Cluj i Ferencvaros. Wiecie, że od tych dwóch klubów zależy los polskich pucharowiczów w przyszłym sezonie? Ekstraklasowcy sami go oddali w ręce Rumunów i Węgrów po raz kolejny kompromitując się w przedsionkach europejskiego futbolu.

Zabawa polega na tym, że polska klubowa piłka tkwi na 28 miejscu w kontynentalnym rankingu i może jedynie przyglądać się rywalom, którzy próbują nas z tej pozycji zrzucić. A wtedy reprezentanci dumnej Ekstraklasy w 2021 roku zaczynaliby eliminacje do – wymyślonej na pocieszenie dla słabeuszy i drużyn nie mieszczących się w czołówkach poważnych lig – Europa Conference, jeszcze wcześniej niż wynika to z obecnego rozstawienia.

Na wyprzedzenie Polski szansę mają dwie wspomniane na wstępie nacje. O ile Węgrzy aby osiągnąć cel musieliby wprowadzić w obecnych rozgrywkach Ferncvaros aż do półfinału Ligi Europy (żeby w ogóle wyjść z grupy Węgrzy 12 grudnia muszą wygrać na wyjeździe z zajmującym drugą pozycję Łudogorcem Razgrad) to Cluj stanowi zagrożenie bardzo realne. Rumuni, aby minąć Polskę,potrzebują w tym sezonie jeszcze dwóch wygranych meczów. Oznacza to więc przede wszystkim konieczność awansu do 1/16 LE. Obecnie zespół prowadzony przez Dana Petrescu jest drugi i do szczęścia potrzebuje co najmniej remisu w starciu u siebie z pewnym awansu Celticem lub w przypadku własnej porażki braku wyjazdowego zwycięstwa Lazio na Stade Rennes.

Krótko mówiąc: polscy piłkarze leżąc na kanapach przed telewizorami, w których trwa walka w poważnych pucharach, wciąż walczą o kilkanaście dni letnich wakacji. Tyle, że ich sytuacja w kolejnym roku będzie niemal tragiczna – ranking obejmujący rozgrywki 2016/17-2020/21 plasuje naszą ligę już na 31 miejscu. Węgrzy w nim dyszą nam w ucho, a za nami tylko taki potęgi, jak Liechtenstein, Litwa i Luksemburg. Jeśli w przyszłym roku nie nastąpi cud i pucharowi delegaci z Ekstraklasy nie pokonają kilku rywali wówczas uderzenie w dno, które zostanie przebite, zabrzmi niczym huk gromu.

Trzeba przyznać, że zrzeszone w Spółce Ekstraklasa kluby mają spójną wizję przyszłości. Jej wyrazem stał się apel o zmniejszenie liczby miejsc oznaczających degradację – z trzech do dwóch. Takie postawienie sprawy musi budzić szacunek. Można było przecież ligę w ogóle zamknąć na kilka lat, a jednak zwyciężyła odwaga i chęć sportowej rywalizacji.

Na wszelki wypadek zaznaczę: ten wstęp ma charakter ironiczny. Prawdą jest natomiast to, że deklaracja Rady Nadzorczej, jaka powstała po corocznym posiedzeniu przedstawicieli klubów, znakomicie oddaje sposób myślenia ludzi nimi zarządzających. Ich marzeniem jest pozbawiony ambicji byt, odmierzany przelewami kolejnych telewizyjnych transz. Wypisz wymaluj Odra Wodzisław sprzed lat, gdy jedynym sensem jej ekstraklasowego istnienia było zwykłe trwanie.

Dwuzespołowa strefa spadku pokazuje także krótkowzroczność klubowych działaczy. Nikt z nich najwyraźniej nie pomyślał, że takie rozwiązanie mocno, bo o 1/3, przycina też strefę awansu z I ligi. A to w przyszłości, niewykluczone, że bliskiej, może mieć kluczowe znaczenie dla tych nieszczęśników, którzy znajdą się w duecie opuszczającym Ekstraklasę.

Podczas obrad z oddechem ulgi przyjęto natomiast rekomendację utrzymania szesnastozespołowej tabeli. Bynajmniej nie dlatego, że powiększenie mogłoby dodatkowo rozwodnić i tak mizerną jakość rozgrywek. Chodzi tylko i wyłącznie o niechęć do dopuszczenia kolejnych dwóch klubów do dzielenia (coraz większego przecież) finansowego tortu. Jednocześnie ligowy plankton nie zgadza się na naprawdę solidne różnice w wysokościach premii wypłacanych za każde miejsce zajęte na mecie sezonu, co wzmocniłoby i tak mocnych, a jednocześnie niespecjalnie – jak pokazuje doświadczenie – osłabiłoby słabszych. Co najwyżej ograniczyłoby im pole do sprowadzania zagranicznego szrotu, przekładającego się nie na jakość gry, a co najwyżej na miejsce w sumarycznym zestawieniu pieniędzy przekazywanych menedżerom.

Wszystkie te poczynania jasno pokazują, że największym problemem ligi, która coraz wyraźniej przypomina wydmuszkę opakowaną w piękne stadiony, jest mentalność kształtujących ją ludzi.

I jeszcze „last not least”. Warto przypomnieć, że degradację trzech drużyn zaklepała ta sama Spółka Ekstraklasa raptem 22 miesiące temu. Teraz organizator rozgrywek rekomenduje krok w tył. I w takim właśnie kierunku zmierza cała polska klubowa piłka, a jej prezesi są pod tym względem bardzo konsekwentni.

Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że wobec najświeższego pomysłu ligowców PZPN postawi twarde weto.

Jest taka polska komedia z 1966 roku „Kochajmy syrenki”. W skrócie chodzi o to, że w środku lata na Mazurach rywalizują ze sobą dwie grupy organizujące w miasteczkach i ośrodkach wczasowych wydarzenia, powiedzmy, artystyczne, czyli znane i dzisiaj wakacyjne chałturnictwo. Obsada aktorska znakomita i historyjka zabawna, jak to w tamtych czasach w polskim kinie bywało.

Fabuła, dość dawno oglądana, przypomniała mi się w kontekście… współczesnego polskiego boksu zawodowego, a konkretnie „gali”, na której niedawno wystąpił Artur Szpilka. Z wieści, jakie do mnie dotarły, wynika, że miasto Sosnowiec wydarzenie to hojnie dosponsorowało. W zamian kibice i telewidzowie otrzymali zakalec podawany przez ringowych kelnerów, zdecydowana większość walk zakończyła się w pierwszej rundzie, telewizja wypełniając czas przypominała w całości wcześniejsze pojedynki gwiazdy wieczoru, a rywalem Szpilki okazał się emerytowany pięściarz, obecnie włoski miejski radny, który na chwilę wstał od biurka, by dorobić przed świętami.

Skojarzenie ze wspomnianym na wstępie filmem było więc oczywiste, zwłaszcza, że grupa organizująca ten show ubiegła konkurencję, która ostatecznie przeniosła swoją galę (stojącą na dużo wyższym poziomie emocji) z nieskłonnej do dopłacania za postawienie ringu w jej hali Dąbrowy Górniczej do Radomia.

Ten wyścig trwa już od dłuższego czasu. Promotorzy – niczym filmowi Jan Koszajtis (Janusz Kłosiński) i Zenon Pimonow (Wojciech Rajewski) – jeżdżą po miastach oferując firmowane przez siebie spektakle, w zamian za przychylność rozdają urzędnikom darmowe zaproszenia, a w programach umieszczają artystów, których nazwiska miały szansę obić się o uszy obecnych odpowiedników kierowników dawnych domów kultury. Kto pierwszy, ten lepszy, byle wciągnąć w tę grę telewizję (swoją drogą na miejscu TVP za wieczór ze Szpilką pokazałbym grupie co najmniej żółtą kartkę), a wtedy kibice, którzy uczciwie kupią bilet, stają się już tylko bonusem i tylko od zwykłej przyzwoitości menedżerów zależy czy dostaną towar chociażby przyzwoity. Warto przypomnieć, że na sosnowiecką imprezę wejściówki, w słonej cenie, sprzedawano na długo przed tym, jak przedstawiono rywala Szpilki. Majstersztyk marketingu, nieprawdaż?

Boks, który został przykryty czapką przez federacje MMA, nie potrafi się w obecnej rzeczywistości odnaleźć. Na razie promotorzy szczypią się jedynie na Twitterze, ale warto pamiętać, że we wspomnianym filmie jedna z grup z desperacji porwała gwiazdę konkurencji Seweryna Paterę (Czesław Wołłejko). Pięściarze powinni więc uważnie oglądać się za plecy…

Wiecie, że dziś startuje Puchar Świata w biegach narciarskich? Część kibiców pewnie taką świadomość posiada, ale zdecydowana większość skwituje ten fakt co najwyżej obojętnym wzruszeniem ramion czekając na kolejny konkurs skoków.

Biegi, najbardziej naturalna zimowa dyscyplina, stanowi znakomity przykład jak wielki ciężar spoczywa na barkach wielkich gwiazd. W nieodległych przecież czasach Justyny Kowalczyk terminarze startów, wizerunki faworytek, profile tras, rekordy i statystyki gościły na łamach wszystkich, także niesportowych wydawnictw. Mistrzyni z Kasiny Wielkiej prezentowała firmowy uśmiech w reklamach, felietoniści kruszyli kopie w walce ze stadnie walczącymi z naszą Królową Śniegą astmatyczkami z Norwegii, a cykl Tour de Ski miał większą oglądalność niż legendarne górskie etapy w Tour de France czy Giro d’Italia.

W momencie, gdy Justyny Kowalczyk na linii startu zabrakło, biegi wróciły tam, skąd wyruszały w momencie nastania jej ery. I to pomimo faktu, że dwukrotna mistrzyni olimpijska, dwukrotna mistrzyni świata i czterokrotna zdobywczyni Kryształowej Kuli nie zawiesiła desek na kołku, tylko stanęła u boku Aleksandra Wierietielnego i zaangażowała się w reprezentacyjne szkolenie. Start trzech jej podopiecznych oraz trzech chłopaków spod ręki Lukasa Bauera nie budzi jednak żadnych emocji…

Na tym tle jeszcze jaskrawiej widać, jak gigantyczne szczęście miały skoki. Adam Małysz, podobnie jak Justyna Kowalczyk, wyciągnął swoją dyscyplinę z niebytu, ale jego sukcesy okazały się prawdziwym przełomem. Orzeł z Wisły był wtedy pierwszą i jedyną telewizyjną zimową atrakcją, a siła stacji serwującej co tydzień do niedzielnych rosołów spektakle ze skoczni (szczerze mówiąc zdecydowanie lepiej prezentujące się na szklanym ekranie niż na żywo) przełożyła się na stworzenie fenomenu. Pomimo mocno ograniczonej możliwości uprawiania skoków przez masy powstało przyzwolenie na kosztowne inwestycje oraz programy szkoleniowe, o jakich na trasach biegowych i zjazdowych nawet nie śniono.

Mam na temat tego zjawiska dodaktową prywatną teorię. Skoki, właśnie przez swoją niedostępność dla zwykłych śmiertelników, stanowią znakomite alibi dla kibiców w kapciach. Podczas oglądania lotników nikt przecież nie usłyszy od najbliższej osoby „może też byśmy tak skoczyli?”. Za to biegi trafiają w lenistwo niczym podświadomy wyrzut sumienia, bo leżą w zasięgu amatorskich możliwości dosłownie każdego.


Mecz ze Słowenią zamknął najdziwniejsze w historii eliminacje do mistrzostw Starego Kontynentu i pozostawił po sobie wiele pytań. Zarówno tych fundamentalnych – o rzeczywistą siłę polskiej reprezentacji i o to, w jak dużym stopniu na jej wynikach zaważyło szczęście, słabość rywali oraz jednostkowa moc Roberta Lewandowskiego, jak i prozaicznych – jak można przygotować murawę w sposób, który przynosi wstyd na cały piłkarski świat. Jednoznacznych odpowiedzi, jak to w sporcie, nie otrzymamy nigdy, ale za to pole do popisu mają wszyscy domorośli i medialni fachowcy.
Przyznam, że od wtorkowego wieczoru – chociaż ta kwestia może zostać źle przyjęta w kategoriach poprawności politycznej – nurtuje mnie jeszcze coś zupełnie innego. A mianowicie ceremonia pożegnania Łukasza Piszczka. Żeby była jasność – chłopak z Goczałkowic-Zdroju absolutnie sobie zasłużył na taki splendor, owację od kibiców i łzy wzruszenia – moje wątpliwości dotyczą jedynie momentu, w którym to wszystko miało miejsce. Czy oficjalny mecz o punkty to właściwa okoliczność dla takiej fety? Wszak Jerzy Brzęczek świadomie rozpoczął spotkanie pozbawiając się jednej zmiany, która miała nastąpić już w 30. minucie spotkania. A przecież już sytuacja z Kamilem Glikiem pokazała, że w tej bitwie zdarzyć się może wszystko. I niewiele wszak brakowało, by Biało-Czerwoni kończyli ją, ze względu na kontuzje, w dziesiątkę…
A jeśli nawet uznać, że zapewniony awans i nieistniejące w praktyce szanse na wywalczenie miejsca w pierwszym koszyku usprawiedliwiały takie ryzyko, to czy szpalery i gratulacje powinny mieć miejsce w czasie gry? Wybicie piłki na aut przez Wojciecha Szczęsnego, zbiegnięcie zawodników do linii bocznej i postawienie w dziwnej sytuacji rozgrzanych batalią i Słoweńców, wyglądały dość specyficznie. No i pozostaje pytanie pół żartem pół serio: co by było gdyby niezorientowani w ceremoniale rywale wznowili grę z autu?
Czy naprawdę nie można było momentu pożegnania zorganizować tuż po gwizdku kończącym pierwszą połowę, w drodze do szatni? Wtedy szpaler byłby równie efektowny, wrzawa kibiców równie donośna, a może nawet sławetny okrzyk Dariusza Szpakowskiego nie byłby tak żenujący, jak miało to miejsce w czasie rozgrywania szybkiej akcji?
Mam wrażenie, że tych pytań nikt, może ze wzruszenia, a może z obawy o naruszenie tabu, dotychczas nie zadał. Pozwalam więc sobie zostawić je Państwu pod ocenę.
Opinie i odpowiedzi przysyłajcie jak zawsze na r.musiol@dz.com.pl.ą

Nie dość, że w listopadowy poniedziałek, to jeszcze o godzinie 20.30 – pora rozegrania meczu Rakowa Częstochowa z Wisłą Kraków od początku budziła kontrowersje. Powiedzieć, że lojalność kibiców beniaminka Ekstraklasy została wystawiona na ciężką próbę to właściwie nie powiedzieć niczego. Raków gra przecież z konieczności 80 kilometrów od macierzystego obiektu, co oznaczało skazanie fanów na nocną podróż i stratę kilku godzin odpoczynku przed wtorkowym pójściem do pracy lub szkoły. 2.500 osób na trybunach w Bełchatowie zasługiwało więc na słowa uznania za determinację…

Decyzja terminarzowa na pierwszy rzut oka zakrawała na kpinę. Z drugiej jednak strony, po chwili namysłu, można odnieść wrażenie, że była to zamierzona złośliwość i forma kary za nieposiadanie przez częstochowian stadionu spełniającego chociażby minimalne wymogi najwyższej klasy rozgrywkowej. Oczami wyobraźni widzę, jak macherzy z Canal+ oraz Ekstraklasy wpychają ten najbardziej wybrakowany klub w termin, który oznaczał gwarantowaną katastrofę frekwencyjną, wychodząc z założenia, że skoro Raków do Ekstraklasy nie pasuje, to jego miejsce przy stole znajduje się na szarym, niknącym w listopadowej mgle, końcu. Gdyby było inaczej oba poniedziałkowe mecze mogłyby przecież zostać rozegrane o godzinie 18. Czy rzeczywiście decydował cynizm zapewne nigdy się nie dowiemy, ale dzięki poniedziałkowemu wydarzeniu otrzymaliśmy kolejny dowód mówiący, że wszystkie furtki stadionowe w podręczniku licencyjnym powinny zostać definitywnie zatrzaśnięte, a ram terminarza bez względu na układ świątków i piątków nie powinno się naciągać w sposób urągający logice.

Gwoli ścisłości trzeba dodać, że na złośliwość organizatora rozgrywek piłkarze Rakowa i Wisły odpowiedzieli pięknym za nadobne prezentując mecz, który stanowił wzorcową antyreklamę krajowych rozgrywek, ale na szczęście nie zobaczył go nikt poza garstką zmarzniętych desperatów na widowni, bo telewizyjni kibice po prostu na nim zasnęli.

Niedawno w tym miejscu pisałem, dlaczego nie jest mi żal prezydenta Chorzowa Andrzeja Kotali, który na własną prośbę znalazł się w trudnej sytuacji. Krytykowany przez kibiców Ruchu zarówno przez miejską pocztę pantoflową, jak i otwarcie, podczas demonstracji organizowanych nie tylko pod urzędem, ale i w dzielnicy, w której mieszka, z pewnością czuje się mało komfortowo.

Od tego czasu wydarzyła się jednak rzecz mająca dla tej historii kluczowe znaczenie. Prezydent wreszcie powiedział jasno, że obiecywanego w kampanii wyborczej stadionu budować wcale nie zamierza, a już na pewno nie w dającej się przewidzieć przyszłości. Kwestia ta wydawała się oczywista od dawna, ale po raz pierwszy została potwierdzona oficjalnie.

O zasadności samej inwestycji można rzecz jasna dyskutować i wymiana argumentów byłaby absolutnie pasjonująca. W chorzowskiej epopei wciąż jednak niezwykle istotne jest całkowicie coś innego, a mianowicie odpowiedzialność polityków za słowa, deklaracje i obietnice. Bo powtórzę raz jeszcze – nikt prezydenta Kotali do zapowiedzi budowy nowego domu dla Niebieskich nie zmuszał.

I tu przechodzę do sedna dzisiejszego tekstu. Otóż kibice Ruchu stanęli przed szansą, by udzielić socjologom odpowiedzi na jedno z najbardziej nurtujących pytań: czy sympatycy piłki nożnej są rzeczywistą siłą wyborczą, czy tylko grupą „kapiszonową”, czyli głośną, ale niemającą przełożenia na rzeczywistość. Nikt dotychczas definitywnie tego nie rozstrzygnął, a politycy i samorządowcy przypochlebiają się kibicom chyba ot tak, na wszelki wypadek. Patrząc bowiem na nazwiska wygrywające wybory (a także przegrywające), na ogół trudno w nich znaleźć efekty bezpośrednio powiązane z sympatiami sportowymi.

W Chorzowie zagadka może doczekać się wyjaśnienia. Jeśli fani klubu z Cichej chcą pokazać, że potrafią coś więcej, niż zorganizować przemarsz, powinni prezydentowi rzucić rękawicę i wyzwać go na pojedynek. Nie na szable, ale – zgodnie z regułami demokratycznymi – poprzez referendum odwoławcze, co oznacza, że trzeba zmobilizować co najmniej 10 procent mieszkańców gminy, aby poparli taki wniosek. A potem przekonać znacznie większą już grupę (prośbą, nie groźbą!), aby w tej batalii odnieść ostateczny sukces. Przy okazji na tym jednym ogniu zostałyby przygotowane dwie pieczenie – nie tylko ocena odpowiedzialności za słowa, ale także faktyczne poparcie mieszkańców miasta dla idei budowy stadionu.

Jeden wielki smutek – tak Zbigniew Boniek na Twitterze skomentował walne zgromadzenie akcjonariuszy, którzy wybierali członków Rady Nadzorczej spółki Ekstraklasa. – Zero dyskusji o piłce… zero. Jedyne, co kręci środowisko, to kto kogo wykiwa… Smutna prawda. Tak piłka klubowa do przodu nie pójdzie – napisał szef PZPN.

Kilkadziesiąt godzin później słowa Bońka nabrały dodatkowego wymiaru po poświęconym ocenie potencjału polskiej gospodarki Kongresie 590, jaki odbył się w Rzeszowie. W ramach tej imprezy zorganizowano otóż panel pod hasłem „Co zrobić, aby polskie kluby dogoniły Europę?”. Jego uczestnicy godnie zaprezentowali Ekstraklasę, dostosowując się do jej sportowego poziomu, czyli prezentując mieszankę kabaretu i bezgranicznej finansowej chciwości.

Dariusz Mioduski, prezes staczającej się po równi pochyłej pod względem sportowym Legii, oznajmił na przykład, że gdyby dostał z Orlenu takie pieniądze, jakie ten wydaje na Roberta Kubicę, to w końcu awansowałby do Ligi Mistrzów. Dodał też, że albo w Polsce wszyscy będą równie przeciętni, albo wreszcie postawmy na drużyny, które będą nas etatowo reprezentować w Europie. I to ci wybrańcy powinni rosnąć w siłę, czytaj: obligatoryjnie dostawać znacznie większy kawałek telewizyjnego tortu, lepszych piłkarzy i najsilniejszych (państwowych) sponsorów. Dlaczego akurat Legia ma się znaleźć w tym gronie, już jednak nie wyjaśnił…

Jeszcze zabawniejszą tezę przedstawił szef Ekstraklasy, Marcin Animucki, oświadczając, że prezesi zagranicznych lig, patrząc na dynamikę wzrostu oglądalności telewizyjnej, frekwencję na stadionach i wzrost wartości praw TV, boją się, że „będziemy ich wkrótce przeskakiwać”. Tu także jednak zabrakło kluczowej odpowiedzi na kwestię, dlaczego jednocześnie ci sami prezesi marzą, by ich kluby w losowaniach trafiły właśnie na polskie zespoły.

Oba te przekazy, uzupełnione przez prezesów Lecha i Jagiellonii, stanowią koncentrat myśli ludzi rządzących ligową piłką. Słychać w nich przekonanie o własnej wyższości, nieważne, że raz po raz weryfikowanej kompromitacjami w europejskich pucharach. Mocno wybrzmiewa również koncentrowanie się na biciu rekordów finansowych za prawa telewizyjne, bez refleksji o marnowaniu tych środków przez fatalną dystrybucję ukierunkowaną na utrzymanie coraz droższych piłkarzy. A w tle pozostaje bezczelnie przemilczana pasożytnicza symbioza z budżetami publicznymi, utrzymującymi infrastrukturę potrzebną do prywatnej zabawy.

Do prezesa Bońka można mieć wiele zastrzeżeń, ale w tym przypadku nie sposób odmówić mu racji. To naprawdę jest przeraźliwie smutne.

Czy królowa sportu zamieniła się w kurtyzanę? Na to pytanie mają odpowiedzieć francuskie organy ścigania, które trafiły na ślad możliwej korupcji przy wyborze gospodarza mistrzostw świata w lekkiej atletyce. Ściągnięcie tej imprezy miało kosztować 4,5 miliona dolarów przekazanych przez Katarczyków członkowi zarządu IAAF. To kolejna afera związana z szejkami, którzy już dawno uznali, że za petrodolary można kupić wszystko i wszystkich. Nawet obojętne milczenie świata w kontekście wyzysku i tragedii zagranicznych robotników na budowach aren, co skutecznie przetestowano przy okazji tworzenia infrastruktury na potrzeby również kupionego piłkarskiego mundialu.

Cierpią na tym sportowcy, cierpią kibice, a gwiazdy mają wrażenie startów na innej planecie. Cierpi jednak na tym przede wszystkim sam wizerunek sportu, który komercję zamienił w patologię. Czy można coś z tym zrobić?

Wyjścia są dwa. Pierwsze to odbieranie łapownikom organizacji imprezy, co skutkowałoby pozostawieniem ich z ręką w nocniku, a właściwie w stadionach kosztujących krocie, a których istnienie nie miałoby w takiej sytuacji kompletnie sensu. Do tego doszedłby oczywiście wstyd, ale na to uczucie sami zainteresowani dawno się zaimpregnowali.

Wariant drugi to rozwiązanie, które na Twitterze (może trochę ironicznie) zaproponował Zbigniew Waśkiewicz, były rektor katowickiej AWF i znana postać w świecie śląskiej piłki oraz krajowego biathlonu. Jego zdaniem najuczciwszy byłby otwarty przetarg „kto da więcej”. A gdyby jeszcze udało się zapisać obligatoryjną daninę ze środków od zwycięzcy na walkę z dopingiem i promowanie sportu wśród najmłodszych, wizja byłaby bliska ideału. Istnieje rzecz jasna zagrożenie, że w przypadku zgłoszenia się Kataru konkurencja oddawałaby pole walkowerem, ale w sumie teraz też nie ma żadnych szans, a wtedy przynajmniej wszystko działoby się przy otwartej kurtynie. No i prezent dostałyby stacje telewizyjne transmitujące takie licytacje. O ile oczywiście wcześniej wygrałyby przetarg, by je pokazać…

Raport Deloitte dotyczący klubów z zaplecza Ekstraklasy to fascynująca lektura. Najbardziej frapujący wątek tegorocznego opracowania dotyczy GKS-u Katowice, który w badanym okresie zmierzał w kierunku drugoligowej przepaści.

Czarno na białym widać jak zmarnowano finansowy potencjał (nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że jest to klub wielosekcyjny), o jakim inni konkurenci mogli jedynie pomarzyć. Odpowiadający za piłkarską sekcję dyrektor sportowy Tadeusz Bartnik, trener Dariusz Dudek i sami zawodnicy dokonali w tym kontekście wyczynu wręcz nieprawdopodobnego.

O ile jednak cała zabawa sportowa była oparta na złotówkach z miasta (7 z 9 milionów przychodów komercyjnych stanowiły takie właśnie wpływy), to jest w raporcie dziedzina, w której GKS osiągnął samodzielny sukces. Mowa o wartości mediowej, czyli kwocie, jaką miasta będące siedzibą klubów musiałyby zapłacić mediom za powierzchnię reklamową adekwatną do liczby wzmianek o nich w sportowych – i wokółsportowych – artykułach. Po przebadaniu 2 tysięcy portali i stron informacyjnych w przypadku GKS wyceniono ten zysk na 5,5 mln zł, podczas gdy reszta konkurentów nie pokonała bariery 3,8 mln!

I tu dochodzimy do sedna. Od kilku tygodni widoczna jest zmiana polityki medialnej, czego efektem była m.in. nieobecność klubowych mediów na meczu wyjazdowym w Rzeszowie i konieczność ratowania się… stroną internetową kibiców. Krytyka ze strony sympatyków klubu pojawiła się błyskawicznie, a w odpowiedzi na nią prezes Marek Szczerbowski zapowiedział ponowne przeanalizowanie tej kwestii. „Analiza” skończyła się na pierwszym od wielu lat braku tekstowej relacji na żywo i galerii zdjęć z występu katowiczan na boisku Garbarni Kraków… Podobny problem dotyczy walczących o medal mistrzostw Polski piłkarek nożnych oraz hokeistów, co kiepsko wróży także dopiero czekającym na ligową inaugurację siatkarzom.

Coraz więcej wskazuje więc na to, że na Bukowej zostanie zmarnowany kolejny wielki – po finansowym i sportowym – potencjał tego klubu. I w dodatku odbędzie się to kosztem jednej z nielicznych, o ile nie jedynej, korzyści, jaką dzięki GKS-owi odnosiło będące jego właścicielem miasto.