Miesięczne archiwum: Maj 2015

Przyznam się od razu. Burzę na Twitterze wywołałem z  pełną premedytacją i z  zimną krwią. Na  zasadzie uderzenia w stół. Nożyce odezwały się od razu. Głównie z  hejtem, oburzeniem, bezrefleksyjnie. Tymczasem temat powinien dawać do myślenia…

W skrócie: wpis, który spotkał się z taką reakcją dotyczył frekwencji na weekendowych meczach pierwszoligowego GKSKatowice i  drugoligowego Rozwoju. Na  pierwszym oficjalnie pojawiło się 1200 osób, na drugim 1000. Hasło, które wzburzyło fanów z Bukowej, brzmiało: „Historyczny weekend. Więcej kibiców na  Rozwoju niż na GKS-ie”. Naciągane? Nieco, chociaż można mieć wątpliwości, czy na Gie-KSie nie wliczono posiadaczy karnetów, którzy na spotkanie z  Sandecją nie przyszli. W każdym razie reakcja była natychmiastowa. Jedna z defensywnych odpowiedzi ze strony kibiców GKS-u, spodobała mi się szczególnie: – Dla nich sufitem jest to, co dla nas podłogą.

Być może w tym stwierdzeniu jest spora część prawdy. Tyle tylko, że od dłuższego czasu kibice pierwszoligowca utrzymują się znacznie bliżej podłogi niż – trzymając się budowlanej terminologii – chociażby parapetów. A sytuacja nie ma znaczenia li tylko statystycznego.W jej kontekście trzeba przecież przypomnieć, że wokół klubu trwały i trwają gorące debaty dotyczące nowego stadionu i decyzji miasta określającej wielkość  obiektu, który ma powstać do  2018 roku,  na 12.000 miejsc. Kibice publicznie żądający kilku tysięcy krzesełek więcej od lat mieli szansę, by zagłosować za  swoją opcją nogami, czyli przychodząc na mecze. Szansę popisowo zmarnowali.

Problem ten nie dotyczy jednak tylko Katowic. Na gruncie pierwszej ligi nikt nie jest w  stanie przewidzieć, jak będzie wypełniał się nowy stadion GKS-uTychy, skoro kibice tego klubu odzwyczaili się od wspierania drużyny i do Jaworzna jeździ ich garstka. Ale spójrzmy na  szczyt. Górnik Zabrze nawet na  Wielkie Derby Śląska z Ruchem miał problem z wypełnieniem 3.000 (!) miejsc. Wśród szesnastu drużyn ekstraklasy pod  względem średniej frekwencji z czterech naszych klubów najwyżej, bo na dziesiątym miejscu, jest Ruch Chorzów – 5.780 osób na mecz, który zadaje w  ten sposób kłam tezie, że wpływ na liczbę widzów ma standard stadionu. Bo na nowoczesnej arenie Piasta pojawia się przeciętnie tylko 4.607 kibiców (11. miejsce), a na  Podbeski-dziu 3.874 (14., ale licząc tylko od otwarcia nowej trybuny średnia ta wynosi 4.791, czyli na poziomie gliwickim). W sumie wszyscy zmieściliby się na jednym średnim obiekcie.

Najwyraźniej jesteśmy świadkami upadku mitu, że fusbal dla Ślązaków jest czymś wyjątkowym, a  jeśli nawet wciąż tak, to coraz częściej unikają z nim bezpośredniego kontaktu, stawiając na przekaz telewizyjny. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta. Jej pierwszy aspekt, sportowy, dotyczy poziomu ekstraklasy, nie tylko zresztą w  śląsko-bes-kidzkim, ale generalnie w krajowym wydaniu, co udowadniają europejskie puchary. Przyczyna druga, istotniejsza, to społeczna otoczka piłkarskich wydarzeń. Zarówno ta stadionowa, z  zalewem wulgaryzmów, jak i miejska, z  obrzydliwymi graffiti czy z budzącymi strach przejazdami i przemarszami kibiców.

Wbrew temu, co twierdzi prezes Zbigniew Boniek, wizerunek polskiej piłki nożnej, zwłaszcza ligowej, wciąż jest fatalny. Wystarczy zresztą wspo-mnieć zachwyty władz PZPN nad finałem Pucharu Polski, który zakończył się zasłużonymi karami dla klubów za zachowanie ich fanów. Próby owijania kiepskiej jakości towaru w  złoty papierek nie przynoszą efektów – ludzie nie dają się nabrać. Tymczasem trzeba pamiętać, że w minioną sobotę na wirtualnym katowickim dwunas-totysięczniku to nie tysiąc miejsc byłoby zapełnione, tylko jedenaście tysięcy puste.

Trudno uciec od skojarzeń. Gdy dziesięć lat temu zatrzymano pierwszą osobę w akcji, która później ujawniła szokującą skalę korupcyjnego procederu, ówczesny prezes PZPN, Michał Listkiewicz, mówił o jednej czarnej owcy.
Wczoraj, gdy w Szwajcarii policja przeprowadziła spektakularną akcję zatrzymania sześciu prominentów z  FIFA, ten sam Listkiewicz oświadczył, że to efekt wyboru niewłaściwych ludzi przez państwa Ameryki Południowej i Środkowej. Dodając, że ani Sepp Blatter, ani europejscy członkowie UEFA, nie mieli na to żadnego wpływu.
FIFA od lat funkcjonuje jak samodzielne imperium. Niejednokrotnie, także w kontekście Polski, groziła państwom, że w przypadku ingerencji rządów w krajowe związki, kluby i reprezentacja zostaną wykluczone z rozgrywek. Może więc PZPN powinien teraz, w ramach rewanżu, zażądać uwolnienia zatrzymanych bossów pod  groźbą wystąpienia z federacji? Zresztą Listkiewicz jakoś to przecież wytłumaczy.

Za nami już 34 kolejka, ale wciąż trudno uciec od tego, co działo się w minioną środę, czyli od wydarzeń z meczu Legia – Jagiellonia. W 98 minucie spotkania sędzia Paweł Gil podyktował dla gospodarzy rzut karny, który do  czerwoności rozgrzał całe futbolowe środowisko.

Jedna  kwestia  związana z tą sprawą – czyli konieczność wprowadzenia analizy wideo – wydaje się oczywista, natomiast na drugą nikt właściwie nie zwrócił uwagi. To konsekwencje nagminnego w polskiej lidze odpalania rac i świec dymnych. Przecież to właśnie ze względu na pirotechniczne pokazy kiboli Legii,  arbiter został zmuszony do przerwania meczu i doliczenia tych kilkunastu minut.

Taki obrót sprawy okazał się dla gospodarzy korzystny, natomiast straciła na tym Jagiellonia. Nic więc dziwnego, że zwycięzcy z wielkim zapałem oklaskiwali swoich fanów oraz spikera, który od lat stanowi hańbę dla całej ekstraklasy. Niniejszym proponuję więc następujące rozwiązanie: w przypadku przerwania meczu sędzia powinien skonsultować się z kapitanem zespołu, którego fani nie ponoszą winy za  przerwę i według jego opinii podjąć decyzję, czy „brakujące” minuty zostaną dograne. W  ten sposób głupota kiboli może kosztować klub czas potrzebny do odrobienia strat czy też przechylenia szali na własną korzyść, co będzie znacznie boleśniejsze niż wymierzane przez Komisję Ligi grzywny.

Wiecie o tym, że niedawno zakończyły się mistrzostwa Polski w boksie? Pewnie nie, bo była meda-lodajna dyscyplina, z którą łączy się tyle wspaniałych, a nawet epickich historii, na mapie sportu znalazła się w bezpośrednich okolicach białych plam. O jej wydaniu regionalnym nie warto nawet wspominać – z  imprezy, z której kiedyś przywożono całe worki trofeów, tym razem dostarczono na  Śląsk tylko jeden, i to brązowy krążek.

Ostatni medal igrzysk olimpijskich? Wojciech Bartnik  w 1992 (brązowy). Ostatni medal mistrzostw świata? Aleksy Kuziemski w 2003 roku (brązowy). Ostatni medal mistrzostw Europy? Marcin Łęgowski w  2008 (brązowy). Polski boks amatorski – w tym przypadku to określenie ma zaskakująco dosłowne znaczenie – leży ciężko znokautowany, w dodatku najdotkliwsze ciosy zadali mu własnoręcznie tak zwani działacze. Takiego marazmu i braku kreatywności w scenografii klasycznego narodowego piekiełka (odwieczne wojny pomiędzy środowiskiem sędziowskim a trenerskim) doprawdy można szukać ze świecą w innych dyscyplinach.

Efekt? Spójrzmy, co przeciętny kibic zapamiętał z ringu i jego okolic z ostatnich lat. Z pewnością komediodramat Andrzeja Rżanego z igrzysk w Atenach. Reprezentant znad Wisły stanął tam do walki o medal z Azerem Fuadem Asłanowem. Przed  ostatnią rundą prowadził jednym punktem, ale w niej przeciwnik wyszedł na prowadzenie, co ułatwił mu zapewne fakt, że jego rodak był szefem komisji sędziowskiej. Nikt z  polskiego narożnika tej zmiany sytuacji Rżanemu nie zasygnalizował, więc ten zabawnie podskakiwał, prezentował całą gamę uników i uśmiechał się w kierunku filmującego walkę kolegi. Po ostatnim gongu uniósł ręce w geście triumfu, obiegł triumfalnie ring niczym chuderlawy gladiator z  Monty Pythona, by po chwili dowiedzieć się o porażce i  wypowiedzieć słowo, oznaczające po łacinie krzywiznę.

Kolejne historie są już znacznie mniej zabawne. W 2005 roku na zgrupowaniu przed turniejem im. Feliksa Stamma kadrowicz Krzysztof Cieślak został dźgnięty nożem przez swojego kolegę Rafała Kaczora, a dwóch innych reprezentantów uczestniczących w awanturze trafiło do izby wytrzeźwień. Najświeższa okazja, by boks trafił na czołówki gazet, też miała związek z ostrym narzędziem. Przed rokiem  wiceprezes Polskiego Związku Bokserskiego, Mustafa Kocinoglu, również pod wpływem alkoholu, pchnął nożem sędziego Zbigniewa Zagrodnika, a rzecz cała działa się w pokoju ówczesnego selekcjonera Walerego Korniłowa tuż przed  wylotem biało-czerwonych na  turniej do Debreczyna. Innych wzmianek o pięściarstwie znad Wisły w poważnych mediach nie stwierdzono.

Taki stan rzeczy szefów boksu niespecjalnie martwił, bo przynajmniej nikt im nie prze-szkadzał we wręczaniu sobie wzajemnie odznaczeń, nie rozliczał, nie krytykował. Z cienia wyszli na chwilę dopiero w 2013 roku, gdy z dziecięcym zdziwieniem mieszającym się z wyrazem twarzy Andrzeja Gołoty po  ciosach Lennoxa Lewisa, publicznie załkali, gdy minister Joanna Mucha zakwalifikowała ich dyscyplinę do grupy sportów „o małym znaczeniu w promocji kraju i nieliczących się w  rywalizacji międzynarodowej w kontekście walki o olimpijskie medale”, co przekładało się na znaczące obcięcie nakładów z budżetu.

Amatorscy działacze źródła problemów szukają jednak nie w sobie, a wokół siebie. Agresywna polityka grup zawodowych uwidacznia ich bezradność, jednak tłumaczona jest jako działania nie fair. Brak dużych sponsorów i zainteresowania ze strony telewizji (z drugiej strony co miałaby pokazywać?) to w ich opinii niezasłużona krzywda. Nie czują się winni, że po wielkich niegdyś klubach została spalona ziemia, i snują nostalgiczne opowieści, jak to Victoria Jaworzno zdobywała mistrzostwo Polski w scenerii starej górniczej cechowni. O  tym, co działo się przez wiele lat za ligowymi kulisami, o prezentach dla sędziów, przed- i pomeczowych imprezach, dzięki którym  nie sposób było wygrać na  obcym ringu, opowiadać nie chcą. A  przecież źródło wielu patologii właśnie tam miało swoje korzenie…

Kilka lat temu jeden z moich kolegów, poszukując wyników turnieju o Czarne Diamenty, dodzwonił się do prezesa Śląskiego Związku Bokserskiego. Usłyszał: – Proszę pana, ale ja teraz zwiedzam zamek. Z dzisiejszej perspektywy to scena właściwie symboliczna. Śląski i polski boks zamieniły się w sportowy skansen.

Nie będę ukrywał, że trener Dariusz Kubicki jest człowiekiem nie z mojej bajki. Bo chociaż dzisiejszy świat wartości mocno się zdewaluował to jednak porzucanie swoich zobowiązań w sytuacji, gdy tylko ktoś inny pomacha grubszym plikiem banknotów, wystawia dość jednoznacznie kojarzące się świadectwo w zakresie etyki i moralności.

Trudno więc nie zdziwić się decyzją władz Podbeskidzia o ponownym zatrudnieniu tego szkoleniowca. Jego sławetna ucieczka z Beskidów do Nowosybirska była przecież niby porzucenie panny młodej przez jej oblubieńca tuż po nocy poślubnej. Jak się okazało cnotę można oddać dwa razy, a co więcej, wejście do tej samej rzeki odbyło się również w budzących wątpliwości okolicznościach, bo Górale – upraszczając nieco cały mechanizm – zorganizowali Dariuszowi Kubickiemu kolejną w karierze ucieczkę, tym razem z pierwszoligowego Grudziądza. I już tylko drobnym szczegółem było to, że szkoleniowiec uparcie kłamał dziennikarzom twierdząc, że żadnych rozmów nie prowadzi, chociaż siedział na walizkach, a trwanie operacji potwierdzali wszyscy inni zainteresowani z byłym już pracodawcą na czele.Rozumiem, że sprawa była na tyle nieetyczna iż wolano ją okryć tajemnicą, ale jednak pomiędzy kategorycznym zaprzeczeniem, a politycznym wytrychem „bez komentarza” jest jednak zasadnicza różnica.

Zdziwienie posunięciem Górali było tym większe, że przecież Podbeskidzie ma opinię klubu zarządzanego, zwłaszcza na tle innych klubów ekstraklasowych z naszego regionu, dość rozsądnie. Ba, Komisja Licencyjna oświadczyła kilka dni temu, że jest to również klub zarządzany ekonomicznie, bo jako jeden z nielicznych przynosi zyski (przewrotne pytanie brzmi, czy udałoby się je zachować, gdyby zespół awansował do czołowej ósemki i dostał premię w wysokości 1,4 mln zł). A tu nagle taki numer – zwolnienie trenera, który osiągnął z tym zespołem wynik najlepszy w historii, połączone z zatrudnieniem następcy, który zapisał w kronikach klubu jedynie wątek sensacyjno-komediowy.

Co więcej, wszystko wskazuje na to, że nie będzie to koniec jego dziwnych przygód pod Klimczokiem. Otóż 19 maja, w samo południe, reaktywowany trener Podbeskidzia, ma się stawić w Warszawie na kolejnej rozprawie, mającej ustalić jego ewentualny udział w aferze korupcyjnej powiązanej z Centralnym Ośrodkiem Sportu. W skrócie: istnieje podejrzenie, że Dariusz K. obiecał dyrektorowi COS w stolicy określone korzyści w zamian za wynajęcie wskazanej przez siebie agencji do ochrony i monitoringu obiektów. Sprawa ciągnie się już od kilku lat, jednak akurat to posiedzenie sądu znalazło się w centrum zainteresowania mediów, ponieważ dokładnie tego dnia, sześć godzin później, Podbeskidzie ma się zmierzyć z Ruchem Chorzów. Czy szkoleniowiec zdoła wcześniej przekonać sąd, że jego obecność na ławce drużyny jest niezbędna? Bo jeśli nie, Górale zyskają wątpliwej jakości popularność dzięki zdjęciom pustego miejsca w sztabie szkoleniowym z powodów bynajmniej nie przynoszących chluby.

Na drugiej konferencji powitalnej Dariusza Kubickiego padło oczywiste pytanie o konsekwencje kolejnej ucieczki z klubu, co sam zainteresowany skwitował deklaracją, że taka sytuacja już się nie powtórzy, nie precyzując jednak czy stosowne zabezpieczenia znalazły się w kontrakcie. Zabrakło natomiast innego kluczowego pytania: czy w umowie tej zadbano o zapis na wypadek, gdyby warszawski sąd uznał, że korupcyjne zarzuty znalazły potwierdzenie w faktach. Wiele klubów stosuje w przypadku osób, które przychodzą z podobnym prawnym balastem (a nawet bez niego, w ramach profilaktyki) odpowiednie aneksy opatrzone poważnymi i dotkliwymi sankcjami finansowymi za poświadczenie nieprawdy. Czy w Bielsku-Białej jest tak samo?

W ramach puenty warto przypomnieć, że właśnie za niepodpisanie takiej deklaracji Dariusz Kubicki stracił pracę w Lechii Gdańsk. W Beskidach jak widać zaryzykowano. Uważacie, że warto?

 

 

Jednym z pobocznych dylematów związanych z obecnym systemem rozgrywek, jest kwestia tytułu króla strzelców. Nie ma bowiem wątpliwości, że wyścig po tę koronę został wypaczony poprzez podział tabeli na grupę mistrzowską i słabszą.

Na czele obecnej klasyfikacji snajperów znajduje się dwóch napastników: Kamil Wilczek z Piasta Gliwice oraz Paweł Brożek z Wisły Kraków. Obaj zaliczyli tyle samo trafień, więc wszystko rozstrzygnie się podczas ostatnich meczów sezonu. I chociaż mocno trzymam kciuki za gliwiczanina to trudno tu mówić o równych szansach. Wilczek zdaje się mieć w tej rywalizacji handicap: po pierwsze cztery razy wystąpi na własnym stadionie, podczas gdy Brożek, łącznie z sobotnim meczem z Wisłą, trzykrotnie, a po drugie, przynajmniej teoretycznie, nieco łatwiej powinno się strzelać gole drużynom w strefie spadkowej niż bramkarzom Legiii, Lecha czy Jagiellonii.

Oczywiście nie da się już nic zrobić, bo trudno przecież np. wprowadzać współczynniki za zdobywane bramki w meczach z konkretnymi rywalami. Cały problem można też uznać jedynie za akademicki, bo przecież w 30 z 37 kolejek szanse wszystkich zawodników były dokładnie takie same i nikt nie bronił im wypracować sobie bezpiecznej przewagi. Diabeł tkwi jednak w tych siedmiu dodatkowych rundach.  To kolejna dziwna kwestia związana z obecnymi zasadami.

Hokejowe mistrzostwa świata w Czechach są fantastyczne. Wiem, bo byłem, widziałem, nawet zdarłem gardło na meczu USA – Rosja, po czym na dobre zaniemówiłem oglądając interwencje genialnego fińskiego bramkarza Pekki Rinne. Piwo też oczywiście piłem i tu na marginesie dwie luźne uwagi, kto wie, może Wam się przydadzą. Pierwsza: w samej hali jest nieco taniej niż w fanzonie (65 koron do  75). Druga: jeśli się wybieracie, zwróćcie uwagę, co wam podają, bo można odnieść wrażenie, że w  godzinach kibicowskiego szczytu co najmniej kilka pubów na Stodolni jako napój pierwszego wyboru serwuje bynajmniej nie to, co mają najlepszego w beczkach, a to, czego nie udaje się sprzedać na co dzień.

Wielki sport to jednak nie tylko pretekst do zabawy, ale także niepowtarzalna okazja, by po prostu pooglądać otoczkę takich wydarzeń. Zarówno organizacyjną, jak i kibicowską. W Ostrawie też było na co popatrzeć i nie mam na myśli, w każdym razie nie tylko, cheerleaderek. Otóż na każdym kroku można było spotkać duchy przeszłości. Ba, duża część Europy użyłaby wręcz określenia upiory. Wcielają się w nich kibice reprezentacji Rosji: oczywiście i na szczęście nie wszyscy, ale jednak wystarczająco wielu, by poczuć coś na kształt niepokoju.

Chodzi mianowicie o stroje, w jakich paradują kibice Sbornej. Jednym z najpopularniejszych są elementy ubiorów Armii Czerwonej: bluzy z orderami, furażerki (noszone zwłaszcza przez dziewczyny), zdarzyły się nawet styropiano-we modele kałasznikowów. Czerwone gwiazdy w klapach, zakazane w Polsce flagi z sierpem i młotem w rękach, słynny skrót CCCP na  plecach, a tu i  ówdzie zdjęcia Putina na koszulkach, stanowiły wyraźny kontrast na tle szalonych – po  siatkarskim mundialu w Katowicach już nas to określenie nie dziwi – Finów, jedynej nacji zdolnej w Ostrawie rywalizować z Rosjanami pod względem liczebności. A ponieważ jak wiadomo diabeł tak naprawdę tkwi w szczegółach, warto może też wspomnieć o burzy gwizdów podczas granego zwycięskiej reprezentacji amerykańskiego hymnu…

Z pewnością wiele osób uzna, że powyższe uwagi mogą wynikać  z przewrażliwienia. Może, jednak sytuacja polityczna zdaje się dodawać tym scenkom głębi. Wygląda przecież na  to, że tęsknota za czasami ZSRR jest na bliskim nam Wschodzie czymś więcej niż tylko polowaniem na gadżety i kibicowską sentymentalną podróżą do czasów największych sukcesów Władisława Trietjaka, Wiacze-sława Fietisowa czy Siergieja Makarowa. W końcu trudno sobie wyobrazić polskich kibiców paradujących na mecze w koszulkach z orłem bez korony, chociaż to w czasach obowiązywania takiego właśnie godła piłkarze znad Wisły święcili największe sukcesy. Krótko mówiąc: pytanie, czy flagi dawnej potęgi noszone przez zielone ludziki na ulicach Ostrawy są jedynie żartem, modą czy ilustracją odradzających się ciągot, w mojej opinii pozostaje naprawdę poważne i istotne…

Na koniec, dla odprężenia, krótka, ale zabawna hokejowa historyjka związana z mistrzostwami pierwszej dywizji, które zakończyły się w Krakowie 26 kwietnia. Niezawodny Polski Związek Hokeja na Lodzie o ich wynikach „z przyjemnością” poinformował na swojej stronie internetowej… tydzień po ostatnim meczu. Warto jednak przypomnieć, że prezes Dawid Chwałka tuż po finałowej syrenie z dumą wypiął pierś i oświadczył, że mecze oglądało w Kraków Arenie ponad 100 tysięcy widzów. Tymczasem nasza redakcyjna koleżanka Agata Zielińska zadała sobie minimum trudu i podliczyła frekwencję według protokołów. Wyszło jej 66.651 osób. Jak widać, każdy ma swoje duchy. Jedni z przeszłości, inni z wyobraźni…

Dziś będzie miło. Oświadczam otóż, że polscy kibice są skarbem. I to takim prawdziwym, na wagę złota. Oczywiście nie ci piłkarscy, o logice fanów Ruchu Chorzów, którzy wiedząc, że ciąży na nich kara w zawieszeniu, znów złamali przepisy, by następnego dnia prosić o odroczenie odwieszenia sankcji. Mowa o tak zwanych Januszach vel Piknikach, ludziach wypełniających areny sportowe i  traktujących sport  jako roz-rywkę. To właśnie oni okazują się magnesem, dzięki któremu coraz więcej imprez oglądamy nie tylko przez szkło telewizora.

Spójrzmy na najświeższe przykłady. Federacja narciarska najchętniej zorganizowałaby w  Polsce Turniej Dziesięciu Skoczni, bo tylko u nas wyczyny Kamila Stocha i spółki gwarantują, że kamerzyści nie będą musieli się gimnastykować, aby uchwycić w kadrze więcej niż dziesięć osób obserwujących rywalizację, która – gwoli prawdy, chociaż pewnie wielu osobom się narażę – zdecydowanie ciekawiej wygląda w telewizji niż na żywo. W nagrodę, ale także w trosce o  własne interesy, FIS do Zakopanego i Wisły dołożył więc już konkurs w Szczyrku.

Równie jaskrawo polski fenomen funkcjonuje w żużlu. Tu jednak sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Bo to nie tyle sam jazgot silników jest, nomen omen, motorem napędowym zainteresowania, a obecność jednego człowieka – Tomasza Golloba. Zdają sobie z tego sprawę organizatorzy cyklu Grand Prix, którzy – chociaż wcześniej z mistrzem lewoskrętu łączyła ich szorstka przyjaźń – chętnie uchyliliby mu nieba, aby tylko zdecydował się jeszcze trochę dla nich pojeździć. I wszyscy wiedzą, że nie chodzi o klasę sportową, ale o portfele fanów podróżujących za T.G. po całej Europie. Kilka imprez, w których go zabrakło, dało skarbnikom mocno do myślenia. Może więc nawet kompletnie nieudane pożegnanie byłego mistrza świata było im na rękę, bo uda się go namówić na pożegnanie raz jeszcze? Zwłaszcza, że polski pakiet imprez wciąż się rozrasta.

Przykład trzeci, koronny, to oczywiście kibice rozkochani w Pieśni o Małym Rycerzu i innych przebojach siatkarskich, z  coraz mniejszym na  szczęście udziałem tradycyjnej  i najbardziej szkodliwej w nadwiślańskim sporcie pieśni , że nic się nie stało. Takich mistrzostw świata, jak ubiegłorocznych, zakończonych niezwykłym spektaklem w katowickim Spodku, jeszcze nie było. Nic więc dziwnego, że FIVB szuka sposobów, jak podarować nam wszystkie możliwe turnieje, i to bez względu na to, kto akurat stoi na czele macierzystego związku i jaka agencja ochrony pracuje wokół parkietu.

W kolejce do podobnego statusu stoi jeszcze kilka dyscyplin, między innymi piłka ręczna, która jednak pomimo świetnych występów reprezentacji, wciąż nie może pokonać dystansu dzielącego jej od  wielkiej trójki, czy rozpędzające się dzięki godnym następcom Szurkowskiego kolarstwo. Warto jednak zauważyć, że kibice bynajmniej nie są w poszukiwaniu wrażeń bezrefleksyjni i naiwni. Przekonuje się o tym między innymi boks w  wydaniu krajowym. Rozpieszczony przez Polsat, płacący i pokazujący gale na poziomie dolnych stanów meczów ligowych sprzed lat, zjadł własny ogon, ustępując bijatykom spod szyldu MMA (de gustibus non est disputandum, ale ta publiczność nie jest z mojej bajki). Wspomnienia są jednak wciąż żywe, więc nawet Tomasz Adamek, który niedawno deklarował, że  chce poświęcić się już tylko polityce (a wydawało się, że najcięższy w karierze nokaut, jaki zaliczył w kampanii europarlamentarnej, powinien dać mu do myślenia) wpadł na pomysł, by jeszcze raz zasilić konto, bijąc się z Przemysławem Saletą. Góral najwyraźniej pamięta sukces pożegnalnej gali Andrzeja Gołoty, pobitego zresztą właśnie przez Saletę. Tyle tylko, że Gołota to… Gołota. Na niego ludzie przychodzili zawsze i  przyszliby pewnie znowu. Właśnie tak jak na Golloba, Stocha czy Wlazłego i spółkę.