Miesięczne archiwum: Styczeń 2014

Czy to przypadek, że Sztokholm, Barcelona czy Monachium nie chcą u siebie igrzysk? Jasne, że nie – w tych kipiących zamożnością miejscach po prostu wiedzą, że w epoce ekonomicznego kryzysu hasło „chleba i igrzysk” trzeba zamienić na :”chleba albo igrzysk”. I nie mają wątpliwości co wybrać.
Kraków, czyli Polska, chce za to zjeść ciastko i mieć ciastko, czyli dostać zimową sportową orgię 2022. Nie bacząc na to, że mamy już sportowe zakalce w postaci nierentownych stadionów po Euro 2012, co zresztą nie jest żadnym wyjątkiem. Po co nam więc kolejny jednorazowy plac zabaw np. w postaci horrendalnie drogiego toru bobslejowego (z całym szacunkiem dla Dawida Kupczyka, który będzie niósł w Soczi Polską flagę)?
Igrzyska w obecnym kształcie to przeżytek. Istnieją jednak dwa wyjścia awaryjne. Pierwsze to podział tortu pomiędzy kilku zainteresowanych: masz świetne trasy alpejskie dostaniesz takie konkurencje, kochasz curling i masz hale – bierz go, Polska jak nikt inny kocha skoki – proszę bardzo. A kibice, którzy chcą zobaczyć swoich idoli i tak już przyzwyczaili się do podróży i wydawania pieniędzy. Jasne, że copyright takiej idei należy do UEFA i Michela Platiniego, ale dlaczego nie przenieść jej na grunt olimpijski? A wyjście drugie? Kraj, który przedstawi najciekawszą ofertę może igrzyska zorganizować po swojemu, czyli przyciąć (lub rozbudować) program stosownie do własnych możliwości i perspektyw. Czy to sprzeniewierzenie idei? Jeśli tak sądzicie, to poczytajcie o Squaw Valley. Tamtą olimpiadę w 1960 roku zrobiła grupa amerykańskich biznesmenów i wykreśliła z programu bobsleje (znów padło na nie, fatum jakieś czy co?), bo budowę toru uznano za nieopłacalną. Burza wybuchła, ucichła i zniknęła. Kilkunastu bobsleistów zostało w domach, za to w programie IO pojawił się biathlon.
No cóż, najwyraźniej Alexander Cushing, do któego należała cała dolina, i jego koledzy multimilionerzy, już wtedy wiedzieli, że albo chleb, albo igrzyska…