Jest na Twitterze filmik nagrany przez przypadkowego świadka, który powinien stanowić najlepsze podsumowanie finiszu Ekstraklasy. Kierowca mija na autostradzie autokar osłonięty łopoczącymi od pędu powietrza płachtami. Nagle jedna z nich odchyla się w taki sposób, że widoczna staje się część napisu na burcie pojazdu. Napisu rozpoczynającego się od liczby 15. To pojazd, którym honorowe rundy po Warszawie mieli wykonać piłkarze Legii. Jest w tym obrazie wszystko – także hipokryzja stołecznego klubu, który apelował do Lecha o uczciwą grę, a jednocześnie bez poczucia wstydu przypisuje sobie tytuł kupiony w sposób, który cała Polska pamięta, a który później całkowicie słusznie został klubowi odebrany.

Tym piękniej na takim tle wyglądał triumf Piasta Gliwice. Wyczyn porównywany w mediach do walki Dawida z Goliatem, baśni o Kopciuszku i innych popkulturowych historii, w których maluczki rzuca na kolana giganta, a także do analogicznej sportowej legendy z Leicester, będzie żył w pamięci kibiców bardzo długo. Warto mu się jednak przyjrzeć od innej strony.

Po pierwsze, rzuca się w oczy reakcja szeroko pojętej kibicowsko-dziennikarskiej stolicy, która oswajając się z klęską, szuka porównań mających uświadomić skalę upokorzenia. Wyliczono na przykład, że w Gliwicach mieszka tyle osób co na Pradze-Południe. Po drugie, argument o ewentualnym blamażu w europejskich pucharach podnoszony jest właściwie wyłącznie poza Warszawą, mającą najwidoczniej świadomość wyjątkowej obosieczności tej tezy. Po trzecie, cała Polska poznała Gerarda Badię, chyba najsympatyczniejszego piłkarza całej ligi. Po czwarte, Waldemar Fornalik definitywnie zerwał pępowinę łączącą go z Ruchem Chorzów, przez którego pryzmat był postrzegany nawet w czasie pracy selekcjonerskiej. I wreszcie po piąte, ale tym razem ze znakiem zapytania. Wyjątkowo interesującą kwestią jest mianowicie to, czy miasto Gliwice naprawdę zdaje sobie sprawę ze skali wyczynu swojego zespołu i czy zdoła go marketingowo wykorzystać?

Miałem sen. Janusz Paterman wchodził w nim na kościelną ambonę (tę samą, z której głosił proroctwa o szczęśliwej przyszłości Niebieskich oraz wykupieniu z cypryjskiej niewoli eRki) i wygłaszał przemówienie w stylu „Larum grają…”. W pierwszych ławach siedzieli Dariusz Smagorowicz i Jan Chrapek, z frasunkiem kiwając głowami i wymieniając się znakiem pokoju. W kolejnych szeregach twarze w dłoniach chowali Andrzej Kotala i Marek Kopel, otoczeni przez radnych kilku kadencji. Smagorowiczowi wystawały z marynarki zwinięte w rulony archiwalne egzemplarze „Dziennika Zachodniego”. Te, w których analizowałem sytuację dawnych mistrzów z Cichej, bijąc na alarm i przewidując krach, co w realnym świecie spotykało się z gwałtownymi reakcjami chorzowskich kibiców, mylących rzeczową krytykę z atakiem wynikającym z moich rzekomych powiązań z innymi klubami…
Obudziłem się z dojmującym brakiem satysfakcji z faktu, że miałem wtedy rację, ale i świadomością, że mimo wszystko nie przypuszczałem, jak daleko to wszystko zajdzie. Ostrzeżenia przed kreatywną księgowością i fatalną polityką miasta – opierającą się na karmiącej nie klub, a jej zarządców zasadzie „i chciałabym, i boję się” – nie wybrzmiały widać wystarczająco mocno. Może zresztą nie miały takiej szansy, przytłumione przez pochlebne szepty klakierów?
Spadek Ruchu z Ekstraklasy był oczywisty i zasłużony. Z I ligi zaskakujący, patrząc na to, jakie kluby bez problemów potrafią się w niej utrzymać. Z drugiej to już, jak mawiają na Śląsku, „gańba”. Przede wszystkim dla wyżej wymienionych oraz oczywiście dla trenerów i piłkarzy. Ale także dla lekceważących ostrzeżenia. Każdy z nich cząstkę tego upadku musi wziąć na własne sumienie i pamiętać, że to jeszcze nie koniec. Bo Ruch wciąż ma dwie ścieżki – w górę i w dół. Tyle że w tej drugiej pozostały tylko ostatnie szczeble drabiny, pod którą zieje pustka.
Czy ktoś ma realny plan na powstrzymanie autodestrukcji? Ośmielam się wątpić. Na pewno wyjściem nie jest stanowiące kontynuację dotychczasowej bezproduktywnej polityki władz miasta zmienianie specyfikacji konkursu na pieniądze za promocję poprzez sport. Nie jest nim także ofensywa kibiców, w których manifeście pojawiły się tylko prawa, ale zabrakło obowiązków. Najbardziej więc przemawia do mnie realizacja wizji stowarzyszenia Wielki Ruch, które chce zacząć wszystko od zera, czyli zrealizować jeden z moich dawnych apeli. Taki sprzed kilku lat, kilkudziesięciu zmarnowanych milionów złotych i trzech boiskowych degradacji… Inne warianty już testowano i każdy prowadził w głąb. A Ruch na takie piekło po prostu nie zasługuje.

D wie najpopularniejsze w Polsce dyscypliny i dwie afery. W obu przypadkach w głównych rolach wystąpili sędziowie i w obu zostali później odesłani na przymusowy odpoczynek. Wyniki spotkań zostały jednak utrzymane, a traf chciał, że oznaczały one porażki drużyn pokrzywdzonych, i to w meczach mogących mieć decydujące znaczenie dla losów tytułów mistrzowskich.
Mowa oczywiście o starciu Lechii Gdańsk z Legią Warszawa i ZAKSY Kędzierzyn-Koźle z ONICO Warszawa. W pierwszym przypadku sędzia DanielStefański doprowadził do największej kontrowersji w polskiej piłce w ostatnich latach uznając, że obrona piłki ręką przed linią bramkową nie zasługuje na rzut karny i czerwoną kartkę, tylko na… rzut sędziowski. W drugim Wojciech Maroszek narobił w tie-breaku gigantycznego bałaganu, najpierw przyznając, potem odbierając punkt gościom, dodatkowo pokazując jednemu z nich czerwoną kartkę za ekspresyjne zachowanie, co właściwie rozstrzygnęło spotkanie na korzyść kędzierzynian.
Trener ONICO, Stephane Antiga, oświadczył, że po meczu arbiter złożył samokrytykę w krótkich wojskowych słowach, czyli „Przepraszam, zje….”. O podobnej deklaracji ze strony Stefańskiego nic nie wiadomo, ale wyrazy ubolewania dla Lechii, jej kibiców, piłkarzy i trenerów wyartykułował prezes PZPN, Zbigniew Boniek. Opinię złagodził jednak przekonaniem, że nie była to sytuacja decydująca o końcowym wyniku. Tę kwestię trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, tym niemniej można mieć pewność, że wyrok mieszkającego w Warszawie sędziego z Bydgoszczy miał na przebieg meczu olbrzymi wpływ.
Dodatkowego smaczku dodaje tym wydarzeniom fakt, że sędziowie wspomagali się techniką i to właśnie zapisy wideo tak naprawdę doprowadziły do katastrofy. Obaj przed spojrzeniem do monitora podjęli już przecież decyzje, które nie budziły emocji i z pewnością dałyby się obronić. Arbiter piłkarski prawdopodobnie – kłania się brak komunikacji ze spikerem, który mógłby wyjaśnić sprawę widowni – zamierzał jedynie upewnić się, że nie było spalonego (co miało związek z kolejnym błędem, popełnionym przez jego asystenta), a siatkarski przyznał już punkt warszawianom. Dopiero późniejsze interpretacyjne dzielenia włosa na czworo sprowadziło ich j na manowce.
Wniosek? Wideoweryfi-kacja jest narzędziem, które wymaga określonych umiejętności, ale również zachowania zdrowego rozsądku. W obu przypadkach sędziów nie zawiodło czucie i wiara, a właśnie „mędrca szkiełko i oko”. W efe-kcie nastąpiły krzywdy, których nie sposób naprawić.

Rzadko się zdarza, by wszyscy trenerzy Ekstraklasy mówili jednym głosem lub co najmniej zgodnie milczeli. Tymczasem z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia na finiszu obecnego sezonu. Wszystko ze względu na szaleńcze tempo finałowych rund, spowodowane zbliżającymi się mistrzostwami świata U-20.

Jasne, wiem, że terminarz był znany od dawna i nikt nie protestował w momencie jego premiery. Być może jednak ludzie w klubach żyją zanadto dniem dzisiejszym, wychodząc z założenia, że martwić się będą później, o ile do tego momentu dotrwają na swoich stanowiskach. Tym niemniej takie „później” właśnie nadeszło i trudno się nie zgodzić z zarzutami artykułowanymi najgłośniej przez tradycyjnego samozwańczego rzecznika środowiska Michała Probierza. Siedem najważniejszych kolejek rozegranych w miesiąc stanowi nie tylko poważne wyzwanie, ale wręcz przypomina grę w ruletkę i stanowi rażący kontrast w porównaniu z pozostałą częścią sezonu. Zwłaszcza jesienną, skutkującą między innymi absurdalnym startem rzekomo wiosennej rundy w środku zimy.

Rozwiązanie szarady jest na pewno trudne. Nagromadzenie terminów reprezentacyjnych czy pucharowych, w kraju i na kontynencie, pozostawia niewielkie pole manewru. Także z tego samego powodu nie sposób odebrać resztek wakacji najlepszym zawodnikom i ich mistrzostw przesunąć na okres, gdy mniej zdolni koledzy po fachu będą leżeć na tropikalnych plażach. Może jednak w ramach wyjątku w sezonach, które muszą zostać skompresowane ze względu na tego typu imprezę, jak młodzieżowy mundial, należy rezygnować z rozgrywania dodatkowych siedmiu rund? Bo obecna karuzela rzeczywiście z logiczną rywalizacją nie ma za wiele wspólnego i jeszcze wyraźniej promuje najsilniejszych i najbogatszych, w dodatku – sądząc po frekwencji (wiele mówiący jest na przykład spadek z kolejki na kolejkę liczby widzów spotkań transmitowanych przez TVP) – wcale nie sprawia kibicom aż takiej frajdy, jak zakładali to twórcy ESA-37? Zwłaszcza po zniesieniu podziału punktów, w efekcie czego grupki zespołów zainteresowanych jeszcze czymkolwiek, topnieją błyskawicznie z kolejki na kolejkę.

Jedynym, acz marginalnym plusem takiej sytuacji jest rosnąca odwaga trenerów w dawaniu szansy gry młodzieży. Ich decyzje spowodowane są jednak głównie nakazami prezesów, próbujących dokonać last minute skoku na sporą kasę leżącą w sejfach najrozsądniejszego pomysłu ostatnich lat, czyli Pro Junior Systemu.

W Wielki Czwartek mecz Rakowa Częstochowa o awans do Ekstraklasy. W Wielki Piątek walka siatkarzy Jastrzębskiego Węgla o grę w finale PlusLigi. W Wielką Sobotę początek rundy finałowej bijącego się o europejskie puchary Piasta Gliwice. W Wielkanoc jazda żużlowców ROW-uRybnik w Nice 1. Lidze. W lany poniedziałek na Arenie Zabrze Górnik wystartuje do boju o utrzymanie, a Zagłębie w tej samej grupie zacznie szukać ostatniej szansy. Sportowi kibice święta przeżyją z dużą intensywnością, dzieląc czas między Pasję i pasję.
Chociaż część sportowców i ich trenerów otwarcie buntuje się przeciwko terminarzom obejmującym ważne daty religijne (o czym obok pisze mój redakcyjny kolega), to podobne wydarzenia nie stanowią już wyjątków, a wręcz przeciwnie, są regułą. Podobny trend wymuszają zobowiązania wobec utrzymujących przy życiu nie tylko same kluby, ale i całe rozgrywki stacji telewizyjnych, rozbudowane terminarze oraz system międzynarodowych mistrzostw wymagających dotrzymania terminów dla reprezentacji oraz rozmnożonych ponad miarę pucharów europejskich, których wagi czasami nie sposób oszacować.
W efekcie nie tylko dosłownie traktowane święta nam spowszedniały, ale i te w przenośni. Piłkarska Liga Mistrzów otwarta nie tylko dla drużyn spełniających tytułowe kryterium, cotygodniowe duże turnieje tenisowe, nieustanne ściganie się kolarzy, codzienne już właściwie mecze siatkarskie i pokazujące to wszystko, sięgające dziesiątek stacji, sportowe pakiety telewizyjne sprawiły, że nawet ogień olimpijski, chociaż nadal płonie w czteroletnim rytmie, w dużej mierze stracił swój wyjątkowy blask. Pytanie, dokąd to rozpasanie zmierza, wydaje się retorycznym, a odpowiedzi udzielają najbogatsze kluby świata, które najchętniej bawiłyby się tylko we własnym gronie, ostatecznie burząc i tak mocno pokruszoną podstawową zasadę równości szans. Tyle tylko, że takie posunięcie może oznaczać początek sanacji, bo natłok meczów wielkich firm (już dziś np. częstotliwość Gran Derbi budzi przesyt) może przerodzić się w masę krytyczną, która skłoni kibiców do poszukiwania nowych, mniej komercyjnych i znacznie prawdziwszych doznań, zmuszając jednocześnie do podążenia w tym kierunku także medialnych potentatów.
Mam wrażenie, że zastawione wielkanocne stoły sprzyjają podobnym rozważaniom w gronie rodziny, więc życzę niniejszym Państwu nie tylko wesołych, ale i inspirujących Świąt! Nawet jeśli część z nich spędzicie na trybunach sportowych aren, co zresztą czeka również wyżej podpisanego.

Nie ma takiego dna, którego nie dałoby się przebić, zwłaszcza jeśli schowane są pod nim duże pieniądze. Z takiego założenia wyszli prawdopodobnie organizatorzy czegoś, co nazwano Fame MMA, a polegającego na wzajemnym obijaniu i obkopywaniu twarzy przez walczących ze sobą celebrytów. Na przykład takich pokroju połowy duetu sióstr Godlewskich, które zasłynęły ostatnio z twardej, acz przegranej walki, o pozostanie w samolocie lecącym do Amsterdamu, stosując wyrafinowane techniki z nokautującym oznajmieniem, że „jesteśmy w Polsce znane” na czele.
Zamiłowanie Polaków do oglądania mordobicia, w którym im mniej obowiązuje zasad, tym lepiej, jest zapewne mocno związane z narodową tradycją weselno-dyskotekową. Dorzucenie do tego osób znanych tylko z tego, że są znane, okazało się zapewne wytrychem do skarbca, z którego pełnymi garściami korzystali dotychczas promotorzy klasycznego MMA. W dodatku opakowano to wszystko w sportowopodobne sreberko, o czym świadczyć może na przykład zamieszczona na facebookowym profilu, poważnie brzmiąca „weryfikacja niesprawiedliwego werdyktu, dokonana przez niezależną komisję sędziowską”.
Jeden z bossów najbardziej znanego w Polsce cyklu KSW, Maciej Kawulski, w rozmowie ze sport.pl bardzo trafnie zdefiniował odmianę Fame następująco: „Ktoś strasznie dziwny mierzy się z kimś jeszcze bardziej dziwnym. I tworzy się coś bardzo dziwnego”. Po chwili dodał jednak jednocześnie coś bardzo niepokojącego w kontekście współczesnych trendów: „Albo reaguj na to, w którą stronę idzie świat, albo to olej. Jeśli tylko bezczynnie siedzisz i wszystko wokół krytykujesz, to stajesz się zgorzkniałym głupcem”.
W tym ostatnim kontekście mam diametralnie inne zdanie. Wiem, że nie sposób kijem czy piórem zawrócić nie tylko rzeki, ale i ścieków płynących w rynsztokach, uważam jednak za wskazane krytykowanie podobnych zjawisk, bo powszechne i podyktowane kunktatorstwem schlebianie najniższym gustom, na dłuższą metę doprowadzi do obyczajowej apokalipsy.
Pod koniec ubiegłego roku naukowa ekspedycja, w skład której wchodzili m.in. Fabien Cousteau (nazwisko nieprzypadkowe, to wnuk słynnego Jacques’a) oraz miliarder Richard Branson, zbadała batyskafem dno Great Blue Hole, widocznego nawet z kosmosu wielkiego leja kresowego w Morzu Karaibskim. Znaleziono tam tylko śmieci, podobnie zresztą jak niegdyś w Rowie Mariańskim. Widocznie jest to już standard, gdy schodzi się poniżej poziomu, na jakim da się normalnie funkcjonować… ą

Mijający tydzień zapisał się w historii polskiej piłki. W ciągu 48 godzin ligowy światek wypluł na aut dwóch byłych selekcjonerów. Różnica tkwiła tylko w szczegółach: Adam Nawałka runął z piedestału, a Franciszek Smuda spadł z bardzo już niewysokiego konia.
Jako najważniejszych trenerów w kraju dzieliła ich przepaść. Smuda w roli opiekuna kadry poniósł najbardziej upokarzającą klęskę w jej nowożytnej historii – na polskich boiskach podczas najważniejszej imprezy, jaką kiedykolwiek organizowano nad Wisłą. Miał do dyspozycji wszystko, osiągnął wielkie nic, dorabiając się nowego przydomka „Dyzma”. Po wylaniu z reprezentacyjnej posady Franz nieustannie zbiera cięgi, ze spadkami z 2. Bundesligi i Ekstraklasy na czele, trudno się więc dziwić, że w końcu wylądował w drugoligowym średniaku i także tam nie zagrzał miejsca. Nawałka z kolei potrafił wykorzystać koniunkturę do maksimum. Z kadrowiczów – z pomocą szczęścia – na Euro 2016 wycisnął wynik ponad stan, konsekwentnie budując przy okazji własny mit. Dzięki temu „Ciepły”, jak nazywano go w czasie piłkarskiej kariery, wyszedł stosunkowo cało nawet z mundialowego Waterloo i trafił z najwyższą w historii ligi pensją do Lecha. I tu już bajka dobiegła końca, aczkolwiek takiego dalszego upadku jak w przypadku Smudy trudno się spodziewać.
Z elitarnego grona selekcjonerów na trenerskiej ławce aktywny pozostał więc już tylko Waldemar Fornalik, który bez problemów wyszedł z biało-czerwonej rzeki i odnalazł się w nowej-starej rzeczywistości najpierw w Ruchu, a teraz w Piaście. Fornalik, w przeciwieństwie do Nawałki i Smudy, potrafił szybko przestawić się z myślenia globalnego na lokalne, ba, niewykluczone zresztą, że poczuł ulgę po opuszczeniu tego piekiełka medialnych stołecznych gierek, którym nie potrafił się skutecznie oprzeć, co miało decydujące znaczenie dla jego reprezentacyjnej porażki.
Fornalik robi więc znów to, co potrafi najlepiej, a obecna dyspozycja Piasta wystawia mu jak najlepsze świadectwo, nawet z paskiem za mistrzowskie ogranie Nawałki w bezpośredniej konfrontacji. Zapewne on sam jest także ciekawy, jak teraz potoczą się losy jego małopolskiego (Fornalik, tak mocno już kojarzony ze Śląskiem, urodził się przecież w Myślenicach) krajana. Czy Nawałka pozostanie w szkoleniowym środowisku? A jeśli tak, to jak mocno będzie musiał spuścić z tonu zarówno w kontekście wysokości kontraktu, jak i liczebności sztabu, oraz słynnych wymagań tech-niczno-infrastrukturalnych. A może tym razem naprawdę wyląduje za Wielkim Murem? Bo w Ekstraklasie Król, przepraszam King, może być najwyraźniej tylko jeden.

O to, by ponawałkowy wizerunek reprezentacji zaczął pękać niczym kryształowy wazon inżyniera Stefana Karwowskiego w delegacji w Budapeszcie, Jerzy Brzęczek zadbał tuż po swojej nominacji. Do dziś nie wiadomo, dlaczego nowy selekcjoner dobrał sobie do sztabu akurat tego trenera bramkarzy, będącego w powszechnej świadomości jedną z twarzy afery korupcyjnej, co wywołało pierwszą falę całkowicie uzasadnionej krytyki. Jak się jednak szybko okazało, podobne kłopoty stały się specjalnością i znakiem firmowym obecnej kadry, a najświeższe jej przypadki tylko ten trend potwierdziły. Można nawet odnieść wrażenie, że bałagan na tym polu jest jeszcze większy niż na boisku, chociaż wydaje się to niemożliwe.

Ale do rzeczy. Po meczu z Austrią Brzęczek wdał się w kompletnie niezrozumiałe tłumaczenie dotyczące fatalnej gry Arkadiusza Milika. Selekcjoner przyznał mianowicie, że napastnik Napoli był chory, dodając, że wystawił go zamiast zdrowego Krzysztofa Piątka, bo… tak trenował w ostatnich dniach i nie chciał niczego zmieniać. Jak się okazało, był to początek poważniejszych perypetii, bo wkrótce wirus dopadł kolejnych reprezentantów. Zasadnicze pytanie brzmiało więc: kto dopuścił do tak ryzykownej sytuacji? Logicznie rzecz biorąc, wygląda to na błąd medycznej części sztabu, która nie zaleciła odizolowania chorego zawodnika i dopuściła do sytuacji, gdzie w środku nocy trzeba było ściągać specjalistów, by wykluczyć świńską grypę… Generalnie sekwencja tych irracjonalnych wydarzeń – w imię profesjonalizmu – zasługuje na powołanie przez PZPN specjalnej komisji śledczej, która stwierdziłaby niezbicie, czy wspomniane zalecenie rzeczywiście nie zostało sformułowane. Efektem dochodzenia powinny być personalne konsekwencje, bez względu na to, że osłabiona reprezentacja ostatecznie poradziła sobie z zespołem złożonym z byłych i obecnych piłkarzy polskiej ligi. A jeśli ostrzeżenie padło? No cóż, wtedy sprawa też będzie jasna.

Andrzej Woźniak w bluzie z Białym Orłem, absurdalne pozdrowienie dla Michała Pola, histeryczna obrona Jakuba Błaszczykowskiego, wycieczka na mecz młodzieżówki, dziennikarska prowokacja dotycząca słów Roberta Lewandowskiego, świńska grypa… Przy takiej – niekompletnej przecież – liście większych i mniejszych wpadek, nie może dziwić fakt, że totalny „fake news” na temat Arkadiusza Recy, podany jako pewnik przez Macieja Szczęsnego w studiu telewizyjnym, padł na tak podatny grunt. Po prostu kibice są już w stanie uwierzyć we wszystko, no może poza tym, że kadrowicze naprawdę wiedzą, co mają grać na murawie.

Miał być jeszcze Kubica, ale na szczęście złamał rękę raz, drugi. Ja tego nie chcę, kur… Pięć dych co roku płacić. Sp…laj – mówił Mateusz Morawiecki, wówczas prezes Banku Zachodniego WBK, w rozmowie nagranej w restauracji „Sowa i Przyjaciele”.

Dziś ten sam Mateusz Morawiecki pełni funkcję premiera RP i ma za sobą „kurtuazyjne” spotkanie z Kubicą, po którym Orlen – ponoć niezależnie od tych wszystkich wydarzeń – zdecydował się kupić kierowcy z Krakowa miejsce w bolidzie Williamsa. Kilkadziesiąt milionów złotych wpompowano więc w najsłabszy team Formuły 1, spełniając w ten sposób marzenie 34-latka o powrocie do sportu, z którego wypadł w skrajnie nieodpowiedzialny sposób.

Williams na starcie sezonu okazał się grupą kabaretową. Najpierw nie zdążył poskładać samochodu, potem okazało się, że złożył go w sposób niezgodny z regulaminem, a gdy już go przemodelował, wyszło na jaw, że brakuje mu części zamiennych, więc nie należy ścinać zakrętów po krawężnikach i generalnie trzeba uważać na zarysowania lakieru.

Kubica pojechał rzecz jasna w swoim stylu i nie zmieścił się w bramie do strefy garaży. Na starcie samego wyścigu od razu „przytarł” go jeden z konkurentów, potem jeszcze stracił lusterko, a do mety dojechał daleko za resztą stawki. A po drodze zdublował go nawet kolega z zespołu, który nie dość, że w F1 debiutuje, to przecież nie dostał do rąk samochodu zdecydowanie lepszego od tego, w którym – na uszkodzonej zresztą podłodze – siedział Polak.

Pomimo tego rachunku strat materialnych i prestiżowych, wszyscy byli jednak zadowoleni. Nawet Orlen ponoć był szczęśliwy, chociaż na bolidzie widnieje tylko macierzyste i właściwie wewnątrzkrajowe logo tej firmy, a nie bardziej rozpoznawalnego brandu używanego poza granicami. Ale może właśnie o to także chodziło, by nie być do końca kojarzonym z cyrkiem made in Williams?

Generalnie można odnieść wrażenie, że całej sprawy nie przemyślano do końca. Patrząc z perspektywy rozwoju polskiego sportu, finansowanie hobby Kubicy nie ma żadnego sensu. Znacznie ciekawsza i racjonalniejsza byłaby na przykład wzorowana na skokach narciarskich akcja „Szukamy następców Kubicy” i budowa kilku torów gokartowych, połączona z ufundowaniem stypendiów dla najzdolniejszych młodych kierowców. A wtedy pojawiłaby się szansa, że najlepszy z najlepszych także trafi do F1, ale już pod skrzydłami prywatnego sponsora i bez bagażu podejrzeń, że to wszystko jest tylko jedną wielką polityczną akcją, mającą za pieniądze podatników załatać dziurę w wizerunku premiera, który skutecznie pilnował tylko kasy prywatnej.

Marek Papszun. Niesamowita postać ligowej piłki. Do futbolu zstąpił niemal ex machina, wyciągnięty zza nauczycielskiego biurka. Nie wiem, czy właściciel x-komu, Michał Świerczewski, posiada w swojej firmie urządzenie podobne do tego, które wskazało w „Czterdziestolatku” Stefana Karwowskiego jako idealnego kandydata na dyrektora, ale trafił w dziesiątkę. 44-latek rozstawia po kątach kolegów z I ligi, a w Pucharze Polski bezlitośnie ograł butnego Sa „Niezasłużyliśmynaporażkę” Pinto.

Nad fenomenem szkoleniowca Rakowa i prowadzonego przez niego zespołu zastanawia się już cała Polska, ale mam wrażenie, że nigdy – a przynajmniej w czasach pokorupcyjnych – nie było klubu tak wymykającego się próbom diagnozy i klasyfikowania. Wszystko, co oczywiste – konsekwencja, zaufanie do szkoleniowca, jasny podział ról – nie przyniosłoby takich efektów, jakie obserwujemy w Częstochowie, bez drugiego dna. I właśnie na nim zapewne leży największa tajemnica sukcesu ekipy z ulicy Limanowskiego.

Gdybym miał wskazać najważniejszy z elementów,byłaby to struktura własnościowa. Raków jest mianowicie klubem w stu procentach prywatnym i w dodatku należy do człowieka, który piłkę, wraz z całą otaczającą ją specyfiką, po prostu czuje. Pozwala więc rozwinąć skrzydła – nie tylko trenerowi Papszunowi, ale także prezesowi Wojciechowi Cyganowi, spełniającemu marzenia z różnych powodów niespełniane przez blisko dekadę pracy w Katowicach, gdzie po jego odejściu klub wpadł w korkociąg w kierunku drugoligowej otchłani.

Wracając do Rakowa. Do osiągnięcia statusu w pełni profesjonalnego klubu potrzebuje jeszcze tylko i aż stadionu. I tu już pojawia się problem ze wspomnianą prywatnością. Bo marzenia o tym, by inwestycja została zrealizowana pozabudżetowymi środkami, nie są niestety realne. A czy ma uzasadnienie budowanie przez miasto areny dla prywatnego biznesu? Bo bądźmy szczerzy – to będzie stadion Rakowa, nie Częstochowy jako takiej.

Przed takim dylematem, wspartym potężnym lobbingiem chociażby ze strony PZPN-u (notabene Wojciech Cygan jest w nim członkiem zarządu), stają właśnie prezydent, radni i skarbnik miasta leżącego w cieniu Jasnej Góry. Pomimo takiego sąsiedztwa nie mogą liczyć na cud – na przykład w postaci wygranej w loterii Eurojackpot – i będą musieli sięgnąć do kieszeni po twarde złotówki. I podjąć decyzję: czy klub będzie za użytkowanie nowego stadionu płacił komercyjne stawki, czy też np. płacił mniej, ale jednocześnie rozliczał się reklamowo. A może miasto wniesie obiekt aportem do spółki? No cóż, to może być równie pasjonująca rozgrywka jak ta firmowana przez Papszuna i jego chłopaków.