Miesięczne archiwum: Lipiec 2014

Jakub Rzeźniczak zrezygnował z prowadzenia kont na  portalach społecznościo-wych – taka wiadomość obiegła wczoraj media. Dla niewtajemniczonych: to ten piłkarz Legii, któremu kiedyś niejaki Staruch w niewerbalny sposób przekazał swoją opinię o grze zespołu, i  ten sam, który tłumaczył kiepski występ w  Bielsku-Białej irytującym zapachem kiełbasek, widokiem na  okoliczne bloki oraz, na koniec, nierówną murawą. Krótko mówiąc: facet po   przejściach i z różnorakimi doświadczeniami w życiorysie.
S am zainteresowany na temat swojego kroku mówić nie chce. Słusznie zauważa, że i on, i Legia, mają obecnie poważniejsze problemy wyrażające się w  pełnym czarnego humoru serialu Superpuchar – kwalifikacje Ligi Mistrzów – inauguracja ekstraklasy. Można się jedynie domyślać, że ten gest spowodowany był  hejtem, czyli anonimowymi i  obraźliwymi wpisami inter-nautów, podanymi w ilościach przekraczających wytrzymałość nawet takiego twardziela.
W tej sprawie najciekawsze  jest jednak coś innego: zaistnienie prywatnej decyzji piłkarza Legii na czołówkach poważnych podobno portali . Czy w  polskiej piłce naprawdę nie ma istotniejszych  problemów? Generalnie potwierdza to wrażenie, że cały futbol nad Wisłą zaczyna żyć tematami zastępczymi. Fakt, że ligowcy grają mundialową piłką, a sędziowie psikają mundialowym sprayem ma stworzyć złudzenie, że nadążamy za światem. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy trzeba tę piłkę kopnąć do bramki rywali… a

To nie była kompromitacja – rzekł Mariusz Rumak po porażce Lecha Poznań z estońskim Nomme Kalju. Gdy przeczytałem te słowa, w pierwszym odruchu zacząłem się śmiać. No cóż, nie od dziś wiadomo, że polska myśl szkoleniowa od wielu lat największe sukcesy święci właśnie w  przemowach jej przedstawicieli , a trener wicemistrzów kraju jest po  prostu jej godnym przedstawicielem.
Plo chwili dopadła mnie jednak refleksja. A może właściwie Rumak miał rację? Skoro Polska do europejskiego przedpokoju wpycha kluby zajmujące w rankingu UEFA miejsca 98 (Lech), 108 (Legia), 227 (Ruch) i 293 (Zawisza), podczas gdy poza Zulte Waregem (132), cała pozostała trójka ich rywali mieści się pomiędzy 308 i 348 miejscem, to czy to jest przepaść, po wpadnięciu w którą faktycznie należy mówić o kompromitacji?

Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej przyznawałem trenerowi Lecha rację. Po prostu on, w przeciwieństwie do wielu rodaków, nie buja w obłokach i wie,  jaki jest obecnie potencjał futbolu kraju nad Wisłą. Ano taki, że dla nas rzeczywiście nie ma już słabych rywali, za to my jesteśmy na liście marzeń wszystkich uczestników przedprzedprzed-wstępnych faz, tylko grzecz-nościowo nazywanych już oficjalnie europejskimi pucharami.

Niezależnie od tego, jak skończą się te kabaretowe występy – przepraszam za wyrażenie – eksportowego kwartetu, dla mnie oczywiste jest jedno: jeśli ktokolwiek w polskiej piłce się kompromituje, to tym kimś są szefowie klubów. To nie wina piłkarzy, że grają tak jak grają, ani nawet trenerów, że szkolą tak jak szkolą. Oni po prostu inaczej nie potrafią. Ale to wy podpisujecie z tymi nieudacznikami horrendalne kontrakty (przy okazji ciągnąc na dno cały klub), wbijając ich w dumę i w poczucie wyjątkowości. I właśnie to ten uprawiany przez was proceder jest największą patologią polskiej piłki. W dodatku głęboko zakorzenioną, o czym świadczy fakt, że większy szok w środowisku wywołuje informacja o zaledwie 8 tysiącach złotych, jakie zarabia największy krezus estońskich pogromców Lecha, a nie raport EY iEkstraklasy, z którego wynika, że niektóre kluby na same pensje wydają więcej niż zarabiają! A propos: trener Franciszek Smuda „zadziwiony” sytuacją finansową Wisły zapowiedział, że w razie potrzeby piłkarze będą przez jakiś czas grać za darmo. Po pierwsze w tym kraju nie jest to możliwe (chyba, że przejdziecie na wolontariat), a po drugie jakoś nie wpadł na pomysł, że lekarstwem na zapaść mogłoby być dobrowolne obniżenie kontraktów np o 75 procent…

Na koniec mam jeszcze drobny apel do swoich kolegów po fachu. Nie piszcie więcej proszę, że Ruch wygrywając 3:2 z zespołem z Liechtensteinu uratował honor polskiej piłki.  Może jestem starej (no dobra, średniostarej) daty, ale dla mnie słowo honor nigdy nie powinno być sprowadzane do poziomu trawnika. Nieważne nawet czy w pełni zielonego, czy też zarażonego jakimś patogenem.

Absolutną rację mają i van Gaal, i Robben, mówiąc, że mecz o trzecie miejsce nie jest nikomu do  szczęścia potrzebny. No, może poza telewizją i samą FIFA, dla której oznacza dodatkowe zyski. Ze sportowego punktu widzenia sensu dostrzec nie sposób. Na boisko wychodzą przecież zespoły świeżo sfrustrowane pozbawieniem marzeń o wielkim finale, zespoły, dla których turniej już się właściwie i tak zakończył ,i dla których ten ostatni występ jest już tylko przykrym obowiązkiem.  Ba, Canarinhos, swoim fanom woleliby się przez dziesięć lat nie pokazywać na oczy.
Jasne, że część polskich kibiców zaprotestuje: bo przecież dla nas właśnie batalie o ostatni wolny stopień podium były i są powodem do snucia egzaltowanych wspomnień przy kominku. Bo jednak trzecie  miejsce brzmi jakoś dumniej niż czwarte, bo lepiej ten ostatni mecz wygrać niż przegrać. To oczywiście prawda, tym bardziej, że to nie my wymyśliliśmy mundialowy regulamin, ale…
No właśnie, ale. .. Nie umniejszając sukcesu naszej drużyny z 1982 roku wystarczy sobie przypomnieć, w jaki sposób do meczu z biało-czerwonymi podeszli wtedy Francuzi,zrozpaczeni klęską w wygranym już wydawało się półfinale z Niemcami. Nie oddali tego meczu walkowerem, ale to z pewnością nie byli Trójkolorowi z całego turnieju. Po prostu wypisz, wymaluj Holandia 2014. Lata mijają, a nic się nie zmienia. I na pytanie „mam grać” znów odpowiada się pytaniem „niby tak, ale właściwie po co?”.

Przyznam, że niespecjalnie pasjonują mnie wyczyny siatkarzy. Wiem, że pełne hale, wiem, że raz, dwa, trzy, wiem, że ostatni, ostatni, ale już dość dawno temu doszedłem do literackiej konkluzji zawartej w pytaniu „jak zachwyca, kiedy nie zachwyca?”.
Dlatego brak awansu do finału Ligi Światowej przyjąłem obojętnie, a teorie o włosko-brazylijskim spisku z sarkastycznym uśmiechem, bo przecież walka nie rozstrzygała się na dystansie trzech czy czterech setów, a dwunastu meczów. I to zespół Stephane Antigi sam dał rywalom taką możliwość.
Nie da się jednak w takich momentach uciec od analiz mających na celu znalezienie praźródła porażki. Ryzykowne postawienie na selekcjonera, który jeszcze niedawno był dla zawodników kolegą z boiska? Plaga kontuzji? Pech? Zmęczenie? Cykl przygotowań do mistrzostw świata? Jasne, że tak. Ale i kibice. Ci, którzy przez lata śpiewali po porażkach najbardziej absurdalną pieśń świata, o  tym  że nic się nie stało i zamieniając poważny skądinąd sport w show, w którym wynik nie był w ogóle istotny.
Pjłkarze takiego komfortu nie mają. Oni często słyszą burzę gwizdów i ironiczne dopingowanie rywali. Pomimo tego ich klęski są częstsze i bardziej spektakularne, za to odporność na krytykę poniżej… krytyki. Pojawia się więc pytanie: czy reakcje kibiców w ogóle mają znaczenie dla pokonania bariery dzielącej zwycięstwo od porażki? I co należałoby zrobić, żeby biało-czerwoni futboliści dostali skrzydeł i grali przynajmniej tak, jak Kostaryka?

Dawno temu, bo w poprzednim stuleciu, w satyrycznym programie radiowym „60 minut na godzinę”  prezentowano skecze z cyklu  „Para-męt pikczers” ze słynnym pytaniem „Momenty były?” i odpowiedzią „No masz!”.
Właśnie ten dialog stanowiłby najlepsze podsumowanie finiszującego powoli mundialu w Brazylii, bo akurat „momentów” w nim i nie brakowało, i nie brakuje.
Tyle tylko,  że wszystko kończy się do bólu banalnie. Oglądaliśmy dramaty, sensacje, pomyłki i przebłyski geniuszy, a  ostatecznie w półfinale i tak mamy zestaw, który nie zaskakuje.
Fajny ten mundial, ale jakoś tak po ludzku czuję się jednak trochę rozczarowany.

Jest taki stary dowcip , o pacjencie, który pytany przez psychiatrę o  skojarzenia z  prezentowanymi mu obrazkami, uporczywie odpowiada „d…”, bo, jak w końcu przyznaje, po prostu wszystko mu się kojarzy właśnie z nią.
Nieoczekiwanie także w kontekście mundialu pojawiają się podobne skojarzenia. Co prawda o kobiecym spojrzeniu na mistrzostwa piszą codziennie moje koleżanki na ostatniej stronie Dziennika Zachodniego i im z kolei z piłkarzami kojarzy się przede wszystkim określenie „ciacho”, ale w pewnych okolicznościach, zwłaszcza przy dywagacjach na temat obcisłości koszulek i spodenek,  to właściwie… to samo.
Dosłownie d…, i to całkiem gołą, zaatakowano natomiast Neymara. Mianowicie magazyn „Playboy” umieścił zdjęcia niejakiej Patricii Jordane, przedstawiając ją jako dziewczynę Brazylijczyka, który jest związany z Gabriellą Lenzi. Piłkarz się wściekł, a kibice obawiali, jak ta afera wpłynie na jego formę. Odpowiedź na to pytanie poznamy już podczas ćwierćfinału z Kolumbią.

To zadziwiające, jak człowiek szybko przyzwyczaja do luksusów. Kto jeszcze pamięta, że pierwsze dni mundialu wymagały pewnego poświęcenia, by dotrwać do meczów rozgrywanych o północy?
Poziom i dramaturgia spotkań pochłonęły nas bez reszty. Godziny stały się nieważne, mistrzostwa zaczęły wyznaczać rytm życia, padły rekordy oglądalności w TVP, powstał miliard wpisów na portalach społecz-nościowych. I wciąż czekamy na więcej i więcej emocji.
R odzi się jednak pytanie. Co nas czeka  po finale, skoro już ostatnie dwa dni bezmeczowe dały nam się boleśnie we znaki? I do kogo skierujemy wtedy pytanie o to, jak żyć?

Psycholog potrzebny od zaraz – już wkrótce takie ogłoszenia pojawią się we wszystkich polskich klubach. Można się bowiem spodziewać plagi depresji wśród rodzimych piłkarzy, dla których mundial stanowi olbrzymi wstrząs egzystencjalny: okazuje się, że uprawiają inny sport niż sądzili.
Właściwie od początku mistrzostw trwają rozważania, gdzie znalazłoby się na nich miejsce dla biało-czerwonych. Optymiści szukali go gdzieś pomiędzy Grecją, Kostaryką, Rosją i Australią.
Prawda jest brutalna: tego miejsca w ogóle nie ma.Kiedy nasza reprezentacja będzie w stanie rozegrać taki mecz z  Niemcami, jak Algierczycy? Kiedy pokaże takie serce i wiarę jak Grecy? Kiedy sprawi sensację jak Kostarykańczycy?

Z własnego Euro odpadliśmy od razu, na  MŚ nas nie ma, Ligę Mistrzów oglądamy w telewizji. Teraz już wiemy, że to nie przypadek.