Nuda – powiedział Vital Heynen po kolejnym sparingowym meczu w ramach mistrzostw Europy. Selekcjoner siatkarzy trafił tym określeniem w punkt – turniej w pierwszej fazie, a wszystko wskazuje na to, że aż do półfinałów, jest najlepszą ilustracją trendu, jaki obowiązuje w sporcie podporządkowanym interesom telewizyjnym, a jednocześnie całkowicie niszczącym intrygującą dotychczas elitarność zawartą w słowie „mistrzostwa”.
Wpuszczenie do tej rangi zawodów amatorów, dla których barierą bywały dotychczas eliminacje pełniące rolę naturalnego „sita”, całkowicie zabiło emocje. Udział w tej parodii biorą jednak nie tylko siatkarze, ale przedstawiciele wszystkich największych sportowych federacji, o czym można było się przekonać chociażby podczas niedawnych mistrzostw świata w koszykówce. Trend wyznaczają rzecz jasna FIFA i UEFA. Sami powiedzcie – ale tak z ręką na sercu – czy naprawdę podniecają Was mecze w pierwszej fazie grupowej Ligi Mistrzów? Ba, wielu kibiców ma problem, by przypomnieć sobie, kto zagrał w poprzednim finale LigiEuropy, a tymczasem lada moment powstanie kolejny puchar, w którym będą mogli wystartować już właściwie wszyscy chętni, a już na pewno ci wykazujący chęci, by zmierzyć się z zespołami Ekstraklasy…
Jest coś zdecydowanie absurdalnego w fakcie, że w kwalifikacjach do Euro 2020 szansę na awans do finałów mogą mieć nawet zespoły z piątego miejsca w grupie. Wszystko oczywiście po to, by nie stracić ani centa z rzeki pieniędzy, która mogłaby zubożeć w przypadku (uwielbianych przecież przez kibiców) sensacyjnych wpadek „dużych” graczy piłkarskiego świata.
Pytanie brzmi więc nie „czy”, ale „kiedy” ta sztucznie pompowana bańka pęknie. Nie sposób utrzymać wysokiego poziomu zainteresowania wydarzeniami, w których jedna ze stron jest – to pojęcie znane ze sportów walki – kelnerem przynoszącym faworytom punkty na tacy. Poziomy wykresów emocji i oglądalności powoli, ale coraz wyraźniej, zbliżają się i nie jest to bynajmniej tendencja zwyżkowa.
Na marginesie tej gigantomanii trzeba zwrócić uwagę na samych sportowców. Na jednej szali leżą sprawy ludzkie, na przykład nieustanna niemal rozłąka z najbliższymi, na drugiej zdrowotne. Kontuzje wynikające z przeciążeń i nadmiernej eksploatacji organizmów stają się normą, a jedynym sposobem na oszczędzanie gwiazd jest rotowanie składem. To z kolei wymaga olbrzymich nakładów finansowych, co siłą rzeczy promuje najbogatszych, dodatkowo pogłębiając rosnącą z roku na rok przepaść.
Czy taka gra naprawdę jest warta świeczki w imię wypełniania ramówki hojnie płacących stacji telewizyjnych?

Postawienie na Jerzego Brzęczka przez Zbigniewa Bońka było hazardem (w końcu prezes PZPN bywał twarzą bukmacherskich reklam), ze zminimalizowanym stopniem ryzyka. System wymyślony przez europejską federację opiera się bowiem na założeniu, że brak awansu do EURO 2020 graniczyłby właściwie z antycudem, a w przypadku takiego składu grupy, do jakiej trafiła Polska, byłby po prostu największą w dziejach kompromitacją, chociaż poprzeczka w tej kategorii wisi przecież niebotycznie wysoko.

Tym niemniej prezes PZPN postawił na wyjątkowo niepewnego kandydata, który nie osiągnął do tej pory jakichkolwiek trenerskich sukcesów. Był zwolniony z Rakowa Częstochowa, zanim ten klub chociażby otarł się o obecną pozycję, nie dał rady w Lechii Gdańsk, uciekł – wysyłając z szatni esemesa do prezesa klubu – z GKS Katowice, a w Wiśle Płock przegrał wyścig o europejskie puchary z debiutującymi w Ekstraklasie dzieciakami prowadzonymi przez Marcina Brosza.

Z takim dorobkiem Brzęczek został wsadzony na najwyższego możliwego trenerskiego konia i wepchnięty do szatni, gdzie znajdowały się charyzmatyczne gwiazdy pokroju Roberta Lewandowskiego, Kamila Glika, Grzegorza Krychowiaka czy Wojciecha Szczęsnego. W dodatku wszedł do niej ze współpracownikiem, którego wybór wywołał słuszną, a obecnie niesłusznie zapomnianą nieco burzę – skazanym za istotny udział w aferze korupcyjnej trenerem bramkarzy Andrzejem W.

Od tego czasu minął rok. Dwanaście miesięcy, które zostały oparte przede wszystkim na szczęściu i filozofii, jaką selekcjoner przekazał Krystianowi Bielikowi, wpuszczając go na boisko w Lublanie, czyli w prostym haśle „Próbuj”. Efekty punktowe były – co wynikało głównie z klasy przeciwników, niebędących w stanie zrównoważyć naturalnego talentu liderów Biało-Czerwonych – więc na styl gry przymykano oczy, jak to bywa w przypadku błogostanu. Ale oto nadszedł wrzesień i drzemka została brutalnie przerwana. Słowenia i Austria obnażyły znienacka wszystkie słabości nie tyle zespołu, co jego trenera właśnie. W obu przypadkach koledzy po fachu ograli Brzęczka niemiłosiernie, chociaż Austriacy nie przełożyli tego na boiskowy wynik. Dawno jednak nic polskiego kibica nie zabolało tak bardzo, jak widok przeciętnych gości grających na Stadionie Narodowym z polską reprezentacją w „dziada” przed ich polem karnym.

  • Jeżeli wstanie pewnego dnia i coś mu przeskoczy w głowie, to będziemy mieli zawodnika, którego będą nam zazdrościć wszyscy na świecie – powiedział Brzęczek o Piotrze Zielińskim.

No cóż, pozostaje mieć nadzieję, że to samo spotka samego selekcjonera, zanim trafi na markowych rywali.

Mistrz Polski gładko odpada w swoich pierwszych rundach kwalifikacji do europejskich pucharów. Mecz obrońcy tytułu ze zdobywcą Pucharu Polski przyciąga liczbę widzów mieszczącą się w futbolowym błędzie statystycznym, Najlepszy piłkarz Ekstraklasy przenosi się na Wyspy i ląduje na twardej ławce rezerwowych w klubie pierwszej ligi. Król strzelców nie dostaje w letnim okienku żadnej konkretnej oferty zmiany barw. Nikt nie ma już złudzeń, że marka Ekstraklasa i jej gwiazdy świecą tylko w krajowym grajdołku.

I wtedy nadchodzi kolejne okienko transferowe. I znów okazuje się, że ceny oraz gaże zawodników są kompletnie oderwane od rzeczywistości, prezentowanych przez nich umiejętności oraz mocy przyciągania widzów na trybuny. Ba – piłkarz, który był niemiłosiernie wyszydzany przez kibiców swojego klubu, a wystawiający go trener znalazł się pod poważnym oskarżeniem o autosabotaż, zostaje sprzedany za kwotę, która dla uboższych klubów oznaczałaby niemal półroczny budżet. No i tuż przed północą dnia ostatniego dochodzi do zdarzeń, które najlepiej pokazują mentalność powszechną w futbolowym polskim świecie.

Na scenie pojawia się otóż zawodnik, który kilkanaście miesięcy temu zasłynął jako „asystent sezonu”, czyli najlepiej podający do późniejszych zdobywców goli. Tytuł godny, ale po wyruszeniu w świat szybko i boleśnie zweryfikowany. Problemy z wywalczeniem miejsca w kolejnych zespołach mówiły same za siebie, a ich konsekwencją było wystawienie na listę do ponownego wypożyczenia. Chętnych wielu nie było, ale „źródłowy” klub nie miał wątpliwości, że warto spróbować. A ponieważ jako się rzekło ceny mają się nijak do wyceny prawdziwej wartości, konieczne okazało się przeprowadzenie zbiórki wśród zamożnych sympatyków, którzy do puszki wrzucili tyle, że starczyłoby na gażę przyprawiającą szarego zjadacza chleba o zawrót głowy, nawet doliczając do tego 500+ na kilkoro dzieci. Sęk jednak w tym, że drugą – równie hojną – część pensji miał płacić obecny pracodawca, a ten się do tego nie palił.

Żadna ze stron nie ustąpiła i w efekcie impasu sprawa upadła tuż przed zatrzaśnięciem okienka, co oznacza, że piłkarz nadal będzie się bogacił oglądając piłkę zapewne z bezpiecznego dystansu. Z jednej strony chęć zysku wydaje się całkowicie zrozumiała, ale z drugiej, romantyczniejszej, wydaje się, że wciąż priorytetem powinna być możliwość biegania po boisku. No chyba, że jego pisana przez niewielkie „k” kariera zakończyła się w momencie przekroczenia progu zachodniego klubu, zabierając ze sobą wszystkie ambicje i marzenia. Ale w takim przypadku ewentualna kolejna oferta z Polski powinna być już znacznie niższa.

Najtrudniej powstrzymać upadek i destrukcję. Ta architektoniczna prawda obowiązuje także w świecie piłki i wyjątkowo boleśnie dotyka właśnie klubów z naszego regionu.

Z największym impetem w głąb zmierza oczywiście Ruch Chorzów, który jest przykładem skrajnym, bo tak dynamicznego i jednocześnie dramatycznej dezintegracji nie było bodaj od czasów Odry Wodzisław. W poważnych opałach na początku sezonu znajdują się jednak także ci, którzy na mecie poprzednich rozgrywek zaliczyli pierwszą degradację – GKS Katowice i Zagłębie Sosnowiec. Na Bukowej kolejny eksperyment na żywym organizmie znów przynosi opłakane skutki i znów kibice uznają, że zmiany w szatni najwyraźniej były zbyt delikatne, skoro zespół jak przegrywał tak przegrywa. Na marginesie tych sportowych perypetii katowiczanie w sobotę świętowali zadziwiający jubileusz – na własnym boisku nie wygrali meczu od… roku. Może nawet szkoda, że nie urządzono z tej niezwykłej okazji jakiejś oficjałki z zaproszeniem na murawę wszystkich, którzy dołożyli do takiego osiągnięcia swoje cegiełki.

Aż tak spektakularnego wyczynu nie ma jeszcze na swoim koncie Zagłębie Sosnowiec, co nie zmienia faktu, że od momentu awansu do Ekstraklasy klub sprawia wrażenie, jakby dosłownie uderzył wtedy za mocno głową w sufit. Zadziwiające decyzje personalne, polityka transferowa prowadzona od ściany do ściany, raz z dużym opóźnieniem, innym razem z wyraźnym falstartem, i gra zespołu, przy której nie może dziwić miejsce pod kreską spadkową tym razem już w I lidze.

We wszystkich trzech przypadkach można znaleźć jeden mianownik – w Ruchu, GKS-ie i Zagłębiu dużą część winy za obecną sytuację ponoszą miasta. W pierwszym przypadku gołym okiem widać brak zdecydowania w działaniu, w drugim brak kompetencji do zarządzania klubem sportowym, a w trzecim podejście kibicowskie zamiast racjonalnego.

W całej tej historii pojawia się też wątek, który można nazwać etycznym, bo akurat w Katowicach rechot z upadku Ruchu słychać było najgłośniej. A przecież przed tym, by nie śmiać się z cudzych wypadków, przestrzegają nawet ludowe przysłowia.

O realnej sile polskiej Ekstraklasy świadczą już nie subiektywne oceny, a twarde liczby. Mistrz Polski przegrał oba dwumecze w przedpokoju europejskich pucharów, a najlepszy piłkarz całej ligi opuścił ją za kwotę, której na Wyspach, gdzie trafił do średniaka drugiego szczebla rozgrywkowego, nikt nawet nie zauważył.

Oczywiście eksperci troskliwie się nad transferem Joela Valencii pochylili, analizując, czy zmniejszenie szans na awans w Lidze Europy było warte otrzymanej kwoty, użalając się jednocześnie nad brakiem lojalności cudzoziemskiego zaciągu, ale przez ten zgiełk z trudem przebijały się zdania z samego Piasta. A w nich tkwił klucz sprawy: zawodnik bardzo, ale to bardzo chciał z Gliwic odejść.

Oczywiście, że na szali leżała solidna podwyżka – swoją drogą jej proporcje dobrze jednak świadczą o ekonomii mistrzów kraju, którzy najwyraźniej nie wypłacają w pensjach więcej, niż naprawdę muszą – jednak należy wziąć pod uwagę także aspekt psychologiczny. Valencia najwyraźniej po prostu uznał, że zdobycie mistrzostwa Polski to jedyna rzecz, którą można było wygrać i wpisać sobie do CV. W dodatku w kontekście Piasta jednorazowa. Uznał też zapewne, że powtórzenie takiego sukcesu w innych barwach nie przyniesie mu już porównywalnej satysfakcji, a czekanie z transferem na kolejny eurołomot też nie miało z jego punktu widzenia większego sensu. Wsiadł więc w samolot, wymieniając się na pocieszenie gliwiczanom na czek z Brentford, który pierwszoligowymi Anglikami nie wstrząsnął, a w Piaście – klub na szczęście honorowo odrzucił dwie pierwsze groszowe i nieprzekraczające miliona funtów oferty – gwarantował znaczące podpompowanie budżetu. Nawiasem mówiąc szkoda, że ta promocja okazała się jedynym wymiernym efektem sensacyjnego triumfu klubu z Okrzei, bo działania w sferze marketingowo-piarowskiej przerosły go jeszcze wyraźniej, niż utrzymanie poziomu sportowego, co widać chociażby po frekwencji na trybunach.

Na marginesie pucharowych epizodów Piasta warto wspomnieć, że jeden z warszawskich stołecznych dziennikarzy, oceniając wyniki ekipy Waldemara Fornalika, stwierdził, że Piast mistrzostwo po prostu zmarnował. Stosując taką kategorię postrzegania, trzeba było dodać, że zmarnowane zostały także inne trofea z poprzedniego sezonu. I właśnie dlatego tacy piłkarze jak Valencia ewakuują się znad Wisły w pierwszym możliwym momencie, zabierając na pamiątkę złoty medal i statuetkę piłkarza najlepszego z przeciętnych.

Adam Kownacki i Chris Arreola pobili rekord świata w liczbie zadanych ciosów (piszemy o tym na str. 6). Tymczasem także polskie kluby ustanawiają nowe niesamowite osiągnięcia w europejskich pucharach.Kropkę nad i ma szansę postawić warszawska Legia, co byłoby godnym zwieńczeniem jej jesiennych całokształtnych starań. Jeśli wicemistrzowie kraju odpadną z Atromitosem Athinon o dwa dni poprawią dla całej Ekstraklasy wynik z poprzedniego sezonu, gdy wszyscy reprezentanci znad Wisły pożegnali się z pucharami 16 sierpnia! Wtedy zresztą rekord był jeszcze efektowniejszy, bo oznaczał postęp o 8 dni w stosunku do wcześniejszego sezonu. Tyle, że taki skok jest już mało prawdopodobny.
Aż dziw, że prowadząca rozgrywki spółka, która tak głośno chwaliła się podpisaniem najwyższego w dziejach finansowego kontraktu, nie promuje takiego scenariusza nośnym hasłem „Jeszcze nigdy tak wielu nie zrobiło tak niewiele za tak dużo” (ewentualne tantiemy przekazuję na rzecz sympatycznego Naprzodu Świbie). Taki slogan mógłby biec na górze ekranu podczas każdego spotkania ligowego, tuż obok niezmiennie – chociaż liga zapowiadała wsłuchanie się w opinie i dokonanie modyfikacji – nieestetycznej i nieczytelnej ramki z aktualnym wynikiem meczu. Oczywiście pozostaje pytanie co dalej. Jeden z internautów zasugerował, że aby poprawić wynik trzeba będzie odpadać podczas ceremonii losowania…
Nieco poważniej patrząc najbardziej deprawujący pozostaje jednak fakt, że nawet mistrzowski Piast za swoje dwa blamaże zarobił ponad 500.000 euro, co pokazuje skalę finansowej patologii w piłce, zwłaszcza gdy porównamy ją z pieniędzmi, jakie np. w siatkówce dostaje triumfator (!) Ligi Mistrzów.
Na razie jednak żyjmy teraźniejszością, więc pozostaje trzymać kciuki za Legię, co zresztą, jak przekonują jej kibice i warszawscy dziennikarze, i tak jest obowiązkiem każdego Polaka.

Promocja miasta. Takim wytrychem Ruch Chorzów próbuje otworzyć skarbiec w ratuszu, by przetrwać jeszcze kilka tygodni. A miasto, jak oficjalnie poinformowało, uważnie się nad tym wnioskiem pochyliło.

Nikt najwyraźniej nie zadał sobie trudu, by zwrócić uwagę na to, co jest w tym wszystkim najważniejsze. A więc na samo znaczenie słowa „promocja”. Oczywiście, że cały ten konkurs, który mógł wygrać tylko Ruch, stanowił formalną przykrywkę dla przekazania klubowi pieniędzy. Mam jednak przekonanie, że gdzieś powinny istnieć granice absurdu dotyczącego wydawania przez urzędników publicznych setek tysięcy, a może milionów złotych. I czuję podskórnie, że właśnie w Chorzowie ta bariera została osiągnięta.

Słownik Języka Polskiego definiuje promocję jako „działania zmierzające do zwiększenia popularności jakiegoś produktu lub przedsięwzięcia”. Zadajmy więc proste pytanie: w jaki sposób możemy to zastosować w kontekście Ruchu? Aby uniknąć podejrzenia o subiektywizm przeprowadziłem szybki test wśród znajomych w całej Polsce. Wyniki były jednoznaczne: klub piłkarski z Chorzowa, grający na szczeblu trzeciej ligi, do której obsunął się z Ekstraklasy w ekspresowym tempie, w żaden sposób popularności miasta nie zwiększa. Ba, jest właściwie odwrotnie. Bo Chorzów widziany przez niebieskie szkiełko jest obecnie – czas spojrzeć prawdzie w oczy – kojarzony fatalnie. Z zamykanymi gangami kiboli, porachunkami tych, którzy jeszcze chodzą na wolności, zabazgranymi murami, stadionem przynoszącym wstyd, sportowym krachem i właśnie bezmyślnym topieniem pieniędzy podatników.

Ruch, w ramach promocyjnej umowy miał nakręcić 200 spotów reklamowych i przeprowadzić 200 akcji. Miasto wyceniło taką usługę na 4 miliony złotych. Teraz zastanawia się, jaki procent klub już wykonał, i w związku z tym jaki procent kwoty docelowej już mu się należy. Tu też nikt nie zadał prostego pytania: czy ktoś z Was widział jakikolwiek filmik? A może słyszał coś o akcji, której popularność wykroczyła poza chorzowski wyremontowany Rynek?

W całej sprawie ciekawy jest także element stanowiący w tej wieloletniej rozgrywce absolutną nowość: znacząca większość kibiców już nie chce, by miasto wykładało kolejne pieniądze, które i tak niczego nie zmienią w sensie długoterminowym! A jednak to miasto nad sprawą się pochyla…

Trudno uciec od wrażenia, że chodzi tylko o to, by po całkowitym upadku klubu w jego obecnym kształcie, nie zaczęto zadawać pytań sięgających w przeszłość: dlaczego tak długo z magistratu w różny sposób finansowano prywatny klub i za publiczne pieniądze uparcie przeciągano go od jednej do kolejnej katastrofy?

Czasami najgłośniej słychać milczenie. Tak jest w kontekście haniebnych białostockich wydarzeń sprzed kilkunastu dni. Głównymi postaciami zadymy byli kibice, przede wszystkim Jagiellonii, ale dość powszechnie pojawiały się informacje o zawarciu paktu „ponad podziałami”, bodaj pierwszego na taką skalę od momentu żałoby po Janie Pawle II. Klub z Białegostoku, którego wizerunek został zszargany i sponiewierany najbardziej, długo nie raczył sprawy skomentować, ograniczając się do konstatacji, że takie koszulki, szaliki i kominiarki, w jakich występowali zadymiarze można przecież kupić w każdym sklepie z koszulkami, szalikami i kominiarkami. Uparcie ignorowano też doniesienia o wpisie kierownika zespołu, podkreślającego, że „kibice to jedyna grupa społeczna potrafiąca się zjednoczyć w słusznej sprawie”. Dopiero po naciskach mediów szefostwo klubu zareagowało, udzielając autorowi cytatu… napomnienia i sugerując, by już nie wychodził poza zakres obowiązków.
Milczy także Spółka Ekstraklasa. Najwyraźniej nie ma poczucia, że warto byłoby z przesłaniem „Nie dla rasizmu” – w rozumieniu szerszym niż tylko dotyczącym koloru skóry i wolności wyznania – wyjść poza obręb stadionów. I pokazać, że kategorycznie nie chce być kojarzona z patologią, przybierającą w społecznej świadomości – tym razem dosłownie – barwy było nie było ekstrakla-sowych akcjonariuszy.
Milczenie staje się też znakiem firmowym stacji transmitujących rozgrywki. W komentarzach pomijane są incydenty na trybunach, o racowiskach mówi się – bywa że i żartem – dopiero, gdy dym zasłania murawę, a stek bluzgów przebijających się do głośników telewizorów zasadniczo jest ignorowany. Nawet wtedy, gdy jego natężenie przekracza masę krytyczną, jak miało to miejsce np. podczas spotkania Wisły Płock z Górnikiem Zabrze.
Doprawdy, są takie sytuacje, że to mowa jest złotem, a czyny platyną. Bo w przeciwnym wypadku mamy do czynienia z podszytym tchórzostwem albo wyrachowaniem grzechem zaniechania, tożsamym z akceptacją tego, czego akceptować nie wolno.

M istrz Polski na inauguracyjny mecz nowego sezonu nie potrafi przyciągnąć na stadion nawet 5.000 osób, a odliczając grupę kibiców gości (771 osób) liczba miejscowych zaczyna przypominać błąd statystyczny. W Gliwicach, które dysponują rozsądnie „uszytym” stadionem, bez jakiegokolwiek rozpasania, to niestety norma. Nie zmieniły tego ani awanse do Ekstraklasy, ani pierwsze kroki w Europie, ani historyczny ubiegłosezonowy fantastyczny triumf, ani kwalifikacje Ligi Mistrzów…
Patrząc zdroworozsądkowo trudno to zrozumieć, ale na tle całej polskiej ligi Piast bynajmniej nie stanowi samotnej ciemnej wyspy. Powrót ligi – liczby nie kłamią – ucieszył 56.702 osoby. Na każdy mecz czekało średnio 8.100 kibiców, przy czym żadne ze spotkań nie przyciągnęło więcej niż 15.000 kibiców.
W takim kontekście działania Ekstraklasy, która potrafiła sprzedać prawa do transmisji za rekordowo duże pieniądze, trzeba uznać za absolutny majstersztyk. Pojawia się jednak pytanie: dlaczego mając do dyspozycji taką górę gotówki tak mocno zaoszczędzono na ozdobnikach graficznych? Nowe, szumnie zapowiadane zmiany – oczywiście de gustibus non est disputan-dum, ale korzystam z prawa do publicznego wyrażenia własnej opinii – wyglądają, to chyba najlepsze słowo, prymitywnie. Rewolucję zapowiadano jako wyjście w kierunku młodych ludzi, którzy na co dzień obcują z komputerową grafiką, ale twórcy elementów zamiast sięgnąć do współczesnych możliwości cofnęli się do epoki pikselowych obrazków produkowanych przez sprzęt marki Spectrum, Atari czy innego Commodore, a dobór kolorów stanowi nie lada wyzwanie zwłaszcza dla mężczyzn rozpoznających i nazywających tylko podstawową paletę barw. Po chwili zastanowienia pojawia się jednakrefleksja, że może w ten sposób podjęto podprogową grę z odbiorcami? W końcu poziom polskich zespołów, co widać w rozgrzewkowych fazach europejskich pucharów, też zatrzymał się w czasie. ą

Nie szata zdobi piłkarza, ale grać bez szaty jednak nieco… łyso. Tymczasem w śląskich klubach przed sezonem zapanował kryzys odzieżowy.

Flagowym przypadkiem okazał się Raków Częstochowa. O tym, że beniaminek Ekstraklasy nie ma własnego stadionu (w sensie obiektu spełniającego minimalne wymogi licencyjne), wiadomo było od dawna, ale że jego piłkarze nie mają koszulek, okazało się dopiero przy okazji prezentacji drużyny. Czerwone T-shirty nie prezentowały się – mówiąc delikatnie – szczególnie efektownie, a już na pewno rzeczywiście nie nadawały się do pokazania ich światu przy okazji tradycyjnego przedsezonowego zdjęcia grupowego. Stanowiącego przecież znakomitą okazję, by zaprezentować się z jak najlepszej strony i przy okazji połechtać sponsorów oraz partnerów widocznych na trykotach. Ta operacja okazała się w Rakowie niewykonalna ze względu na – jak przyznał na Twitterze właściciel klubu, Michał Świerczewski – zbyt małe zatrudnienie w klubie osób kompetentnych. No cóż, pod Jasną Górą dość powszechna jest wiara w cuda, jednak tym razem szanse na nadnaturalne spełnienie marzeń były zerowe. Pozostaje jedynie pytanie, czy Michał Świerczewski tłumacząc się kibicom, miał na myśli brak na rakowskiej liście płac szwaczki i krawcowej?

Gorączka tekstylna trwała nie tylko w Częstochowie, ale także w kilku innych klubach różnych szczebli, które po prostu zbyt późno zorientowały się, że kwestie sprzętowe, w przeciwieństwie do wakacyjnych wyjazdów, nie powinny być załatwiane w systemie last minute. Zwłaszcza jeśli wybiera się komplety z podstawowych tanich katalogów, a nie – jak Borussia Dortmund – z szafy premium, gdzie na półkach leży 30 milionów euro za używanie koszulek (i spodenek) w każdym z dziesięciu zakontraktowanych sezonów.

Co więcej, sporo wskazuje na to, że dla takich lig jak polska nadchodzą naprawdę ciężkie czasy. Największe koncerny coraz wyraźniej koncentrują się właśnie na najpoważniejszych markach i trend ten – zdaniem ekspertów – będzie coraz wyraźniejszy. Do słabych trafiać będzie coraz bardziej ograniczona i coraz mniej okazyjna oferta. A w przypadku naszych futbolowych graczy sprawa na pewno nie wygląda różowo zarówno ze względu na jakość gry, jak i na frekwencję na trybunach. Oraz na fakt nikłego zainteresowania kibiców posiadaniem oryginalnych, i siłą rzeczy dość kosztownych, koszulek, co można odczytać z raportów finansowych w rubrykach zestawiających dochody komercyjne klubów. Niedługo może się więc okazać, że polski piłkarski król faktycznie jest nagi.