowanie marki toczy się bezustannie, od świtu do świtu, mają oczywiście także inne kluby. W wielu przypadkach wynika to ze źle pojmowanych oszczędności, najczęściej jednak z braku nacisków ze strony właścicieli i kadry zarządzającej, wśród których zwierzęta medialne to gatunek na wymarciu. Stara jak świat zasada, że nikt cię nie pochwali tak bardzo jak ty sam, w tym środowisku zdaje się obowiązywać jedynie od święta.
I także stąd zapewne wynika wrażenie wszechogarniającej sportowej śląskiej szarzyzny, w której, niczym w smogu, znikają nawet takie perełki jak błyszczące chłopaki z Ruchu. ą



Dyskusja o wyższości lub niższości Bartosza Kurka nad Kamilem Stochem, jaka przetoczyła się przez internet po plebiscycie „Przeglądu Sportowego” przypominała tę o Wielkanocy i Bożym Narodzeniu albo polityczne spory przy rodzinnych stołach. Przekonywanie nieprzekonywalnych, porównywanie nieporównywalnego i emocjonalne bicie piany przynosiły frajdę jedynie właścicielom portali, którym w oczach rosły wskaźniku „klików” i komentarzy.


W całej tej zawierusze niemal bez echa przeszła za to zadziwiająca niekonsekwencja organizatorów całej zabawy, czyli decyzja dotycząca rozdwojenia nagrody dla najlepszego trenera Anno Domini 2018. Ogłoszono bowiem, że tytuł zgarnął opiekun złotych siatkarzy Vital Heynen, po czym identyczne wyróżnienie, z dopiskiem „indywidualny” otrzymał Stefan Horngacher. Rzekomo salomonowy werdykt z największą radością przyjął, niczym prezent, prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner, którego czekają z austriackim szkoleniowcem negocjacje dotyczące przedłużenia umowy. Tymczasem najważniejsze pytanie brzmi: dlaczego Horngacher został uznany za „trenera indywidualnego” skoro pod jego ręką znajduje się cały zespół skoczków, a nie jedynie Kamil Stoch? Indywidualny to był Aleksander Wierietielny dla Justyny Kowalczyk, a nie Horngacher dla Stocha!


Nawiasem mówiąc gdyby organizatorzy najsłynniejszego plebiscytu w polskim sporcie byli rzeczywiście konsekwentni wówczas także statuetka dla najlepszego zawodnika zostałaby rozdzielona pomiędzy Kurka (zawodnik w zespole) i Stocha (zawodnik indywidualny), co zapobiegłoby wspomnianym na wstępie sporom. No cóż, człowiek uczy się całe życie, więc być może już w przyszłym roku mój pomysł stanie się ciałem w imię kolejnego etapu poprawności politycznej.
Tej nie zabrakło zresztą również w wypowiedziach laureatów. Żaden nie poszedł w ślady Roberta Lewandowskiego z 2016 roku, który wyniki plebiscytu „France Football” skwitował pamiętnym wpisem „Le cabaret”. Ba, zwycięzca oświadczył, że na szczyt wskoczył tylko na chwilę, bo to Stoch jest bogiem… Nikt nawet nie wziął przykładu z Anny Lewandowskiej, która przed rokiem nie ukrywała, że liczyła na zwycięstwo męża.
A propos Lewandowskiego… „Piłka Nożna” zamieściła wywiad z jego byłym agentem Cezarym Kucharskim z ciekawym wątkiem otoczenia, które „zaraziło Roberta pomysłem o budowaniu globalnej marki Lewandowski”.

  • Tymczasem żeby w światowych plebiscytach zajmować wysokie miejsca trzeba robić spektakularne rzeczy na boisku, utrwalać to medialnie, rozmawiać z dziennikarzami wielkich tytułów, mieć czas i ochotę na angażowanie się w różne projekty dające międzynarodową rozpoznawalność i sympatię. Ograniczeniem jest narodowość, reprezentacja nieosiągająca spektakularnych sukcesów i gra w lidze niemieckiej, która nie jest tak popularna w Ameryce Południowej czy Azji jak hiszpańska” – skomentował tę wizję Kucharski.
    No cóż, dawno nikt tak trafnie nie scharakteryzował problemu kapitana polskiej reprezentacji, dla którego – w kontekście totalnej klapy na mundialu – dziewiąte miejsce w „PS” jest dużym sukcesem. Aż dziwne, że nie dano mu na pocieszenie czegoś „indywidualnego”.

W krakowskiej Wannagate pozostało jeszcze jedno ważne pytanie – kto i po co wymyślił całą tę szopkę? Jednak zanim – o ile w ogóle – padnie odpowiedź, warto zdać sobie sprawę z czegoś innego. Otóż w przypadku Wisły odbija się jak w lustrze cała polska piłka. I nie ma w tym przypadku.

Pamiętam na przykład katowicką prezentację jednego z raportów Ekstraklasy Piłkarskiego Biznesu z 2016 roku. Po części oficjalnej jeden z ekonomistów, patrząc na dane dotyczące Ruchu Chorzów, w którym wysokość długów klubu była od kilku lat większa niż cały jego majątek, zapytał ówczesnego prezesa tego klubu, dlaczego Niebiescy nie ogłaszają upadłości, co wynikałoby z obowiązującego prawa. Dariusz Smagorowicz (później skrócony do „S.”) wzruszył ramionami i odparł: „Może i tak wynika z prawa, ale piłka to biznes inny niż wszystkie”. Szef Niebieskich użył wtedy określenia, które w piłkarskim świecie stosuje się powszechnie i z nieznanych powodów jest równie powszechnie akceptowane, wyważając drzwi do hochsztaplerskich nadużyć. Na porządku dziennym w klubowych gabinetach funkcjonuje przecież kreatywna księgowość, pieniądze płyną meandrami, a nad wszystkim unosi się demoralizujące poczucie braku odpowiedzialności majątkowej. Ten ostatni element jest w tej chwili rozgrywany także w Wiśle, gdzie była prezes, która swoimi decyzjami doprowadziła Białą Gwiazdę do ruiny, ma dużą szansę wyjść z całej tej historii suchą stopą. Podobnie zresztą jak zarządcy wielu innych klubów w ostatnich latach. Chociażby Górnika Zabrze, którego tuż przed spadkiem w 2009 roku zamieniono w bankomat (copyright: ówczesny szef Allianz Polska). Lekką ręką – pod wpływem trenera Henryka Kasperczaka – podpisywano kontrakty demolujące budżet i doprowadzając w efekcie między innymi do groźby komorniczego zajęcia i zlicytowania zabrzańskich historycznych trofeów. Czy ktoś poniósł za to odpowiedzialność? Odpowiedź jest oczywista.

Obowiązujący system po prostu patologiom sprzyja. Co więcej, legitymizują go władze miast, wpompowując publiczne finanse nie tylko oficjalnie, ale także za pośrednictwem spółek od siebie zależnych, których stadionowe reklamy, mające uzasadnić słuszność dokonanych przelewów, stanowią obrazę dla inteligencji odbiorcy. Bo czy na przykład wodociągi miejskie, niemające konkurencji, mają faktyczną korzyść z „pływania” na reklamowych bandach?

Pojawiają się też oczywiście pytania o system licencyjny. Dokumentacja tonącej Wisły była co roku akceptowana bez zastrzeżeń. Ale czy powinno to dziwić? W końcu to tylko kolejny z elementów układanki – zawarty w papierach budżet w dużej mierze jest życzeniowy, oparty na prognozach, w których można wpisać nawet zwycięstwo w Lidze Mistrzów. A długi? Liczą się tylko te wobec związkowych podmiotów plus urzędu skarbowego i ZUS-u. Reszty w papierach nie widać, czyli dla piłkarskiej centrali nie istnieje.

Prezes Górnika Zabrze Bartosz Sarnowski, na spotkaniu z dziennikarzami w listopadzie zapowiedział, że zimą zespół zostan ie wzmocniony. Na celowniku klubu znajdowało się pięciu polskich zawodników i dwóch zagranicznych, wszystkich określił jako „doświadczonych, ale nie wiekowych”, mających „zrównoważyć drużynę, w której nadmiernie zaczęła dominować młodość”. Wypowiedź ta zbiegła się w czasie z deklaracją prezydent Małgorzaty Mańki-Szulik o tym, że sportowa i finansowa sytuacja Górnika jest najlepsza od wielu lat, więc w obrazie rysowanym przez dwie kluczowe osoby w zarządzaniu klubu, dominowały jasne barwy.


Po kilku tygodniach sportowa część tej oceny okazała się mrzonką. Górnik w lidze stał się chłopcem do bicia udowadniając, że rację mieli ci, którzy politykę w klubie definiowali jako wiarę w powtórkę ubiegłosezonowego cudu (choć nie było ku temu żadnych przesłanek zarówno w występach pucharowych, jak i w okresie przygotowawczym). Pozbawiony najważniejszych ogniw zespół z konieczności został oparty na młodzieży gwarantującej co najwyżej wysokie miejsce w Pro Junior Systemie, ale na pewno nie w lidze, w dodatku transferowe przymiarki wobec ostatniego z niedawnych jeszcze liderów, czyli Szymona Żurkowskiego, wyraźnie wpłynęły na podświadomą być może, ale jednak ostrożniejszą grę.Co można oczywiście zrozumieć także biorąc pod uwagę polowanie, jakie na tego utalentowanego pomocnika odbywało się na boiskach przez ostatnie tygodnie.


Zimowe okienko transferowe na Roosevelta zapowiada się więc bardzo interesująco i przypomina sytuację, gdy przy pokerowym stole, przy dużej stawce, pada kluczowe słowo „sprawdzam”. W tak podbramkowej sytuacji zabrzanie nie byli od sezonu 2008/09, w dodatku wówczas za sprawą Henryka Kasperczaka przelicytowali zarówno sportowo, jak i finansowo, popełniając swoiste harakiri. Teraz będzie więc okazja, by zobaczyć, czego kadra zarządzająca Górnikiem nauczyła się w ciągu minionej dekady.