Szczerze mówiąc nie wiem, czy Jan Kocian dostanie w poniedziałek w Ruchu Chorzów wypowiedzenie, czy też cała ta historia okaże się jedynie dziennikarską kaczką, ale już sam fakt, że taki wariant jest brany pod  uwagę, skłania do refleksji. To jasny sygnał, że w polskiej ekstraklasie najbezpieczniejsza jest bylejakość i  przeciętność. Gdyby  w poprzednim sezonie Słowak finiszował z Niebieskimi na piątym albo szóstym miejscu, albo gdyby odpadł z  nimi już w pierwszej rundzie Ligi Europejskiej, pewnie o swoją posadę nie musiałby się martwić. A tak sam zgotował sobie kłopot.
Jasne, że kibice mają wielkie oczekiwania, w dodatku Kocian sam zaostrzył ich apetyty. Prawda jest jednak taka, że firmowany przez niego sukces przerósł klub, w którym przyszło mu pracować. Wąska kadra, pustki w kasie, przestarzały stadion – europejskie puchary, zwłaszcza bez profitów za  transmisje telewizyjne, były dla chorzowian niczym kwiatek do  kożucha. I teraz Niebiescy dostają za tę „fanaberię” słony rachunek.
Pytanie oczywiście brzmi: czy Kocian jest w stanie wyciągnąć drużynę z dołka, a  przede wszystkim czy chce tego sama drużyna? Odpowiedź stanowi tajemnicę szatni. Jest jednak w  tej historii coś pocieszającego. Po przegranych Wielkich Der-bach Śląska kibice Ruchu długo skandowali imię i nazwisko szkoleniowca. Ten sygnał powinien dać piłkarzom do  myślenia. I prezesowi Ruchu również. Bo z pustego i Salomon może nie naleje, ale warto przynajmniej tego Salomona mieć.

Komentarze (1):

  1. Avatar
    znudzony

    Panie redaktorze, zajmij się pan swoim Górnikiem, stadionem w Zabrzu, finansami tego klubu. Dlaczego kibiców Zabrza czy Gieksy najbardziej interesuje Ruch ? Kompleksy macie czy o co chodzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*