Nie będę ukrywał, że do  Podbeskidzia mam pewną słabość. Gdyby nie ten klub nasza siermiężna ekstraklasa byłaby jeszcze mniej barwna, bo przecież nikt inny nie dokonał  w ostatnich latach tak spektakularnych cudów broniąc się przed nieuniknionym zdawałoby się spadkiem.
Znakiem firmowym Górali, także tych piłkarskich, jest zadziorność i ambicja. Bez względu na wyniki zostawiali na murawie kawał serca. Za  swoje gorące głowy często płacili zresztą wysoką cenę, głupio, by nie rzec frajersko, tracąc punkty, które mieli w  garści.
Nie da się za to ukryć, że w  Bielsku-Białej, poza niewielkimi wyjątkami, z dużym rozsądkiem podchodzi się do  spraw finansowych, transferowych i trenerskich. Właściwie każdy szkoleniowiec wycisnął z zespołu wszystko, co było możliwe. To właśnie dzięki tej konsekwencji Leszek Ojrzyń-ski, zwany Komandosem, trafił na tak podatny grunt, na którym powoli kiełkuje materiał na najlepszy wynik w historii.
Jednym z etapów na tej drodze było niedzielne zwycięstwo nad Legią. Niby zaskakujące, ale przecież właśnie w Bielsku-Białej mistrzowie Polski zazwyczaj mieli sporo problemów, które zresztą tłumaczyli w zabawny sposób. Kiedyś Jakub Rzeźniczak mówił o rozpraszającym zapachu pieczonych kiełbasek i widoku na bloki, wczoraj goście ze stolicy wspominali coś o piasku pokrywającym murawę. No cóż, złej baletnicy…
Ciekawe tylko, że nikt nie wspomniał o tym, że gra się tak, jak przeciwnik pozwala. a

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*