Miesięczne archiwum: Sierpień 2014

Wracając z meczu w Zabrzu usłyszałem zabawną anegdotę o jednej z  przedmeczowych konferencji prasowych śląskiego klubu. Otóż odbyła się ona na stojąco, ponieważ na dwudziestu reporterów przypadały bodaj cztery krzesła. Rzecznik klubu zapytany, czy klub nie posiada więcej siedzisk odpowiedział „Oczywiście, że tak, ale nie mam  zgody zarządu na ich użycie”.
Ostatnio wygląda jednak na   to, że szefowie klubów mają na  głowie poważniejsze sprawy  niż troska o meble. Najlepszym przykładem jest chorzowski Ruch – pozyskanie do  współpracy PGNiG wstrząsnęło śląską piłką i pokazało, że jednak można przełamać impas w podobnych rozmowach, o których wciąż się słyszy, ale z których nic konkretnego zazwyczaj nie wynika.
Niebiescy przy okazji udowodnili, że sukces sportowy może być w  takich negocjacjach kluczem otwierającym skarbonkę. Rewelacyjna seria w eliminacjach Ligi Europejskiej z  pewnością została zauważona także w kręgach biznesowych, może więc po latach chudych przyjdą w końcu lata tłuste?
A tak na marginesie występów Ruchu w LE – doprawdy trudno zrozumieć dlaczego TVP tak konsekwentnie ignoruje mecze chorzowian, udając, że Polskę reprezentuje w tych rozgrywkach jedynie Legia. Dopóki mistrzowie Polski bili się o  Champions League byłem w stanie  jakoś to zrozumieć, ale  teraz zakrawa to na działanie z  premedytacją. I jestem ciekawy, co zrobiłaby Publiczna, gdyby Ruch awansował do fazy grupowej, a Legii powinęła się noga…

Grupa kibiców GKSKatowice domagała się obniżki i tak przecież nie najwyższych cen biletów do  czasu, aż zespół nie znajdzie się w strefie awansu do ekstraklasy (a więc być może na całe lata, a może wręcz na zawsze!). Bo wprzeciwnym razie nie będzie dopingu. No cóż, każdy może pisać listy i każdy może na mecz przyjść albo nie, a jak już przyjdzie, może sobie nawet siedzieć cicho.

Tak zwane bojkoty to jednak tylko element, i  to nie szkodliwy, całości. Są aspekty poważniejsze. Od dawna już w piłkarskich klubach, za zgodą ich władz, kibice mają do powiedzenia zbyt wiele. Nic więc dzi-wnego, że naprawdę wierzą w  hasło, że klub to tylko oni, a nie piłkarze, trenerzy, prezesi, sekretarki, pracownicy, magazynierzy i wszyscy ci, bez których cała maszyneria po prostu by się zatrzymała. A  gdzie jak gdzie, ale właśnie w Katowicach powinni wiedzieć o tym najlepiej, bo to kibice w pewnym momencie przejęli GieKSę, ratując ją przed  unicestwieniem i po kilku latach właśnie oni zderzyli się ze ścianą docierając do centralnego poziomu rozgrywek.
Takie sytuacje, jakie miały miejsce w weekend w Katowicach i Sosnowcu, a  wcześniej w wielu innych miastach, pokazują dobitnie, że partnerstwo nie zawsze popłaca. Czasami odbierane jest jako słabość i  przyzwolenie na zachowania wykraczające poza normy, a  zwłaszcza poza nieprzekraczalną granicę, którą stanowi poczucie bezpieczeństwa. Jasne, piłka nożna to nie zabawa grzecznych pensjonariuszek. Kumuluje olbrzymie emocje, czasami rodzi euforię, a czasem ból i frustrację.  Ale też kto lepiej niż sami kibice wie, że z pustego i Salomon nie naleje. Najczęściej na  boisku po  prostu wygrywa lepszy, a przegrywa słabszy, nawet jeśli ten ostatni jest akurat nasz. Żaden krzyk, żadna groźba i żadna wybita szyba tego nie zmienią. I jeśli tego nie rozumiecie, może po prostu rzeczywiście lepiej zostańcie w domach, zanim zrobicie coś, czego później, gdy opadnie już gorączka, żałować będą wszyscy, z wami samymi na czele.

O tym, że życie przerasta kabaret nikogo nie trzeba przekonywać. To jednak, co oglądamy w ostatnich tygodniach w polskiej piłce, z pewnością nie śniło się nawet Monty Pythonom.
Mistrz Polski przechodzi do  historii europejskiej piłki nie potrafiąc zliczyć do trzech, wicemistrz przegrywa z grupą islandzkich studentów, a trzeci zespół na mecie minionego sezonu tuła się po sąsiadach, bo po pierwsze nie wyrosła mu trawa, a po drugie, gdyby nawet wyrosła, to zaszedł już tak daleko, że jego dobry na ligę stadion i tak nie jest już stadionem dla UEFA.Zresztą w samej ekstraklasie liderem jest klub bez prezesa i pieniędzy, z trenerem udającym, że trenerem nie jest, i rozgrywający swoje mecze dla garstki kibiców na placu niekończącej się budowy.
Na dodatek wszystko to podlane jest gęstym sosem teorii spiskowych, jakich nie powstydziłby się nawet Antoni Macierewicz oraz oświetlone racami i  ozdobione  nowym kibicowskim sportem, czyli wbieganiem na murawę bądź to na golasa, bądź to w  przebraniu za piłkarza, co śmieszy tylko osoby pozbawione wyobraźni, a kiedyś zamieni się z farsy w tragedię.
Patrząc na to wszystko z dystansu nie będzie przesadą stwierdzenie parafrazujące tenisowego klasyka Jerzego Jano-wicza – polska piłka leży w szopie … I będzie tam leżała zanim klubami nie zaczną rządzić profesjonaliści, a nie amatorzy wyznający prawo Kalego i wierzący, że zamiast regulaminów wystarczy znajomość z odpowiednio umocowanymi kumplami.