Nie ukrywam, że z wielką sympatią przeczytałem o procesie, jaki Michał Gniatkowski, poznański prawnik, a przede wszystkim kibic sportowy, wytoczył Adrianowi Zielińskiemu, sztangiście, który po ogłoszeniu wyników badań dopingowych, musiał w niesławie opuścić wioskę olimpijską w Rio. Pan Gniatkowski poczuł się tym upokorzony jako Polak, czyli osoba współfinansująca przygotowania sportowców, i domaga się publicznych przeprosin w gazetach oraz dwóch tysiączłotowych wpłat dla fundacji propagujących sport. Mecenas podkreśla też dwie kwestie: złamanie przez Zielińskiego przysięgi olimpijskiej, a także uporczywe nieprzyznawanie się do winy, a co za tym idzie brak skruchy. Doprawdy trudno mu w tym precedensowym pomyśle nie kibicować…

Zawsze powtarzałem, że na przykład w korupcyjnej aferze w polskiej piłce zabrakło takiej właśnie kropki nad i. Mrowie kibiców, mniej lub bardziej regularnie, obstawiało przecież u bukmacherów wyniki krajowych meczów, mając – biorąc pod uwagę skalę procederu – mizerne szanse na zgarnięcie wygranych. Przegrane kupony – de facto pieniądze – trafiały więc zmięte do kosza na śmieci. A szkoda… Bo w przypadku ich zachowywania można było się pokusić o niezwykły proces sądowy, w którym stawką byłoby uznanie finansowych wygranych nie na podstawie boiskowych wyników, a właśnie wyroków udowadniających, że rezultaty te były wyreżyserowane. I winni takiego stanu rzeczy wypłacaliby, niczym bukmacherzy, niedoszłe wygrane oszukanym graczom… Zapewne dla sprzedawczyków byłoby to nawet bardziej bolesne niż późniejsze zawieszenia w działalności sportowej.

Ale wracając do Zielińskiego. W całej sprawie zwraca też uwagę strój, w jakim pan sztangista wybrał się do sądu. Krótkie spodenki i różowa koszulka być może mogłyby być nawet powodem pozwania go… przez tenże sąd za obrazę powagi zgromadzenia. Z drugiej strony Zieliński i tak zachował się przyzwoicie, bo mógł na przykład wbiec na salę prosto z treningu, w firmowym stroju, wąskim w kroku i z ramiączkami, nie zapominając o tradycyjnym wśród sztangistów geście przetarcia dłoni białym proszkiem (o niuchnięciu pobudzacza z miniaturowej buteleczki nie wspominając). Co prawda wtedy trzeba by zatrudnić kolejnych specjalistów do przebadania składu tej substancji, ale to już właściwie zupełnie inna historia.

Gdyby Zbigniew Boniek poruszał się przed laty po boiskach z taką samą finezją, jak obecnie na niwie mediów społecznościowych, znacznie częściej niż do siatki rywali trafiałby do szatni po czerwonych kartkach. Prezes PZPN od dawna balansuje na Twitterze na wyjątkowo cienkiej linie, raz po raz ją zresztą przekraczając, czego doświadczyła m.in. Karolina Hytrek-Prosiecka, co skończyło się feministyczną zadymką.

Wsobotę szef PZPN-u znów nie ugryzł się w porę w język, wspierając wulgarny komentarz Zbigniewa Koźmińskiego, ojca wiceprezesa związku Marka, który na sugestię posła PiS Arkadiusza Mularczyka, że wyznaczenie warszawskiego arbitra do meczu Legii nie buduje zaufania do PZPN, odpowiedział: „Panie Mularczyk odp… (w oryginale bez kropkowania) się Pan od piłki”. Koźmiński senior (o ile to faktycznie jego konto) jest osobą prywatną i cała sprawa zakończyłaby się co najwyżej publiczną oceną jego kondycji intelektualnej, gdyby do akcji nie wkroczył osobiście właśnie Boniek.

Boss PZPN postanowił nobilitować wspomniany wpis słowami „Mnie nie wypadało”, okraszając je buźkami sugerującymi popłakanie się ze śmiechu. Później Boniek, pod wpływem krytyki, tłumaczył swoją reakcję pisząc „spoko, trochę humoru dobrze zrobi, a jak ktoś nie kumaty….. to już jego problem!”, ale niesmak pozostał. Bo co wolno „Zbyszkowi” zdecydowanie nie wypada – przynajmniej do końca kadencji – prezesowi PZPN Zbigniewowi Bońkowi.

Atak z innej beczki: warto zwrócić uwagę, że Górnik obnażył kłamstwa, jakimi większość klubów tłumaczyła mizerną frekwencję na swoich stadionach. W Zabrzu trybuny wypełniają się do ostatniego miejsca pomimo tego, że jest środek wakacji, mecz kończy się bardzo późno i do tego pokazuje go telewizja. A więc jednak się da? Po prostu trzeba kibicom, w zamian za zakup biletu, zapewnić odpowiednią dawkę emocji i godziwe warunki ich oglądania. I nagle bilans zaczyna się zgadzać…

Miała być rewolucja, w której polska piłka z odkrytą głową stanie na czele pochodu, a wyszedł pasztet. System wideoweryfikacji mający wyeliminować – no dobra, powiedzmy mocno ograniczyć – element krzywdy i niesprawiedliwości, okazuje się przede wszystkim okazją do, chociażby nieświadomych, ale jednak manipulacji. A wszystko dlatego, że zamiast demokratycznej masowości mamy do czynienia z wyjątkowością. Nawet nie chodzi o to, że kosmiczny pojazd nie stoi wszędzie tam, gdzie kopie się piłkę w sposób zorganizowany (chodzi o strukturę rozgrywek, bo w kontekście boiskowym pojęcie to bywa abstrakcją na każdym szczeblu), ale że nawet w tak zwanej elicie jest oficjalnie stosowany tylko w pojedynczych przypadkach.

I właśnie to musi budzić emocje. Znaki zapytania można i należy stawiać już przy wyborze meczu, który znajdzie się pod tak szczególnym nadzorem. Bo dlaczego w siedmiu ósmych rozgrywek można się mylić, uznawać gole, których nie ma lub które zostały zdobyte nieprawidłowo, a w jednej ósmej są one weryfikowane? Czy to nie bonus dla tych, którzy mają szansę dzięki ludzkim błędom skorzystać na braku oficjalnego monitoringu i jednocześnie rażąca niesprawiedliwość dla drugiej strony, której taką szarą strefę odebrano? Krótko mówiąc: została złamana elementarna zasada równości, stanowiąca podstawę sportowej rywalizacji.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że każda nowinka potrzebuje czasu, że w przypadku VAR-u jest on niezbędny, by przeszkolić obsługę systemu i przede wszystkim samych sędziów, ale znacznie sprawiedliwsze byłoby kontynuowanie tych przygotowań na sucho, tak jak dzieje się to na wspomnianej większości spotkań, a na potrzeby „egzaminacyjne” stosowanie VAR-u na przykład w finale Pucharu Polski czy opłacanych przez PZPN meczach towarzyskich. Właśnie w takim praniu wychodziłyby na jaw także poboczne problemy, jak chociażby brak komunikacji z kibicami na trybunach, którzy nie mogą z sędzią zajrzeć do „lodówki” i poznać uzasadnienia jego decyzji. A przecież jeśli powiedziało się A, należy powiedzieć B i wzorem siatkówki czy tenisa pokazać analizę na telebimie, którego posiadanie zostałoby wpisane do podręcznika licencyjnego. Dla wszystkich oczywiście. Bo to jedyna zasada, która w piłce nigdy nie powinna być łamana: albo wszyscy albo nikt!

Pawła Żelema osobiście nie znam. Zaznaczam to tylko dlatego, by tekstu tego nie potraktowano w kategoriach personalnych, bo jego sednem jest nie osoba, a zjawisko. Nominacja na stanowisko prezesa Piasta Gliwice byłego członka zarządu Lechii Gdańsk i szefa Śląska Wrocław stanowi bowiem potwierdzenie, że mamy już do czynienia nie z wyjątkiem, a regułą.

Drugim śląskim ekstrakla-sowcem, Górnikiem Zabrze, też przecież rządzi gdański „spadochroniarz” Bartosz Sarnowski. Już jego lądowanie wywołało dyskusje, czy przyjście osoby z zewnątrz to gwarancja obiektywnego zarządzania klubem, czy efekt zatrważającej mizerii wśród podobnych kandydatów w regionie. Więcej zwolenników zdobyła ta druga teza, tym bardziej, że podobne plany snuto w Ruchu Chorzów, gdzie faworytem był Piotr Należyty, poprzednio pracujący w sopockim Lotosie Treflu. Tam do transferu ostatecznie nie doszło, ale sprawa Żelema jest chyba już koronnym argumentem, że szukamy daleko tego, czego na Śląsku po prostu nie sposób znaleźć.

Na zakończenie chcę zwrócić Państwa uwagę na jeden fakt – Żelem zasiadał w zarządzie Lechii wtedy, gdy rządził nią… Sarnowski. Może właśnie dlatego, gdy ten pierwszy przyszedł do Piasta, wyobraźnia podsunęła mi finałową scenę z „Piłkarskiego pokera”, gdy Bolo mówi do Laguny, który właśnie został prezesem Czarnych: – „To my możemy teraz wszystko!”.

No cóż, nic na to nie poradzę, że akurat wyobraźnię to mam bogatą…

Nie wiem czy Grigorij Łaguta miał okazję osobiście poznać Marię Szarapową, ale z pewnością może teraz z nią korespondować. Połączyło ich wszak meldonium i doświadczenia z nim związane, co zresztą w rosyjskim sporcie jest zjawiskiem tak samo częstym, jak leki na astmę wśród norweskich biegaczy.

W przeciwieństwie do Szarapowej Łaguta nie stanął jednak przed dziennikarzami i kibicami z otwartym kaskiem, za to rolę jego adwokata przyjął prezes ROW-u Krzysztof Mrozek. Szef klubu oświadczył stanowczo, że będzie bronił żużlowca do krwi ostatniej, bo gdyby nawet ten coś przyjął uczyniłby to nieświadomie. Tymczasem warto sobie – nomen omen – uświadomić, że sposób zażycia nie ma znaczenia, a w dodatku przed sezonem wszyscy zawodnicy otrzymali listę zakazanych środków. I chociażby Łaguta zachował się tak jak Szarapowa, czyli listę dostał, ale nie przeczytał, sprawa jest czarno-biała. Nie da się być trochę w ciąży: albo Rosjanin na dopingu był, albo nie.

Rozumiem, że w Rybniku żużel osunął się wszystkim spod kół, bo w przypadku potwierdzenia meldonium w próbce B, klub uderzy w bandę bynajmniej nie dmuchaną, ale tym bardziej prezes Mrozek powinien zachować priorytety. Bo dla opinii publicznej znacznie ważniejsze od jego wewnętrznych przekonań i kwestii wiary są konsekwencje jakie powinien ponieść zawodnik jeśli jego wina zostałaby ostatecznie potwierdzona. Rybniczanie muszą się dowiedzieć czy Łaguta będzie musiał oddać pieniądze zarobione za punkty wywalczone na wspomaganiu, czy regulamin przewiduje dodatkowe kary za zszarganie wizerunku ROW-u i czy miasto nie może zażądać odszkodowania od klubu? Bo to mieszkańcy finansują tę zabawę, czym Rekiny chwalą się nawet na swojej witrynie. A konsekwencją „Łagutagate” może być wszak degradacja z Ekstraligi, co oznaczałoby zmarnowanie publicznych milionów.

Koks na żużlu nie jest zjawiskiem codziennym. Znacznie częściej zawodnikom zdarzało się siąść na motocykl po kielichu. Tym bardziej prezes Mrozek powinien sobie uświadomić, że rola adwokata diabła oznacza stawanie w imię interesu ogółu przeciwko temu, któremu się po cichu sprzyja, by (ewentualnie) cieszyć się wraz z nim po zakończeniu procesu.

PS. A propos diabła. O siłach nieczystych wokół żużla mówi się ostatnio często, chociaż szeptem. Na przykład o tym, jak to w tajemniczy sposób zniknęła woda z pewnego stawu i pojawiła się na torze, co doprowadziło do przełożenia meczu na termin dogodniejszy dla gospodarzy. Dzierżawca akwenu nadal podobno nie może wyjść z szoku i szuka egzorcysty…

Wyobraźcie sobie Państwo, że pożyczacie komuś wielkie pieniądze. I pewnego dnia o świcie dowiadujecie się, że wierzyciel, który i tak miał problemy ze spłatą dotychczasowych rat w terminie, zbankrutował. Czy nie będzie naturalnym odruchem spotkanie, na którym zorientujecie się, czy kolejne spłaty w ogóle będą możliwe i wystąpienie o nową formę zabezpieczenia swoich milionów?

Tak właśnie postąpił prezydent Chorzowa w kontekście Ruchu Chorzów. Niebiescy stracili przecież wszystko – nie mają już piłkarzy, których da się korzystnie sprzedać, bo wszyscy odeszli za darmo, nie dostaną milionowych zastrzyków z telewizji, bo spadli z Ekstraklasy, ba, nie mają nawet swojego herbu, bo wciąż tkwi zastawiony w banku. A na domiar złego były prezes, który zabezpieczył pożyczkę swoimi nieruchomościami, wije się jak piskorz, żeby się z tego układu wycofać.

Prezydent Kotala zrobił więc tylko to, co zrobić musiał. Wypowiedział wcześniejszą umowę (miał do tego prawo), by uzgodnić nowe warunki odzyskania publicznych pieniędzy. I nagle spadł na niego medialny hejt, w którym zginęło meritum sprawy: te miliony należą do miasta i jego mieszkańców! A tymczasem z wielu przekazów można było odnieść jednoznaczne wrażenie, że Chorzów zrobił skok na… klubową kasę!

Pojawiło się też oskarżenie poboczne, że należało tę sprawę przeprowadzić dyplomatycznie. Otóż nie – o publicznych pieniądzach należy mówić publicznie, głośno i wyraźnie. Podobnie jak wątpliwy wydaje się argument, że cała sprawa może Kotali zaszkodzić w roku wyborczym. Po pierwsze, frekwencja na Cichej spada z roku na rok i składają się na nią mieszkańcy wielu miast, a po drugie – powszechne zmęczenie cynicznymi gierkami prowadzonymi z miastem przez kolejnych szefów Ruchu może sprawić, że efekt przy urnach okaże się korzystniejszy w przypadku stanowczych rozwiązań problemu.

Na koniec coś z całkiem innej beczki. Robert Lewandowski będzie miał w Kuźni Raciborskiej ulicę swojego imienia. Wszystko wskazuje, że to jednak nie fejk (w przeciwieństwie do wieści o zmianie płci dziecka Angeliny Jolie), a szkoda. Zwłaszcza że jakiegokolwiek związku RL9 z Kuźnią nie widać – może poza posiadaniem przez mieszkańców telewizorów. Być może chodzi jednak o to, by ośmieszyć polityczną przymusową zmianę nazw ulic. Wtedy sam postulowałbym powstanie okazałej alei Mariana Janoszki w Radzionkowie, przestronnego placu Jana Furtoka w Katowicach, a nawet mrocznego zaułka Dariusza S. w Chorzowie.

Naprawdę fajne (rzadko używam tego słowa, ale jego niezwykła pojemność w tym przypadku jest adekwatna) było to młodzieżowe Euro, w którym do rozegrania został już tylko finał. W dodatku przy okazji zobaczyliśmy w jakim miejscu tak naprawdę jest polska piłka, gdy zostanie odarta z magii Lewandowskiego i Nawałki.

Na największym plusie znalazły się stadiony. Nowoczesne i efektowne świetnie wypadały na żywo i na ekranach, robiąc znakomitą reklamę – nie bójmy się tego słowa – całej Polsce, która z pewnością nie przypomina kupy kamieni. Do tej otoczki dostosowali się kibice. Ci znad Wisły, stojąc ramię w ramię i piwo w piwo z Czechami, Niemcami, Włochami czy Anglikami po raz kolejny udowodnili, że potrafią się świetnie bawić w warunkach, w których nie ma ligowego, a firmowanego po cichu przez kluby, przyzwolenia na chamstwo. Bez klatek dla gości, bez rac w rękach tak zwanych ultrasów i bez lawiny bluzgów płynących przez megafony można było odnieść wrażenie, że wreszcie przenieśliśmy się mentalnie do lepszej części świata. Na ulicach niestety polska normalność dawała już o sobie znać – także w Tychach, gdzie kibole polowali na flagi kibiców z Czech i Niemiec.

Na drugim biegunie pozostały niestety kwestie sportowe. Młodzi piłkarze znad Wisły i ich selekcjoner Marcin Dorna zwyczajnie dali plamę, prezentując wszystkie śmiertelne grzechy znane z ekstraklasowych boisk i cofając polską piłkę do roku 2012, gdy Franciszek Smuda urządził reprezentacji upokorzenie porównywalne tylko z tym , jakiego Henryk IV doświadczył w Canossie. Na tle swoich rówieśników wypadli fatalnie pod każdym względem: fizycznym, technicznym, mentalnym i taktycznym.

Równie bolesną lekcję – komunikacji społecznej – dostał też Zbigniew Boniek, który od dawna na Twitterze porusza się w sposób specyficzny (chociażby pamiętny seksistowski pseudodowcipny wpis odnośnie Karoliny Hytrek-Prosieckiej). Tym razem prezes PZPN wyskoczył jak Filip z konopi i już po pierwszym meczu stanął murem za selekcjonerem deklarując, że wszelkie dyskusje są nieuprawnione, bo trener ten i tak poprowadzi Orlęta w kolejnych eliminacjach. No i teraz szef PZPN ma dwa wyjścia: albo dotrzyma słowa, co na dobre kadrze nie wyjdzie, albo postąpi logicznie, narażając się jednak na zarzut, że zrobił z gęby cholewę. No chyba że nakłoni Dornę do „samodzielnego” złożenia dymisji.

Całkiem na koniec warto też zauważyć lekcję ekonomiczną – ceny oficjalnych pamiątek UEFA to sygnał, że nawet 500+ nie załatało różnicy, jakie dzielą nasze zarobki od zachodnich odpowiedników…

Świat nigdy nie przestanie nas zadziwiać. Też sądziłem, że ubiegłotygodniowy felieton o absurdach sportowego światka chwilowo wyczerpał temat, a tymczasem kolejne dni przyniosły tak niezwykłe wydarzenia, że nie sposób przejść obok nich obojętnie.

Na plan pierwszy wysuwa się niewątpliwie badanie, jakie na piłkarzu Danchu Adamie przeprowadziły organy śledcze, czyli kibice zrzeszeni w Torcidzie. Były już kapitan Górnika dobrowolnie poddał się testom na wariografie, by udowodnić, że nie handlował meczami zespołu z Roosevelta. Wynik wypadł pozytywnie, Danch pojechał grać nad morze, a Torcida przetarła szlak, którym powinna zmierzać teraz cała polska piłka. Każdy kibic powinien mieć prawo do przebadania dowolnego piłkarza, choćby po to, by zadać mu najważniejsze pytanie: Czy nie uważasz, że zarabiasz dużo za dużo w stosunku do swoich umiejętności?

Pomieszanie oczywistych wydawałoby się ról nie dotyczy jednak tylko linii kibice – piłkarze. Do gry weszli też dziennikarze. Szambo wybiło dzięki młodzieżowemu Euro, które po raz kolejny ujawniło, jak masowe – o czym już niegdyś pisałem – stało się mylenie roli reportera z rzecznikowaniem. Nagle wyszło na jaw, że co najmniej kilkunastu moich kolegów po fachu wiedziało, że atmosfera w kadrze Orląt pozostawia sporo do życzenia, ale nie ujawniało tego z obawy, by nie zostać oskarżonym o psucie aury sukcesu. Bo przecież, gdyby stał się on faktem, na nich spadłaby krytyka ze strony PZPN-u i samych Orląt. I a nuż ten czy inny nie chciałby już udzielić banalnego wywiadu, o wspólnej słitfocie nie wspominając. Doprawdy boleśnie szczypałem się też tu i ówdzie czytając krytykę Krystiana Bielika, która spadła na niego za subiektywną, ale zapewne szczerą wypowiedź o poziomie treningów w kadrze. Chłopak palnął w emocjach coś, co dla mediów powinno być naturalną pożywką, a tymczasem niektórzy ich przedstawiciele mieli mu to wyraźnie za złe i zamykające sprawę przeprosiny przyjęli z nieukrywaną ulgą.

Truskawką na torcie szaleństwa wydają mi się jednak transfery w Ekstraklasie. Czy ktoś może mi racjonalnie wyjaśnić, dlaczego największym wzięciem cieszą się piłkarze, którzy w poprzednim sezonie nie zdołali się w lidze utrzymać, czyli byli na nią za słabi? Jedynym rozsądnym tłumaczeniem wydaje się takie, że po prostu zawodników o podstawowych umiejętnościach jest w Polsce niewielu, co oznacza, że elitę należy nie rozszerzać, a zmniejszać. A wszystkich, którzy twierdzą inaczej, trzeba posłać na dobrowolne badania wariografem.

Jerzy Janowicz przypomniał o sobie w wielkim stylu. Nie chodzi nawet o to, że po dwóch latach przerwy wygrał mecz na trawie, ale o genialną zagrywkę medialną. Tenisista z Łodzi wreszcie bowiem zrobił to, co potrafi najlepiej, czyli wypowiedział myśli, które przykuły uwagę świata większego niż kort. I potwierdził swój rozwój, mocno skracając formę – to nie był już młodopolski filozoficzno-patriotyczny monolog o szopach i prawie do oczekiwań, a pojedyncze błyskotliwe bon moty, rodzące się w dodatku od niechcenia w czasie gry. Pan Jerzyk wyznawał otóż miłość do… hamburgerów, pączków i margherity, co – jak sam wyjaśnił – było protestem przeciwko przeszkadzającej mu z trybun „megawrednej kobiecie z wagi ultra heavy”.

Niebanalne zachowanie Polaka w Stuttgarcie to jednak skala mikro wobec tego, co dzieje się ostatnio w kilku dziedzinach sportu w wydaniu drużynowym. Na przykład po raz drugi z rzędu przyznawaną w tej rubryce nagrodę im. Zabolotnego ma szansę zgarnąć Polski Związek Piłki Ręcznej. Gremium to postanowiło zrobić kolejny krok w kierunku abstrakcyjnej doskonałości i po zadziwiającym regulaminie rozgrywek ligowych, jaki obowiązywał w minionym sezonie (zróżnicowanie liczby punktów w zależności od grupy, w jakiej występował rywal, oraz puchar pocieszenia dla drużyn od piątego miejsca w dół) wpadło na pomysł genialniejszy. Zarządcy szczypiornistów chcą mianowicie uzależnić terminarz od… atrakcyjności rywala, a ta miałaby się przekładać na częstotliwość spotkań poszczególnych klubów. W efekcie jedna para grałaby ze sobą na przykład cztery razy, a druga raz.

Nie mniej absurdalnie wyglądają poczynania Komisji Licencyjnej PZPN. Pomimo jasno określonych terminów, w jakich kluby miały się spowiadać ze swojego stanu, po raz kolejny oglądamy niezrozumiały tasiemiec odraczania i przekładania ostatecznych decyzji. Dotyczy to nie tylko Ruchu Chorzów, ale również pierwszej ligi jako całości. Bo pomimo tego, że zgodnie z kalendarzem rozpoczęła się już barażowa rywalizacja o ostatnie (teoretycznie) wolne miejsce w tym gronie, wciąż nie wiadomo, czy w ogóle ma ona sens. Wszystko może się przecież zmienić przy zielonym stoliku (swoją drogą ciekawe, czy taki kolor sukna wciąż jest obowiązujący?).

Być może w tym całym szaleństwie jest jakaś ukryta metoda, ale póki co trudno ją dostrzec. Z drugiej jednak strony sportowe absurdy i tak giną w morzu szaleństwa, które otacza nas na co dzień. I może właśnie dlatego mają szansę rozkwitać.