Kopanie leżącego zdecydowanie mnie nie bawi. Ani w wydaniu pseudo-gwiazdek MMA, ani medialnym. Zwłaszcza gdy linczu dokonuje cała wataha, a ofiara jest nie uzbrojonym wojownikiem, a błaznem.

Właśnie z taką sytuacją mamy do czynienia w przypadku – uwaga, to modne słowo – grillowania Kazimierza Grenia, byłego właściciela pierwszego w Rzeszowie sex shopu, a obecnie barona  Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej. Facet od  zawsze żyje we własnym świecie, dziecinne podpuszczanie przez dziennikarzy czekających na swawolne bon moty brał za  przejawy uwielbienia dla swojej inteligencji, a wszelkie wyniki wyborów przyjmował z miną ojca chrzestnego ich zwycięzców. I tylko potem nadziwić się nie mógł, że zamiast deszczu zaszczytów czekały na niego drugoplanowe role, co owocowało jednak nie refleksją nad  własną kondycją, a wiarą w spiskową teorię dziejów. Czy można się więc dziwić, że będąc, z  własnej winy i na własną prośbę, zepchniętym do narożnika, zamiast kontrataku wyprowadził cios, którym sam się znokautował, organizując najzabawniejszą konferencję prasową XXI wieku?

Działaczy pokroju Kazimierza Grenia znałem i znam wielu, ba, uważam, że każda podobna organizacja ma w swoich szeregach ludzi greniopodo-bnych, więc afera biletowa niespecjalnie mnie zszokowała. Poczułem przede wszystkim wstyd, że Polska doczekała się kolejnego ambasadora żywcem wyjętego ze stereotypów i dowcipów, które opowiada się nad szklanką guinnessa w każdym irlandzkim pubie. Od początku było bowiem jasne, że pseudoformalne przepychanki, skąd pochodziły bilety, ile ich było, skąd pochodziły, co oznaczały formuły wypowiedziane przez sąd i cała ta reszta dzielenia włosa na czworo, stanowiły jedynie ozdobniki przed nieuchronną egzekucją.

Jak zwykle w takich sytuacjach warto jednak spróbować na chwilę wyjść z rzucającego kamieniami tłumu i rozejrzeć się nieco szerzej. Także w  tym przypadku najciekawsze jest nie to, jakiego koloru spodnie nosił w Dublinie Greń, a coś zgoła innego. A mianowicie fakt, że cuchnące błoto, jakie pryska przy okazji tej sprawy, przylepiło się tylko i wyłącznie do bohatera afery… Powiecie, że to rzecz naturalna i właściwa? Oczywiście, że tak. Ale spójrzcie kilka lat wstecz. Gdyby podobny skandal wybuchł podczas prezesury Grzegorza Laty, także on, wraz z całym PZPN-em, zostałby wrzucony do worka z etykietkami „cwaniacy”, „złodzieje”, „dorobkiewicze”, a tu i ówdzie pojawiłyby się sugestie, że zysk z biletów miał zostać podzielony pomiędzy członków związkowego prezydium.

I właśnie ta różnica wydaje mi się w tej sprawie najważniejsza. Zbigniew Boniek, jak nikt przed nim w PZPN, zdał sobie sprawę, jak istotne są działania piarowskie, i na ich potrzeby  zbudował wyjątkowo sprawny aparat, mówiąc delikatnie, inspirujący działania mediów. Sam zresztą bierze w  tym udział np. za pośrednictwem wpisów na Twitterze. A przecież startował dokładnie w takich samych okolicznościach przyrody jak Lato, to znaczy zastępując znienawidzonego przez kibiców i dużą część opinii publicznej poprzednika. Król strzelców niemieckiego mundialu szybko jednak się przekonał, że prezesura to dla niego zbyt duży rozmiar kapelusza, w dodatku popełnił strategiczny błąd otaczając się sobie podobnymi współpracownikami, w tym Greniem, co doprowadziło do  katastrofy.

Krótko mówiąc: winowajca został już zgrillowany i można o nim zapomnieć. Za to cała ta akcja powinna być ostrzeżeniem dla konkurentów Bońka w nadchodzącej kampanii wyborczej. Skuteczności działań jego sztabu mogą mu pozazdrościć nawet kandydaci na prezydenta kraju…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*