Miesięczne archiwum: Wrzesień 2014

Piłkarskiej ekonomii poś-więcałem w tej rubryce już sporo miejsca, ale życie wciąż przynosi nowe przypadki. Tym razem w roli głównej występuje chorzowski Ruch, który i tak ma na tym polu pamiętne dokonania, np. w postaci publicznego wręczania gigantycznego czeku, który potem przez wiele miesięcy okazywał się gadżetem bez pokrycia.
Tym razem obiektem transakcji był stadion. Gliwicki zresztą. Jak pamiętamy, Ruch nie mógł podczas swojej udanej przygody w Lidze Europejskiej korzystać z Cichej, bo najpierw nie wyrosła na  nim trawa, a potem nie spełniał norm wymaganych w kolejnych rundach.Zdecydowano się więc na arenę Piasta, a  formalności załatwiono w  trybie ekspresowym, umawiając się podobno na 100.000 zł za  każdy z czterech meczów (trzech w LE i jednym w lidze).
W ostatnich dniach okazało się jednak, że – jak to w polskiej piłce bywa – podpisy złożyć jest łatwiej, niż sięgnąć do kasy. Gliwice wypuściły więc sygnał, że Niebiescy na razie zapłacili tylko połowę umówionej kwoty. Druga ma wpłynąć wtedy, gdy chorzowianom uda się uzyskać odszkodowanie za problemy z trawą od opiekującego się nią MORiSu.
D wieście tysięcy to z pewnością nie mało, ale w tym przypadku to jednocześnie o dwieście tysięcy za mało. W całej sprawie bardziej niż kombinacje przy spłacie dziwi  mnie fakt, że w Gliwicach nie pobierano opłaty z góry. W końcu Piast funkcjonuje już w ekstraklasie na tyle długo, że stosowane w niej finansowe sztuczki zna od podszewki.

Jeśli uznamy, że niedzielne losowanie III fazy siatkarskich mistrzostw świata, było dla polskiej reprezentacji fatalne, to trzeba zwrócić uwagę, że największą klęską zakończyło się ono dla… Katowic.
Miasto, które za prawo goszczenia mundialu wyłożyło 10 milionów złotych, najpierw dostało cios od „filantropa” Zygmunta Solorza i zamiast nieustającej trzytygodniowej promocji, zostało zakodowane. A teraz jeszcze ta czarna niedziela…
Wjej efekcie Katowicom – zamiast gwarantowanej Brazylii – pozostały drużyny Francji, Iranu i  Niemiec, których mecze znajdą się w  cieniu batalii w polskiej grupie śmierci. Z taką konkurencją wygrać właściwie się nie da. Wygląda więc na to, że stolica województwa na swoje pięć minut będzie musiała poczekać aż do niedzielnego finału.

To pewnie będzie pewną niespodzianką dla wszystkich moich hejterów, którzy wśród wielu barwnych uwag zarzucają mi m.in. kompleksy i brak tolerancji wobec Legii Warszawa. Otóż oświadczam, że mistrzowie Polski, ustami ich prezesa, wypowiedzieli ostatnio myśl absolutnie słuszną, którą popieram w całej rozciągłości.
Otóż Bogusław Leśnodorski oświadczył, że przy  podziale nowych, prawdopodobnie większych pieniędzy ze sprzedaży praw telewizyjnych, Legia będzie walczyła o to, by najlepszym klubom przypadła część wyraźnie większa. Innymi słowy, by dysproporcje w  wypłatach były radykalniejsze niż do  tej pory (w ostatnich latach mistrz Polski dostawał w sumie ok. dwuipółkrotność stawki zespołu zamykającego tabelę).
Prezes Legii argumentuje takie stanowisko większymi potrzebami klubów regularnie reprezentujących Polskę w europejskich pucharach, czyli starą ekonomiczną prawdą, że aby wyjąć trzeba najpierw włożyć, a żeby włożyć trzeba mieć co.
Nie ukrywam, że mnie taka wykładnia przekonuje. Kluby z wielkimi aspiracjami, z  nowymi stadionami, bijące rekordy frekwencji na trybunach i  utrzymujące ponadprzeciętną oglądalność telewizyjną, zasługują na to, by także w kategoriach finansowych traktować je jako motory napędowe całej tej zabawy w futbol.  Oczywiście pytanie brzmi: jak wyliczyć kto i na ile zasługuje? To jednak akurat nie powinno być trudne. Raport „Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu” zawiera czytelne zestawienia, które można zamienić na konkretne pieniądze.

Kompletnie nie rozumiem systemu, według którego toczy się walka o tytuł mistrza świata w siatkówce. Rozbudowana do  granic absurdu struktura, sprawiająca wrażenie wypełniacza ramówki dla wiadomej stacji telewizyjnej, hurtowa ilość meczów, i ten zadziwiający trzeci etap, w którym grupy będą liczyły po trzy zespoły…

Czy siatkarski świat zamiast eksperymentować na każdej wielkiej imprezie, nie mógłby wziąć przykładu z innych dyscyplin i zastosować najsprawiedliwszy  system, a więc wyłaniania z  dwóch grup – na „krzyż” – ósemki ćwierćfinalistów?

W żadnej innej dyscyplinie nie kombinuje się tak bardzo, by pomóc gospodarzom (co się zresztą zazwyczaj mści). W  efekcie wcale bym się już nie zdziwił, gdyby Polacy, w przypadku niewyjścia z grupy, ot-rzymali do III fazy „dziką kartę”.

Dlaczego polscy siatkarze grają w najmniejszej hali we Wrocławiu? Bo tak podobno chciał właściciel Polsatu Zygmunt Solorz. A dlaczego Solorz zakodował kibicom transmisje z mistrzostw? Bo – znów podobno – zmusiły go do tego siły wyższe, które storpedowały gotową do podpisu umowę jego stacji  z  państwowym Orlenem. Pieniądze z tego kontraktu miały pozwolić  na  zbilansowanie przedsięwzięcia  i  MŚ trwałyby w kanałach otwartych.
Takie wieści/plotki też są częścią polskiego mundialu. W  dodatku częścią polską wybitnie, skoro sport znów się miesza z układami i polityką.
Od podobnych klimatów nie uciekniemy nawet w przypadku sukcesu reprezentacji. Bo wtedy zawodnicy będą głaskani właśnie przez polityków,  którzy o sporcie przypominają sobie wtedy, gdy można coś na nim ugrać.

Nie będę ukrywał, że do  Podbeskidzia mam pewną słabość. Gdyby nie ten klub nasza siermiężna ekstraklasa byłaby jeszcze mniej barwna, bo przecież nikt inny nie dokonał  w ostatnich latach tak spektakularnych cudów broniąc się przed nieuniknionym zdawałoby się spadkiem.
Znakiem firmowym Górali, także tych piłkarskich, jest zadziorność i ambicja. Bez względu na wyniki zostawiali na murawie kawał serca. Za  swoje gorące głowy często płacili zresztą wysoką cenę, głupio, by nie rzec frajersko, tracąc punkty, które mieli w  garści.
Nie da się za to ukryć, że w  Bielsku-Białej, poza niewielkimi wyjątkami, z dużym rozsądkiem podchodzi się do  spraw finansowych, transferowych i trenerskich. Właściwie każdy szkoleniowiec wycisnął z zespołu wszystko, co było możliwe. To właśnie dzięki tej konsekwencji Leszek Ojrzyń-ski, zwany Komandosem, trafił na tak podatny grunt, na którym powoli kiełkuje materiał na najlepszy wynik w historii.
Jednym z etapów na tej drodze było niedzielne zwycięstwo nad Legią. Niby zaskakujące, ale przecież właśnie w Bielsku-Białej mistrzowie Polski zazwyczaj mieli sporo problemów, które zresztą tłumaczyli w zabawny sposób. Kiedyś Jakub Rzeźniczak mówił o rozpraszającym zapachu pieczonych kiełbasek i widoku na bloki, wczoraj goście ze stolicy wspominali coś o piasku pokrywającym murawę. No cóż, złej baletnicy…
Ciekawe tylko, że nikt nie wspomniał o tym, że gra się tak, jak przeciwnik pozwala. a