Miesięczne archiwum: Kwiecień 2015

Miniony tydzień w polskiej piłce upłynął pod znakiem decyzji dotyczącej systemu rozgrywek. Kluby – zwłaszcza w kontekście dzielenia punktów – były spolaryzowane, Spółka Ekstraklasa przypomniała im, że mają jedynie głos doradczy, a PZPN jednomyślnie utrzymał obecne zasady, czego orędownikiem był prezes  Zbigniew Boniek.

Koronnym argumentem za  podziałem, czyli działaniami w stylu Janosika – zabraniu najbogatszym, by dać nadzieję najbiedniejszym – było utrzymanie odpowiedniego poziomu emocji. Dzielenie wywalczonego w  30. kolejkach dorobku przez dwa sprawia, że dodatkowe siedem kolejek w ogóle ma sens. Sprawiedliwość schodzi więc na  dalszy plan, liczy się przyciąganie uwagi kibiców i sponsorów.

Operacja zostanie przeprowadzona w najbliższą środę przed północą, ale obserwując finisz ligowców nie sposób oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z pudrowaniem trupa. Sztuczne pompowanie emocji nie zmienia faktu, że poziom większości meczów jest mizerny i już nie tylko walka o mistrzostwo Polski, ale i o  miejsce w  czołowej ósemce, przypomina wyścig żółwi. Kości jakoś nie trzeszczą, słupki się nie łamią, ot, piłkarze odhaczają kolejne 90 minut na boisku.

Kibice też to widzą i czują, co widać po frekwencji m.in. na śląskich stadionach. No cóż, całe szczęście, że chociaż pomysł powiększenia ligi został na razie odłożony ad acta.

Polski Związek Hokeja na  Lodzie dokonał – i to od  niechcenia – sztuki  niezwykłej. A mianowicie zdołał przyćmić wybitne przecież w  minionych latach wyczyny Polskiego Związku Piłki Nożnej w zakresie nieudolności i niekompetencji. W dodatku sam się zgłosił do bicia tego rekordu, biorąc na swoje barki organizację mistrzostw świata (co prawda drugiej ligi, ale jednak) w Krakowie. Pech bowiem chciał, że halę w Doniecku zmiotła wojenna zawierucha.

Otrzymanie turnieju zostało odtrąbione jako sukces szefów PZHL. Prezes Dawid Chwałka wygłosił przygotowaną wcześniej tyradę o niezwykłej szansie na promocję dyscypliny, którą z wielkim zapałem i skutecznością sprowadzano w ostatniej dekadzie do rangi sportu niszowego, ustępującego powoli pola curlingowi i short-trackowi (chociaż ten ostatni stracił sporo uroku po przejęciu Aidy Belli przez GKSKatowice). Wielka szansa wymaga wielkich słów, więc expose hokejowego bossa pełne było energii. Wizję sukcesu organizacyjnego rysował z takim zapałem, że pewnie nawet Mariusz Czer-kawski zaczął szukać w piwnicy kija i łyżew, by wziąć udział w  tym historycznym wydarzeniu.

Jak to jednak bywa w życiu, powiedzieć jest łatwo, ale zrobić trudniej. W dodatku wrogie elementy od początku rzucały piasek na gładką taflę prezesowskiej propagandy. I to już od momentu, gdy ogłoszono ceny biletów. A przecież kilkadziesiąt złotych za zobaczenie meczu to proporcjonalnie odpowiednia kwota wobec faktu, że samo miejsce parkingowe pod halą wyceniono na złotówek 30. Prezes w świetnym nastroju, z szemrzącą już w wyobraźni rzeką pieniędzy płynących z kieszeni rozkochanych w hokeju kibiców, miał jedynie obawy, czy piętnastotysięczna Kraków Arena nie okaże się za mała…
Niestety, przepisy nie pozwalają, by do widowni dostawić jeszcze kilka tysięcy taboretów. Głowiono się więc, jak uniknąć rozruchów rozczarowanych brakiem biletów kibiców.Wybrano wariant oczywisty: na wszelki wypadek postanowiono mistrzostw nadmiernie nie reklamować. Tu i ówdzie powieszono więc małe plaka-ciki, ale wybierano miejsca bezpieczne, np. pod wielkimi bill-boardami zapraszającymi na  mecze piłkarzy ręcznych. Pozostały jednak do zneutralizowania media oraz sfera wirtualna. Pierwsze załatwiono w białych rękawiczkach – przyznając akredytacje wg zagadkowego klucza i na wszelki wypadek, przyupublicznionych nazwiskach szczęśliwców, nie umieszczono nazw ich redakcji. W efekcie w biurze prasowym wciąż leży sporo wejściówek, których rzekomo zainteresowani nimi nie odebrali. A internet? Związkowego Twittera na długo zamrożono 16 kwietnia, w dodatku zastawiając pułapkę w postaci wpisu z nieczynnym linkiem. Zastanawianie się nad tym, co krył, unieruchomiło wielu dziennikarzy i  odciągnęło ich od pytań o turniej. Na drugim froncie, na oficjalnej stronie związku, nie podano nawet składu reprezentacji, uruchomiono za to zegar odliczający czas do meczów Polaków. Stanowiący kolejną pułapkę, bo niemal hipnotyzujący. Najlepszą sztuczką było jednak niewpisywanie wyników spotkań już rozegranych, aby uniknąć wrażenia, że mistrzostwa w  ogóle trwają i przerzucenie newsów o zawodach – bez oczywistego przekierowania – na nieznaną kibicom stronę z domeną „tv”. Coś, czego nie ma, przecież nie istnieje.

Efekt tej skomplikowanej operacji przeszedł najśmielsze oczekiwania: hokejowy pacjent poddawany rzekomej reanimacji  cichutko zmarł przy świecących pustkami trybunach. I na  zmartwychwstanie się nie zanosi, tym bardziej że Wielkanoc już była. Zresztą o niej – ustalając kalendarz finałów mistrzostw Polski – PZHL też zapomniał. I tylko żal w tym wszystkim walczących ponad stan hokeistów, którzy w sobotę dzielnie walczyli z Węgrami o awans do elity.

Wszelkiej maści działacze sportowi najwyraźniej z utęsknieniem czekali na wiosnę, bo zaledwie zrobiło się nieco cieplej, a już w ich głowach zakwitły bujnie różnorakie pomysły. I to takie, na jakie zwykły zjadacz chleba nie wpadłby, choćby myślał i myślał bez przerwy przez kilka lat.

Najpierw odpalili ci, na których zawsze można liczyć, czyli bossowie siatkówki. Ponieważ akurat pod ręką nie było żadnego losowania, w którym mogliby zmienić zasady już w  trakcie ceremonii, więc prezydent CEV, Andre Meyer, znalazł sobie inną niszę i odkrył sposób na skrócenie meczów. Taki mianowicie, że zawodnik idący na  zagrywkę nie mógłby się cieszyć ze zdobytego chwilę wcześniej punktu. Taka radość – jak wyliczył Luksemburczyk – opóźnia wznowienie gry o 10-15 sekund. Co prawda mnie też zawsze dziwił wybuch szczęścia przy stanie 1:0 w pierwszym secie, ale jednak wizję Meyera trzeba uznać za imponującą. Co najmniej tak samo, jak przeniesienia lata na zimę, czyli mundial w grudniu made in FIFA.

Trochę mniej fantazji, ale znacznie więcej pragmatyzmu, zaprezentował Jegor Anisimow, deputowany rosyjskiej Dumy, który domaga się, aby jeden olimpijczyk mógł wziąć udział najwyżej na dwóch igrzyskach. Polityk odkrywczo uznał bowiem, że przy każdym kolejnym starcie sportowiec nie tylko jest starszy, ale  i podatniejszy na kontuzje, i jedynie ambicja nie pozwala mu ustąpić miejsca młodszemu, czyli zdro-wszemu następcy. O ograniczeniu liczby kadencji dla parlamentarzystów Anisimow przezornie jednak nie wspomniał.

W kraju też nie możemy się nudzić. W dodatku poprzeczka poszła tak wysoko, że Zbigniew Boniek, który wsiadł do pociągu z jadącymi na mecz kibicami Korony Kielce, stał się w internecie jedynie chwilową atrakcją. Jego wyczyn przyćmił na przykład Polski Związek Piłkarzy, który zorganizował akcję protestacyjno-roszczeniową w  ekstraklasie i I lidze, a jej symbolem były seledynowe sznurówki zawodników podczas meczów ekstraklasy i I ligi. Dzięki temu w szatniach i na  trybunach dochodziło do stojących na wysokim poziomie burz mózgów, czy ten seledynowy to jest właściwie zielony czy niebieski?

Zawsze można oczywiście liczyć na środowisko hokejowe, które dopiero na przednówku, pod koniec rywalizacji finałowej, zorientowało się, że… nadchodzą święta. Absolutnym hitem jest jednak ubezpieczenie się przez PZHL od… sukcesu. Jeśli biało-czerwoni wywiną w  Krakowie numer i awansują do  elity, wówczas premie wypłaci im… broker z Londynu. Na takie rozwiązanie nie wpadł jeszcze nawet PZPN.

Szczebel regionalny w tej wyliczance zajęli na razie szefowie GKS Katowice. Po kilku sezonach, które skończyły się rozczarowaniami, wpadli na nowy sposób budowania drużyny. W praktyce oznacza to, że i Wy możecie zostać skautami pierwszoligowego klubu – jeśli gdzieś w Polsce zobaczycie zawodnika, który wpadnie wam w oko, poinformujcie o tym dyrektora sportowego Grzegorza Proksę, do którego zapewne można się wcześniej zgłosić po charakterystykę potrzebnego piłkarza.Kto wie, może  nawet otrzymacie prowizję?

Nie chcąc pozostawać w tyle, oświadczam, że sam również mam sporo pomysłów, które mogą zrewolucjonizować sport. Wprowadziłbym na przykład losowanie kierunków, w jakich będą jeździć żużlowcy (dla każdego zawodnika osobno), narciarskie konkursy skoków równoległych wieńczonych na  zeskoku takim samym slalomem, a w podnoszeniu ciężarów dźwiganie sztang na trzy-cztery przez całą grupę, co wprowadziłoby napięcie porównywalne tylko z masowym strzelaniem w biathlonie.

No i sami powiedzcie, jak tu nie lubić wiosny?

To z pewnością jeden z najdziwniejszych pomysłów w polskim futbolu. W  miniony weekend piłkarze ekstraklasy i I ligi wyszli na boiska w  butach zawiązanych seledynowymi sznurówkami. Miał to być symbol solidarności z tymi, którym prezesi nie płacą w terminie pensji oraz z pokrzywdzonymi przez organy dyscyplinarne. Jednocześnie zawodnicy domagali się możliwości rozwiązania kontraktu po miesięcznym opóźnieniu w wypłatach, umowy o pracę jako podstawy zatrudnienia i swobody w zarządzaniu swoim wizerunkiem.

O słuszności postulatów można dyskutować. Powstaje na przykład – nieco złośliwe – pytanie czy piłkarze zgodziliby się, aby umowy o pracę miały jako podstawę minimalną pensję krajową. Trudno też sobie wyobrazić dowolne rozporządzanie wizerunkiem w  kontekście sponsorskich umów zawartych przez ich kluby. W  każdym razie organizatorzy akcji,póki co, osiągnęli efekt odwrotny od zamierzonego.

Na trybunach, a także na  platformach społecznościo-wych, od piątku trwały bowiem przede wszystkim rozmowy o… kolorystyce. Jak powszechnie wiadomo, mężczyźni, w przeciwieństwie do kobiet,  odróżniają tylko kilka podstawowych barw, i akurat seledynowego wśród nich z pewnością nie ma. Nic więc dziwnego, że całą sprawę potraktowano jako kontynuację absurdalnej konferencji Kazmierza Grenia, podczas której najgorętsze dyskusje wywołał kolor jego spodni.

Kopanie leżącego zdecydowanie mnie nie bawi. Ani w wydaniu pseudo-gwiazdek MMA, ani medialnym. Zwłaszcza gdy linczu dokonuje cała wataha, a ofiara jest nie uzbrojonym wojownikiem, a błaznem.

Właśnie z taką sytuacją mamy do czynienia w przypadku – uwaga, to modne słowo – grillowania Kazimierza Grenia, byłego właściciela pierwszego w Rzeszowie sex shopu, a obecnie barona  Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej. Facet od  zawsze żyje we własnym świecie, dziecinne podpuszczanie przez dziennikarzy czekających na swawolne bon moty brał za  przejawy uwielbienia dla swojej inteligencji, a wszelkie wyniki wyborów przyjmował z miną ojca chrzestnego ich zwycięzców. I tylko potem nadziwić się nie mógł, że zamiast deszczu zaszczytów czekały na niego drugoplanowe role, co owocowało jednak nie refleksją nad  własną kondycją, a wiarą w spiskową teorię dziejów. Czy można się więc dziwić, że będąc, z  własnej winy i na własną prośbę, zepchniętym do narożnika, zamiast kontrataku wyprowadził cios, którym sam się znokautował, organizując najzabawniejszą konferencję prasową XXI wieku?

Działaczy pokroju Kazimierza Grenia znałem i znam wielu, ba, uważam, że każda podobna organizacja ma w swoich szeregach ludzi greniopodo-bnych, więc afera biletowa niespecjalnie mnie zszokowała. Poczułem przede wszystkim wstyd, że Polska doczekała się kolejnego ambasadora żywcem wyjętego ze stereotypów i dowcipów, które opowiada się nad szklanką guinnessa w każdym irlandzkim pubie. Od początku było bowiem jasne, że pseudoformalne przepychanki, skąd pochodziły bilety, ile ich było, skąd pochodziły, co oznaczały formuły wypowiedziane przez sąd i cała ta reszta dzielenia włosa na czworo, stanowiły jedynie ozdobniki przed nieuchronną egzekucją.

Jak zwykle w takich sytuacjach warto jednak spróbować na chwilę wyjść z rzucającego kamieniami tłumu i rozejrzeć się nieco szerzej. Także w  tym przypadku najciekawsze jest nie to, jakiego koloru spodnie nosił w Dublinie Greń, a coś zgoła innego. A mianowicie fakt, że cuchnące błoto, jakie pryska przy okazji tej sprawy, przylepiło się tylko i wyłącznie do bohatera afery… Powiecie, że to rzecz naturalna i właściwa? Oczywiście, że tak. Ale spójrzcie kilka lat wstecz. Gdyby podobny skandal wybuchł podczas prezesury Grzegorza Laty, także on, wraz z całym PZPN-em, zostałby wrzucony do worka z etykietkami „cwaniacy”, „złodzieje”, „dorobkiewicze”, a tu i ówdzie pojawiłyby się sugestie, że zysk z biletów miał zostać podzielony pomiędzy członków związkowego prezydium.

I właśnie ta różnica wydaje mi się w tej sprawie najważniejsza. Zbigniew Boniek, jak nikt przed nim w PZPN, zdał sobie sprawę, jak istotne są działania piarowskie, i na ich potrzeby  zbudował wyjątkowo sprawny aparat, mówiąc delikatnie, inspirujący działania mediów. Sam zresztą bierze w  tym udział np. za pośrednictwem wpisów na Twitterze. A przecież startował dokładnie w takich samych okolicznościach przyrody jak Lato, to znaczy zastępując znienawidzonego przez kibiców i dużą część opinii publicznej poprzednika. Król strzelców niemieckiego mundialu szybko jednak się przekonał, że prezesura to dla niego zbyt duży rozmiar kapelusza, w dodatku popełnił strategiczny błąd otaczając się sobie podobnymi współpracownikami, w tym Greniem, co doprowadziło do  katastrofy.

Krótko mówiąc: winowajca został już zgrillowany i można o nim zapomnieć. Za to cała ta akcja powinna być ostrzeżeniem dla konkurentów Bońka w nadchodzącej kampanii wyborczej. Skuteczności działań jego sztabu mogą mu pozazdrościć nawet kandydaci na prezydenta kraju…

W czasie zimnej wojny trenera Pawła Janasa z dziennikarzami podczas  mundialu w Niemczech, selekcjoner na jedną z konferencji prasowych przysłał…  kucharza reprezentacji. Piłkarze Górnika Zabrze jeszcze na  to nie wpadli, więc po Wielkich Derbach Śląska po prostu zniknęli.

Pomogła im w tym decyzja kierownika bezpieczeństwa, który strefę mieszaną, a więc miejsce przeznaczone do rozmów dziennikarzy z zawodnikami przesunął na  zewnątrz budynku mieszczącego szatnie. Zespół Ruchu i tak musiał tamtędy przejść do autokaru, ale gospodarze już nie, i skwapliwie z  tego skorzystali, rzucając na front, z dużym opóźnieniem,  jedynie Łukasza Madeja, który zresztą często taką rolę na siebie przyjmuje.
Reszta odrzuciła prośby (!) pracowników odpowiadających za kontakty z mediami. O stosownych zapisach w kontraktach piłkarzy, oczywistych w cywilizowanych piłkarsko krajach, w Zabrzu najwyraźniej nikt nawet nie słyszał…

Jasne, że Czytelnika podobne historie obchodzić szczególnie nie powinny, ale jednak warto je nagłaśniać. Bo wbrew pozorom sprawa ta wykracza poza kuchnię dziennikarskiej pracy. Górnik łamie bowiem w ten sposób regulamin Ekstraklasy. A to może sponsorujących klub mieszkańców Zabrza znów trochę kosztować.