Kilkanaście dni temu w „Przeglądzie Sportowym” ukazał się tekst o Anicie Włodarczyk, trenującej w stanowiącej de facto ruinę hali warszawskiej Skry. Materiał przefrunął przez przestrzenie internetu, większość czytelników potraktowała go w kategoriach romantycznej historii o wielkiej mistrzyni, która kolejne złoto wykuwa w ekstremalnie trudnych warunkach. Tymczasem jest w tej opowieści pewna zagwozdka – gwiazda rzutu młotem niedawno podpisała przecież kontrakt z AZS AWF Katowice, zostając przy okazji ambasadorem Stadionu Śląskiego i całego naszego województwa.

Do dziś nie ujawniono wysokości opłaconego z publicznych pieniędzy transferu. Taka tajemnica sprzyja plotkom mówiącym o kwocie robiącej wrażenie porównywalne z frunącym na odległość 82,98 m czterokilogramowym żelastwem, rzuconym przez Włodarczyk, gdy biła rekord świata. Tak czy inaczej dziwić musi fakt, że marszałek województwa wespół z wiceprezesem Stadionu Śląskiego (kadencja prezesa Krzysztofa Klimosza dobiegła końca, po czym on sam zgodził się na dopisanie do stanowiska przydomka „wice”, by ustąpić pola wskazanemu przez polityczne władze następcy, którym ma być podobno Jan Widera) nie zareagowali na poczynania Włodarczyk. Czy nie byłoby oczywistym, a jednocześnie znakomitym PiaRowo posunięciem ściągnięcie mistrzyni, a za nią tłumu reporterów i kamerzystów, do Metropolii, by skorzystała ze znakomitej bazy, której wszak sama nie mogła się nachwalić po podpisaniu umowy? Zwłaszcza że w stanowiącym punkt wyjścia tego felietonu tekście Ryszarda Opiatowskiego, pojawia się cytat Krzysztofa Kaliszew-skiego, prezesa Skry: „Normalnie godzina wynajmu hali kosztuje 500 złotych. Możecie napisać, że zawodniczka AZS AWF Katowice trenuje tutaj pokątnie”. Dla czytelników nieobcujących na co dzień z lekką atletyką przekaz był jasny – zawodniczka śląskiego klubu, aby budować formę na największe imprezy, musi się tułać po stołecznych ruinach.

Zwróciłem na ten fakt uwagę publicznie, na Twitterze. I być może to przypadek, ale wkrótce potem galeria zdjęć z tamtego treningu, zamieszczona pierwotnie na portalu sportowefakty.wp.pl, zwyczajnie… znikła. W przyrodzie całkowicie jednak nic nie ginie, więc sprawa Włodarczyk zdecydowanie pozostaje aktualna.

A tak na marginesie, ale a propos Stadionu Śląskiego. Wokół bieżącego funkcjonowania tego obiektu rodzi się coraz więcej coraz ciekawszych pytań. Niektóre już wkrótce zadamy bezpośrednio w Urzędzie Marszałkowskim. Zapewne znajdzie się wśród nich także to o kontrakt Anity Włodarczyk…

300.000 złotych. Za taką kwotę miasto Katowice postanowiło pogrzebać stuletni klub z Brynowa. Historia Rozwoju dobiega właśnie końca, ponieważ z rzeki pieniędzy płynącej do GKS-u nie zdecydowano się na wyłowienie wspomnianej na wstępie kwoty, by uratować starszego brata klubu z Bukowej. Tego, którym tak chętnie chwalono się na salonach, gdy była mowa o szkolenieniu młodzieży ze sztandarowym przykładem „rozwojowego” Arkadiusza Milika.
W sezonie 2015/16 w I lidze doszło do historycznych derbów pomiędzy GKS-em iRozwojem. Trzy lata później oba kluby zaliczyły degradację – pierwszy spadł do II, a drugi do III ligi. GKS tonął wyładowany po brzegi publicznymi pieniędzmi (25 milionów na wszystkie sekcje), na bezpłatnym – z nazwy miejskim, w praktyce własnym – stadionie, Rozwój przypominał dziurawą łajbę i umierał na trawniku, za który musiał słono płacić kiedyś kopalni Wujek, a obecnie Spółce Restrukturyzacji Kopalń.Firmie za nic mającej sportową część historii owianej tragiczną chwałą sąsiedniej „gruby” i czekającej na zgon klubu, by podpisać ukratywną umowę z deweloperami ostrzącymi sobie zęby na miejsce, gdzie jeszcze w 2018/19 toczył się bój z Górnikiem Zabrze o ćwierćfinał Pucharu Polski.
Katowice, w sensie władz miasta, z Rozwojem problemy miały od dawna. Kulminacja nastąpiła w momencie, gdy ekipa z Brynowa awansowała do tej samej ligi, w której tkwił GKS. Nagle bowiem skomplikowała się jasna dotychczas zasada przyznawania hojnej dotacji za promocję poprzez sport, trafiającej do najwyżej grającego klubu, czyli etatowo do kasy GieKSy właśnie. Aby rozwiązać dylemat sięgnięto po rozwiązanie ostateczne: przypomniano, że to GKS jest klubem całego miasta, a Rozwój nie. Nie pomogły żadne sprytne manewry brynowian, nie pomogło oficjalne podpisanie umowy o współpracy przez ówczesnych prezesów Wojciecha Cygana i Zbigniewa Waśkiewicza, nie pomogły demonstracje koszulkowe piłkarzy. Władze miasta trwały w okopach i odetchnęły z ulgą po spadku Rozwoju, gdy sytuacja wróciła do normy.
To prawda, że Rozwój podleciał wtedy zbyt wysoko jak na swoje możliwości, ale spadł – to dobre słowo – uczciwie, wciąz trzymając w ryzach finanse i ambicje. Także dlatego, że jego zarząd, w przeciwieństwie do GKS-owego, za długi odpowiadał własnym majątkiem. Czy pierwszoligowa przygoda była warta świeczki pozostanie kwestią dyskusyjną. Nie podlega natomiast dyskusji fakt, że przy budżetowym rozpasaniu wobec GKS-u, 300.000 złotych o jakie Rozwój prosił od grudnia, należało po prostu znaleźć. Skoro na początku roku zdołano uratować zadłużoną po uszy sekcję hokejową, zrzucając te obciążenia na spółkę z Bukowej, do której formalnie Tauron KH jeszcze nie należał, przeprowadzenie operacji ratowania Rozwoju nie powinno stanowić dla miejskich księgowych większego wyzwania.
Aby postawić sprawę jasno: stoję na stanowisku, że samorządy nie powinny finansować żadnej formy zawodowego sportu. Ale jeśli już decydują się na taką politykę, to powinny ją realizować sprawiedliwie, zwłaszcza, że w ostatnich latach dzięki Milikowi to nazwa Rozwoju padała w Polsce częściej niż GKS-u, a już na pewno w lepszym kontekście.

Ta historia jest tak dziwna, że aż straszna. Polska wygrała z nikim i za cztery lata zorganizuje Igrzyska Europejskie. No, może nie cała Polska, tylko Kraków, któremu tę imprezę wciśnięto z Warszawy i który o niczym właściwie nie wie, a już najmniej o pieniądzach, jakie trzeba na tę imprezę wyłożyć.
Jeśli Państwo akurat przegapili, to obecna, druga w historii, edycja tych starokontynentalnych igrzysk trwa właśnie w Mińsku. Przegapić ją można faktycznie łatwo, bo w tym samym czasie najlepsi sportowcy startują w innych miejscach globu, czego przykładem są koszykarze formuły trzech na trzech, którzy równolegle z białoruskimi zmaganiami rozgrywali swoje mistrzostwa świata w Amsterdamie, gdzie Polska sięgnęła po brązowy medal. Gwiazdy lekkiej atletyki też podróżują obecnie po intratnych mityngach, kolarze jeżdżą w tourach, itp., itd.
Nie chodzi jednak o deprecjonowanie tych zawodów, których sens od początku poddawano w wątpliwość i zderzano z mistrzostwami Europy w poszczególnych dyscyplinach (niektóre poszły na kompromis i postanowiły uznać za takowe rywalizację na IE, oszczędzając zapewne nieco pieniędzy wydawanych zazwyczaj na organizację), ale o sam sens ściągania jej do Krakowa. Okazało się otóż, że pomysł ten był przede wszystkim ideą nieobleczoną w jakiekolwiek materialne szaty. Nikt na przykład nie wie, ile taka zabawa ma kosztować i skąd te pieniądze w ogóle wziąć. Polski Komitet Olimpijski, który inicjatywie udzielił błogosławieństwa, ucieka od odpowiedzi, twierdząc, że obecnie najważniejsze są zmagania w Mińsku, a do kwestii krakowskiej przejdziemy później. Natomiast sam rząd – pomysł jest podobno autorstwa znanego z zamiłowania do Formuły 1 premiera Mateusza Morawieckiego i bliżej nieznanej z aktualnych sportowych pasji wicepremier Beaty Szydło – nie odpowiada na pytania w ogóle. Marszałek województwa małopolskiego też najwyraźniej zaniemówił ze szczęścia po zwycięstwie, które Kraków odniósł walkowerem, za to samorządowy prezydent miasta ogłosił, że się cieszy, ale przepłacać za tę stołeczną fanaberię nie ma zamiaru.
Cała sprawa wyraźnie dopiero się rozkręca, ale już widać, że pierwszą konkurencją będzie przerzucanie odpowiedzialności. Oczywiście, niewykluczona jest nawet ostateczna kompromitacja w postaci rezygnacji z organizacji, gdy ktoś sięgnie po kalkulator i oszacuje stosunek kosztów do sensu ich ponoszenia, ale to akurat wydaje się najmniej prawdopodobne. Historia skończy się zapewne, jak w przypadku Roberta Kubicy, publiczną olbrzymią daniną na rzecz zrealizowania igrzysk zafundowanych przez polityków ludowi za jego pieniądze…

Zawsze byłem sceptyczny co do lekkoatletycznej misji Stadionu Śląskiego (kto chce, to sobie „wygugla” twarde dowody) i czuję się w tym sceptycyzmie coraz bardziej umacniany. Możemy bowiem podziwiać zdjęcia wielkich gwiazd, analizować znakomite wyniki i ekscytować się wizją pojedynków najszybszych sztafet globu, ale w tle tych zmagań musi paść pytanie o ich adresatów, czyli kibiców.
A z nimi jest po prostu krucho. Niedzielny Memoriał Kusocińskiego przyciągnął na trybuny chorzowskiego giganta nieco ponad 14 tysięcy widzów. O 25 procent mniej niż ubiegłoroczny. Jasne, że statystycznie wszystko da się udowodnić, a tyle osób w jednym miejscu na sportowym wydarzeniu to i tak więcej niż na przykład na przeciętnym meczu piłkarskiej Ekstraklasy, ale jest w tym jeden haczyk, by nie rzec hak. Mianowicie taki, że na Stadion Śląski wpuszczano bez biletów, czyli gratis. Ten gest został co prawda podlany sosem piarowskiej propagandy (100-lecie Powstań Śląskich, 100-lecie Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, 100 procent za darmo), ale ostateczna frekwencja jasno pokazuje, że wprowadzenie biletów oznaczałoby kompletną klapę frekwencyjną na poziomie może kilku tysięcy hobbistycznych wielbicieli Królowej Sportu.
To kolejny hojny gest – uzasadniany także zadośćuczynieniem dla mieszkańców województwa za utopienie w Śląskim setek milionów publicznych złotówek – ze strony zarządcy obiektu, ale czas zacząć zadawać w tej kwestii konkretne pytania. Na przykład o kwotę, za jaką „zatrudniono” ambasadorki Stadionu: Justynę Święty-Ersetic i Ewę Swobodę, a przede wszystkim Anitę Włodarczyk? Bo plotki, których z oczywistych względów nie warto powtarzać, mogą być wszak stugębne, a więc kompletnie nieprawdziwe…
Przy okazji takich prezentów, jakim był bezpłatny wstęp na Memoriał (swoją drogą przed podjęciem takiej decyzji zaczęto już sprzedawać bilety, co dało pożywkę teorii, że chodziło o uniknięcie wspomnianej frekwencyjnej zapaści) warto też spojrzeć na sprawę inaczej. Po pierwsze rzeczy otrzymane za darmo nie budzą w odbiorcach szacunku, a po drugie przyzwyczajenie do takiego rozdawnictwa bardzo często skutkuje katastrofą w momencie nieuchronnej komercjalizacji: ludzie nie będą już skłonni zapłacić za coś, co do tej pory otrzymywali bez sięgania do portfela.
Zdaję sobie sprawę, że taki punkt widzenia nie musi być powszechny, a niedzielną kusą frekwencję można tłumaczyć poprzedzającą imprezę ulewą czy też średnim terminem, ale swojego zdania nie zmienię: Stadion Śląski stolicą lekkiej atletyki czyniony jest na siłę. I konsekwentnie stoję na stanowisku, że ta nachalność nie skończy się miłością.

Pięćdziesiąt meczów mistrzostw świata do lat 20 zobaczyło z trybun nieco ponad 352.000 kibiców, co daje średnią 7.041 na jedno spotkanie, w sumie nieco mniej niż zasiada na Ekstraklasie (8.900). Nie do niej jednak zmierzam, a do zweryfikowania tezy, według której mundial nastolatków, jaki zorganizowała Polska, to jedna z najważniejszych i największych piłkarskich imprez na świecie, ustępująca tylko mistrzostwom świata i Europy pierwszych reprezentacji
Traf chce, że we Francji rozpoczął się turniej, który nadwiślański mundial wypchnął nawet ze strony głównej FIFA, czyli kobiecy World Cup. Bilety na trybuny kupiło ponad 900 tysięcy kibiców, a telewizyjna oglądalność przełamuje kolejne bariery, zagrażając rekordowi sprzed czterech lat, gdy zmagania najlepszych piłkarek świata śledziło 750 milionów ludzi. Jaka to skala wobec męskich mistrzostw? Imprezę w Rosji w 2018 roku oglądałało na żywo najmniej widzów od początku wieku – nieco ponad 3 miliony, ale przed telewizorami 3,5 miliarda. Różnica wciąż ogromna, ale jednocześnie malejąca, zwłaszcza, że kobiece MŚ mają najwyraźniej znacznie większe rezerwy potencjalnych fanów, co daje się odczuć także w Polsce, gdzie Ewa Pajor (seksistowsko określana „Lewandowskim w spódnicy”) czy Katarzyna Kiedrzynek stają się coraz bardziej rozpoznawalne.
Tegoroczne mistrzostwa pań zapiszą się jednak nie tylko w kronikach sportowych. Piłkarki korzystają bowiem z rosnącej popularności i na jej fali walczą o równouprawnienie także w zarobkach. Na czele feministycznej rewolucji stanęła najlepsza zawodniczka globu Norweżka Ada Heger-berg, o której miałem okazję pisać w Męskim Punkcie Widzenia po seksistowskim skandalu na gali wręczania Złotej Piłki (DJ Martin Solveig zapytał ją czy potrafi twerkować, czyli potrząsać pośladkami). Gwiazda Olympique Lyon odpowiedziała wówczas „nie” i zeszła ze sceny.
Teraz Hegerberg znów powiedziała „nie”. Norweżka odmówiła gry w kadrze na MŚ wyrażając w ten sposób sprzeciw przeciw nierównym szansom piłkarek i piłkarzy. Amerykańska CNN zastanawiając się nad wagą tego gestu porównała go do hipotetycznej protestacyjnej absencji Leo Messiego czy Cristiano Ronaldo. Echo takiego bojkotu byłoby z pewnością znacznie większe, ale FIFA powoli ugina się pod presją, zwracając większą uwagę między innymi na kwestie molestowania.Do nadrobienia ma jednak wciąż sporo. Dość powiedzieć, że kobiece reprezentacje z Francji wywiozą w sumie około 40 milionów dolarów premii, czyli 10 razy mniej niż rozdzielono między ich kolegów po fachu po turnieju wRosji.

Kibice siatkarscy to plemię jedyne w swoim rodzaju. Na dobrą sprawę można by ich wręcz podciągnąć pod kategorię sekty. Zwłaszcza że tak jak to bywa w tego typu zgromadzeniach, są podatni na manipulację i całkowicie obojętni na czynniki zewnętrzne.

Jeśli na trybunach katowickiego Spodka podczas minionego weekendu Ligi Światowej znalazł się jakiś ambitny socjolog w towarzystwie równie ambitnego psychologa, obaj przeżyli doświadczenie bezcenne, które po odpowiednim opracowaniu pisemnym może przynieść im prestiżowe naukowe laury. Ale nawet obserwując wydarzenia tylko za pośrednictwem szklanego ekranu, można było pogrążyć się w bezbrzeżnym zdumieniu.

Dokładnie takie stało się także moim udziałem. Po przełączeniu kanałów w przerwie meczu piłkarskiej reprezentacji do lat 20, przez moment byłem przekonany, że zamiast na starcie mistrzów i wicemistrzów świata w siatkówce trafiłem na koncert discopolowy. Wszystkie plazmowe cale wypełnił bowiem tłum bawiący się ekstatycznie w coś w rodzaju weselnego pociągu. Pomyłki rzecz ludzka, na współczesnych pilotach można wszak zabłądzić, jednak z tym większym zaskoczeniem zamiast spodziewanego przerywnika „A teraz idziemy na jednego”, pokazano tablicę wyników świadczącą, że jednak trafiłem we właściwe miejsce telewizyjnego świata.

O kompletnym oderwaniu kibiców siatkówki od parkietowych wydarzeń miałem okazję już pisać, ale jak widać, od tego czasu ta aberracja posunęła się znacznie i już tylko krok dzieli organizatorów tego typu wydarzeń od rezygnacji z przywożenia reprezentacji, która w ogóle nie jest już nikomu na trybunach do szczęścia potrzebna. No, chyba że za taką potrzebę uznamy utwierdzanie się tłumu w tym, że jest w stanie policzyć chóralnie do trzech lub wyskandować hasło „Ostatni!” (swoją drogą nikt nie wpadł jeszcze, by skandować „Pierwszy!”, „Drugi!” czy „Dwudziesty trzeci!”). Nie mam wątpliwości, że podobne spędy można by organizować także przy okazji treningów, bo sam wynik meczu i tak nikogo nie interesuje.

W sekcie na ekstazie wiernych zarabia całe grono ich przewodników. W siatkówce także tę zależność rozwinięto w sposób twórczy. Przykład? Przed wejściem do Spodka sprzedawano wuwuzele, które wewnątrz hali były… zabronione (co jest decyzją ze wszech miar słuszną). W praktyce więc kibice, którzy kupili ogłuszające i ogłupiające trąbki, po kilku minutach oddawali je do depozytu. Nie zdziwiłbym się, gdyby w regularnych odstępach czasu odbierał je stamtąd wysłannik stoiska, na którym sprzedawane byłyby ponownie. Ba, zdziwiłbym się, gdyby było inaczej. W końcu to przecież siatkówka.

Jutro miną dwa tygodnie od gola oznaczającego spadek GKS-u Katowice z I ligi. Licznik, który wtedy ruszył, odlicza czas kompletnie zmarnowany. I pokazuje różnicę między klubem prywatnym a zarządzanym przez miasto.
Prezydent Katowic Marcin Krupa, będący de facto właścicielem GKS-u, poszedł na urlop, co oznaczało całkowity bezwład decyzyjny. Nikt nie był w stanie rozstrzygnąć, czy Marcin Janicki pozostanie na stanowisku prezesa, czy ma mocne stanowisko w rozmowach z potencjalnymi nowymi trenerami, kandydatami do objęcia posady dyrektora sportowego oraz piłkarzami.Zarówno tymi, których należy pożegnać, jak i tymi, którzy powinni zostać albo na Bukową trafić. O ile kilkudziesięciogodzinne polityczno-populistyczne pokutne „grillowanie” prezesa tuż po spadku można byłoby zrozumieć, o tyle przedłużający się stan zawieszenia zakrawa już na autosabotaż. Zwłaszcza że wokół ludzi potrzebnych nawet w drugoligowej GieKSie błyskawicznie zaczęły krążyć menedżerskie sępy, proponujące zmianę barw nie tylko piłkarzom, ale także – jak wieść niesie – samemu Janickiemu. I trudno się temu dziwić, bo odrzucając pryzmat spojrzenia przez spadek zespołu futbolowego, bilans pozostałych sekcji, rachunek ekonomiczny i talent do rozmawiania z potencjalnymi sponsorami przemawia zdecydowanie za obecnym szefem klubu z Bukowej.


Taka kompetencyjna zapaść byłaby nie do pomyślenia w przedsiębiorstwie prywatnym. Ba, ośmielam się twierdzić, że tam w momencie, gdy spadek stawałby się perspektywą realną, sztab kryzysowy zostałby zwołany z wyprzedzeniem, by wypracować głęboko schowaną przed opinią publiczną, ale konkretną instrukcję postępowania w przypadku, gdyby katastrofa stała się faktem. W Katowicach tymczasem urzędnicy uznali, że jeśli czegoś nie widzą, to tego czegoś nie ma i na wszelki wypadek nie pojawili się na ostatnim meczu drużyny Dariusza Dudka (którego sami wprowadzili do szatni GKS-u), a potem zniknęli z jakiegokolwiek zasięgu władz klubu. Prawda jest bowiem taka, że w urzędzie miasta, samego prezydenta nie wyłączając, nikt nie zna się na mechanizmach rządzących sportem. Grzech doktora Krupy polega jednak nie na tej słabości, a na zaniedbaniu uzupełnienia luki poprzez powołanie kompetentnego doradcy. A przecież w tę najpoważniejszą z niepoważnych dziedzin życia Katowice pompują gigantyczną kroplówkę z publicznych pieniędzy…


Trudno oprzeć się zresztą wrażeniu, że w obecnej sytuacji GKS-u nawet zła decyzja byłaby lepsza od żadnej. A już zdecydowanie najlepsze byłoby oficjalne przyznanie się do błędu osób, które w faktyczny sposób zadecydowały o zatrudnieniu na Bukowej dyrektora Tadeusza Bartnika, jego prawej ręki, a uznawanego za szarą eminencję Dawida Dubasa, oraz trenera Dariusza Dudka.


Sprawa jest zresztą poważniejsza, niż może się wydawać. Kompletna kryzysowa pasywność miasta źle wróży bowiem przyszłości całego wielosekcyjnego GKS-u. Krach piłkarzy może być przecież zaledwie pierwszym z elementów przewracającego się domina złudy multidyscyplinarnej potęgi. Średnio wszak wygląda perspektywa hokeja, który prawdopodobnie straci tytularnego sponsora, w przeciętność może wpaść wyczerpująca impet i potencjał siatkówka, zdecydowanie większych nakładów potrzebuje traktowana przez miasto z przymrużeniem oka piłka kobieca (jedyna sekcja, która wywiązuje się z planów sportowych ujętych w wieloletnich prognozach, gdzie zawarty był np. awans piłkarzy do finału Pucharu Polski), a mistrzostwa kraju szachistów budzą co prawda podziw, ale nie wywołują szybszego bicia tętna kibiców. Gaszenie ognisk potencjalnych kłopotów wymaga nie tylko pieniędzy, ale i szybkich decyzji. A z tym w Katowicach jest po prostu fatalnie.

Jest na Twitterze filmik nagrany przez przypadkowego świadka, który powinien stanowić najlepsze podsumowanie finiszu Ekstraklasy. Kierowca mija na autostradzie autokar osłonięty łopoczącymi od pędu powietrza płachtami. Nagle jedna z nich odchyla się w taki sposób, że widoczna staje się część napisu na burcie pojazdu. Napisu rozpoczynającego się od liczby 15. To pojazd, którym honorowe rundy po Warszawie mieli wykonać piłkarze Legii. Jest w tym obrazie wszystko – także hipokryzja stołecznego klubu, który apelował do Lecha o uczciwą grę, a jednocześnie bez poczucia wstydu przypisuje sobie tytuł kupiony w sposób, który cała Polska pamięta, a który później całkowicie słusznie został klubowi odebrany.

Tym piękniej na takim tle wyglądał triumf Piasta Gliwice. Wyczyn porównywany w mediach do walki Dawida z Goliatem, baśni o Kopciuszku i innych popkulturowych historii, w których maluczki rzuca na kolana giganta, a także do analogicznej sportowej legendy z Leicester, będzie żył w pamięci kibiców bardzo długo. Warto mu się jednak przyjrzeć od innej strony.

Po pierwsze, rzuca się w oczy reakcja szeroko pojętej kibicowsko-dziennikarskiej stolicy, która oswajając się z klęską, szuka porównań mających uświadomić skalę upokorzenia. Wyliczono na przykład, że w Gliwicach mieszka tyle osób co na Pradze-Południe. Po drugie, argument o ewentualnym blamażu w europejskich pucharach podnoszony jest właściwie wyłącznie poza Warszawą, mającą najwidoczniej świadomość wyjątkowej obosieczności tej tezy. Po trzecie, cała Polska poznała Gerarda Badię, chyba najsympatyczniejszego piłkarza całej ligi. Po czwarte, Waldemar Fornalik definitywnie zerwał pępowinę łączącą go z Ruchem Chorzów, przez którego pryzmat był postrzegany nawet w czasie pracy selekcjonerskiej. I wreszcie po piąte, ale tym razem ze znakiem zapytania. Wyjątkowo interesującą kwestią jest mianowicie to, czy miasto Gliwice naprawdę zdaje sobie sprawę ze skali wyczynu swojego zespołu i czy zdoła go marketingowo wykorzystać?

Miałem sen. Janusz Paterman wchodził w nim na kościelną ambonę (tę samą, z której głosił proroctwa o szczęśliwej przyszłości Niebieskich oraz wykupieniu z cypryjskiej niewoli eRki) i wygłaszał przemówienie w stylu „Larum grają…”. W pierwszych ławach siedzieli Dariusz Smagorowicz i Jan Chrapek, z frasunkiem kiwając głowami i wymieniając się znakiem pokoju. W kolejnych szeregach twarze w dłoniach chowali Andrzej Kotala i Marek Kopel, otoczeni przez radnych kilku kadencji. Smagorowiczowi wystawały z marynarki zwinięte w rulony archiwalne egzemplarze „Dziennika Zachodniego”. Te, w których analizowałem sytuację dawnych mistrzów z Cichej, bijąc na alarm i przewidując krach, co w realnym świecie spotykało się z gwałtownymi reakcjami chorzowskich kibiców, mylących rzeczową krytykę z atakiem wynikającym z moich rzekomych powiązań z innymi klubami…
Obudziłem się z dojmującym brakiem satysfakcji z faktu, że miałem wtedy rację, ale i świadomością, że mimo wszystko nie przypuszczałem, jak daleko to wszystko zajdzie. Ostrzeżenia przed kreatywną księgowością i fatalną polityką miasta – opierającą się na karmiącej nie klub, a jej zarządców zasadzie „i chciałabym, i boję się” – nie wybrzmiały widać wystarczająco mocno. Może zresztą nie miały takiej szansy, przytłumione przez pochlebne szepty klakierów?
Spadek Ruchu z Ekstraklasy był oczywisty i zasłużony. Z I ligi zaskakujący, patrząc na to, jakie kluby bez problemów potrafią się w niej utrzymać. Z drugiej to już, jak mawiają na Śląsku, „gańba”. Przede wszystkim dla wyżej wymienionych oraz oczywiście dla trenerów i piłkarzy. Ale także dla lekceważących ostrzeżenia. Każdy z nich cząstkę tego upadku musi wziąć na własne sumienie i pamiętać, że to jeszcze nie koniec. Bo Ruch wciąż ma dwie ścieżki – w górę i w dół. Tyle że w tej drugiej pozostały tylko ostatnie szczeble drabiny, pod którą zieje pustka.
Czy ktoś ma realny plan na powstrzymanie autodestrukcji? Ośmielam się wątpić. Na pewno wyjściem nie jest stanowiące kontynuację dotychczasowej bezproduktywnej polityki władz miasta zmienianie specyfikacji konkursu na pieniądze za promocję poprzez sport. Nie jest nim także ofensywa kibiców, w których manifeście pojawiły się tylko prawa, ale zabrakło obowiązków. Najbardziej więc przemawia do mnie realizacja wizji stowarzyszenia Wielki Ruch, które chce zacząć wszystko od zera, czyli zrealizować jeden z moich dawnych apeli. Taki sprzed kilku lat, kilkudziesięciu zmarnowanych milionów złotych i trzech boiskowych degradacji… Inne warianty już testowano i każdy prowadził w głąb. A Ruch na takie piekło po prostu nie zasługuje.

D wie najpopularniejsze w Polsce dyscypliny i dwie afery. W obu przypadkach w głównych rolach wystąpili sędziowie i w obu zostali później odesłani na przymusowy odpoczynek. Wyniki spotkań zostały jednak utrzymane, a traf chciał, że oznaczały one porażki drużyn pokrzywdzonych, i to w meczach mogących mieć decydujące znaczenie dla losów tytułów mistrzowskich.
Mowa oczywiście o starciu Lechii Gdańsk z Legią Warszawa i ZAKSY Kędzierzyn-Koźle z ONICO Warszawa. W pierwszym przypadku sędzia DanielStefański doprowadził do największej kontrowersji w polskiej piłce w ostatnich latach uznając, że obrona piłki ręką przed linią bramkową nie zasługuje na rzut karny i czerwoną kartkę, tylko na… rzut sędziowski. W drugim Wojciech Maroszek narobił w tie-breaku gigantycznego bałaganu, najpierw przyznając, potem odbierając punkt gościom, dodatkowo pokazując jednemu z nich czerwoną kartkę za ekspresyjne zachowanie, co właściwie rozstrzygnęło spotkanie na korzyść kędzierzynian.
Trener ONICO, Stephane Antiga, oświadczył, że po meczu arbiter złożył samokrytykę w krótkich wojskowych słowach, czyli „Przepraszam, zje….”. O podobnej deklaracji ze strony Stefańskiego nic nie wiadomo, ale wyrazy ubolewania dla Lechii, jej kibiców, piłkarzy i trenerów wyartykułował prezes PZPN, Zbigniew Boniek. Opinię złagodził jednak przekonaniem, że nie była to sytuacja decydująca o końcowym wyniku. Tę kwestię trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, tym niemniej można mieć pewność, że wyrok mieszkającego w Warszawie sędziego z Bydgoszczy miał na przebieg meczu olbrzymi wpływ.
Dodatkowego smaczku dodaje tym wydarzeniom fakt, że sędziowie wspomagali się techniką i to właśnie zapisy wideo tak naprawdę doprowadziły do katastrofy. Obaj przed spojrzeniem do monitora podjęli już przecież decyzje, które nie budziły emocji i z pewnością dałyby się obronić. Arbiter piłkarski prawdopodobnie – kłania się brak komunikacji ze spikerem, który mógłby wyjaśnić sprawę widowni – zamierzał jedynie upewnić się, że nie było spalonego (co miało związek z kolejnym błędem, popełnionym przez jego asystenta), a siatkarski przyznał już punkt warszawianom. Dopiero późniejsze interpretacyjne dzielenia włosa na czworo sprowadziło ich j na manowce.
Wniosek? Wideoweryfi-kacja jest narzędziem, które wymaga określonych umiejętności, ale również zachowania zdrowego rozsądku. W obu przypadkach sędziów nie zawiodło czucie i wiara, a właśnie „mędrca szkiełko i oko”. W efe-kcie nastąpiły krzywdy, których nie sposób naprawić.