Miesięczne archiwum: Luty 2014

Wczasach starożytnych z okazji igrzysk ogłaszano rozejm we wszystkich toczonych wojnach. Rozwiązanie to było podyktowane rozsądkiem: chodziło o to, żeby w sportowych zmaganiach mogli wziąć udział wszyscy młodzieńcy (kobiet nie dopuszczano), także ci, którzy na co dzień służyli w armiach państw-miast, oraz by do Olimpii mogli bezpiecznie dotrzeć także ówcześni kibice wspierający swoich idoli.
Mit pokojowych igrzysk jest popularny do dziś, chociaż niemal w całej nowożytnej historii podczas ich przeprowadzania w różnych zakątkach świata trwały krwawe wojny. Ukraińscy przywódcy, z prezydentem Wiktorem Janukowyczem na czele, zrobili jednak poważny krok, by szlachetną ideę zabić do  końca: zdecydowali się na siłową konfrontację z opozycją właśnie w trakcie olimpiady w  Soczi, licząc być może na to, że pochłonięta liczeniem medali Europa tego nie zauważy. Pomylili się. Dramat swojej ojczyzny zauważyli też sportowcy – Ukrainki wycofały się z drużynowego sprintu. Nawiasem mówiąc coraz absurdalniej wygląda polityka prowadzona przez sam MKOl, który zabrania zawodnikom startów z żałobnymi wstążkami w momencie, gdy giną ważni dla nich ludzie na skalę masową (Ukraina) i jednostkową (Astrid Jacobsen po śmierci brata)…
Na marginesie warto zadać pytanie o rolę, jaką w obecnej sytuacji na Ukrainie odegrało  Euro 2012. Czy gdyby nie energia poświęcona przez naszych wschodnich sąsiadów na organizację tej imprezy, do  wybuchu rewolucji mogło dojść wcześniej? A może wręcz przeciwnie: to mistrzostwa, podczas których Ukraina, chcąc nie chcąc, musiała się otworzyć i mogła porównać m.in. do  wspomaganej z Unii Polski, stały się katalizatorem tego, co dziś oglądamy na Majdanie? a

Nie ma w czasie igrzysk dnia, by na redakcyjnego maila nie przyszła wiadomość, w której TVP chwali się wynikami oglądalności relacji z igrzysk. Liczby robią wrażenie, ponad dziesięć milionów widzów tu, kilkadziesiąt procent udziału w  widowni tam, rekord taki, rekord inny. No po prostu, jak wrzeszczał komentator łyżwiarstwa szybkiego, matko jedyna! Co za wynik!
Jest jednak w tym samozachwycie haczyk, a nawet hak, skrzętnie w tych entuzjastycznych raportach przemilczany. Otóż tym razem, po raz pierwszy od wielu lat, TVP ma na tę olimpijską zabawę monopol. Czyli zero konkurencji. Widz ma więc prawo wyboru: albo publiczna, albo nic (no, chyba, że wynajdzie niemieckojęzyczną stację, która pachnie amatorszczyzną, bo znacznie częściej pokazuje wyczyny sportowców niż gości w studiu i proszki do prania). Dla TVP igrzyska w Soczi to po  prostu prawdziwa podróż do przeszłości, z tą różnicą, że zamiast dwóch kanałów, ma do dyspozycji trzeci, ze sportem w nazwie, za to z tym podobieństwem, że pewnego dnia zamiast żywego obrazu pojawiła się plansza informująca o awarii.
Gratulując telewizji wiekopomnych olimpijskich osiągnięć zastanawiam się, jak wyglądałyby wyniki, gdyby w prowadzonych badaniach przewidziano rubrykę „liczba widzów wyłączających dźwięk”. Jedno jest pewne:  byłyby bardziej miarodajne, bo jaki obraz jest każdy widzi, ale jaka prawdziwa TVP każdy słyszy. Niestety…

Polska rozbiła olimpijski bank. Ale czy na pewno Polska? Owszem, w przypadku skoków widać, jak ważne i opłacalne było stworzenie profesjonalnej bazy i spójnego systemu szkolenia młodzieży. Ale skąd w takim razie wzięli się Justyna Kowalczyk i Zbigniew Bródka?
W ich specjalnościach, zwłaszcza u podstaw piramidy, ale i na jej szczycie też, są problemy z miejscami do treningów, z pieniędzmi dla trenerów. Dlatego ciesząc się z ich sukcesów miejmy świadomość, że te medale są przede wszystkim ich, a nie nasze.

Adam Małysz wielkim sportowcem jest – to nie podlega żadnej dyskusji. Podobnie jak to, że dzięki swoim sukcesom stał się jednym z  najbardziej pożądanych nośników reklamowych dla wielu firm.
O ile jednak w warunkach polowych oklejanie się przez gwiazdy plakietkami z nazwami sponsorów stało się czymś naturalnym, to widok Orła z  Wisły zamienionego w żywy słup reklamowy, jaki zobaczyliśmy w studiu TVP w minioną niedzielę, był estetycznym szokiem –  gigantycznej wielkości naszywki na eleganckiej koszuli jako żywo przypominały szyldy szpecące ulice miast.
Być może przyjście w takim stroju było warunkiem, pod jakim Małysz w ogóle zdecydował się na tę wizytę. Pytanie jednak brzmi: dlaczego TVP tym, razem nie zamieściła jaskrawej informacji o lokowaniu produktu lub nie zdecydowała się pokazywać byłego skoczka tylko od szyi w górę? Wtedy i wilk byłby syty, i owca cała.

Stopa Justyny Kowalczyk bez wątpienia jest najważniejszą częścią ciała polskiego olimpizmu traktowanego in corpore. Doceniając determinację polskiej Królowej Śniegu zdecydowanej biegać z wielowarstwowym złamaniem, nie sposób jednak zadać kilku prostych pytań:
– w jaki sposób doszło do  urazu? Zawodniczka pokazując zdjęcia stopy z zewnątrz i z  wewnątrz nie ujawnia okoliczności zdarzenia, a przecież trudno przypuszczać, by były bardziej niezwykłe niż u piłkarzy (np. Maciej Scherfchen złamał rękę rozpalając w kominku, a Santiago Canizares nie pojechał na mundial, bo upuścił sobie na nogę perfumy).
– dlaczego biegaczka nie zdecydowała się na wizytę u  lekarza, połączoną z prześwietleniem, zaraz po tym zdarzeniu?
– dlaczego nie przeszła badań nawet nieco później, gdy już opublikowała niepokojące zdjęcie opuchniętej stopy na  Facebooku, za to zdecydowała się na pucharowy start we Włoszech?
– Justyna Kowalczyk już w  Soczi zapowiedziała wykonanie badań po biegu na 10 km stylem klasycznym, jednak zdecydowała się je przyspieszyć, ponieważ przeczytała krytyczne słowa prezesa Tajnera o swoim pierwszym olimpijskim starcie. Czy krytyka szefa związku okazała się bardziej dotkliwa niż  ból towarzyszący od kilku tygodni?
– Czy warto było informować o swojej kontuzji poprzez portal społecznościowy tuż przed igrzyskami, jeśli przed  inauguracją sezonu krytykowało się lekarzy za informacje o  bólach w kolanie?
Te kwestie z pewnością niczego w sytuacji Justyny Kowalczyk już nie zmienią. Ani nie utrudnią, ani nie ułatwią jej walki w czwartkowym biegu, być może ostatnim na tych igrzyskach. Warto jednak je zadać, bo przecież człowiek najlepiej uczy się na błędach. Nawet cudzych.

Wokół Piotra Żyły od  pewnego czasu działy się coraz dziwniejsze rzeczy. Latający Wiewiór fruwał coraz krócej, za to coraz więcej czasu poświęcał biznesowi, np. sprzedaży czapek. Jako pierwszy żółtą kartkę pokazał mu Kamil Stoch sugerując w wywiadzie, że Żyła zaniedbał się w treningach. Wczoraj Łukasz Kruczek pokazał skoczkowi kartkę czerwoną.
Po decyzji selekcjonera sam zainteresowany skomentował ją na  Facebooku (cytat oryginalny): „co tu teraz robić:-/??? iść do domu?? nie, za daleko:-/ wypić piwo?? nie, tu nawet nie ma piwa:-/ trzasnąć sobie w łep?? nie, świat nie kończy sie na skokach:-/”.
Nie da się ukryć,  że bardziej niż ten luz przemawiały do mnie łzy Klemensa Murańki, któremu na starcie w Soczi zależało, a który przegrał rywalizację o miejsce w kadrze i  nie potrafił się z tym pogodzić.
No cóż, z firmowego dla Żyły powiedzonka d…, garbik i fajeczka w Soczi na razie jest tylko ta pierwsza.W dodatku zbita.

Politycy lubią sport. Zwłaszcza tuż przed wyborami i zwłaszcza zwycięzców. Cóż bowiem lepiej wygląda na zdjęciach niż wspólne, niemal domowe śniadanie, z bohaterami masowej wyobraźni. Także prezydent i premier mają w zwyczaju łamianie się chlebem i stukanie ugotowanym na twardo jajeczkiem a to z siatkarkami, a to z piłkarzami ręcznymi, a to skoczkami, w zależności od mody i pory roku. Wszystko oczywiście podlane jest stosownym luzem i połączone z tradycyjną wymianą koszulek (z paczek a nie z grzbietów na szczęście lub nieszczęście, w zależności od gustów oglądających).

Czytaj dalej