Krzysztof Warzycha wielkim piłkarzem był, ale jakim jest trenerem, tego nie wie nikt, zapewne nawet on sam. Trzeba było bowiem dopiero Janusza Patermana, by byłego legendarnego napastnika Ruchu i Panathinaikosu posadzić na wysokiej i gorącej ławce. Efekty sportowe tego posunięcia są mizerne, jednak w pełni wynagradzają je pomeczowe wypowiedzi szkoleniowca. Nikt inny w Ekstraklasie nie potrafi tak idealnie sparafrazować pewnego znanego kibicowskiego powiedzenia „dumny po porażce”…

Przez chwilę wydawało mi się, że oderwane od boiskowej rzeczywistości komentarze Warzychy to efekt wieloletniego przebywania w znacznie przyjemniejszym klimacie, w którym nawet bogowie preferują ambrozję, lub też specyfiki klubu, w jakim przyszło mu pracować, gdzie bajkopisarstwo od dawna bierze górę nad realiami. Dochodzę jednak do wniosku, że trzeba wziąć pod uwagę jeszcze inne rozwiązanie. A mianowicie takie, że mamy do czynienia z wirusem. I to najwyraźniej nie obecny trener Ruchu jest jego źródłem.

Po dokładnym prześledzeniu wiosennych ligowych kronik można zauważyć, że pierwsze, a już na pewno najbardziej radykalne objawy, wystąpiły u Jerzego Brzęczka. Były reprezentant Polski już w marcu przedstawił niezwykłą teorię, że słabe występy prowadzonego przez niego zespołu GKS-u Katowice przeminą wraz z… kartką z kalendarza. Kolejny oślepiający przebłysk nastąpił po meczu z Górnikiem Zabrze, gdy słuchając wypowiedzi szkoleniowca zacząłem się poważnie zastanawiać, czy aby na pewno dobrze zapamiętałem (i przekazałem Czytelnikom) wynik tego spotkania. Ze słów Brzęczka wynikało bowiem, że drużyna zagrała bardzo dobrze, zrealizowała wszystkie założenia, rozpracowała stałe fragmenty gry rywali i popełniła raptem jeden błąd.

Jak wszyscy mają zapewne świeżo w pamięci, kulminacją tego progresu była widowiskowa ucieczka Brzęczka z Bukowej. Szefom Ruchu, chociaż zaabsorbowanym układaniem puzzli ze świstków dokumentów i snuciem wyrafinowanych planów, jak pozyskać kolejne pieniądze z Urzędu Miasta, radziłbym więc uważnie przyglądać się trenerowi swojego zespołu i na wszelki wypadek dobrze zamykać klubową bramę…

W przypadku GKS-u sprawa jest jasna: sportową klęskę powinna ilustrować odwrócona piramida. Największą część winy ponoszą sami piłkarze, potem w kolejce stoi sztab szkoleniowy, szefostwo sekcji i dopiero na końcu prezesi klubu.

Wojciech Cygan i Marcin Janicki wykonali przecież swoje zadanie – zbudowali zawodnikom i szkoleniowcom idealną podstawę do osiągnięcia celu, zapewniając im idealne warunki przygotowań i środki na wskazane przez sztab transfery. W wyniku ich działań organizacyjnie i finansowo klub wyprzedził poziom sportowy. Wystarczy wspomnieć przyciągnięcie poważnych strategicznych sponsorów – to sukces, jakiego nie udało się osiągnąć w innych śląskich klubach. Także dlatego uważam, że obaj powinni na Bukowej pozostać.

Przy okazji trwających wokół i na samej Bukowej rozliczeń warto jednak zadać fundamentalne w całej sprawie pytanie: czy Katowice tak naprawdę potrzebują piłkarskiej Ekstraklasy?

Już sama frekwencja na meczach w pełni uprawomocnia postawienie w tym miejscu znaku zapytania. Jeśli do niego dodamy świadomość, że dzięki wielu innym sportowym wydarzeniom przez ostatnią dekadę jej braku nikt właściwie w mieście nie odczuł, otrzymamy zaczyn do bardzo poważnej dyskusji, w której może się okazać, że prawdziwą wartością klubu z Bukowej nie są piłkarze, a jego wielosekcyjność. A z nią obecni szefowie GieKSy radzą sobie znakomicie.

To doprawdy zadziwiające, ale niewiele mediów na świecie zwróciło uwagę na stawkę niedawnego meczu Tottenhamu z Manchesterem United. Ba, nawet piłkarze gospodarzy chyba nie do końca zdawali sobie z niej sprawę, bo w przeciwnym wypadku byliby sparaliżowani jak Miłosz Przybecki na widok pustej bramki. A przecież gra toczyła się nie tylko o punkty Premier League, ale przede wszystkim o awans Arki Gdynia do kolejnej rundy Ligi Europy!

Naprawdę tak było. Dzięki temu, że Koguty pokonały Czerwone Diabły, spora część Europy odetchnęła z ulgą. Zdobywca Pucharu Polski rozpocznie mianowicie swoje występy w LE nie od drugiej, ale od trzeciej rundy, co oznacza, że całe mnóstwo klubów z pogranicza Starego Kontynentu i Azji uniknie wyczerpującej podróży nad Bałtyk w dodatku z dość umiarkowaną i oscylującą w granicach 50 procent szansą na sportowy sukces.

Przede wszystkim odetchnęła jednak sama Arka. Późniejszy start w pucharach oznacza krótszy w nich udział, a więc i krótsze zapewne trwanie – jak to romantycznie ujął niegdyś Michał Probierz – pocałunku śmierci, jakim są dla polskich zespołów występy na europejskich salonach (no, powiedzmy, w ich przedpokojach albo innych werandach). O czym przekonali się także ubiegłoroczni uczestnicy tej zabawy, czyli wicemistrzowski Piast Gliwice, „brązowe” Zagłębie Lubin i finiszująca tuż za podium Cracovia, które w maju 2017 solidarnie bronią się przed spadkiem z Ekstraklasy.

Na szczęście dla Arki Tottenham udźwignął odpowiedzialność i misję zrealizował. Co prawda klubowe źródła nie ujawniły, jaki prezent dziękczynny został wysłany za kanał La Manche, ale z pewnością na beczkę śledzi „Koguty” zasłużyły. Tym niemniej trzeba też zwrócić uwagę na zapobiegliwość, a nawet profilaktykę, jaką zastosowały w kontekście pucharowym kluby ze Śląska. Piast szybko wyciągnął wnioski z poprzedniego sezonu, a Ruch na wszelki wypadek zadbał o to, by nie dostać nawet licencji na całowanie, sorry, pucharowanie.

Sonda, jaką przeprowadziłem na Twitterze,nie pozostawia wątpliwości.Zdaniem kibiców największą część winy za obecną sytuację Ruchu Chorzów ponosi były prezes Dariusz Smagorowicz, który zebrał w tym niechlubnym zestawieniu 3/4 głosów, wyprzedzając obecnego szefa klubu Janusza Patermana i piłkarzy (po 11 procent) oraz trenerów (3 procent).

Mam wrażenie, że wyniki te są miarodajne. W obecnym sezonie w siedzibie Niebieskich rzeczywiście zbiera się owoce tego, co działo się w klubie w ostatnich latach. Regularne rozpaczliwe pożyczanie pieniędzy na zabójczych warunkach, bo żaden szanujący się bank nie zamierzał podejmować ryzyka, szantażowanie władz miasta za pomocą sentymentów i emocji, kreatywna księgowość oparta na nadziejach i obietnicach, niejasne zabawy z herbem klubu, który odwiedził nawet Cypr, licencyjne rozliczeniowe zrywy, po których zapaść pogłębiała się jeszcze bardziej, kolejne ostrzegawcze kary, zbywane zazwyczaj wzruszeniem ramion… To właśnie efekty takiej polityki doprowadziły do obecnego upadku.

Zwieńczeniem tych działań jest plaga rozstań z najlepszymi piłkarzami, czasem pokojowych, chociaż z brudną grą w tle (KamilMazek), czasem w stylu angielskim (Piotr Ćwielong), a ostatnio w atmosferze wojny (Patryk Lipski). Ale za każdym razem wyjątkowo kosztownych i w kategoriach prestiżowych, i w przeliczeniu na górę złotówek, którą powinny przynosić transfery tych zawodników, gdyby nie wielomiesięczne zaleglości w wypłatach.

Dodajmy do tego dramatyczną i symboliczną dymisję złożoną przez Waldemara Fornalika, zwolnienie znającej się na swoim fachu wieloletniej rzecznik klubu – które zaowocowało obecnym fatalnym przekazem publicznym z komentarzem do odejścia „Kinga” czy listem stanowiącym odpowiedź na oświadczenie Lipskiego na czele- no i odjęte za płacowe kombinacje, a wywalczone na boisku bezcenne punkty, stanowiące dziś balast ciągnący Ruch na dno… Doprawdy niezmierzona jest litośc Komisji Licencyjnej, która rok w rok przeciągała Niebieskich za uszy do następnego sezonu…

W mojej opinii – odnoszącej się zresztą także do Górnika Zabrze – Ruch już kilka lat temu powinien ogłosić upadłość i pójść szlakiem, jaki pokonał na przykład GKSKatowice. Ośmielam się twierdzić, że Niebiescy byliby dziś w podobnej sytuacji sportowej do klubu zza miedzy, za to ze znacznie mniejszymi długami lub wręcz bez nich.

Smagorowicza na Cichej już jednak nie ma. Ale czy po jego odejściu i późniejszych wojenkach gabinetowych Patermana z Kurczykiem coś się zmieniło? Miarodają odpowiedź da dziś właśnie Komisja Licencyjna, która zweryfikuje piątkową obietnicę obecnego prezesa, że podczas weekendu Ruch spłaci wszystkie zobowiązania. Na razie, patrząc z zewnątrz, w poczynaniach Patermana dominują słowa, a nie czyny. I prowokują do refleksji. Na przykład takiej: – dlaczego już na „ratunkową” sesję Rady Miasta nie przyniósł gotówki od udziałowców ograniczając się jedynie do deklaracji, że jeśli miasto da pieniądze, to oni też je znajdą? Albo dlaczego w polsatowskim Cafe Futbol oświadczył, że klub spłacił już odsetki od pożyczki z Centrum Przedsiębiorczości, skoro sam prezes tej firmy mówił tego samego dnia dla DZ, że klub jedynie znalazł firmę, która to zobowiązanie przejęła, a gotówki wciąż nie ma?

A propos finansów. Czekając na dzisiejszy wyrok Komisji Licencyjnej i spoglądając w tabelę Ekstraklasy, trzeba publicznie zadać jeszcze jedno ważne pytanie: w jaki sposób pożyczając Ruchowi pieniądze miastoChorzów zabezpieczyło ich odzyskanie w wypadku piłkarskiej (spadek) lub organizacyjnej (brak licencji) katastrofy klubu?

Stara prawda mówi, że tak naprawdę szanujemy tylko to, za co przyszło nam zapłacić. I że szacunek rośnie proporcjonalnie do ceny. Jest też druga strona tego samego medalu – nikt nie doceni cię tak bardzo jak ty sam siebie.

Obie te zasady z sadomasochistycznym uporem łamią szefowie piłkarskich klubów, oferując kibicom w różnych konfiguracjach bilety za 5 zł, czyli nieco ponad 1 euro. I to zarówno na I ligę, jak i na Ekstraklasę! Czy nie mają przy tym poczucia, jak bardzo deprecjonują w ten sposób proponowany przez siebie „towar”?! I jak bardzo są poniżani, gdy nawet taka oferta zostaje zlekceważona i odrzucona? Tak jak miało to miejsce na przykład w Gliwicach, gdzie wicemistrz Polski, który w tym sezonie toczy walkę o utrzymanie, nawet propozycją pięciozłotowej ceny za bilety na dwa ostatnie spotkania nie przyciągnął do „młyna” mizernego tysiąca osób? Przecież to gorzej niż policzek dla renomy i klubu, i całej Ekstraklasy.

Podobne nieudane eksperymenty stanowią dowód, że potencjał kibicowski, w kontekście osób bywających na stadionach, a nie ograniczających się do transmisji telewizyjnych, został w dużej mierze wyczerpany. Mam jednak przeczucie, oparte na dziesiątkach rozmów, że istnieje sposób na odblokowanie zatoru. Jego podstawowym założeniem jest jednak nie obniżanie cen wejściówek, a wręcz przeciwnie. Droższe bilety byłyby środkiem do przemodelowania struktury widowni, co przyciągnęłoby wiele osób zrażonych jej obecnym stanem. Bo doprawdy trudno się dziwić tym, którzy rezygnują z przyjścia na stadion nie ze względu na mizerię sportowego poziomu, a przede wszystkim z powodów estetycznych, nie chcąc na przykład wysłuchiwać przez 90 minut dzikich i wulgarnych ryków z megafonów wnoszonych za pozwoleniem szefów klubów na tak zwane gniazda.

W cywilizowanej części Europy już dawno zrozumiano, że sama sprzedaż biletów to nie wszystko. Liczy się jeszcze otoczka, i że to właśnie tak zwani Janusze, a nie fanatycy, budują zasadnicze wpływy z dnia meczowego – kupując droższe wejściówki, programy, pamiątki i hot dogi plus piwo (dość drogie, za to o obniżonej zawartości alkoholu). W zamian oczekują jednak jakości, tak przed sobą, jak i wokół siebie.

Mam przeczucie, że na naszych oczach zbliża się właśnie koniec świata. Może nie całego, ale takiego, w którym tak zwany zawodowy sport żyje z pieniędzy podatników, siłą wyciąganych im z kieszeni i pompowanych w kluby, ze szczególnym uwzględnieniem tych, w których kopie się piłkę.

Pierwsza jaskółka wylądowała właśnie w Bytomiu, gdzie prezydent Damian Bartyla (były prezes Polonii) wpadł w nie lada tarapaty właśnie w związku z nieumiarkowaną przychylnością do sportu. Wykazane w raporcie nieprawidłowości dotyczą milionów złotych wydanych przez Bytomskie Przedsiębiorstwo Komunalne, na przykład na absurdalnie drogie kursy kształcące adeptów jazdy na łyżwach. W efekcie prezydent stracił większość w radzie, ta skreśliła z wydatków budowę nowego stadionu, a trop sportowy podejmują już nie tylko audytorzy i kontrolerzy RIO, ale także wyborcy. I z pewnością w zmianie tego trendu nie pomagają kibole, którzy skutecznie odstraszyli już od przychodzenia na trybuny Polonii zwykłych mieszkańców, za to nie zawahali się wywiesić wymierzonego w radnych transparentu o treści karalnej.

Coraz goręcej jest też w Chorzowie, gdzie prezydent Andrzej Kotala znalazł się w opałach po tym, jak Ruch złożył kolejny wniosek o finansowe wsparcie. Tymczasem od 2010 r. będący prywatnym klubem Niebiescy dostali w różnej formie 56 mln zł. 18 mln pożyczono im w 2016, od razu pojawiły się problemy ze spłatą, a na deser okazało się, że wpływy z transferu Mariusza Stępińskiego zagarnął poprzedni udziałowiec, mający pierwszeństwo przed miastem przy odzyskiwaniu udzielonej przez siebie pożyczki. Dwumilionowy kolejny datek przyjęto więc na ulicach Chorzowa raczej chłodno… Wróble ćwierkają, że sportowa przedwyborcza amunicja wkrótce pójdzie w ruch też w Zabrzu, gdzie morze pieniędzy pompowanych w Górnika (tylko w ciągu dwóch lat 70 mln w formie akcji i obligacji plus kilkanaście milionów innych zastrzyków, w tym udzielona na miesiąc milionowa pożyczka, którą ostatecznie rozłożono na dziesięć lat) nie przekłada się na wyniki sportowe. Z podobnego powodu rośnie też napięcie w Katowicach (od stycznia 6 mln zł na wszystkie sekcje plus gwarancja budowy nowego stadionu), gdzie na krawędzi balansują najdrożsi w utrzymaniu GieKSiarze, czyli piłkarze. W ich przypadku brak awansu do elity może oznaczać przestawienie zwrotnicy na siatkówkę.

A propos tej ostatniej – w 2017 roku Jastrzębski Węgiel otrzymał z publicznej kasy 150 tysięcy złotych i w zamian dał miastu brązowy medal PlusLigi. Czy tylko ja mam wrażenie, że coś się w tym wszystkim nie zgadza?

Tytuł odnosi się do polskich piłkarzy, zwłaszcza tych występujących obecnie na poziomie pierwszej ligi.Patrząc na ich tabelę nie sposób bowiem uciec od wrażenia, że obecne kolejki pełne niespodzianek jeszcze dekadę temu byłyby dopiero przygrywką do niezwykłego finiszu rozgrywek.

S próbujcie Państwo przenieść się wyobraźnią do czasów, gdy Fryzjer nie rozstawał się z telefonem, sędziowie z kołami zapasowymi swoich samochodów, piłkarze z pudełkami po butach, a dziennikarze z cennikiem not wystawianych po meczach. Czyż dzisiaj nie znaleźliby się w istnym raju? O awans – teoretycznie, bo przecież nie sposób uwierzyć, że wszyscy go naprawdę chcą – walczy pół ligi, żaden wynik nie jest podejrzany, bo wcześniej padały już rozstrzygnięcia iście kabaretowe, a poziom spotkań i tak usprawiedliwi każdy, nawet najbardziej żenujący kiks.

Po prostu żyć i nie umierać. Waluta dowolna, twarda lub krajowa, przysługa za przysługę, dziś ja tobie, jutro ty mnie. I niepowtarzalne emocje związane z tym, czy czasem ktoś nas nie przekręcił bardziej niż my jego, i czy nie przebił naszej oferty. Prawda, że urocze to były zabawy? I wcale nie tak odległe, bo ci, którzy tak zwinnie poruszali się w tej korupcyjnej dżungli, wciąż biegają za piłką, tudzież siedzą na trenerskich ławkach.

Niniejszy tekst ma rzecz jasna wydźwięk ironiczny. Za to jego puenta jest dość poważna: obecnie piłkarze robią w ramach swoich pensji to, za co niegdyś otrzymywaliby sowite nieopodatkowane premie. Tylko dlaczego nikt już tego nie nazywa cudami?

W przyrodzie pewne cykle są niezmienne, nawet jeśli ktoś nadal wierzy w globalne ocieplenie pomimo tego, co oglądaliśmy w ostatnich dniach za oknami. Jednym z tych stałych punktów programu jest przednówek i związana z nim finansowa zapaść Ruchu Chorzów. W kasie Niebieskich jak zwykle przed procesem licencyjnym skończyły się zapasy miejskiej gotówki, a nowej na razie nie widać…

Ten nieco ironiczny wstęp nie ma na celu kopania leżącego. Chciałbym, abyście Państwo potraktowali go jako przyczynek do głębszej refleksji na temat funkcjonowania klubów korzystających z publicznych pieniędzy, zwłaszcza w kontekście odpowiedzialności za podejmowane i związane z nimi decyzje. Zarówno ze strony dających, jak i – może nawet przede wszystkim – biorących.

Nie wiem bowiem, czy zwróciliście uwagę na jeden znamienny szczegół – w obecnym Niebieskim kontredansie nie słychać głosu Dariusza Smagorowicza. Człowieka, który twierdził, że pożyczka AD 2016 pozwoli Ruchowi odzyskać równowagę i rentowność.

Od tamtej chwili minął rok. Nie ma już w klubie ówczesnego właściciela i prezesa, nie ma już pożyczonych wówczas 18 milionów złotych, jest za to niespłacona pierwsza rata i 36-milionowy dług, z którego 21 milionów to zobowiązania właścicielskie. Czy są tam zobowiązania także wobec Smagorowicza? Odpowiedź pozostaje nieznana. Podobnie jak na szereg innych pytań z najważniejszym na czele: czy w przypadku upadku klubu istnieje szansa na odzyskanie całości publicznych pieniędzy? A jeśli nie to kto za to odpowie? I czy ówczesny prezes nie wprowadził czasem miasta w błąd przedstawiając wizję odzyskania stabilizacji, podobnie jak miało to miejsce z deklaracją, że klubowy herb jest wolny (PS. Z chęcią dowiedziałbym się też, czy i jak skończyła się tamta sprawa w prokuraturze?).
Zabawa na cudzy koszt to odwieczne marzenie nienasyconych utracjuszy, których największym kapitałem jest fantazja. I właśnie prezesi sportowych klubów należą do tego grona zaskakująco wręcz często. Może dlatego, że ich odpowiedzialność za decyzje podejmowane zgodnie z maksymą „raz się żyje, a po mnie choćby potop”, wciąż jest iluzoryczna i po zamknięciu drzwi z drugiej strony rozwiewa się jak dym?

O pomyśle powiększenia Ekstraklasy powiedziano i napisano (także w tym miejscu) już wiele. Ale znacznie lepiej przemawia to, co dzieje się na boiskach pierwszej ligi. Nie chodzi nawet o fakt przekształcenia walki o awans w wyścig ślimaków i związane z tym wyniki, które trudno już nazwać sensacjami czy wypadkami przy pracy, ale o sam poziom rozgrywek i infrastrukturę, jaką dysponuje wiele klubów.

Żaden z zespołów czołówki – a przecież to pojęcie odnosi się obecnie do ponad połowy całej stawki – nie gwarantuje podniesienia poziomu rozgrywek tak zwanej elity. Ba, nie daje nawet obietnicy, że beniaminkowie zastąpią tegorocznych spadkowiczów w jakościowym stosunku jeden do jednego, a poprzeczka nie wisi bynajmniej zbyt wysoko.

Nie jest chyba przypadkiem, że najgłośniej za opcją rozbudowy Ekstraklasy optują ci, którzy mogą na tym zyskać, dzięki sklonowaniu związanych z nią etatów: piłkarze, trenerzy i sędziowie. Natomiast wielce wymowną wstrzemięźliwość zachowują kibice, którzy i tak co tydzień oceniają atrakcyjność obecnej formuły pozostawiając – poza pracującymi na rekordy stadionami absolutnego polskiego topu – puste miejsca na trybunach, oraz telewizja zmagająca się ze słabnącą średnią oglądalnością rozgrywek (vide raport Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu).

Dolewanie letniej wody do szesnastozespołowego towarzystwa dodatkowo spotęguje ten efekt dwóch ekstraklasowych prędkości. Im więcej będzie meczów, tym ich mniejsza atrakcyjność. Dlatego od lat powtarzam, że najlepszym rozwiązaniem byłaby liga licząca dziesięć, no, może dwanaście drużyn.

Wielkanoc to czas refleksji. Niezależnie od poglądów politycznych i wyznań religijnych. Jej istotą jest bowiem ponadczasowa granica między istnieniem a nieistnieniem, śmiercią i zmartwychwstaniem. Granica bardzo często wyjątkowo wątła. Także w kontekście sportowym.

Przykład pierwszy z brzegu. Pamiętacie ubiegłoroczny przypadek Podbeskidzia Bielsko-Biała? Jeden gol, jedna niejasna decyzja i krótkie prawnicze gierki zadecydowały o tym, że to piłkarze z Beskidów znaleźli się nie w grupie mistrzowskiej, a w spadkowej, co okazało się prostą drogą do zaskakującego ekstraklasowego samounicestwienia. W efekcie Górale przekonują się na własnej skórze, że łatwiej jest „umrzeć” (nawet tak niespodziewanie) niż „zmartwychwstać”.

Zwłaszcza zbiorowo, bo w takim właśnie kierunku wędruje Góral indywidualista, mianowicie Tomasz Adamek. Na powrót do ringu namówił go – chociaż znając pięściarza nie były to rozmowy długie – znany dziennikarz i początkujący promotor Mateusz Borek. Adamek, który już dwukrotnie żegnał się ze światem (boksu), wygłaszając między innymi pamiętne zdanie „na szczęście mam co do garnka włożyć, więc mogę zakończyć karierę”, zdjął więc z kołka rękawice i ruszył po jeszcze jedną wypłatę.

Borka rozumiem, musi dbać o frekwencję i sprzedaż PPV. A nie od dziś wiadomo przecież, że najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy. Z takich samych przyczyn do ringu wciągano na pożegnalne walki Andrzeja Gołotę czy Przemysława Saletę, a w MMA stawia się na Mariusza Pudzianowskiego. Motywacji Adamka do końca już jednak nie pojmuję. Na stan konta raczej nie narzeka, bo pieniądze – jak wieść niesie – inwestuje rozsądnie, za to wszystkie ważne pięściarskie ścieżki i tak są już przed nim zamknięte. No i przecież zdrowie, zwłaszcza po czterdziestce, ma się tylko jedno.

Z drugiej strony z każdym odejściem pogodzić się nie jest łatwo. Chociażby tylko takim ringowym. Adrenalina, chęć sprawdzenia się, no i – last but not least – wspominane już pieniądze, to kombinacja narkotyków, którym trudno się oprzeć. I o których trudno zapomnieć, zwłaszcza gdy dość nagle znika się z życia (publicznego). Adamek zamienia się po cichu w żywe wspomnienie fantastycznych, ale coraz bardziej odległych w czasie walk, nie bywa w studiach telewizyjnych, a jego start do kariery politycznej zakończył się ciężkim nokautem jeszcze przed wyjściem do prawdziwej bitwy. Może stąd ta próba sportowej rezurekcji? Z tym pytaniem pozostawiam siebie i Państwa, życząc wszystkim Wesołych Świąt!