Tradycji stało się zadość. Coroczna pielgrzymka kibiców na Jasną Górę zakończyła się godną czwartej części Trylogii wycieczką za mury. Patrioci zdobyli kilka wrażych flag, poturbowali grupę zaprzańców, odśpiewali pobożne pieśni i na cześć legendarnego wyczynu Kmicica użyli prochu i saletry pod dobrotliwymi spojrzeniami spadkobierców duchowych przeora Kordeckiego. Nic więc dziwnego, że świadkom tych podniosłych wydarzeń wzruszenie pomieszane z gryzącym dymem wyciskało łzy z oczu.

Sportowy patriotyzm w kraju nad Wisłą ma się dobrze. Co prawda próby jego eksportu kończą się niezrozumiałymi prześladowaniami następującymi tuż po przekroczeniu granic Ojczyzny, tym niemniej generalnie powodów do narzekania nie ma. Za to powodów do dumy przybywa błyskawicznie – na przykład dzięki Robertowi Kubicy, który został właśnie testerem Williamsa. Trzeba przecież podkreślić, że krakowianin zachował honor, w przeciwieństwie do rosyjskiego konkurenta, który nie dość, że jest wspierany przez Putina, to jeszcze miejsce w głównym bolidzie po prostu kupił. Cały świat będzie więc patrzył na Sirotkina z politowaniem, tak jak na Freitaga, który przewrócił się na Czterech Skoczniach, chociaż akurat nikt w niego śnieżkami nie rzucał.

Oprócz patriotyzmu dużego jest jednak także patriotyzm – patrząc w kategoriach powierzchniowych – mały, czyli lokalny. Na przykład śląski. Chociaż on i tak często, a już na pewno w obszarze piłki nożnej, podlega dodatkowemu rozbiciu najpierw miejskiemu, a potem wręcz dzielnicowemu. O nim właśnie dumałem podczas debaty zorganizowanej przez szefa regionalnej piłki Henryka Kulę. Dyskusja toczyła się w zacnym gronie, jej temperatura była dość umiarkowana, a z większością tez zgadzali się wszyscy obecni, czemu zresztą trudno się dziwić, skoro były to tezy ze wszech miar słuszne i rozsądnie – choć mało optymistycznie – prowadzące do odpowiedzi na zasadnicze pytanie: Kiedy klub z naszego regionu znów zostanie mistrzem Polski?

W całej tej atmosferze wzajemnego zrozumienia nie sposób było jednak uciec od poczucia surrealizmu. Zasadniczo bowiem świetlana przyszłość piłki śląsko-zagłębiowskiej, a także beskidzkiej, według panelistów opierać się powinna na solidarności i wzajemnym wsparciu. W negocjacjach z samorządami, w rozmowach ze sponsorami, w systemach szkolenia młodzieży, w rozwiązaniach infrastrukturalnych, a czasem i finansowych. Brzmi to świetnie, ba, nawet logicznie, jednak znajduje się w tej wizji jedna zasadnicza drzazga, mianowicie kibicowska, podlana patriotyczno-tożsamościowym sosem – otoczka futbolu. O współpracy klubów mówiono wszak w ostatnich latach już wiele, próbowano też słowa przekuć w czyny. Na szczeblu Ekstraklasy organizowano wspólne wyprawy na zgrupowania, na szerszym polu zawiązywano sponsorskie porozumienia. Piękne, nieprawdaż?

Tyle tylko, że to ostatnie podpisano za bliską, bo bliską, ale jednak granicą. I w tym jest właśnie pies pogrzebany. Bo żaden realny futbolowy sojusz nie jest w regionie możliwy. Dowodów mamy aż nadto – największe awantury związane są z meczami derbowymi, największe problemy stwarza logistyka kibicowskich przejazdów nie ogólnopolskich, a właśnie tych najkrótszych, najpoważniejsze incydenty ostatnich miesięcy związane były z najazdami wrogich grup na stadiony położone najbliżej ich macierzy… Świeżo w pamięci pozostają też przypadki prezesów skłonnych pomóc sąsiadom w momentach, gdy ci nie mogli korzystać z własnych, przebudowywanych w danym momencie aren, czy piłkarzy zamierzających zmienić barwy bez zmiany miejsca zamieszkania. I dopóki ten system piłkarskiego ekosystemu się nie zmieni, dopóty każdy będzie drobił w miejscu, a ewentualne sukcesy wynikną tylko ze splotu przypadków. I o tym także powinni pomyśleć gospodarze takich wydarzeń jak jasnogórska pielgrzymka. Aby jednak skalę tej odpowiedzialności zrozumieć, trzeba czasem z klasztornej celi wybrać się na mecz. Najlepiej po cywilnemu i autobusem komunikacji publicznej. Na przykład z Katowic do Zabrza. Rzecz jasna, przez Chorzów.

Do worka z logo „#MeToo” można już wrzucić właściwie wszystko. Molestowania prawdziwe i rzekome, fizyczne i iluzoryczne, świeże i prehistoryczne. Skala akcji jest porażająca, ale wciąż pozostają regiony nieodkryte. Na przykład Bale Mistrzów Sportu, gdzie – z konieczności – zamiast laureatów na scenie pojawiają się ich żony bądź partnerki.

Żaden chyba wyczyn boiskowy nie budzi bowiem tylu emocji i wrażeń co kreacja, karnacja, fryzura, makijaż i odsłonięte powierzchnie ciała pań i panien, na co dzień obcujących – dosłownie i w przenośni – z Gwiazdami Masowej Wyobraźni. I na użytek tej ostatniej
w grę włącza się coraz większa część mediów, dla których podobne wydarzenia są niczym zastrzyk tlenu. A że większość „kibicowskich” komentarzy dotyczących wyglądu wybranek sportowych serc (ale również wyróżnianych sportsmenek, pracujących jednak przy takich okazjach dobrowolnie i na własny rachunek) ma charakter molestująco-upokarzający? No cóż, liczy się dobro najwyższe, czyli kliki, lajki i odsłony…

Typowy dla takich zdarzeń scenariusz obejrzeliśmy przy okazji organizowanego przez „Przegląd Sportowy” wyboru sportowca roku 2017. Werdykt stawiający wyżej loty Kamila Stocha niż kopnięcia piłki Roberta Lewandowskiego był być może dyskusyjny, ale najważniejszy okazał się „pojedynek” ich żon – Ewy z Anną, zwłaszcza że obie zaprezentowały różne style i różne preferencje modowe. Świetnym więc instynktem wykazał się zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni, który z ekranu oświadczył, że żona jest jego najlepszą wizytówką, zdobywając dla niej wśród przedekranowego jury dodatkowe punkty.

Na tej wykreowanej rywalizacji zyskała też ta Trzecia, czyli Marcelina Hula. Uparcie pokazywana przez operatora Polsatu zamiast swojej przyjaciółki Ewy, zgarnęła część tortu, przy okazji niechcący wystawiając niefortunnego kamerzystę i realizatora na pośmiewisko oraz falę hejtu. Z takiej wpadki nie mogła przecież nie skorzystać grupa ekspertów od biografii i wizerunków celebrytów, czyli po prostu większość narodu z zapartym tchem przyglądająca się, czy na stoły podano już „ciepłe” i czy Apoloniusz Tajner po zgoleniu wąsa wygląda lepiej na tle dziewczyny, którą kiedyś brukowce uznały za pochodzącą z Pakistanu Pamelę, a naprawdę okazała się Izabelą Podolec z Jarosławia.

Bo właśnie hejt i chęć molestowania wydają się motorem napędowym wielu oglądaczy takich zdarzeń. I nawet jeśli ataki mają wymiar jedynie słowny, nadają się do akcji „MeToo” tak samo, jak mroczne historie odkrywane właśnie przez Hollywood. A co najgorsze – to zjawisko bazujące na tchórzliwej anonimowości wciąż rośnie. I jest coraz bardziej obrzydliwe.

Igrzyska w Pjongczang rozpoczną się za 34 dni. W skali czteroletniej olimpiady to już nawet nie ostatnia prosta, a najazd na próg. I co? I nic. Nie macie wrażenia, że oczekiwania i dreszcze emocji, związane ze zbliżającą się najważniejszą imprezą sportów zimowych, zniknęły w wirach bieżących wydarzeń? Nikt nie analizuje szans medalowych, nikt nie fascynuje się potencjalną liczebnością reprezentacji, nikt nie pokazuje aren od tak zwanej kuchni… Ewentualne ogniska emocji dotyczą wyłącznie kwestii politycznych – pozbawienia Rosjan prawa startu pod własną flagą i negocjacji odnośnie startu Koreańczyków z Północy.

Tak jak współczesnym dzieciom spowszedniały kreskówki Disneya, na które niegdyś oczekiwało się od święta do święta, tak samo spada atrakcyjność igrzysk. Największe gwiazdy sportu mamy na co dzień, mecze najlepszych hokeistów świata pokazuje nawet publiczna telewizja, skoki stały się cotygodniową przyprawą do rodzinnego obiadu, a prawdziwą skalę zainteresowania biegami pokazuje poziom oglądalności Tour de Ski bez udziału Justyny Kowalczyk. I nawet skok wykresu liczby planowanych podczas igrzysk urlopów wynika przede wszystkim z planów na ferie, a nie programu startów panczenistów.

Oczywiście nie można mieć wątpliwości, że gdy znicz już zapłonie – co wiele osób dostrzeże z zaskoczeniem – Pjongczang także nad Wisłą stanie się centrum sportowego świata. Przez dwa tygodnie będziemy bilansować sukcesy i rozczarowania, kpić z norweskiej astmy, szukać polskich pociotek w biografiach wielkich gwiazd, zastanawiać się, co na kasku namaluje Kamil Stoch i zżymać na komentatorów telewizyjnych. Nie sposób jednak uciec od wrażenia, że nie ma w tej zabawie dawnej autentyczności i towarzyszącego nam niegdyś głodu wielkich wrażeń, a ich miejsce zajęła gigantyczna machina służąca przede wszystkim spełnianiu oczekiwań sponsorów, dla których najważniejsze są słupki i wskaźniki. A to prosta droga do zarżnięcia kury znoszącej złote jajka. I nie jest to tylko specyfika sportów zimowych. Na takiej ścieżce od dłuższego czasu znajduje się siatkówka, w podobnym kierunku uparcie pcha się także piłkarska Liga Mistrzów, rozcieńczająca atrakcyjność w rozbudowanych do przesytu strukturach rozgrywek.

Problem igrzysk nabrzmiewa. MKOl robi dobrą minę do złej gry, ale zaczyna mieć coraz większe kłopoty nawet ze znalezieniem chętnych na ich organizację. Jest coraz drożej, coraz bardziej egzotycznie i coraz mniej demokratycznie. Czy można się więc dziwić, że obrazoburcze z pozoru pytanie o potrzebę organizowania igrzysk w obecnym kształcie staje się pytaniem fundamentalnym?

W niedzielę znów staniemy przed dylematem. Czy fakt, że kolejny rok minął – w dodatku nie tylko szybko, ale i bezpowrotnie – to rzeczywiście dobry powód do hucznego świętowania? I pewnie jak zwykle dojdziemy do wniosku, że każda okazja jest dobra, więc tę też jakoś przełkniemy. O ile oczywiście wcześniej przebijemy się przez działaczy Polskiego Związku Kolarskiego, którzy będą blokować kasy w sklepach, realizując za służbowe karty słynną już „rewizyjną” listę prezesa Dariusza Banaszka, czyli Żołądkową Gorzką, Żytniówkę, Żytniówkę Gorzką i Białą Żubrówkę…

Zapewne niewielu z nas będzie miało to szczęście, by stojąc w kolejce za cudownymi dziećmi dwóch pedałów, spoglądać na taki zegarek, jaki pod choinkę dostał Marcin Gortat od jednego z kolegów. Nawiasem mówiąc, mimo wszystko to nieco dziwne, że facet kupił po rolexie dla wszystkich partnerów z zespołu. Albo wcześniej solidnie narozrabiał, a oni zapewnili mu alibi, albo chodzi w tym wszystkim o coś innego i to zapewne nie o pieniądze…

Bo przecież, wbrew obiegowej opinii, kasa nie jest najważniejsza, chociaż oczywiście zawsze lepiej być zdrowym i bogatym niż chorym i biednym. Liczy się też idea, na przykład ta najszlachetniejsza, olimpijska. Joanna Jędrzejczyk, specjalistka od bicia po twarzy innych kobiet (chociaż ostatnio trafiła kosa na kamień), też coś wie na ten temat, bo propozycję udziału w sztafecie niosącej płomień z Olimpii do Pjongczangu przyjęła, roniąc łzy wzruszenia. A przecież w tym środowisku podobną reakcję widzi się rzadko, by nie rzec od święta. I to wyłącznie takiego, które spędza się wokół oktagonu, w momencie, gdy pewien aktor zamiast opłatka przełamuje pewnego rapera. Rzecz jasna ku ogromnej uciesze odświętnie rozebranej publiki, nucącej pod nosem nieśmiertelne przeboje autorstwa artystycznego ulubieńca prezesa narodowej telewizji.

No cóż, świat jest dziwny i w 2018 chyba będzie jeszcze dziwniejszy. Z taką głęboką refleksją zostawię Państwa w oczekiwaniu na niedzielno-poniedziałkową północ, czyli porę, w której rozpocznie się tradycyjne nadwiślańskie obrzucanie sąsiadów racami.

Do Siego Roku!

Ruch Chorzów do 15 stycznia musi spłacić pół miliona złotych byłym piłkarzom i trenerom, a jeśli tego nie zrobi straci licencję na dalszą grę w Nice I lidze. Niebieskim znów więc zajrzał krach w oczy, ale powodów do paniki chyba tym razem nie ma, bo wspomnianą kwotę można przecież „pożyczyć” z 800.000 zł, jakie przewidziano (a więc zapewne także zabezpieczono) na premię za awans do Ekstraklasy. Co prawda złośliwcy twierdzili, że równie dobrze można było obiecać każdemu piłkarzowi po prywatnym odrzutowcu, ale trudno przecież podejrzewać szefa klubu z Cichej, że premie zostały ogłoszone tylko po to, aby zarobić odsłony w mediach społecznościowych. I że w rzeczywistości żadne pliki banknotów deklarowanych na wypadek zrealizowania misji niemożliwej tak naprawdę nie istnieją.

Pytanie jak wygląda prawda na pewno jest frapujące, jednak przyznam się, że w kontekście Ruchu znacznie ciekawsza wydaje mi się inna kwestia. A mianowicie taka, kto będzie dziś czekał z kwiatami pod aresztem, z którego ma wyjść na wolność były prezes Niebieskich, Dariusz S. Od dawna przecież wiadomo, że przyjaciół poznaje się w biedzie, a trzeba przyznać, że były członek rady nadzorczej Ekstraklasy wpadł w biedę nie lada. Biorąc pod uwagę wianuszek wielbicieli z różnych środowisk – także, co tu ukrywać, medialnych – którzy towarzyszyli mu w dawnych lepszych czasach i na ziemi rodzimej, i obcej, można się dziś spodziewać pokaźnego komitetu powitalnego. W przeciwnym wypadku moja opinia o ludziach, których mam w tym wątku na myśli, z pewnością ulegnie jakościowej zmianie…

Być może zadajecie sobie pytanie jak wstęp tego tekstu ma się do jego rozwinięcia, ale sądzę, że jest to nić bardzo logiczna. Przecież to właśnie kreatywne działania Dariusza S. wytyczyły szlak, jakim obecnie podąża Ruch. A samo niedawne ogłoszenie wysokości wspomnianej premii za awans to posunięcie, jakiego S. też by się nie powstydził.

Kurz już nieco opadł, więc warto spojrzeć na sprawę spokojniej i powiedzieć sobie jasno: wyrzucenie Rosjan z koreańskich igrzysk to decyzja drastyczna, ale słuszna. Niestety, mająca też pewną wadę. Pozostawia mianowicie szeroką furtkę dla spiskowej teorii dziejów. Bo niby dlaczego losu podmoskiewskiego państwowego kombinatu koksowniczego nie podzieliły podobne fabryki z innych części świata? MKOl zamiast rzeczywistej zmasowanej antydopingowej ofensywy, przeprowadził precyzyjnie wymierzony atak punktowy, co musi rodzić podejrzenie istnienia zakulisowych mechanizmów stricte politycznych. Warto zresztą pamiętać, że Komitet znaczną część tej nieczystej krwi (i innych płynów fizjologicznych) ma na własnych rękach, bo to on sam oddaje organizację igrzysk coraz mniej licznym szczęśliwcom, którzy nie muszą liczyć się z pieniędzmi i opinią swoich społeczeństw. A takie rozpasanie zazwyczaj łączy się z rozbratem z wartościami demokratycznymi i przymusem zamienienia rzeki pieniędzy na propagandowy sukces i to za wszelką, dosłownie i w przenośni, cenę.

Wracając do dopingowej plagi – jedynym rozsądnym i sprawiedliwym wyjściem byłoby wypalanie skażonych aren olimpijskich żywym ogniem, czyli dożywotnie zakazy startu w tej imprezie dla wszystkich złapanych na koksie chociażby raz. Warto też przemyśleć powołanie w ramach MKOl instytucji komornika, który miałby uprawnienia do działań związanych z realnym odzyskiwaniem od sportowych oszustów nienależnych im profitów oraz wymuszania na sponsorach powiązanych w jakikolwiek sposób z ruchem olimpijskim bezterminowego zerwania współpracy z przestępcami. W obecnym sportowym świecie nawet hańba nie boli przecież tak bardzo jak spustoszenie konta… Wprowadzenie takich rozwiązań doprowadziłoby oczywiście do serii procesów, w których podsądni przyjęliby linię obrony, zgodnie z którą koks wpychano w nich podstępnie pod postacią spreparowanych jabłek i marchewek. Zdecydowanie warto jednak podjąć takie ryzyko, ewentualnie ograniczyć jego skalę dzięki zastosowaniu mechanizmów rodem z FIFA, która samo założenie sprawy w sądzie powszechnym traktuje jako akt samowykreślenia delikwenta z futbolowej rodziny.

Podsumowując: utrzymanie obecnego stanu rzeczy, z jedną efektowną antyrosyjską salwą i z ignorowanym przez media oraz kibiców, opóźnionym o całe lata, wykreślaniem wyników i nazwisk z medalowych zestawień, oznaczać będzie jedynie rozwodnienie rosnącego problemu. I da kolejną pożywkę tym, którzy od dawna twierdzą, że władze ruchu olimpijskiego niczego nie robią bezinteresownie, a baron de Coubertin stał się już tylko przykurzonym synonimem naiwności.

Gdy piłkarze Górnika Zabrze po 15. kolejkach zameldowali się na pozycji liderów Lotto Ekstraklasy, w mediach, zwłaszcza tych społecznościowych, eksplodowały emocje. Akademicka dyskusja dotyczyła kwestii czy gang Marcina Brosza został mistrzem jesieni, rundy a może w ogóle nie został żadnym z nich. Tytuły w śląskich gazetach – a zwłaszcza w Dzienniku Zachodnim – już od początku sezonu (pamiętacie „Legła Warszawa!”?) są belką w oku kibiców i dziennikarzy, których serca biją dla mistrzów Polski, więc nie inaczej było w tym przypadku. Ostatecznie ze stolicy napłynęło zdanie zamykające temat – „Po 16. kolejce i tak na czele znajdzie się Legia”, co stanowiło aluzję do zbliżającego się bezpośredniego meczu obu drużyn na stadionie przy Łazienkowskiej.

Zabrzanie w stolicy rzeczywiście przegrali, Legia przejęła prowadzenie, więc w największym polskim mieście zabrzmiał triumfalny rechocik. Minęło jednak kilka dni i sytuacja diametralnie się zmieniła. Fani Legii, którzy z milczącą aprobatą przyjmowali niekorzystne dla Górnika pomyłki biegających z gwizdkiem krajanów, nagle obudzili się z wrzaskiem twierdząc, że piłka do siatki Arkadiusza Malarza wpadała po akcjach, w których piłkarze Korony byli na minimalnych, ale jednak spalonych. Ból był zapewne tym dotkliwszy, że dzień wcześniej zabrzanie znów zrobili to, co potrafią najlepiej, i zdemolowali Jagiellonię wymijając w tabeli warszawian. No cóż, w końcu legijna gwardia zapowiadała, że ich klub będzie na czele po 16. kolejce, o 17 nic nie mówiła…

Czas jednak przejść do poważniejszej kwestii. Otóż – w ligowym prowadzeniu Górnika nie ma przypadku, bo zespół Marcina Brosza wniósł do Ekstraklasy nową jakość i powiew świeżości, jakiego nie było w niej od lat. Pozostaje trzymać kciuki, by był on na tyle mocny, by na mecie sezonu solidnie przewietrzyć zastałe ekstraklasowe układy i przy okazji zmieść irytującą pychę mistrzów Polski, którzy nie wyciągnęli wniosków z lekcji pokory udzielonej im w europejskich pucharach.

Won. To słowo w minioną niedzielę zrobiło furorę. Właśnie nim posługiwali się bezrozumni wielbiciele wędzenia siebie i innych w toksycznym dymie, „odpierając” argumenty osób normalnych, którzy dzielenie meczu Legii z Górnikiem na tercje uznawali za powód, by definitywnie go zakończyć. Wspomniane „won” generalnie kierowano do wszystkich niedoceniających piękna legijnego racowiska. Bo wszak – jak napisał jeden z trolli – to właśnie dla takich chwil przychodzi się na stadiony. No cóż, pomimo tak elokwentnej polemiki pozostanę przy własnym zdaniu. I nadal będę twierdził, że uznawanie cuchnących pseudospektakli jako nieodłącznych przejawów rzekomej kibicowskiej tożsamości to prostackie alibi dla zachowań godnych neandertalczyków traktujących gorące płomienie jako zjawisko magiczne.

Igranie z ogniem w polskiej piłce trwa od lat. I pokazuje bezradność wszystkich, którzy mogliby tę niebezpieczną, i przede wszystkim niezgodną z prawem, zabawę ukrócić. A więc samych klubów, pracujących dla nich agencji ochroniarskich oraz organizatorów rozgrywek. Brak systemowych rozwiązań w postaci przepisów, jakie wprowadzono na przykład wobec wtargnięcia intruzów na murawę, stanowi zaniechanie rażące i… dające do myślenia. Krótko mówiąc race omijane są szerokim łukiem ( bo trudno za skuteczne przeciwdziałanie uznać groszowe niemal grzywny) z powodów, o których oficjalnie możemy jedynie gdybać.

W tym samym ogródku leżą niestety także kamienie rzucane przez media, ze stacją Canal+ na czele. Zasada, by nie pokazywać łamania prawa (podobno, by ich autorom nie robić reklamy, a podskórnie zapewne z potrzeby nieustannego owijania w sreberko jednego z ostatnich znaczących produktów, jakie stacja ma jeszcze w swoim pakiecie) zamieniła się właśnie w farsę. Nawet w przypadku tak oczywistym jak na Legii komentatorzy do ostatnich chwil udawali, że nie widzą nadciągającej chmury dymu, a gdy ta już przesłoniła murawę, skupiano się na wydumanych bonusach z tej sytuacji, bredząc o okazji do podglądania meczowej kuchni, czyli narad zespołów odesłanych przez sędziów pod szatnie. Szanowna ekipo C+, to taki sam argument jak ten, że kibice przychodzą na trybuny po to, by podziwiać fajerwerki a nie wyczyny piłkarzy. Jeśli zamiast goli chcielibyśmy posłuchać kaszlącego Żurkowskiego to włączylibyśmy jeden z waszych reportaży, a nie meczową transmisję na żywo.

To telewizyjne przekonanie, że jeśli czegoś nie pokażemy to tego nie ma, w tym przypadku zdecydowanie się nie sprawdza, podobnie jak zachwyty nad poziomem co dokładniejszych zagrań futbolistów. Nie od dziś wiadomo bowiem, że najcenniejsze jest prawda. Nawet wtedy, gdy boli. A może zwłaszcza wtedy. Bo inaczej można się solidnie poparzyć. Także racą.

Fanatycy. Taki właśnie tytuł nosi książka wydana przez krakowskie wydawnictwo SQN. Okładka płonie jak raca, w środku na trzystu stronach opowieść kibola z krwi – tej przelewanej też – i kości o wchodzeniu na stadiony razem z ich bramami, leśnych ustawkach, „promocjach” na stacjach benzynowych, polowaniach na wrogie ekipy i torturach w komisariatach. Całość doprawiona niezrozumieniem takiego stylu życia ze strony reszty świata i lekką tęsknotą za latami 90. gdy policja była słaba, źle wyposażona i nieprzygotowana na zderzenie z brutalnością owiniętą w klubowe szaliki.

Generalnie lektura dość wartka, ale bardziej pewnie szokująca dla tych, którzy trzy dekady temu dopiero przychodzili na świat, niż pamiętających go ze wszystkim odcieniami polityczno-społecznymi. Ewentualne zaskoczenia nie dotyczą też osób wciąż bywających na stadionach i nie opierających się jedynie na transmisjach w stacji Canal+, omijającej kamerami wszystkie ekscesy na trybunach aż do momentu, gdy brak widoczności i przerwanie meczu wymusza reakcję ze strony komentatorów.

Na szczęście dla książki narrator (a podobno i autor) „Fanatyków” nie sili się na fałszywe zdobywanie sympatii dla czarnych charakterów, chociaż zbyt często wtrąca dygresje stanowiące szytą grubymi nićmi prowokację wobec czytelnika. Przy okazji jednak pojawia się kilka ciekawych wątków, jak chociażby ten o genezie środowiskowego porozumienia dotyczącego zakazu używania podczas bójek niebezpiecznych narzędzi.

W całej tej opowieści znalazło się jednak zdanie, które najbardziej utkwiło mi w pamięci. Jeden z policjantów – podczas prywatnej rozmowy – pytany, czy po Euro 2012 policja kibolom już odpuści, odpowiada wprost: – Zależy, kto będzie trzymał koryto.

I właśnie ta krótka wypowiedź wygląda na klucz do zrozumienia wielu zjawisk z obecnej ulicznej rzeczywistości.

Zapewne większość z nas, facetów, zna tę sytuację, gdy za pośrednictwem bezpośredniego ulicznego marketingu próbuje się nas zwabić do miejsc, w których największą atrakcją są pokazy tańca na rurze. Co jednak ciekawe – wśród wielu zachęt nie pada ta, która mogłaby być najskuteczniejsza, czyli bazująca na instynkcie kibicowskim. A tymczasem pole dance jest od niespełna miesiąca oficjalną dyscypliną sportu. Ba, ma aspiracje, by znaleźć się w programie igrzysk olimpijskich!

Federacja tańca na rurze zrzesza obecnie piętnaście krajowych federacji, w tym polską. Aby zachować status dyscypliny profesjonalnej musi w ciągu dwóch lat przyciągnąć jeszcze co najmniej dwadzieścia pięć narodowych organizacji. Szefowa International Pole Sports Federation, Katie Coates, nie ma żadnych wątpliwości, że ta misja się powiedzie. Szczerze mówiąc optymizm ten ma solidne podstawy chociażby ze względu na potencjał związany z transmisjami telewizyjnymi. Oglądalność zawodów powinna bez problemów pokonać pułapy wyznaczone przez wiele dyscyplin – nazwijmy je po imieniu – konserwatywnych.

Nie bez znaczenia jest także fakt, że nowy sport od razu zadbał o alibi na wypadek modnych we współczesnym świecie zarzutów o seksizm i dopuścił do startów również mężczyzn. Co więcej, ci którzy mieli okazję takie zawody zobaczyć twierdzą, że poziom najlepszych jest poziomem kosmicznym. Kwestią czasu wydaje się więc wprowadzenie konkurencji mikstów, a być może nawet duetów.

Biorąc to wszystko pod uwagę warto chyba następnym razem zastanowić się nad ulicznymi propozycjami. W końcu kto wie – może na przykład nadarzy się okazja zobaczenia debiutu przyszłej mis-trzyni olimpijskiej (lub mistrza, bo o gus-tach się wszak nie dyskutuje)…