Miesięczne archiwum: Marzec 2014

Pojęcie Klubu Kokosa narodziło się w Polonii Warszawa. Stanowiło kaprys ówczesnego właściciela klubu, Józefa Wojciechowskiego i oznaczało grupę, do której zsyłano piłkarzy niechcianych, a którym jednak wciąż trzeba było płacić. Obecnie najliczniejszy Klub Kokosa tworzą trenerzy. Zwolnieni szkoleniowcy nadal bowiem pozostają – do końca kontraktów – na utrzymaniu byłych już pracodawców. Tylko w obecnym sezonie w takiej sytuacji znalazło się czternaście osób, a kolejne dołączą do nich lada dzień. Ba, czasami dochodzi do absurdalnych sytuacji, takich, jak ta w Górniku Zabrze, gdzie niewiele brakowało, a zwolnionego Ryszarda Wieczorka poproszono by o firmowanie swoim nazwiskiem wyników zespołu prowadzonego już przez nieposiadającego licencji Roberta Warzychę. W skrajnych przypadkach w jednym klubie opłaca się nawet trzech trenerów – aktualnego i jego dwóch poprzedników. Prezesi często podkreślają, że dla mikrych budżetów to bolesne obciążenie. Jest jednak w tym wszystkim haczyk, a nawert hak. To wy, panowie prezesi, podpisujecie te umowy, nie przejmując się przyszłością, bo przecież i tak istnieje duża szansa, że żabę będą musieli zjeść wasi następcy. Wciąż nie wyciągnęliście wnios-ków z kabaretowej historii z krakowskiej Wisły, gdzie Henryk Kasperczak przychodził poczytać gazety, żeby nie dać pracodawcy pretekstu do działań dyscyplinarnych, oznaczających dla niego koniec wypłat. Dlatego, gdy słyszę o umowach, jakie zawieracie z trenerami na kilka lat, już wiem, jaki będzie ich finał. A wy naprawdę nie wiecie?

Najpierw dowód na to, że ostrzegałem (wpis z 2012 roku):

http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/706783,musiol-wyburzyc-stadion-slaski,id,t.html

I co? I nic. Ruina jaką była, taką jest i już nawet echo dawnych wielkich wydarzeń dawno w niej zamilkło. Teraz znów nie wiadomo, kto i za ile ma kontynuować najdłuższą budowlaną wojnę nowożytnej (a może i starożytnej, bo Koloseum w lepszym stanie niż Ślaski stoi po dziś dzień) Europy, a jedyne, co można powiedzieć na pewno, to, że nie uda się tej zabawy zakończyć do 2016 roku.

Pieniądze wciąż są topione w błocie (inwestycja nawet w położeniu postojowym wymaga zabezpieczania, konserwacji itp), perspektywy są żadne, bo za kilka lat powinno się przeprowadzać modernizację do nowych standardów, a nie tworzyć coś, co powstało na kartach projektantów niemal w poprzedniej epoce, i powiedzmy sobie wprost, że utrzymywanie na koszt podatników betonowego alibi dla władz Chorzowa, które dzięki temu nie muszą wykładać gotówki na nowy stadion Ruchu, mija się z celem.

Budowa Stadionu Śląskiego zaprzecza mitom o gospodarności i pragmatyczności Ślązaków. Rozliczmy winnych (nie macie wrażenia, że uporczywe próby ruszenia z budową to przede wszystkim odwracanie uwagi od bezkarności osób, którym ten pasztet zawdzięczamy?) i sprzedajmy, co da się jeszcze sprzedać, czytaj odzyskać. Wspomnienia o dawnej potędze są miliony razy tańsze niż kolejna próba realizowania snów o jej powrocie. Spójrzcie na stadiony w Warszawie czy Gdańsku i uwierzcie – to se ne vrati!

Wyobraźcie sobie, że wynajmujecie komuś mieszkanie. Lokator systematycznie łamie prawo, narusza ciszę nocną, nie reaguje na prośby, groźby i ostrzeżenia, a w  końcu urządza awanturę, podczas której leje się krew i interweniuje policja. Wasza decyzja? Jedyna logiczna: wypowiedzenie umowy i wykwaterowanie gościa na bruk.

Tak właśnie powinien postąpić urząd miasta stołecznego z Legią. Niedzielna awantura powinna być kroplą przelewającą czarę, a eksmisja karą, która wreszcie wstrząśnie środowiskiem często udającym, że problem nie istnieje. Kary finansowe i zamykania stadionów już były, teraz czas na rozwiązania drastyczne, bo też z taką sytuacją mieliśmy w niedzielę do czynienia. Bezdomny klub stałby się symbolem prawdziwej, a nie pozorowanej walki z patologią, która jak widać rośnie w siłę i żyje dostatnio.

118.614 złotych – tyle w przeliczeniu z rubli (w tej walucie jest to kwota imponująca -1.415.451, przy  średnich zarobkach w okolicach 26 tysięcy) zapłaci kibol, który wywiesił faszystowską flagę na meczu Spartaka Moskwa . Taką decyzję podjął sąd na wniosek samego klubu. Co więcej, od kolejnego kibola Spartak domaga się kilkunastu milionów za to, że wbiegł on na murawę. Prezesi uznali bowiem, że takie zachowania godzą zarówno w dobre imię ich klubu, jak i całej ligi, której wizerunek przekłada się przecież na wpływy z reklam i biletów. Krótko mówiąc: jak cię widzą, tak się piszą. I tak ci też płacą.
Czytając o tych decyzjach przypominają mi się wszyscy  ci szefowie polskich klubów, którzy pytani o możliwości  egzekwowania od  rzeczywistych winowajców kar nakładanych przez Komisję Ligi, bezradnie rozkładali ręce. Bo albo monitoring był kiepskiej jakości, albo mieli wątpliwości natury prawnej, albo – a może przede wszystkim – bali się konfliktu z grupami rządzącymi na trybunach, samobójczo podcinając w ten sposób gałąź, na której cała siedzi cała ligowa piłka.
Rosjanie pokazali,  że da się inaczej i że zamiast strachu można księgować pieniądze, których przecież klubom nieustannie brakuje. Jednak czy prezesi znad Wisły znajdą w sobie siłę, by pójść śladem kolegów z kraju, który jest widoczny w europejskich pucharach, i w którym średnia widzów na trybunach jest wyższa niż w Polsce?

PS. W kontekście wydarzeń na stadionie Legii trochę trudno mi uciec od małostkowego „a nie mówiłem?”. Jeśli jednak znajdziecie chwilę czasu i przejrzycie poprzednie wpisy na tym blogu poświęcone problemom bezpieczeństwa na stadionach, sami przyznacie, że tak było 🙂