54 miliony euro. Za taką kwotę sprzedano koszulki Juventusu Turyn z nazwiskiem Cristiano Ronaldo na plecach w pierwszych 24 godzinach po transferze. Najtańsza z nich kosztowała 104 euro, a nabywców znalazło ponad pół miliona trykotów!
Ten nieprawdopodobny wręcz wynik znakomicie ilustruje kierunek, w którym podąża piłka i w dużej mierze tłumaczy sens dokonywania rekordowych transferów. Sukces sportowy nierozerwalnie związany jest z sukcesem ekonomicznym, a – jak mówi kolokwialne powiedzenie – żeby wyjąć, trzeba najpierw włożyć.

Niestety, także ten mechanizm pokazuje siermiężność polskiej futbolowej rzeczywistości, opartej na kreatywnej księgowości i wyciąganiu pieniędzy z kieszeni mieszkańców mających to szczęście (lub nieszczęście, zależnie od punktu widzenia) życia w „miejscowości będącej siedzibą właściwą klubu”. W efekcie, poza małymi wyjątkami, nawet sukcesy nie mają sensownego przełożenia na dochody. Najlepszym przykładem z naszego podwórka był przypadek Piasta Gliwice, który walcząc o mistrzostwo kraju, świecił pustkami na trybunach, a o liczbie sprzedanych koszulek z nazwiskami Jakuba Szmatuły, Martina Nespora, Gerarda Badii czy Bartosza Szeligi nie ma nawet co wspominać, bo zmieściła się w granicach błędu statystycznego.

Kluby generalnie tymi danymi nie dzielą się ze światem zbyt chętnie. Czasami jednak pewne dane zostają upublicznione, a wtedy przepaść wobec rozwiniętej piłkarsko części Europy ukazuje się w pełnej krasie. Na przykład Legia przez cały sezon 2016/17 sprzedała 22.000 koszulek, kolejna w zestawieniu Cracovia 7.714, a cała liga w sumie 59.402…

Wracając jednak do turyńskiego casusu Ronaldo. Mając świeżo w pamięci wspomniane na wstępie statystyki, z tym większym zainteresowaniem przeczytałem na Twitterze zestawienie cen koszulek klubów ekstraklasowych. Lista rozpoczynała się od 240 złotych (Legia), a kończyła na 139 (Miedź i Wisła Płock). Wychodzi więc na to, że gwiazdy z Łazienkowskiej warte są połowy wartości najtańszego Ronaldo. Jasne, że statystycznie wszystko można udowodnić, ale jednak brzmi to, przyznacie, dość zabawnie i pokazuje przeszacowanie wartości krajowych rozgrywek .

Abstrahując już od liczb trzeba przyznać, że kilka z rodzimych trykotów wyróżnia się na plus przynajmniej pod względem estetycznym. Zrozumiałą zazdrość konkurentów wzbudziła na przykład pucharowa premiera czarno-złotych strojów Górnika Zabrze. Jednak już prezentacja ubiorów Zagłębia Sosnowiec rozbudziła przede wszystkim dyskusje. Wszystko za sprawą sylwetki husarza, widniejącej na piersiach zawodników. Element rodem z modnych ostatnio patriotycznych kolekcji na piłkarskiej koszulce wygląda… powiedzmy delikatnie, zadziwiająco. Być może jest jednak w tym wszystkim ukryty sens, w końcu sosnowiczanie w ekstraklasie będą grali na stadionie, którego nowoczesność przypadła na czasy bardzo, bardzo odległe, a w rozpoczynającym się dziś sezonie stanowić będzie odpowiednik stanowiska archeologicznego.

Czasy, gdy letnie tygodnie w mediach uznawane były za sezon ogórkowy, minęły już bezpowrotnie. Rolę potwora z Loch Ness, kosmitów wydeptujących kręgi w zbożu i wieloryba płynącego Wisłą zastąpiły równie nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe historie.

Na przykład o tym, jak wiele lat rzucania młotem na dobre zakręciło Anitą Włodarczyk, która niczym dziecko w piaskownicy zabrała swoje zabawki i śmiertelnie obrażona zamknęła się w pokoju. Powodem wewnętrznej i zewnętrznej emigracji lekkoatletki był fakt, że jeden z kolegów (po fachu, a nie dosłownie) zasłonił mistrzynię widniejącą na plakacie. Ta w rewanżu chciała go całkiem wygumować i to w tak zwanym realu, na co organizatorzy imprezy zareagowali wzruszeniem ramion, wprawiając Włodarczyk w niekłamane zdumienie. Nieumywające się jednak do tego, które czuli śledzący ten żałosny spektakl kibice…

Zdziwienie dominuje również w jednym z krakowskich klubów, w Wiśle mianowicie. Otóż jej zarząd zaskoczony został przez władze królewskiego grodu wypowiedzeniem umowy, na mocy której „Biała Gwiazda” korzystała ze stadionu przy ulicy Reymonta. – Jak tak można? – oburzyli się wiślacy, którzy wielomilionowy dług za bieganie po murawie położonej przez miasto i między trybunami zbudowanymi przez miasto, uznawali za nic nieznaczący szczegół.

Podobnie frustrująca sytuacja spotkała fanów Piasta Gliwice. Bracia i siostry po tamtejszym szalu nie mogą pojąć, dlaczego prezes nie chce ich słuchać w pozycji na baczność, a normalni kibice ultrasowski bojkot meczów przy Okrzei przyjęli z niekłamanym zadowoleniem. Ultrasi się dziwią, bo przecież demolowanie własnego stadionu, odebranie własnej drużynie bezcennych punktów i odstręczanie ludzi od przychodzenia na mecze powinno budzić szacunek, a nie lekceważenie.

Na brak szacunku cierpią też piłkarze reprezentacji Polski. Najpierw naród nie docenił ich zwycięstwa nad Japonią – z którą w ostatnich minutach bawili się w kotka i myszkę, a której kolejny występ pokazał, jak wielką było to sztuką – a potem nie potrafił podzielić radości z zasłużonych wakacji. Już palec w zakrytym na szczęście markowymi kąpielówkami (niech nieletni Czytelnicy zamkną oczy) tyłku Grzegorza Krychowiaka zamiast życzliwych uśmiechów wywołał lawinę złośliwych komentarzy. Wkrótce potem na celowniku znalazł się Kamil Grosicki. Niewinne zdjęcie ze spotkania z przyjaciółmi sprowokowało hejterskie uwagi. Skrzydłowy kadry dostosował się do poziomu i na pytanie, po co pojechał do Rosji, odparł, że po g…, a na koniec oświadczył, że najagresywniejszego z internautów chciałby spotkać na żywo. Można się domyślać, że nie chodziło o wymianę koszulek…

Polskie piekiełko zgasło jednak przy słońcu, które przygrzało w Turynie. Juventus zdecydował się zapłacić za Cristiano Ronaldo 120 milionów euro plus 30 milionów dla samego zawodnika w każdym z 4 lat, jakie ma spędzić w Mieście Fiata. Dzięki temu Portugalczyk znalazł się na trzecim miejscu w rankingu najdroższych transferów wszech czasów, a w polskiej wyszukiwarce wyprzedził nawet Kaję Paschalską bez stanika.

I pomyśleć, że minęły raptem trzy tygodnie wakacji…

Ledwo została ogłoszona decyzja o końcu pracy Adama Nawałki w roli selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski, a już odbył się nad nim Sąd Ostateczny. Publicznie zważono uczynki dobre i złe, wyliczono grzechy i zaniedbania, a na koniec rozpoczęto poszukiwania spadkobiercy.

W całej tej zawierusze zabrakło jednak chwili autentycznej refleksji i próby wyjaśnienia genezy dramatu (a częściowo i komedii, ale te dwa elementy w dobrym teatrze bywają nierozłączne), jaki na naszych oczach rozegrał się na trzech rosyjskich trawnikach. Oczywiście w materii złożonej z tak wielu elementów i mechanizmów trudno sformułować odpowiedź prostą i krótką, jednak już samo podjęcie takich starań jest po prostu koniecznością. Spróbujmy więc znaleźć najważniejszy z czynników, które mundial zamieniły w Waterloo.

W moim osobistym odczuciu, na szczycie listy powinien znaleźć się syndrom tłustych kotów. Mam bowiem wrażenie, że zarówno kadrowiczom, jak i samemu selekcjonerowi – do czego żaden z nich zapewne się nie przyzna – zaszkodziły przesyt i zagłaskanie. Po mistrzostwach Europy we Francji kadra w świadomości kibiców przekształciła się w grupę Orłów. A przecież, nie ujmując nic radości i wrażeniom, jakich nam wówczas dostarczyła, a które były także moim bezpośrednim udziałem, Biało-Czerwoni dotarli aż, ale i tylko, do ćwierćfinału. Wobec wcześniejszej mizerii i głodu jakiegokolwiek sukcesu wyczyn sprzed dwóch lat urósł do miana historycznego, jednak powiedzmy sobie prawdę – obiektywna skala tego osiągnięcia nie odzwierciedla miary emocjonalnej.

Później przyszła kolej na eliminacje do mistrzostw świata. I krzywa wciąż szła w górę. Efektowna gra, gole Roberta Lewandowskiego, awans niemal w cuglach. Naprawdę świetna sprawa. Tyle tylko, że nad Wisłą znów zgubiono proporcje. Przedpokój prowadzący na salony pomylono z salą balową. Sprzyjał temu pewien kontrast: obraz triumfujących Orłów przeplatano z płaczem Włochów i Holendrów, którzy takiego progu nie pokonali. Gdyby nie ich absencja, w Rosji zameldowaliby się wszyscy naprawdę chętni i eliminacje zostałyby sprowadzone do formalności…

Euforia z otrzymania mundialowych wiz przełożyła się na pieniądze. Piłkarze podzielili między siebie – to wieści oczywiście nieoficjalne, ale nikt im nie zaprzeczył – ponad 10 milionów złotych, z czego rekordziści zgarnęli po kilkaset tysięcy, sam szkoleniowiec otrzymał – również podobno – 4 miliony. Nikt nie pomyślał o tym, by część tych kwot na przykład zamrozić i wypłacić dopiero po wyjściu z grupy mistrzowskiej. Oczywiście takie sumy na samych zainteresowanych nie robią aż takiego wrażenia jak na przeciętnych zjadaczach chleba glutenowego, jednak wrażenie spełnienia było wręcz dojmujące, a obraz kadrowiczów przybywających na obóz helikopterami znakomicie je dopełniał. Żeby była jasność – nie chodzi o to, że Lewandowski i spółka powinni do Arłamowa przychodzić piechotą z plecakiem na grzbiecie i z kanapkami w kieszeniach, tylko o obraz, który zyskiwał na jaskrawości z każdym przeczłapanym przez nich meczem na mistrzostwach świata. Krótko mówiąc, o rosnącą pewność, że dla reprezentantów to, co najważniejsze, wydarzyło się wcześniej, a występ na mundialu stał się tylko koniecznością.

Tezę tę zdaje się potwierdzać przykład Rafała Kurzawy i kilku innych, jeszcze nieprzesiąkniętych kadrową atmosferą zawodników. Ich występ w meczu z Japonią pokazał, że głód gry w koszulce z Orłem, osiągnięcia jakiegokolwiek sukcesu, a pewnie, nie ma co ukrywać, otwarcia i dla siebie dostępu do wielkich pieniędzy, w piłce wciąż stanowi istotny czynnik, z którego trzeba korzystać dla dobra całej grupy. I tego właśnie Nawałce chyba przede wszystkim zabrakło. Zamiast na tygrysy postawił na wspomniane na wstępie tłuste koty…

Ja p… – powiedział Kamil Grosicki w pewnym momencie meczu z Japonią i chociaż nie było tego słychać, to odczyt z ruchu warg pomocnika reprezentacji Polski nie wymagał specjalistycznych umiejętności. Piłkarz Hull City stał się w ten sposób żywym podsumowaniem tego, co Biało-Czerwoni pokazali na mistrzostwach świata.

Prawdziwym symbolem rosyjskiego turnieju w wykonaniu naszej kadry powinien być jednak Rafał Kurzawa. Najlepszy „asystent” Ekstraklasy, który do kraju wróci już jako były zawodnik Górnika Zabrze, dostał swoją szansę dopiero w trzecim meczu grupowym. I stał się dla Adama Nawałki wyrzutem sumienia. Nawet biorąc pod uwagę cały kontekst konfrontacji z Japończykami, pokazał, wraz z Łukaszem Fabiańskim, jak poważne błędy popełnił selekcjoner podejmując decyzje kadrowe przed spotkaniami z Senegalem i Kolumbią.

25-latek z Wieruszowa wszedł w mecz bez kompleksów, rzucił do Roberta Lewandowskiego więcej piłek niż kapitan kadry dostał w poprzednich występach, udowodnił, że rzut rożny też można wykonać precyzyjnie, i bez problemów, chociaż ze stratą dla gry zespołu, dawał się przesuwać z lewej na prawą stronę, by zrobić miejsce Grosickiemu. No i przede wszystkim swój czwarty, a biorąc pod uwagę realny czas gry drugi występ w reprezentacji (w co trudno było uwierzyć patrząc na spokój z jakim wyprowadzał akcje), podkreślił kapitalnym podaniem przy golu Jana Bednarka.

Nawałce najwyraźniej na mundialu zabrakło tak zwanego nosa, a może po prostu odwagi, która wygrała z przywiązaniem do nazwisk. Zespół, a wraz z nim wszyscy kibice, zapłacił za to najwyższą możliwą cenę. Niewykluczone jednak, że najcenniejszą lekcję na przyszłość zafundował nam właśnie piłkarz, którego wykreował w Zabrzu Marcin Brosz. Tyle tylko, że patrząc, jak Nawałka dokonuje kompromitującej zmiany i zastępuje Kurzawę Sławomirem Peszką, trzeba przyjąć do wiadomości, że wnioski z tej lekcji wyciągnie dopiero następca obecnego selekcjonera.

Z drugiej strony może to i dobrze, że Rafał Kurzawa nie wziął udziału w kończącym polski mundial kabarecie. Mógłby przecież nie wytrzymać nerwowo i przerwać żenujący spektakl, by umożliwić wejście na murawę Jakubowi Błaszczykowskiemu. A tego upokarzająca byłego kapitana „elita” obecnej reprezentacji mogłaby mu nie wybaczyć…

Możliwości drużyny wykorzystaliśmy maksymalnie. To zdanie Adama Nawałki wstrząsnęło mną do głębi. Maksymalnie! Czyli nic więcej z tymi piłkarzami nie dało się zrobić. Przecież to najbardziej porażająca diagnoza stanu polskiej piłki, jaka została sformułowana w ostatnich latach przez ludzi z futbolowego mainstreamu.

Zastanówmy się, co deklaracja selekcjonera oznacza w praktyce. Ano ni mniej, ni więcej to, że totalny blamaż nie był wynikiem złych przygotowań, niewłaściwego doboru zawodników, przestrzelenia z taktyką, pomyłki przy wyborze mundia-lowej bazy, zwykłego pecha czy też nadmiernego zaangażowania w eventy pozasportowe, tudzież latania śmigłowcami na zgrupowanie. Nie, prawda jest znacznie prostsza i znacznie boleśniejsza. W opinii Nawałki, nie ma w Polsce lub z polskimi paszportami zawodników, którzy na mistrzostwach świata nie przynieśliby nam wstydu.

Czy taki stan rzeczy naprawdę powinien nas jednak dziwić? W końcu – jak sama nazwa wskazuje – to reprezentacja Polski, czyli zawodnicy, którzy co prawda w większości jedzą teraz (bezglutenowy) chleb z lepszych pieców, ale sięgają korzeniami do rodzimej Ekstraklasy. Tej samej, której przedstawiciele w europejskich pucharach rzadko wychodzą poza przedpokój i w której euforię komentatorów wywołuje każde podanie, jakie dociera do adresata.
W masie krytycznej żalu, frustracji, złości i poczucia wstydu za naszych, zmieszanego z zazdrością wobec innych, trudno znaleźć światełko nadziei. Ale ono jednak zawsze gdzieś się tli. I tym razem też tak jest. Użyłem wcześniej sformułowania „najważniejszy turniej życia”. Tymczasem Robert Lewandowski publicznie stanowczo zaprotestował, jakoby rosyjski turniej miał być dla niego właśnie takim wydarzeniem. A to oznacza, że turniej życia dopiero go czeka. Co prawda metryka kapitana reprezentacji próbuje ten optymizm kontrować, ale nie pozostaje nam nic innego, jak wierzyć, że kapitan kadry wie, co mówi. Być może po prostu cierpliwie czeka, aż w narodowym zespole znajdzie się grupa zdolna spełniać jego oczekiwania. Bo co sądzi o obecnych reprezentantach, powiedział dość wyraźnie, zastrzegając jednak sprytnie, że media i tak każde słowa interpretują po swojemu, a on niekoniecznie taką właśnie interpretację ma na myśli.

Tym bardziej szkoda, że ani Nawałka, ani Lewandowski, nie odważyli się powiedzieć niczego wprost. A tego, który tak zrobił, czyli Macieja Rybusa, mówiącego o tym, że kadra nie wiedziała, co ma grać, uznali za paranoika. Być może zresztą problemem tej grupy ludzi jest właśnie brak umiejętności jasnej komunikacji? Bo jeśli selekcjoner w szatni używa podobnego języka jak w kontaktach z mediami (słynne „zabrakło pozytywnego transferu”, zamiast „nie potrafiliśmy podać piłki do przodu”), zapewne nie tylko Maciej Rybus miewa kłopoty ze zrozumieniem tego, o co właściwie chodzi i jaki jest faktyczny plan na meczową batalię…

W kontekście oczywistego skupienia na wyczynach piłkarzy łatwo można było przeoczyć, że mundial 2018 przegraliśmy jednak nie tyle piłkarsko, co kompleksowo, na wszystkich odcinkach.

Poważną wtopę zaliczył przecież także sędzia Szymon Marciniak. Błąd z meczu Niemców ze Szwedami, wynikający z wiary we własną nieomylność i „uśmiechniętą charyzmę”, w gruncie rzeczy był więcej niż symboliczny. Przecież to właśnie my mieliśmy uczyć świat używania VAR-u, a tymczasem polegliśmy na jego nieużyciu. Być może arbiter z Płocka zdążył się już znudzić zaglądaniem w ekranik podczas meczów ligowych i dlatego unika go w Rosji jak ognia? W każdym razie wyszło słabo, a Szwedzi najchętniej zafundowaliby nam drugi potop.

I tu możemy przejść do kolejnego elementu – jedynymi adwokatami Marciniaka byli komentatorzy i eksperci TVP, czyli trzecie słabe ogniwo w mundialu po polsku. Poziom większości z nich (to określenie z gatunku alibi a la Lewandowski, pozwalające zrzucić wszystkie skojarzenia na karb interpretacji Czytelnika) był i jest adekwatny do poziomu gry Biało-Czerwonych. Zagłuszający, zanudzający, zastatystykujący – sam wymyśliłem to słowo na potrzeby seryjnego odczytywania tysiąca danych, z których nic nie wynika – albo po prostu niemiłosiernie mylący fakty, nazwiska i wydarzenia komentatorzy odbierają widzom dużą część przyjemności z obcowania z największym sportowym wydarzeniem świata.

Oni jednak, w przeciwieństwie do piłkarzy (a może i Marciniaka, który w chwili pisania tego tekstu oczekiwał na decyzję FIFA), wciąż mają szansę na poprawę. Tyle tylko, że przyzwyczajenie jest drugą naturą, o czym wie już całe pokolenie kibiców, wychowane na systemie mecz otwarcia – mecz o wszystko – mecz o honor.
A propos kibiców. Ich właściwie można by uznać za jedynych polskich wygranych mundialu, bo generalnie wstydu nam nie przynieśli. Ale i tu pozostaje w pamięci obrazek sprzątających po sobie fanów Senegalu. Czyli zawsze można lepiej. A już na pewno wtedy, gdy gorzej po prostu się nie da.

Sensacji nie było. Zgodnie z oczekiwaniami – sformułowanymi także dwa tygodnie temu w niniejszej rubryce – podczas mundialu nastąpił wysyp futbolowych ekspertów, ze szczególnym uwzględnieniem polityków. Zwłaszcza tych, którzy na co dzień ze sportem nie kojarzą się w sposób żaden albo nawet jeszcze mniej. W końcu – jak powiedział komentator TVP na widok premiera z rodziną na trybunach podczas jednego z meczów towarzyskich – reprezentacja Polski przyciąga wszystko, co najlepsze, więc nawet ci najgorsi uznali, że wystarczy zawiązać na szyi biało-czerwony szalik, by przeskoczyć do najwyższej kategorii.

To oczywiście zjawisko nienowe. Kibice mają już zresztą wprawę w odróżnianiu tych, którzy na widowni czują się jak ryba w wodzie i wiedzą, na czym polega spalony, od tych, dla których ważne jest tylko zaistnienie na ekranie. Lawiny gwizdów nie są więc wyjątkiem, ale rządzący mogą za to liczyć na publiczną telewizję, która na wszelki wypadek przestała na gorąco wypytywać ich o nazwiska zawodników, co bywało równoznaczne z wrzucaniem na wizerunkową minę.

Bywa jednak czasem i tak, że osoby publiczne, uaktywniając się na odcinku piłki nożnej, wzbudzają całkiem interesującą dyskusję. Nie chodzi mi nawet o Patryka Jakiego, który w swojej nierozpoczętej jeszcze kampanii postawił na Legię, wywołując oburzenie sympatyków Polonii. Bardziej mam na myśli Magdalenę Ogórek. Była prezydencka kandydatka Sojuszu Lewicy Demokratycznej, z którą to formacją bynajmniej się nie utożsamiała, a zdjęcia z Leszkiem Millerem robiono jej podstępnie, gdy akurat przechodził obok, poinformowała otóż na Twitterze, że Niemcy przegrały z Meksykiem z kretesem 0:1. I wywołała polemikę. Bo czy można z kretesem przegrać 0:1? Ogórek podpierała się definicją słownikową, czyli „całkowicie, bez możliwości odwrotu, doszczętnie”, jej adwersarze kontrowali i zrobiło się naprawdę zabawnie. Zwłaszcza gdy jeden z internautów podsumował dyskusję stwierdzeniem, że „Brazylia właśnie z kretesem zremisowała 1:1 ze Szwajcarią”. Przyznacie, że było to autentycznie śmieszne? A już na pewno śmieszniejsze niż eksperci, którzy nawet nie ukrywają, że nie mają zielonego pojęcia na temat, w którym są przepytywani. I zapewne nie przeszkadza im to w pobieraniu wynikającego z umowy honorarium, łączonego z pakietem socjalnym w postaci hotelowego noclegu i ciepłego posiłku w bufecie.

Traf chciał, że w zalewie banałów pomieszanych z głupotami, jakie można usłyszeć z ważnych ust w stacjach telewizyjnych i radiowych, tylko jedna ofiara została napiętnowana i ukrzyżowana. Okazała się nią Bogu ducha winna prezenterka TVN, która oświadczyła/przeczytała, że dwa z trzech goli Cristiano Ronaldo były hat trickami. Dziewczyna, dla której pojęcia te były zapewne tak samo abstrakcyjne jak dla polskich kibiców touchdowny w amerykańskim futbolu, zapłaciła podobno za błąd zawieszeniem w pracy. Doprawdy, współczując jej, nie sposób uciec od refleksji, jak wspaniały stałby się nasz świat, gdyby takie same konsekwencje dotyczyły polityków…

W najbliższą środę Górnik Zabrze oficjalnie wróci na europejskie boisko. Tego dnia odbędzie się bowiem losowanie pierwszej rundy kwalifikacji Ligi Europy, będącej nagrodą za zajęcie w Lotto Ekstraklasie czwartego miejsca.
Słowo nagroda jest w tym przypadku bardzo adekwatne. Dla zespołu z Roosevelta wejście do pucharowego przedpokoju oznacza gwarantowane 220 tysięcy euro. Każda kolejna runda eliminacyjna to następny plus minus milion złotych. Nic więc dziwnego, że w Zabrzu trzymają kciuki także za to, by Górnik wylosował rywala z jak najniższej półki, a jednocześnie wymagającego jak najkrótszej (najtańszej) podróży. Tak, żeby za każdym razem, po odliczeniu niezbędnych kosztów, w kasie zostawało jak najwięcej gotówki. Zwłaszcza że bez względu na klasę przeciwnika, można się spodziewać, że kibice znów wypełnią trybuny do ostatniego miejsca.

Osiągnięte w niedawno zakończonym sezonie wyniki zespołu Marcina Brosza generalnie dały klubowi całkiem pokaźny dochód. Ekstraklasa przesłała na Roosevelta solidny przelew na 9.721.171 zł i 25 groszy, kolejne pół miliona złotówek zapłaci Legia za powrót Mateusza Wieteski, a co najmniej 900.000 dotrze do Zabrza z FIFA za mundialowe powołanie Rafała Kurzawy. Do pełni szczęścia zabrakło tylko gotówkowego transferu tego zawodnika.W sumie i tak jest jednak całkiem nieźle.

Warto jednak przypomnieć, że awans do Ekstraklasy, powołanie dla Kurzawy i wszystkie inne obecne profity poprzedziły drastyczne akcje ratunkowe prowadzone przez miasto w poprzednich latach. Za 35 mln złotych, pozyskanych z obligacji wyemitowanych w 2015 roku, klub musi spłacić bankowi do 2028 roku w ratach aż 48.315.575 zł (gwarantem jest miasto, będące jednocześnie właścicielem Górnika, więc de facto pieniądze będą pochodziły z budżetu gminy). W 2018 to 4,567 mln zł. Bieżący rok jest za to jeszcze wolny od spłat za gwarantowany przez miasto wykup akcji z 2017 na kwotę 32 mln zł. W tym jednak przypadku spłata – w sumie 46.410.000 – rozpocznie się w 2019 roku i potrwa do 2031.

O tym wszystkim – i o wielu pomniejszych balastach – zdecydowanie należy pamiętać, licząc obecne wpływy czternastokrotnych mistrzów Polski. Do zamiany klubu w normalnie prosperujące przedsiębiorstwo – o czym tak często mówi prezydent Małgorzata Mańka-Szulik – droga jest bowiem wciąż bardzo daleka i dopiero gra w fazie grupowej LE (gwarantowane 2,92 mln euro) plus duży zagraniczny transfer mogłyby ją realnie zacząć skracać.

Przede wszystkim w Zabrzu rzuca się jednak w oczy brak strategicznego sponsora. To właśnie najbardziej zaskakujący element w kontekście olbrzymiego postępu sportowo-wizerunkowego, jaki zrobił w minionych miesiącach Górnik. I przy okazji powstaje zasadnicze pytanie – czy wynika to z prawdziwego kiepskiego potencjału ligowej piłki? A może z posuchy sponsorskiej na Śląsku? Jest też opcja „C” – z nieskuteczności działań osób zarządzających Górnikiem, niepotrafiących „sprzedać” ani sukcesów boiskowych, ani potencjału związanego z tłumami kibiców. Która odpowiedź Waszym zdaniem jest prawdziwa?

Żal mi Kamila Glika. Kto jak kto, ale akurat on nie zasłużył na to, by własnonożnie pozbawić się gry na mistrzostwach świata, podnieść ciśnienie Adamowi Nawałce, wprawić w stany lękowe kolegów z reprezentacji i wyrwać zbiorowy jęk z piersi kibiców.

Wypadek stopera okazał się jednak bezcenny w kontekście medialnym. Nagle na rzece lukru zalewającego cały kraj z Arłamowa, pojawiły się wyraźne fale. Zaczął się absurdalny wyścig na newsy i analizy, a stacje telewizyjne zaczęły ściągać na gwałt ekspertów, aby wyjaśnili ludności, czym jest więzozrost barkowo-obojczykowy, przy czym im więcej pomocy naukowych, ze szkieletami na czele, przytargali do studia, tym oczywiście lepiej. Do zdarcia nośników odtwarzano filmik, na którym Glik obrazowo pokazywał, co i gdzie mu wyskoczyło, przypominano dawne kontuzje, które skończyły się happy endem i rozkładano na czynniki pierwsze tembr głosu selekcjonera ogłaszającego kadrę, doszukując się w nim nut smutku, niepokoju i refleksji na temat przyszłości. Chyba tylko przez przeoczenie zabrakło animowanych scenek z nieszczęsną przewrotką, upadkiem, okrzykiem bólu i finałową podróżą kreskówkowego samolotu do Nicei po barwnym globusie (a przecież do wzięcia był gotowiec z Bielska-Białej z czołówki jednej z serii o „Bolku i Lolku”). W całej tej historii istotne były tymczasem tylko precyzyjne komunikaty sztabu medycznego oraz jedyny prawdziwy news, autorstwa bodaj TVN24, o tym, że profesor Pascal Boileau bynajmniej nie czeka na płycie lotniska we Francji, bo przebywa na urlopie, i polski stoper badania przejdzie nie we wtorek, jak pierwotnie informowano, a dopiero w czwartek. Cała reszta była tylko biciem piany.

I tak się to mieliło i młóciło, zamiast nowości echo grało, a nad wszystkim unosił się duch infantylizmu. Mundiale bowiem, podobnie jak Euro, cyklicznie potwierdzają powszechnie panującą opinię, że na piłce znają się wszyscy, i równie cyklicznie obnażają zakłamanie tego założenia. Na co dzień poważni publicyści i reporterzy, którzy radzą sobie w brudnych politycznych korytarzach, jeden po drugim wykładają się na zielonych boiskach. Bo o harataniu w gałę trzeba mieć jednak jakieś pojęcie nie tylko od święta, by po prostu nie wyjść na głupka. Zwłaszcza poza pasmem telewizji śniadaniowych, bo tam poprzeczka już nawet nie wisi, a leży poniżej poziomu morza i można zapewniać domowe gospodynie i domowych gospodarzy, że wywiad z Robertem Lewandowskim jest jedyną rozmową przed mundialem z tym zawodnikiem. Doprawdy, nie sposób się dziwić Polskiemu Związkowi Piłki Nożnej, że przed rozpoczęciem zgrupowania Biało-Czerwonych oficjalnie poinformował, że zbieranie autografów, robienie selfie i inne czynności zarezerwowane dla kibiców będą karane natychmiastowym odebraniem akredytacji. A i tak jeden delikwent podjął takie próby, za co został faktycznie wyrzucony za bramę. Takie mamy czasy, takich mamy dziennikarzy…

Z tym większymi więc obawami czekam na mundial. I to nie w kontekście tego, jak spisze się polska defensywa bez chłopaka z Jastrzębia, a tego, jak nam to media, zwłaszcza telewizyjne, opowiedzą i przeanalizują. Patrząc na zachłyśnięcie się samym faktem pokazywania mistrzostw i nachalne przypominanie tego faktu przy każdej, nawet najmniej fortunnej okazji, mam przeczucie, że telewizja może nam zafundować spektakl, w którym zapowiadane „4K” zamieni się w tysiące grzmiących „k” w domach kibiców. Bo przecież nie można wykluczyć, że któregoś dnia jednym z gości okaże się na przykład słynny specjalista od siatkarskich kontaktów międzynarodowych, a jednocześnie niedoszły prezes PZPN i PKOl.

No cóż, na taką okoliczność pozostaje tylko życzyć sobie i Państwu sprawnych potencjometrów w odbiornikach…

W sporcie nie ma sentymentów, a nieszczęścia jednych są pożywką dla innych. Nie inaczej rzecz się ma z degradacją Ruchu Chorzów. Porównanie jego piłkarzy do tenisistów przegrywających 0:6, 1:6, 0:6, czy stwierdzenie, że ulubionym środkiem lokomocji kibiców Niebieskich na mecze jest tramwaj numer sześć, należały w niedzielę do najłagodniejszych. Podobnie zresztą jak wywieszony na stadionie świętującego awans Zagłębia Sosnowiec transparent o treści „Ekstraklasa albo śmiech”, parafrazujący słynne hasło GKS-u Katowice .

Kluby znajdujące się na celowniku szyderców nie mają jednak czasu, by doceniać ich subtelności lub oprawy graficzne. Sytuacja jest bowiem podbramkowa, przy czym w przypadku Niebieskich – trzymając się tego porównania – między słupkami nie ma już bramkarza, o czym poinformowała Komisja Licencyjna. Na Cichej trwa więc kolejna odsłona dramatu sportowo-finansowego, podczas gdy na Bukowej coroczny spektakl frustracyjno-ambicjonalny.

Pomimo tych różnic pojawił się jeden wspólny mianownik. W obu przypadkach trenerzy zapowiedzieli głębokie zmiany w szatniach, nie spoglądając przy okazji w lustra. Dariusz Fornalak, firmujący największe porażki w historii klubu, które złożyły się na największą klęskę, nie wygląda na człowieka, który chciałby to wszystko rzucić w diabły, chociaż tak podpowiadałyby przecież i rozum, i serce, a może i honor. Niewykluczone, że to Janusz Paterman dodaje jakiś tajemny specyfik do kawy, bo przecież również sam Krzysztof Warzycha pozwala się przesadzać w klubie z krzesła na krzesło.
Ale i w Katowicach też jest dziwnie. Jacek Paszulewicz mówi, że kontrakty piłkarzy nie chronią przed wyrzuceniem ich z klubu, a ułamek sekundy później podkreśla, że jego umowa taką moc jednak posiada…

Jeśli nic z tego nie rozumiecie, możecie być pewni, że jesteście w większości. Warto więc przypomnieć, że ojciec upadku Ruchu, czyli Dariusz Smagorowicz, powiedział kiedyś, że do piłki nie można przykładać logicznych miar…

Jest w młodopolskim współczesnym języku niezwykle trafne sformułowanie, które brzmi „tego się nie da odzobaczyć”. Oznacza wydarzenie niedające się usunąć z pamięci, głównie dlatego, że jego przebieg był tak absurdalny, że aż nierealny.

Określenie to przyszło mi na myśl podczas Narodowej Gali Boksu, zorganizowanej na Narodowym Stadionie i transmitowanym przez Narodową Telewizję. Tego naprawdę nie dało się odzobaczyć. Edyta Górniak w indiańskim pióropuszu wesoło podskakująca boso na zbryzganym krwią ringu (niestety, nie dano jej zaśpiewać Mazurka Dąbrowskiego), zawodnik idący między liny w masce nurka i z płetwami przewieszonymi na piersiach, naoczni świadkowie tych wydarzeń śpiący na widowni, czemu sprzyjały zgaszone światła maskujące puste sektory, bokser maszerujący przy dźwiękach hymnu Termaliki Nieciecza, pięściarz rezygnujący z walki, bo rozbolała go głowa, odwołanie w ostatniej chwili „gwoździa programu”, osłupiały Michael Buffer w środku tego cyrku, o występie gospodarza imprezy Marcina Najmana już nie wspominając… Generalnie zagęszczenie skeczów znacząco przekroczyło standardy przeciętnego programu kabaretowego. Do pełni szczęścia zabrakło chyba tylko scenicznego finałowego występu tria Marcin Najman – Jacek Kurski – Zenek Martyniuk z wykonaniem pieśni „Boże, coś Polskę…”, której samozwańczy spadkobiercy Żołnierzy Wyklętych wysłuchaliby na kolanach.

Pewnie w tym momencie część z Czytelników skrzywiła się, uważając ten pomysł za obrazoburczy. Pomijając prawo autora do korzystania z wyobraźni, warto religijno-patriotyczne zdegustowanie skontrować prostym pytaniem: – A nie drażniło Was użycie w nazwie tego żałosnego przedsięwzięcia przymiotnika Narodowy? Czy przykrycie nim takiej prywatnej hucpy nie jest dla tegoż Narodu bardziej obraźliwe niż „durny kołtuński kraj”, za który satyryk i felietonista „Angory”, Antoni Szpak, został wezwany przed sąd za znieważenie Polaków? Jestem zdziwiony, że już sam fakt wywyższenia do takiej pozycji imprezy polegającej na okładaniu się po twarzach, nie obudził czujnej gwardii pilnującej wartości i nie skłonił jej do różańcowej blokady wejść na warszawską arenę.

Ponieważ jednak Polak zwykle bywa mądry po szkodzie, a nie przed nią, może jednak warto dmuchnąć na zimne i to dumne Narodowe miano czym prędzej zastrzec prawnie dla wydarzeń i miejsc absolutnie wyjątkowych? Oczywiście rodzi się w tym momencie pytanie, kto miałby kandydatury oceniać i kwalifikować, bo większość wykreowanych przez media etycznych i moralnych autorytetów okazuje się mieć nie tyle ciemną stronę mocy, co gigantyczną Piętę Achillesa (sam nie wiem, dlaczego napisało mi się z dużej litery)… To już jednak problem techniczny i nawet gdyby osób godnych znalezienia się w Wysokiej Komisji było niewiele i w dodatku rozrzuconych na dużej powierzchni kraju, to wierzę, że dla tak zbożnego celu znalazłby się jakiś bezdomny, który zasponsorowałby flotyllę samochodów, by wszyscy dotarli na miejsce narady.

Póki co Najman już zapowiedział, że NGB powinna być imprezą coroczną. Nie można wykluczyć, że – o czym najlepiej wie prezes TVP – ciemny lud (czytaj Naród) rzeczywiście to kupi i jeszcze zapłaci za tę masochistyczną przyjemność i napełnianie cudzych kieszeni własnymi pieniędzmi, w większości jak zwykle nie zdając sobie z tego sprawy. Nie zdziwiłbym się zresztą, gdyby Najman swoim zepsutym barkiem (chodzi o kontuzjowaną podczas występu część ciała, inne skojarzenia są nieuprawnione) wyważył drzwi innym Narodowym przedsięwzięciom, którym senator Anna Maria Anders chętnie popatronuje, przylatując na każde z nich oddzielnie biznesklasą z USA.