Miesięczne archiwum: Luty 2015

Legia to polski klub, więc trzeba jej życzyć dobrze, ale bardziej lubię Arka Milika. No, ale to nie wypada tak mówić, więc może niech pan napisze tak: chciałbym, aby Arek strzelił gola, a Legia awansowała. Tak wyglądało 90 procent rozmów z różnejmaści śląskimi ekspertami w kontekście rywalizacji mistrzów kraju z Ajaxem Amsterdam. Krótko mówiąc: poprawność polityczna w najczystszej, a więc krystalicznie absurdalnej formie. Bo prawda wypływała na wierzch wtedy, gdy miejsce wyrachowania zajęły emocje. W momencie, gdy Milik strzelił Legii gola w Amsterdamie, Twitter eksplodował i… pękł. Warszawa załkała, za to znaczna część Polski nie kryła swoich uczuć – radosnego emotikona umieścił na swoim oficjalnym profilu m.in. Górnik Zabrze. I wcale się później tego nie wstydził…

Bo też powodu do wstydu nie było. Sport – zwłaszcza dla kibiców, którzy nie czerpią z niego profitów – to zabawa i emocje. A już zwłaszcza ten w wydaniu klubowym, gdzie po boisku i tak biega cały konglomerat narodowości, więc w  przeciwieństwie do występów reprezentacji, patriotyzm staje się rzeczą co najwyżej umowną, a na pewno ulotną. Zresztą Milik też jest Polakiem i w dodatku niezwykle ważnym ogniwem zespołu Nawałki, więc jego forma była w tych konfrontacjach ważniejsza niż dyspozycja Legii jako takiej… Przede wszystkim jednak spójrzcie prawdzie w oczy: jaki interes w  międzynarodowych sukcesach Legii mają nie tylko Górnik, Ruch, Piast czy Podbeskidzie, ale i jakikolwiek inny klub ekstraklasy? Jej wygrane w Europie oznaczają przecież pokaźne premie finansowe, a więc jeszcze większą różnicę potencjałów, jeszcze mniejsze szanse, by wyrwać jej mistrzowski tytuł. Nawoływanie z Warszawy, by kibicować Legii, jest w tym kontekście przejawem hipokryzji. Tym większej, że doprawdy trudno przypomnieć sobie wsparcie stołecznych mediów dla pozostałych pucharowi-czów, wobec których nie unikano za to złośliwości po ich blamażach, z uznawanym za konkurenta numer jeden, poznańskim Lechem na czele.

W całej sprawie jest jeszcze drugie dno. A mianowicie sam klub mistrzów Polski i jego otoczka. Zarówno ta historyczna, związana z przymusowym pseudowojskowym drenażem talentów z całej Polski, jak i najnowsza, oparta na niezmierzonej, przekraczającej granice buty, pewności siebie prezesa Bogusława Leśnodorskiego. Na pocieszenie Legii (która go jednak nie potrzebuje, bo przecież w roli czarnego charakteru występuje od lat) pozostaje świadomość, że taki jest już los naprawdę wielkich: budzą albo miłość, albo strach, albo nienawiść. Na obojętność nie ma wokół nich miejsca.

Wracając do głównego wątku. Najbardziej radykalnym przykładem skomplikowanych stosunków warszawsko-resztopolskich była słynna wpadka Legii w meczu z  Celtikiem, która kosztowała mistrzów Polski udział w ostatniej rundzie kwalifikacji Ligi Mistrzów (a nie w samej LM, co było najpowszechniej stosowanym skrótem myślowym w  dziejach polskiej piłki). Na tle stołecznej histerii tym wyraźniej jawiła się obojętność i pozbawione emocji relacjonowanie afery w niemal wszystkich pozostałych regionach.

Reasumując. Nie widzę niczego złego w kibicowaniu nie mistrzom Polski, a ich rywalom, zwłaszcza jeśli wśród nich po boisku biega nie tylko Polak, ale i Ślązak z krwi i kości. I to taki, który strzelił gola Niemcom, a kilkanaście tygodni później został niepatriotycznie zelżony przez fanów tejże Legii, dla których nie miało znaczenia to, że był ich jedynym rodakiem w meczu ligi holenderskiej.

Tak spartaczyć sprawę, jak miało to miejsce podczas powrotu reprezentacji piłkarzy ręcznych z Kataru, potrafią tylko działacze sportowi znad Wisły. Po blisko trzech tygodniach fantastycznej pokazówki świadczącej o  tym, jaką siłą jest zespołowość plus solidarność, i po  wprawieniu narodu w zachwyt (zgodnie z najlepszymi wzorcami: zaczęło się od klęski, skończyło na triumfie, a po  drodze było jeszcze zjednoczenie wobec wyrządzanej drużynie, a więc nam wszystkim krzywdy) nagle wszystko diabli wzięli. Jeden z nowych idoli wylądował tu, trzech tam, pięciu w ogóle nie zauważono, a trener zniknął jak podczas zajęć ze schematów w  ataku. W  efekcie z hucznej ceremonii powitania trzeciej drużyny świata wyszedł kabaret, w którym wygranymi byli przede wszystkim oficjele. Wreszcie mogli wyjść przed  szereg, wypiąć piersi do jupiterów i wygłosić wiekopomne, nic nie znaczące, przemówienia. W dodatku po polsku, co wzbudzało mniejsze poruszenie niż wystąpienie w tym samym języku ministra sportu podczas prezentacji Euro 2016 w Katarze.

Po latach narzekań, że o piłce ręcznej mówi się jedynie od święta, czyli w praktyce wyłącznie przy okazji wielkich imprez, okazja, by te pięć minut przedłużyć przynajmniej do  kwadransa, została podręcznikowo zmarnowana. Zdjęcia, które znów miały okazję trafić na jedynki gazet, trafiały do  kosza. Zresztą sami kadrowicze wyglądali na zdezorientowanych tym, co się wokół nich dzieje. Zwłaszcza ci, którzy trafili na  lotniska inne niż Okęcie. Poza Warszawą obecność dziennikarzy (zawiadamianych pocztą pantoflową w  ostatniej chwili) budziła u Orłów z Kataru przede wszystkim zdziwienie, a także rozbawienie, np. gdy pytani o to, jak wiele damskich polskich serc bije teraz tylko dla nich, wskazywali ręką na otaczającą ich pustkę.

Z pewnością za takim rozwiązaniem logistycznym stały jakieś przyczyny. Może ekonomiczne, zapewne organizacyjne, bo przecież data powrotu była przesuwana w  miarę pokonywania przez ekipę kolejnych szczebli turniejowej drabinki, a także ludzkie, bo zawodników goniły już terminy ligowe oraz tęsknota za  rodzinami. Ale są sytuacje, w  których trzeba zagrać va ban-que, zmienić plany i zainwestować. Po to, aby później czerpać zyski, zarówno te materialne, jak i wizerunkowe. I  to była właśnie taka sytuacja. Nie mówiąc już o tym, że zlekceważeni mieli prawo poczuć się także kibice, którzy przyszli na Okęcie z nadzieją na zdjęcia i autografy, traktowane potem w ich domach jak relikwie.

O tym, że z myśleniem pia-rowsko-marketingowym nie jest wokół naszej reprezentacji najlepiej, mówili już wysłannicy towarzyszący jej nad Zatoką Perską. Zwłaszcza, że mieli materiał do porównań. Niemcy na  codziennych briefingach ze swoimi dziennikarzami, które poprzedzały konferencje biało-czerwonych, stawiali się w  komplecie, naszych przychodziło zazwyczaj czterech, czasem pięciu. Niemcy poświęcali na rozmowy tyle czasu, ile było potrzeba, u nas zdarzało się od  kadrowicza usłyszeć, że jest na tym spotkaniu… prywatnie, więc wywiadów nie udziela. I to wszystko działo się i dzieje w  środowisku, w  którym wartość pieniądza i reklamy jest posunięta poza granice przyzwoitości, w którym można za nie kupić reprezentantów, trenera, medal, a nawet kibiców…

Krótko mówiąc: panowie – wygraliście na boisku, ale przegraliście na lotnisku. I jeśli wkrótce zaczniecie znów płakać, że wasz medal przykrywa kurz, szczypiorniakiem interesują tylko hobbiści, a miejsca na widowni świecą – jak w  grudniu w Spodku – pustkami, miejcie pretensje tylko do siebie i swoich szefów.