Miesięczne archiwum: Kwiecień 2014

D wa miliony złotych – tyle obiecał prezes Ruchu Chorzów swoim piłkarzom za wywalczenie tytułu mistrzowskiego. Niewykluczone, że to najwyższa tego typu umowa w ekstraklasie, ale chyba także sam Dariusz Smago-rowicz zdaje sobie sprawę, że nawet gdyby obiecał wszystkim po willi z basenem nie byłoby to obciążone nadmiernym ryzykiem konieczności wywiązania się z tych deklaracji.
Załóżmy jednak, że cud w ekstraklasie następuje. I co? I piłkarze wyciągają ręce po  należne im profity. Tymczasem niedawno szef Niebieskich pochwalił się publicznie spłaceniem zaległości wobec zawodników, po czym okazało się, że pieniądze na ten cel – w sumie ponad 3 miliony złotych -pożyczył pod weksel in blanco. Ten dług z kolei zamierza spłacić kasą, jaką obiecało Ruchowi miasto (2 miliony złotych) oraz wygraną (kolejne 2 miliony) w  przetargu, który – uwaga! – zostanie przez Chorzów rozstrzygnięty dopiero 21 maja. Rodzą się więc pytania: skąd szef klubu wie, że ten przetarg wygra? I jak spłaci pożyczkę jeśli okaże się, że jednak nie wygrał?
A gdyby do tych ekonomicznych łamańców doszła premia za mistrzostwo? Byłby dramat. W tym miejscu warto przypomnieć, że ostatnie wielkie problemy finansowe prezes Smagorowicz tłumaczył rozgorączkowaniem, jakie zapanowało po  zdobyciu przez Ruch wicemistrzostwa w sezonie 2011/12. Czyżby nie wyciągnięto z tamtej historii żadnych wniosków? Amoże i tak wszyscy zdają sobie sprawę, że nie tylko chorzowski, ale i cały polski futbol opiera się na gruszkach rosnących na wierzbach?

N o i stało się. Połowa punktów wyparowała, tabela podzieliła się na dwie grupy, kibice szukają absurdów reformy (istnieje np. możliwość, że mistrzem Polski zostanie zespół, który zdobył w 37 kolejkach mniej punktów niż wicemistrz), zastanawiają się, czy ze względu na równość szans tytułu króla strzelców nie powinien otrzymać najskuteczniejszy piłkarz po sezonie zasadniczym i dziwią, że bez-nadziejnie słaby Górnik wciąż ma szansę nawet na medal.
Mnie frapuje jednak bardziej to, co wydarzy się już po siedmiu dodatkowych kolejkach. A mianowicie nieuchronność startu przedstawicieli ekstraklasy w przedwstępnych rundach kwalifikacji do europejskich pucharów. Bo o ile Legia i Lech mogą dawać nadzieję na tak zwane honorowe porażki, to cała reszta wydaje się gwarantować zwyczajne blamaże.
Dwa najlepsze zespoły tabeli dzieli od pozostałych przepaść i nawet dzielenie punktów niczego w tym względzie nie zmieni. Trzecie miejsce może zająć już każda z pozostałych sześciu drużyn i właściwie nie będzie to miało… żadnego znaczenia, oczywiście poza satysfakcją ich kibiców. Bo w konfrontacjach międzynarodowych z jakimkolwiek rywalem zarówno Ruch, jak i Górnik, Zawisza, Lechia, Pogoń, a nawet obecna Wisła, skazane są na klęski, o czym zresztą od  wielu lat systematycznie się przekonujemy. Ba, ostatnim zespołem z paszportem do  przedpokojów LE może być wręcz spadkowicz, bo przecież takie właśnie miejsce zajmuje obecnie Zagłębie Lubin! Zresztą dwójka finalistów Pucharu Polski w ostatniej kolejce zgodnie zainkasowała po trzy gole, prezentując grę tyleż toporną, co mizerną.
Może więc tak na wszelki wypadek lepiej zrezygnować z gry od razu? Oczywiście, że ktoś wspomni w takim kontekście ideę barona Pierre de Coubertina, ale stwierdzenie, że najważniejszy jest po prostu udział, w zawodowej piłce budzi pusty śmiech. W dodatku w przypadku LE może być to udział wyjątkowo kosztowny, a kto nie wierzy, niech spyta księgowych klubów, które swoje pucharowe przygody kończyły w dalekich krainach z gigantycznymi rachunkami za przeloty.
Co więc nam pozostaje? No cóż, na razie może spróbujmy poemocjonować się drugą fazą rozgrywek, ale potem, w trosce o własne nerwy, najlepiej udajmy się od razu gdzieś, gdzie nie ma telewizorów…

Jerzy Janowicz wyrzucił swoją piłkę w aut. I to potężny. Sfrustrowany przegranymi w dziecinny sposób meczami z Chorwatami wygłosił spicz, którego nie powstydziłby się żaden z kandydatów do europarlamentu. Pytany o siłę polskiego tenisa powiedział o biedzie, o braku perspektyw, o emigracji. I o szopach, w których muszą trenować polscy sportowcy, od których – o zgrozo! – oczekuje się sukcesów. A przecież takie prawo, to znaczy do oczekiwań, mają według Jerzyka tylko tata, mama i trener…

Chcę więc pana Janowicza uspokoić – nie będę już od niego oczekiwał niczego. I życzę mu, aby oczekiwać przestali też inni, a wśród nich także sponsorzy i spece od reklam, w których tenisista miałby zachwalać towary produkowane w tym kraju bez perspektyw dla tych nielicznych obywateli, którzy jeszcze z niego nie wyjechali. Mam też nadzieję, że on sam będzie w tej niechęci konsekwentny, czyli będzie wszystkie tego typu propozycje odrzucał z należnym im obrzydzeniem. Jest też zresztą szansa, że proces braku oczekiwań nastąpi samoistnie poprzez brak medialnych doniesień o Jerzyku, produkowanych dotąd przez nieudaczników, którzy nigdy nie mieli rakiety w rękach (co jak wiadomo, jest wyznacznikiem jedynej ciężkiej i uczciwej pracy). Bo przecież zamiast pisać, nagrywać i filmować wszyscy pójdziemy do psychologa, co poradził naszemu koledze po fachu Janowicz senior, pytany, czy taka pomoc nie przydałaby się jego synowi, który wyraźnie nie potrafi sobie poradzić z porażkami w sporcie i życiu osobistym.

PS. W Spodku właśnie rozpoczyna się turniej z udziałem Agnieszki Radwańskiej. Strach się bać, co powie na konferencji prasowej, przecież jej także Kraków nie zbudował kortów. Może jednak szopy pod Wawelem są nieco bardziej komfortowe niż te w Łodzi?