Miesięczne archiwum: Październik 2014

Kto nie widział, niech żałuje. Stacja Sundance Chan-nel od czasu do czasu, tuż przed północą,  pokazuje zapis z występu członków legendarnej grupy Monty Pythona. Zaawansowani wiekowo panowie, których do wejścia na scenę londyńskiej O2 zmusiły problemy finansowe związane z produkcją musicalu Spamalot (wszyscy), rozwodem (John Cleese) czy spłatą hipoteki (Terry Jones), pokazali, że wciąż są w wielkiej formie i najlepiej czują się w oparach absurdu.
Dziesięć spektakli  granych przy nadkompletach widzów, z pewnością część tych kłopotów rozwiązało, ale i zapewne kosztowało artystów sporo sił. Nie wiem, gdzie piątka Pythonów (a może nawet szóstka, bo przecież na wywiad dla HBO przynieśli ze sobą urnę twierdząc, że zawiera prochy Grahama Chapmana) wybierze się na wakacje, ale sądzę, że powinniśmy zaprosić ich do nas.
Już tylko miniona kolejka ekstraklasy dostarczyłaby im dużej dawki  inspiracji. Weźmy mecz w Zabrzu: czy da się logicznie wytłumaczyć fakt,  że oba zespoły prowadzili trenerzy bez matury, ale jeden mógł pracować z reprezentacją, a drugi musi udawać, że jest tylko dyrektorem sportowym? Albo echa spotkania w  Krakowie: Ruch protestuje przeciwko skrupulatnemu sprawdzaniu kibiców, a przecież to jego fani popisali się dwa tygodnie temu instalując ładunki na trybunach przed WDŚ. No a I liga i maskotka GieKSy zmieniająca na zegarze wynik z 1:0 na 5:0?
Przy takich farsach nawet skecz o martwej papudze brzmi jak wykład z logiki.

Mecz z Niemcami był nowym wydaniem mitu o  Wembley i wprowadził naród w stan euforii. Bitwa ze Szkocją rozgrzała kibiców i  doprowadziła do  rodzinnych konfliktów, bo żaden kibic nie oddał pozostałym członkom rodziny telewizyjnego pilota, co w ostatnich czasach wcale nie było wyjątkiem. Krótko mówiąc dwa ostatnie występy polskiej reprezentacji dostarczyły nam tylu wrażeń, co całe Euro 2012 w jej wydaniu razem wzięte.
W piłce, jak w każdej dziedzinie życia, nie sposób jednak uciec od  gdybania. No właśnie, zastanawialiście się, co by było gdyby?  Gdyby na czele  PZPN nie stanął Grzegorz Lato, piłkarz wybitny, ale prezes koszmarny, a Zbigniew Boniek, który miał przecież taką szansę? I gdyby  dzięki temu schedę po Leo Beenhakkerze przejął nie Franciszek Smuda, którego to zadanie przerosło, a od razu Adam Nawałka , wymieniany  wszak w gronie kandydatów, ale w  oczach Laty mający tę skazę, że współpracował z Holendrem w czasie mistrzostw 2008?
Alternatywna rzeczywistość mogła wyglądać całkiem inaczej. I zapewne lepiej. Bo właśnie w ostatnich dwóch meczach biało-czerwoni pokazali to wszystko, czego dwa lata temu im brakowało. Walkę do  upadłego, rozwiązania taktyczne, trafione zmiany i sporo szczęścia, któremu jednak trzeba przecież dać szansę.
No cóż, mądry Polak po  szkodzie. Ważne, by z tych szkód wyciągnąć wnioski, a na razie wszystko wskazuje, że tak się właśnie stało.

W  języku polskim funkcjonuje powiedzenie o  wyborze między dżumą a cholerą. Używane już dość rzadko, przypomniało mi się wczoraj, gdy usłyszałem, że Ruch Chorzów gwałtownie protestuje przeciwko używaniu określenia „ładunek wybuchowy”, bo tajemnicza paczka w sektorze, w którym mieli zasiąść kibice Górnika Zabrze, zawierała „ładunek zapalający”. Doprawdy, różnica subtelna, a wynik ten sam: bo albo fani gości zostaliby poparzeni, albo wpadliby w niebezpieczną dla tłumu panikę, albo w ramach zemsty za spalenie swoich flag rozpętaliby na Cichej tragiczną w skutkach awanturę. Albo nawet oglądalibyśmy wszystkie te elementy naraz.
Działacze Niebieskich podkreślali też wizerunkowe straty, jakie w wyniku alarmu bombowego poniósł klub, który – według nich – z mozołem buduje obraz środowiska przyjaznego i bezpiecznego dla kibiców oraz osób postronnych.   Szkoda jedynie, że do takich żali skłoniła chorzowian dopiero – ich zdaniem – przesadnie nakręcona przez media „bombowa” historia – a nie np. wiszący w czasie derbów na ogrodzeniu przy boisku transparent „j… policję” (oczywiście bez wielokropka) czy tak zwany doping ograniczający się, bez względu na wydarzenia na murawie, do  obrażania piłkarzy Górnika.
Sobotnie wydarzenia będą miały poważne konsekwencje. Ruchowi grozi zamknięcie stadionu nawet do końca rozgrywek (piszemy o tym na str. 28), najprawdopodobniej posypią się też kary finansowe. Znając życie, z klubowej i kibicow-skiej strony rozlegną się płacze i narzekania na temat odpowiedzialności zbiorowej za grzechy popełnione przez jednostki, a  także represyjności aparatów państwowych.
Trzeba sobie jednak uświadomić, że mamy do czynienia z sytuacją całkowicie odmienną od tych, jakie miały dotąd miejsce w kibolskich porachunkach. Podłożenie ładunków, nawet „tylko” zapalających, można zakwalifikować jako próbę zamachu. A tego na polskich stadionach, na szczęście, jeszcze nie było.

Szczerze mówiąc nie wiem, czy Jan Kocian dostanie w poniedziałek w Ruchu Chorzów wypowiedzenie, czy też cała ta historia okaże się jedynie dziennikarską kaczką, ale już sam fakt, że taki wariant jest brany pod  uwagę, skłania do refleksji. To jasny sygnał, że w polskiej ekstraklasie najbezpieczniejsza jest bylejakość i  przeciętność. Gdyby  w poprzednim sezonie Słowak finiszował z Niebieskimi na piątym albo szóstym miejscu, albo gdyby odpadł z  nimi już w pierwszej rundzie Ligi Europejskiej, pewnie o swoją posadę nie musiałby się martwić. A tak sam zgotował sobie kłopot.
Jasne, że kibice mają wielkie oczekiwania, w dodatku Kocian sam zaostrzył ich apetyty. Prawda jest jednak taka, że firmowany przez niego sukces przerósł klub, w którym przyszło mu pracować. Wąska kadra, pustki w kasie, przestarzały stadion – europejskie puchary, zwłaszcza bez profitów za  transmisje telewizyjne, były dla chorzowian niczym kwiatek do  kożucha. I teraz Niebiescy dostają za tę „fanaberię” słony rachunek.
Pytanie oczywiście brzmi: czy Kocian jest w stanie wyciągnąć drużynę z dołka, a  przede wszystkim czy chce tego sama drużyna? Odpowiedź stanowi tajemnicę szatni. Jest jednak w  tej historii coś pocieszającego. Po przegranych Wielkich Der-bach Śląska kibice Ruchu długo skandowali imię i nazwisko szkoleniowca. Ten sygnał powinien dać piłkarzom do  myślenia. I prezesowi Ruchu również. Bo z pustego i Salomon może nie naleje, ale warto przynajmniej tego Salomona mieć.