Miesięczne archiwum: Marzec 2015

Rekord świata Wielkiej Krokwi. Tak skomentowano w TVP skok Kamila Stocha podczas mistrzostw Polski w Zakopanem. Sformułowanie barwne i zabawne, nieszkodliwe w dodatku, ale w moim odczuciu stanowiące też świetną ilustrację do tego, co w mediach, zwłaszcza elektronicznych, kwitnie nie tylko wiosną. A mianowicie kreowanie wielkich wydarzeń z takich, które nie są tego warte, ale za to są „nasze”, czyli mamy do nich tak zwane prawa.

Jeśli nie wierzycie, że jesteście poddawani manipulacji, przeprowadźcie prosty eksperyment. Podczas transmisji meczu rodzimej piłkarskiej ekstraklasy usiądźcie do telewizora tyłem i skupcie się jedynie na fonii. I spokojnie policzcie wszystkie komentatorskie przymiotniki z kategorii fantastyczny, idealny, kapitalny, widowiskowy itp. Potem odtwórzcie sobie ten sam mecz bez dźwięku i postawcie na kartkach krzyżyki po zagraniach, które przypadły wam do gustu.

Różnica pomiędzy liczbą A i liczbą B, pomniejszona powiedzmy o 10 procent wynikających z indywidualnych preferencji i sympatii, będzie właśnie wskaźnikiem manipulacji. Co ciekawe, możliwy jest także wynik odwrotny, ale tylko w kontekście wydarzeń naprawdę wielkich.

W czasie Gran Derbi „niemiłosiernych” i „fatalnych pudeł ” oraz „nieudanych dryblingów” padło więcej niż w czasie całego sezonu ekstraklasy.

To zjawisko dotyczy oczywiście nie tylko piłki nożnej i nie tylko sportu. Jego widocznym efektem staje się absolutny upadek gustów i oczekiwań. „Celebryci” (cudzysłów nieprzypadkowy), którzy w zamian za minutowe odświeżenie popularności plus pokaźny plik banknotów zgodzą się już na wszystko: od gotowania czy tańca po kompletnie idiotyczne i dosłownie uderzające w dno wskakiwanie do wody, stają się bohaterami masowej wyobraźni, rozmów przy rodzinnych stołach i gwarantami internetowej klikalności. Po prostu możesz nie wiedzieć – jak pewna pani Anna Wendzikowska – kim był Jerzy Grotowski, ale wiedzieć, kim jest sama Wendzikowska już powinieneś.

Otylia Jędrzejczak dla młodego pokolenia nie jest już zapewne jedną z najlepszych pływaczek w historii, a jurorką w Celebrity Splash, natomiast Mariusz Pudzianowski przykrywa czapką Waldemara Baszanowskiego. Pewnie właśnie dlatego Paweł Nastula sam się przeistoczył z judoki wszech czasów do roli kelnera w MMA, a Tomasz Adamek z wybitnego pięściarza na kompletnego politycznego amatora. Bo nieważne już, jak mówią, byle mówili w ogóle. Czy można się więc dziwić, że na przykład w GKS Katowice dyrektorem sportowym zostaje znany i całkiem skądinąd solidny bokser zawodowy Grzegorz Proksa? Taka nominacja zapewniła przecież klubowi kolejną dawkę rozgłosu, nieco przygasłego po fali entuzjazmu, jaką wywołało zatrudnienie Aidy Belli, byłej łyżwiarki, która zasłynęła jednak nie rekordami torów, a sesją dla „Playboya”.

Sztuka medialna ma jednak także drugie ostrze. Jego podstawową funkcją jest minimalizowanie faktów niewygodnych. Nie ukrywam, że przecierałem oczy ze zdziwienia, gdy po niezwykle ważnym przegranym meczu Ruchu Chorzów z Zawiszą Bydgoszcz, kilku moich kolegów po fachu skupiło się nie na konsekwencjach tego wyniku, ale na rzekomych pozytywach, np. w postaci pierwszej straconej przez gości wiosennej bramki, stosując dodatkowo populistyczny wytrych, że „z takich porażek zespół wychodzi mocniejszy”.

No cóż, taką teorię można rozbudować twierdząc, że np. długi wzbogacają. Absurd? Zapewne, ale mam wrażenie, że akurat taki punkt widzenia staje się dość powszechny.

Zdecydowaliśmy się na  eksperyment. Tak powiedział  prezes Wojciech Cygan, po czym się szybko z tego sformułowania wycofał, zastępując je określeniem „ciekawy pomysł”.

Kiedyś często mawiano, że pierwsze słowo się liczy. I  tak jest w tym przypadku. Intuicja prezesa nie zawiodła: GKS zdecydował się właśnie na eksperyment. Bo zatrudnienie na  tak odpowiedzialnym stanowisku osoby znanej, ale bez żadnego doświadczenia, może być traktowane tylko w taki sposób.

W wywiadzie dla gieksa.pl sam Proksa ujawnił, że pomysł wyszedł od  jednego z kibiców, który wspierał go podczas walk na całym świecie. Czy ktoś może wie, kim jest ten ojciec chrzestny nowego dyrektora?

Prezesi klubów ekstraklasy jak co roku zastanawiają się nad kształtem kolejnych rozgrywek. Dwanaście miesięcy temu w publicznych wypowiedziach wszyscy byli przeciwko dzieleniu punktów po fazie zasadniczej, ale gdy przyszło co do czego, czyli do  głosowania, wszyscy podtrzymali ten punkt regulaminu.

Czy tym razem zdecydują się na (kontr)reformę okaże się już wkrótce. Na pewno jednak uważnie wsłuchują się w głosy z szatni, a w tej na pomyśle dzielenia nie zostawia się suchej nitki. – To nie fair – twierdzi stanowczo np. Robert Warzycha, dyrektor sportowy Górnika Zabrze. – Mamy na koncie 35 punktów i nie jesteśmy nawet pewni utrzymania!

Nie ulega wątpliwości, że obecny system promuje słabszych, zmniejszając ich – uczciwie wypracowane na boisku – straty do lepszych. Ot, takie podnoszenie poziomu emocji w stylu Robin Hooda, który zabiera bogatym, by oddać biednym. Doprawdy, trudno nazwać to rozwiązanie uczciwym.

Jeszcze dziwniejszym pomysłem od dzielenia wydaje się mnożenie. Bytów ligowych mianowicie. Idea powiększenie ekstraklasy podpierana fałszywą teorią, że całkiem duży kraj powinien mieć równie dużą ligę, jest z gruntu widzenia fałszywe. Bo klubów organizacyjnie i sportowo gwarantujących prawdziwą ekstraklasę jest znacznie mniej niż tych, które obecnie w niej występują.

Tymoteusz Świątek. Tak się nazywa człowiek, który stał się twarzą walk w klatce. Twarzą rozbitą, zakrwawioną  i pozbawioną przytomności. Twarzą kopaną, tłamszoną, niszczoną. Wreszcie wyniesioną na noszach.

Nigdy nie ukrywałem obrzydzenia mieszanymi sztukami walki, uznając, że sport kończy się daleko przed  tą granicą, za którą można kopać leżącego ku uciesze gawiedzi. Zresztą także mi obcej mentalnie, zwłaszcza, gdy słyszałem, jakie zachwyty wzbudzały wśród niej akcje z walki wspomnianego Świątka, gdy Victor Marinho wspierał się na jego ramionach i traktując je jako podparcie uderzał kolanami w głowę Polaka. Po ponad dwudziestu latach oglądania walk bokserskich nie mogę zaakceptować tego, że największe protesty wywołuje nie wizja utraty zdrowia jednego z  uczestników cyrku, a komenda stop, powstrzymująca rzeź. Komenda , która w przypadku wrocławskiej – tak zwanej – gali FEN6 ani z ust sędziego, ani z narożnika Świątka nie padła. Warto się zastanowić czy nie jest to sprawa dla prokuratora? Czy nie mieliśmy do czynienia z  bezczynnością świadków, graniczącą ze współuczestnictwem w ciężkim pobiciu?

Wiem, że sam Świątek, gdy już doszedł do siebie, stwierdził, że jego walk przerwać nie można, pewnie w myśl wypaczonej zasady „maszeruj albo giń”.  Ale obserwując to, co działo się w klatce, jego wypowiedź traktowałbym nie jako deklarację, a raczej efekt szoku i wstrząśnienia mózgu. Poza tym chciałbym usłyszeć co o tych słowach sądzi jego dziewczyna, której po początkowym zachwycie widniejącym na jej obliczu przerażeniem, kamery telewizyjne zaczęły nagle unikać.

A propos mediów. Przy okazji na szczyt hipokryzji wznieśli się komentatorzy stacji Polsat Sport. Ich dramatyczny apel „przerwijcie to wreszcie!” poprzedziły przecież kilkuminutowe zachwyty nad  duchem walki pana Tymo-teusza, który pod lawiną uderzeń wciąż stał na nogach. – Portugalczyk pewnie wciąż się zastanawia, jakim cudem Świątek się nie przewraca – ekscytowali się panowie, chociaż widać było, że sam zainteresowany nie potrafi tego wytłumaczyć, bo nie jest już świadomy ani tego gdzie jest, ani tego, co robi. Za to jak już się przewrócił, to powiało grozą.

Nic na to nie poradzę, że nie porywają mnie ani Pudzia-nowski, ani Hardcorowy Koksu. Uważam też, że występy w tym cyrku prawdziwych sportowców pokroju Pawła Nastuli niszczą ich legendę bez względu na wyniki potyczek w klatce. Po prostu widzę, że kilkunastu facetów znalazło sposób, by zarobić na tym, co podczas każdego weekendu i  tak dzieje się pod dyskotekami, za stodołami i na  kibolskich ustawkach. A ponieważ trafili na masy, które za to płacą, powstał lukratywny biznes.

I tu jest chyba właśnie pies pogrzebany. Ci, którzy wchodzili jako pierwsi, wiedzieli, że podejmują ryzyko, musieli więc też dbać – we własnym interesie – o zdrowie zawodników. Następni, w myśl zasady, że gorszy pieniądz wypiera lepszy, muszą znaleźć coś większego, mocniejszego i, bo to sprzedaje się najlepiej – brutalniejszego. Więcej możliwych ciosów, jeszcze, o ile to możliwe, mniej reguł, jak najwięcej krwi i nokautów. Bo poprzeczkę trzeba podnieść, bo „targetowi” trzeba dać sygnał: reszta to mięczaki, tylko u nas zobaczysz prawdziwy show.

Po przedstawieniu z udziałem Świątka ludzie myślący zadają sobie jednak pytanie. Co czeka nas na końcu tej drogi? Odpowiedź może być przerażająca: śmierć na żywo, miliony odsłon na youtubie, powtórki, zdjęcia, łzy, procesy, brukowce, może książki. Czyli coś w stylu Mamy Madzi w stroju kąpielowym na białym koniu. Naprawdę tego chcecie?

Zacznę prosto z mostu od  słów uznania dla rzeczniczki Ruchu Chorzów i jej współpracowników. Chodzi mianowicie o komunikat wydany przez Niebieskich po tym, jak światło dzienne ujrzała informacja o karze nałożonej na  klub przez UEFA za złamanie zasad finansowego Fair Play, a więc za wydatki znacznie przekraczające wpływy.

Patrząc z zewnątrz można by uznać, że 200.000 euro to cios wyjątkowo dotkliwy, zwłaszcza dla Ruchu, którego zobowiązania- zgodnie z raportem giełdowym – osiągnęły granicę 50 milionów złotych. Tymczasem piątkowy komunikat sprawił, że kibice mogli odetchnąć z ulgą. Z jego treści wynika bowiem, że to nie kara, a depozyt, że Ruch wcale jej wpłacać nie musiał, ale sam się na to zgodził, i w ogóle, że jest to sukces szefów Niebieskich i dowód uznania, jakie ich polityka ekonomiczna wzbudza w europejskiej federacji. Co więcej, ton pisma potwierdził uśmiechnięty prezes Dariusz Smagorowicz, który wyjeżdżając ze stadionu rzucił  od  niechcenia, że 200 tysięcy euro to żaden problem.

Nigdy nie ukrywałem opinii, że prezesi z polskiej ekstraklasy niezasłużenie długo czekają na noblowską nagrodę z  ekonomii. Teraz dołożyłbym do  tego także matematyczną, za  udowodnienie, że minus to  plus. Ale w końcu już Reymont napisał: ja nie mam nic, ty nie masz nic, to razem mamy tyle, żeby założyć wielką fabrykę. Dziś to ostatnie słowo zamieniłby pewnie na klub piłkarski.