Przyznam się od razu. Burzę na Twitterze wywołałem z  pełną premedytacją i z  zimną krwią. Na  zasadzie uderzenia w stół. Nożyce odezwały się od razu. Głównie z  hejtem, oburzeniem, bezrefleksyjnie. Tymczasem temat powinien dawać do myślenia…

W skrócie: wpis, który spotkał się z taką reakcją dotyczył frekwencji na weekendowych meczach pierwszoligowego GKSKatowice i  drugoligowego Rozwoju. Na  pierwszym oficjalnie pojawiło się 1200 osób, na drugim 1000. Hasło, które wzburzyło fanów z Bukowej, brzmiało: „Historyczny weekend. Więcej kibiców na  Rozwoju niż na GKS-ie”. Naciągane? Nieco, chociaż można mieć wątpliwości, czy na Gie-KSie nie wliczono posiadaczy karnetów, którzy na spotkanie z  Sandecją nie przyszli. W każdym razie reakcja była natychmiastowa. Jedna z defensywnych odpowiedzi ze strony kibiców GKS-u, spodobała mi się szczególnie: – Dla nich sufitem jest to, co dla nas podłogą.

Być może w tym stwierdzeniu jest spora część prawdy. Tyle tylko, że od dłuższego czasu kibice pierwszoligowca utrzymują się znacznie bliżej podłogi niż – trzymając się budowlanej terminologii – chociażby parapetów. A sytuacja nie ma znaczenia li tylko statystycznego.W jej kontekście trzeba przecież przypomnieć, że wokół klubu trwały i trwają gorące debaty dotyczące nowego stadionu i decyzji miasta określającej wielkość  obiektu, który ma powstać do  2018 roku,  na 12.000 miejsc. Kibice publicznie żądający kilku tysięcy krzesełek więcej od lat mieli szansę, by zagłosować za  swoją opcją nogami, czyli przychodząc na mecze. Szansę popisowo zmarnowali.

Problem ten nie dotyczy jednak tylko Katowic. Na gruncie pierwszej ligi nikt nie jest w  stanie przewidzieć, jak będzie wypełniał się nowy stadion GKS-uTychy, skoro kibice tego klubu odzwyczaili się od wspierania drużyny i do Jaworzna jeździ ich garstka. Ale spójrzmy na  szczyt. Górnik Zabrze nawet na  Wielkie Derby Śląska z Ruchem miał problem z wypełnieniem 3.000 (!) miejsc. Wśród szesnastu drużyn ekstraklasy pod  względem średniej frekwencji z czterech naszych klubów najwyżej, bo na dziesiątym miejscu, jest Ruch Chorzów – 5.780 osób na mecz, który zadaje w  ten sposób kłam tezie, że wpływ na liczbę widzów ma standard stadionu. Bo na nowoczesnej arenie Piasta pojawia się przeciętnie tylko 4.607 kibiców (11. miejsce), a na  Podbeski-dziu 3.874 (14., ale licząc tylko od otwarcia nowej trybuny średnia ta wynosi 4.791, czyli na poziomie gliwickim). W sumie wszyscy zmieściliby się na jednym średnim obiekcie.

Najwyraźniej jesteśmy świadkami upadku mitu, że fusbal dla Ślązaków jest czymś wyjątkowym, a  jeśli nawet wciąż tak, to coraz częściej unikają z nim bezpośredniego kontaktu, stawiając na przekaz telewizyjny. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta. Jej pierwszy aspekt, sportowy, dotyczy poziomu ekstraklasy, nie tylko zresztą w  śląsko-bes-kidzkim, ale generalnie w krajowym wydaniu, co udowadniają europejskie puchary. Przyczyna druga, istotniejsza, to społeczna otoczka piłkarskich wydarzeń. Zarówno ta stadionowa, z  zalewem wulgaryzmów, jak i miejska, z  obrzydliwymi graffiti czy z budzącymi strach przejazdami i przemarszami kibiców.

Wbrew temu, co twierdzi prezes Zbigniew Boniek, wizerunek polskiej piłki nożnej, zwłaszcza ligowej, wciąż jest fatalny. Wystarczy zresztą wspo-mnieć zachwyty władz PZPN nad finałem Pucharu Polski, który zakończył się zasłużonymi karami dla klubów za zachowanie ich fanów. Próby owijania kiepskiej jakości towaru w  złoty papierek nie przynoszą efektów – ludzie nie dają się nabrać. Tymczasem trzeba pamiętać, że w minioną sobotę na wirtualnym katowickim dwunas-totysięczniku to nie tysiąc miejsc byłoby zapełnione, tylko jedenaście tysięcy puste.

Komentarze (1):

  1. Avatar
    Adrian P.

    Lista przyczyn tak złego stanu rzeczy w powyższym artykule niestety jest co najwyżej śmieszna.
    Jeśli chodzi o Górnika, to wiadomo- remont, kibice się odzwyczaili od chodzenia na stadion, do tego ile to już lat bark zorganizowanych wizyt kibiców gości? Za dużo, a to właśnie na emocjach buduje się frekwencję, umówmy się: w sezonie spadkowym nikt nie chodził na stadion by podziwiać zabrzańską tiki-takę w wykonaniu Szczotów, czy innych Gorawskich, w pierwszej lidze nikogo nie elektryzowały spotkania z Sandencjami i Motorami, chodziło się dla atmosfery którą budowali kibice. Niestety kibiców tak się docenia jak Pan w powyższym artykule, sprowadzając ich do roli przygłupich, wulgarnych, agresywnych wandali. Budzące strach przemarsze kibiców? Chyba jeśli ktoś cierpi na jakieś zaburzenia społeczne (takie fobie z pewnością da się wyleczyć/stłumić!), ja osobiście byłem, maszerowałem i raczej ludzie zaciekawieni wychodzili do okien, robili zdjęcia, nagrywali, ale z pewnością nikt nie uciekał. Obrzydliwych ‚graffiti’, czy wulgaryzmów wolę nawet nie komentować.
    Niestety zapomniał Pan o dwóch najważniejszych czynnikach wpływających na frekwencję. Po pierwsze: krucjata naszych jeszcze-miłościwie panujących. Efekt? Przeciętny Janusz nie zabierze swojego 12-letnie synka Sebka w piątek wieczorem na mecz ponieważ nie ma ochoty na użeranie się z systemem sprzedaży biletów. Jeszcze parę lat temu Janusz jeździł samemu przynajmniej ten raz w miesiącu na stadion, ale wtedy to wchodził do swojego rodzinnego vana jechał na stadion, kupował bilet i podziwiał. Teraz? „Eeee pierd…. jakieś karty kibica, co to je Alcatraz?”
    No i w końcu kreowany w mediach wizerunek kibica-chuligana do którego dokłada Pan swoją cegiełkę. Media zrobiły z kibiców bydło, margines społeczny, zdemonizowaliście tą grupę społeczną do tego stopnia, że gdy policjant (nieumyślnie, aczkolwiek trafił jak celował) zabija chuligana spora część społeczeństwa przyklaskuje i dodaje ‚walić z ostrej do nich’, daje po prostu poparcie do nadużywania kompetencji i łamania prawa przez tych którzy mają ‚służyć i chronić’, nikt już wtedy nie dzieli kibiców na dobrych i złych, po prostu „wyrżnąć ich”. Smutne to i straszne. Jest w Polsce przyzwolenie na zabijanie ludzi, wystarczy przykleić łatkę kibica, tak zostaliśmy zaszczuci, niestety przez nikogo innego jak przez Was….
    To pisałem ja kibic, który nigdy nie był na stadionie poza młynem, ma na koncie niejeden wyjazd, a jednak jakimś cudem nigdy w ryja za Górnika jeszcze nie dał i nie dostał, a nie przyzna się na jakiej dzielnicy mieszka (no bliżej do C6 niż R81).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*