Miesięczne archiwum: Styczeń 2015

Stadion Śląski. Synonim największych sukcesów polskiej piłki i największego skandalu inwestycyjnego w naszym regionie. Budowany, modernizowany, burzony i znów budowany wciąż nie został skończony. Ba, nie całkiem pozbawione sensu są dyskusje o  tym, czy w ogóle jest jeszcze potrzebny. Zwłaszcza w gigantycznym kształcie i z absolutnie zbędną bieżnią stanowiącą efekt kompletnie niedorzecznych snów o potędze lekkoatletycznej, przypominających do złudzenia poprzednią wizję mekki żużlowej. Ktoś rzucił pomysł, ktoś dał – cudzą, bo naszą – kasę, i mamy to, co mamy, czyli pasztet, który należało tworzyć od  końca, czyli od wybudowania i tak planowanego, wysokiego na 3,5 metra muru, zasłaniającego szkielet martwego olbrzyma.

Nie swoje, a zwłaszcza publiczne pieniądze, wydaje się najłatwiej. Świetnie wiedzą o tym na przykład w Zabrzu i w  Katowicach, gdzie szalona zabawa kilku poprzednich prezesów (żaden nie poniósł konsekwencji) sprawiła, że obciążone absurdalnie wysokim balastem długów kluby utrzymywane są przy życiu jedynie poprzez kolejne zastrzyki – znów publicznej – gotówki. Ba, ten bal na Ti-tanicu wciąż trwa w najlepsze. Do przetargu na kolejne prace budowlane na stadionie Górnika  stanęła tylko jedna firma z ofertą o kilka milionów przekraczającą założenia finansowe prowadzącej inwestycję spółki. Skandal? A  może powrót do rzeczywistości po stanowiącej wynik kiepskiego prawa serii przetargów wygrywanych przez najtańsze oferty, które potem, w  miarę postępu prac, systematycznie drożały, co było oczywiste już w momencie otwarcia kopert, ale wszyscy biorący udział w tej grze woleli milczeć?

Tak czy inaczej mamy w Zabrzu do czynienia z niezwykle interesującym klinczem – oferta przekracza plany inwestora, ale jej odrzucenie może okazać się jeszcze bardziej kosztowne, bo wtedy oddanie obiektu opóźni się po raz kolejny. A takie rozwiązanie stanowiłoby dla Górnika podwójny cios: po  pierwsze, klub swoje finansowe prognozy opiera przecież właśnie na wypełnianiu nowego stadionu (chociaż wciąż nie ustalono szczegółów dotyczących rozliczeń za jego użytkowanie), a po drugie, co najmniej na rundę jesienną musiałby znaleźć dodatkowe pieniądze na wynajęcie innego obiektu, bo na dalszą grę na placu budowy Komisja Licencyjna na pewno się już nie zgodzi.

Wbrew oczywistym lekcjom pobieranym codziennie na  arenach Euro 2012 (może poza kreatywnie i agresywnie zarządzanym warszawskim Narodowym) gigantomania wciąż kwitnie, a głosy rozsądku traktowane są jak bluźnierstwa. Zwłaszcza przez kibiców, którzy w swoich wizjach lekką ręką wydają, znów cudze, miliony złotówek, chociaż sami nie wypełniają obecnych trybun, co jest najlepszym dowodem na to, że stadiony powinny być budowane nie na miarę ambicji, a rzeczywistych potrzeb i możliwości. I najlepiej finansowane bądź z kredytów zaciąganych przez same kluby, bądź np. przez skupione wokół nich fundacje. A jeśli otrzymanie takiego kredytu przekracza możliwości klubu? No cóż, to przecież oznacza, że biznesplan jest niewiarygodny i taka budowa… nie ma sensu.

Podobnie jak powyższego pomysłu, nikt niestety nie rozpatruje poważnie także najrozsądniejszego, zwłaszcza w kontekście aglomeracji, wyjścia, czyli wspólnych inwestycji dwóch lub więcej klubów. Aprzecież w przypadku Ruchu i GKS-u oraz Górnika i Piasta byłoby to sensowne i opłacalne.  Decyduje jednak opór środowisk kibicowskich, który nie powinien mieć przecież żadnego znaczenia tam, gdzie w grę wchodzą walizki publicznych pieniędzy. Tym bardziej, że wystarczyło spojrzeć na wspólny wylot czterech naszych klubów do Turcji i zadowolone miny ich prezesów, którym w kieszeni zostało 30 procent dawnych kosztów, by zrozumieć, że to, co dzieje się na ulicach i murach miast, jest kompletnie oderwane od rzeczywistości. Podobnie jak w polityce, także w sporcie liczy się pragmatyzm.

Kto wie, czy jako pierwsze przed dylematem wspólnego stadionu nie staną Katowice. Dotychczas bowiem monopol na wielkość miał w tym mieście GKS, teraz w tle pojawiła się konkurencja w postaci Rozwoju. Matecznik Arkadiusza Milika ma realne szanse na awans do  I ligi, a wtedy będzie potrzebował nowocześniejszego obiektu. A tu kłania się Bukowa, finansowana wszak przez miasto stanowiące siedzibę obu klubów. Gdyby do tego doszło, Śląsk po  wielu latach marnowania pieniędzy mógłby znów pokazać Polsce, że kojarzony z nim (przynajmniej lubimy tak myśleć) rozsądek, znów zaczyna tu wygrywać.

Jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości, czy wiosenna runda rozgrywek rzeczywiście zaczyna się w tym roku wyjątkowo wcześnie, z pewnością pozbył się ich po przejrzeniu medialnych newsów z ostatnich tygodni. W Gdańsku kibole napadli na pociąg, w Bydgoszczy na boisku ustawili trumny, w  Krakowie urządzili sobie raco-wisko z okazji rocznicy śmierci jednego z nich, w Świętokrzyskiem okradli stację benzynową, a w Katowicach przedszkolaki otrzymały wlepki z rysunkiem przedstawiającym specyficzne scenki z życia śląskich kibiców. To wszystko, niczym jaskółki, oznajmia wszem i wobec,  że już za chwilę zabrzmią pierwsze gwizdki sędziów ze  strzałami z  gładkolufowej broni policjantów w tle.

Tradycyjnie oficjalnym sygnałem do rozpoczęcia przygotowań do sezonu była pielgrzymka na Jasną Górę, zwieńczona uroczystym, i zapewne poświęconym, odpaleniem rac, przed którymi nie tylko postronni świadkowie, ale i Szwedzi czmychnęliby gdzie pieprz rośnie. Zresztą wspomniana na  wstępie – jak to określa się w  branży – „promocja” na stacji benzynowej także okazała się  ni mniej, ni więcej, jak etapem na trasie tzw. pielgrzymów. Oczywiście spodziewam się tłumaczeń, że to zapewne jedna, góra kilka czarnych owiec, ale jednak przekaz poszedł w  świat. I ciągle, od początku tej tradycji, nurtuje mnie pytanie, czy zachwyceni atmosferą spotkania księża i zakonnicy chociaż raz zajrzeli na piłkarski stadion, posłuchali jego brzmienia i przejechali się autobusem/ tramwajem/pociągiem, którym podróżują zorganizowane grupy na mecze wyjazdowe? Może wtedy w ich kazaniach mniej byłoby o patriotyzmie i Żołnierzach Wyklętych, a więcej o miłosierdziu, przebaczeniu i – przede wszystkim – tolerancji? Zresztą solidnym wstrząsem powinny być dla nich zdjęcia z boiska w Bydgoszczy, gdzie dokładnie na trumiennych krzyżach znalazły się rysunki, wobec których słowo „obsceniczne” stanowi właściwie eufemizm. Czy ich autorzy zostaną wezwani do  spowiedzi?

Rzecz jasna nie mam zamiaru wrzucać całego kibicowskie-go środowiska do wspólnego worka, bo także w nim powstaje mnóstwo cennych inicjatyw, zbierane są pieniądze na cele charytatywne, organizuje się czas dla biednych dzieciaków i odwiedza potrzebujących. To prawda, że media w pogoni za  tym, co się najlepiej sprzedaje, często nie znajdują dla takich informacji miejsca i czasu, pewnie więc w tym wszystkim jest także część naszej winy, ale przecież przytoczona w pierwszym akapicie wyliczanka nie jest zmyślona – to wszystko działo się naprawdę. I to właśnie takie wydarzenia przykuwają uwagę ludzi niezwiązanych ze sportem, i to właśnie napawa ich zwyczajnym strachem i poczuciem bezradności.

O walce ze stadionowymi patologiami napisano już całe tomy, odbyto tysiące debat, wysłuchano setki ekspertów. Prowadzono z nimi wojny subtelne i otwarte, na skalę krajową i  lokalną. W statystykach – zwła-szcza dotyczących ekscesów na  samych stadionach – rzeczywiście widać postępy. Ale do zrobienia pozostało wciąż bardzo dużo: z poczuciem nieuchronności kary włącznie. Kluczowe wydaje się jednak podejście klubów, które muszą zrozumieć, że kibic, podobnie jak meloman czy kinoman, jest odbiorcą widowiska (z przysługującymi mu przywilejami, ale i  zobowiązaniami), a nie stroną uprawnioną np. do udziałów w  dochodach klubu i jego decyzjach. Oczywiście za wyjątkiem sytuacji, gdy w wyniku działań zgodnych z prawem, przedstawiciel kibiców formalnie wchodzi do zarządu. Taki właśnie plan mają np. Socios Górnik, pierwsza tego typu organizacja w Polsce.  Bo tak częste w naszych klubach rzekomo partnerskie podejście kończy się jak w Wiśle, gdzie ultrasi decydują o składzie jej władz…

Znamienna dla tych spraw wydaje się  postawa PZPN-u. Zbigniew Boniek zaczął przecież swoje rządy od abolicji dla klubów ukaranych zakazem wyjazdowym, przez pewien czas prowadził też kampanię na temat zalegalizowania rac. Ostatnio jednak podobnych tematów unika, co nie jest zapewne spowodowane jedynie problemami związanymi z rosnącą opozycją i zbliżającą się kampanią wyborczą. 27 miesięcy oglądania polskiej piłki z bliska dało mu do myślenia?

Traf chce, że inauguracja ekstraklasy w 2015 roku przypada w walentynki. Data w tym kontekście niemal ironiczna – trudno bowiem przypuszczać, by pomiędzy organizacjami szalikowców zaczęły krążyć kartki z serduszkami. A jeśli już, to w środku zamiast zaproszenia na randkę, znajdą się zapewne wyzwania na ustawkę.
ą

Miałem zacząć od przykładu Kielc. Ale nie zacznę, bo po długich targach miasto postanowiło jednak kontynuować finansowanie Korony. Tymczasem rzecz cała dotyczy właśnie przekazywania środków publicznych na sport zawodowy, czyli procederu, który w naszym regionie stał się właściwie świecką tradycją.

Nie ma sensu owijać w bawełnę, więc zacznijmy prosto z mostu: rzucając pieniądze na sport zbyt wiele wagi przykłada się do środowisk kibicowskich, uginając się pod ich presją nawet wtedy, gdy działają na szkodę budżetów swoich miast. Jak chociażby w Gliwicach, które od  wielu miesięcy mogły zarabiać na wynajmowaniu stadionu Piasta Górnikowi Zabrze, ale z pomysłu zrezygnowano właśnie ze strachu przed fanatykami gospodarzy. A może uginać się jednak nie warto? Weźmy przykład pierwszy z brzegu: sympatycy GKSKatowice zorganizowali niezwykle medialną  akcję promującą budowę nowego stadionu na Bukowej, wciągając do  pozowania z makietą areny między innymi Adama Nawałkę. Prawdziwy egzamin oblali jednak z  kretesem: na wybory samorządowe nie potrafili zmobilizować się na tyle, by wprowadzić do rady ludzi wspierających ich ideę, m.in. prezesa klubu Wojciecha Cygana czy Jana Furtoka. To jasny sygnał dla polityków: kibice stanowią zdecydowanie przeszacowaną siłę wyborczą, którą niekoniecznie trzeba uwzględniać w kampanii.

Z takim zderzeniem interesów będziemy mieli do czynienia lada dzień w Zabrzu. Prezydent Małgorzata Mańka-Szulik od lat steruje Górnikiem, co de facto oznacza konieczność systematycznego wykonywania zastrzyków finansowych o coraz większej objętości. Teraz jednak nadchodzi chwila prawdy. Ludzie – z jej nadania – zarządzający Górnikiem doprowadzili do całej serii sytuacji kompromitujących klub: od  groźby licytacji historycznych pucharów poprzez kary punktowe i finansowe, aż po  ostatnią aferę, podczas której okazało się, że prezes Zbigniew Waśkiewicz wcale prezesem nie był. W Zabrzu wszyscy zdają sobie sprawę, że stoją pod ścianą: bez kolejnych milionów Górnik upadnie, ale nawet z nimi nie ma gwarancji, że przetrwa. Paradoksalnie prezydent Zabrza ma jednak wyjście, które – jak ćwierkają zabrzańskie wróble – już jej podpowiedziano. Może mianowicie poświęcić Górnika, czyli igrzyska, na rzecz chleba, czyli akcji ratowania miejsc pracy dla górników, w której kilka milionów złotych stanowić będzie poważny oręż. Czy jest ktoś, kto jej nie usprawiedliwi?

Warto też zwrócić uwagę, że nie wszyscy jadą na tym samym wózku. Takie kluby jak Górnik, GKS, Podbeskidzie czy Piast należą do gmin. Teoretycznie inwestycje w nie można więc obronić twierdząc naiwnie, że zmierzają do powstania wysokiej jakości kompletnego produktu (czytaj skład plus nowoczesny stadion), który będzie można w przyszłości sprzedać z  zyskiem. Zupełnie inaczej sprawa ma się jednak np. z Ruchem Chorzów, który jest klubem z  większościowym udziałem kapitału prywatnego. Tu rodzi się kluczowe pytanie: czy z publicznej kasy – poprzez konkursy, pożyczki i podnoszenie kapitału – należy spłacać długi zaciągane przez osoby prywatne? A jeśli tak, to dlaczego dotyczy to tylko klubu piłkarskiego, a nie innych podmiotów zatrudniających mieszkańców gminy?

Po takich słowach zazwyczaj pada argument: bez pieniędzy z miasta nie ma szans na  przetrwanie. To zdanie zawiera w sobie podręcznikową bezradność wielu osób zarządzających klubami. Przecież nikt nie każe wam grać w ekstraklasie! Jeśli was na tę zabawę nie stać, nie wchodźcie na salony. Przy okazji kłania się kolejny wątek – odpowiedzialności za wydawane publiczne pieniądze. Klinicznym przykładem jest GKSKatowice, zarządzany swego czasu przez niezrównoważonego (co się okazało po przerzuceniu go na odcinek kolei) katechetę. Prezes i jego ludzie pozostawili po  sobie długi, za które do dziś nikt nie odpowiedział. W innych klubach też zresztą bywało podobnie: proszę sobie przypomnieć Górnika Zabrze za czasów Henryka Kasperczaka, gdzie szaloną zabawę działaczy zakończył dopiero szef Allianzu, Michael Mueller, słynnymi słowami: O nie, panowie, już nie będziemy klubowym bankomatem!

Jak więc uzdrowić finansowanie zawodowego sportu? Recepta wydaje się jedna: decyzja rządu o zakazie przekazywania środków publicznych na sport profesjonalny, przy jednoczes-nym odblokowaniu takiej możliwości np. dla bukmacherów czy firm tytoniowych. To byłoby spełnienie hasła: dajemy wam wędkę, ale ryby łapcie sami. A przy okazji cały sport zarobiłby na tym, na czym teraz zarabia tylko Zbigniew Boniek.

W środowisku ligowym panuje przekonanie, że tym razem w ekstraklasie nie będzie zmiłowania i co najmniej jeden z klubów nie otrzyma licencji. W tym dramatycznym wyścigu australijskim brały udział Wisła, Korona, Ruch i Górnik. Pier-wsze dwa wyraźnie uciekły spod topora, natomiast zabrza-nie na własną prośbę, choć przy niewielkiej „pomocy” z zewnątrz, ustawili się w pozycji zwierzyny łownej.

W tym kontekście poniedziałkowa ćwierćmilionowa kara ze strony Komisji Licencyjnej stanowi odpowiednik strzałów oddanych do ciężko już rannej zwierzyny. W dodatku był to wystrzał symboliczny, bo przecież dotychczas unikano nakładania kar finansowych na kluby, które i tak żadnymi finansami nie dysponują. Zmiana tej zasady sugeruje, że Górnik został już skazany.

To, co ostatnio dzieje się w klubie czternastokrotnych mistrzów Polski, przypomina akcję, w której bramkarz zderza się z dwoma obrońcami ciężko ich nokautując, sam doznaje przy tym kontuzji, a trzeci defensor pakuje piłkę do własnej bramki.

I to wszystko w ostatniej minucie dogrywki. Bo najnowsza historia Górnika to nie tylko wspomniana grzywna, ale także minusowe punkty, groźba zlicytowania przez komornika historycznych pucharów oraz ujawnienie przez „Piłkę nożną” faktu, że sami szefowie klubu, aby uniknąć wypłaty dla Rozwoju Katowice, twierdzą, że prezes Zbigniew Waśkiewicz prezesem… nie był. Całość podlana jest gęstym sosem długów, przeciągającą się budową stadionu i ozdobiona przeciekami z negocjacji z piłkarzami.

Wypłatę należnych ich pieniędzy uzależniono od zrzeczenia się znacznej części zaległości. Pytanie jednak brzmi, czy zawodnicy raz jeszcze zaufają szefom, którzy nie potrafili nawet prawidłowo zatrudnić prezesa? Czy nie będą się bali, że także ich ustalenia okażą się nieważne?