Miesięczne archiwum: Czerwiec 2015

Janowicz Jerzy, zwany Jerzykiem, zapisał się już w kronikach polskiego sportu. I to wielkimi zgłoskami, czytaj monologiem o szopach, perspektywach i oczekiwaniach.

Wponiedziałek łodzianin dopisał do tej historii kolejny rozdział. Po porażce z  Turkiem Marselem Ilhanem najpierw próbował wyrzucić z konferencji Adama Romera, naczelnego  magazynu “Tenisklub”, a  potem oświadczył, że winnym jego porażki jest polski kibic, który rozproszył go przy serwisie. I  to właśnie dlatego Janowicz rzucał w czasie meczu słowami powszechnie zrozumiałymi na Wyspach od czasu napływu nadwiślańskiej emigracji.

Londyńska trawa najwyraźniej sprawiła, że Janowicz odleciał. Ciekawe, czy zdaje sobie sprawę jakie ma jednak szczęście, że jest Polakiem, a nie Anglikiem. Bo tamtejsze brukowce po takim zachowaniu dałyby mu lekcję, po której ze wstydu na tydzień schowałby się do najbliższej szopy.

Zaczęło się jak w porządnym thrillerze, czyli od  trzęsienia ziemi. Mateusz Borek rzucił na Twitterze, że Podbeskidzie Bielsko-Biała chce pozyskać bramkarza z LegiiWarszawa, Dusana Kuciaka. W  środowisku zawrzało, tyle, że chyba nie o taki efekt Góralom chodziło, bo przeważały komentarze ironiczne.

Za chwilę znów nastąpiła eksplozja.Kolejny „przeciek” mówił, że firma Murapol zamierza wykupić akcje należące do  miasta i objąć w klubie władzę absolutną. Tym razem siła rażenia wiadomości była głównie lokalna: w  Bielsku-Białej zaczęto się zastanawiać, czego udziałowcowi Podbeskidzia brakuje do  szczęścia, że decyduje się na  taki krok? A przecież jeśli nie wiadomo, o co chodzi to…

W finałowej (na razie) scenie tego serialu pojawił się za to wątek sensacyjny. Prezes Wojciech Borecki w wywiadzie stwierdził (czy do końca żartobliwie?), że ma wrażenie, jakby jego gabinet był na podsłuchu.

No cóż, nie od dziś wiadomo, że kto jak kto, ale Górale fantazję to akurat mają!

Zbliżający się raczej szybko niż powoli kolejny sezon piłki kopanej zapowiada się fascynująco. Nie chodzi tu bynajmniej o jakiś skok jakościowy, bo tego akurat spodziewać się trudno. Mam na myśli ferment mentalny, jaki mają szansę wywołać w skostniałych futbolowych strukturach Termalica Bruk-Bet Nieciecza na szczeblu ekstraklasy i Rozwój Katowice na jej zapleczu. Tak się bowiem złożyło, że obaj beniaminkowie nijak nie przystają do schematów obowiązujących w tych rozgrywkach.

Nieciecza to kaprys bogacza, trochę przypominający Groclin Zbigniewa Drzymały, z tą różnicą, że Grodzisk Wielkopolski jest piętnaście razy większy niż małopolska wieś, w której sportowego cudu dokonali Danuta i Krzysztof Witkowscy. Awans Termaliki wisiał w powietrzu od kilku lat, ale Słonie traciły szansę w ostatnich kolejkach, co stało się świecką pierwszoligową tradycją. W tym roku jednak żarty się skończyły i Nieciecza okazała się najpopularniejszą wsią Rzeczpospolitej. Pytanie brzmi: czy uda się jej przetrwać i zachować wyjątkowość. Zdroworozsądkowy pułap płac zawodników, budżet oparty na pieniądzach prywatnych, a nie publicznych, a także (przynajmniej na razie) precyzyjna polityka transferowa to rękawica rzucona prezesom żerującym na kasie publicznej, nieponoszącym realnej odpowiedzialności za jej marnowanie i psującym rynek przepłacaniem zawodników. Jeśli ten eksperyment się powiedzie, wówczas prezydenci miast powinni to zjawisko dokładnie przemyśleć i wyciągnąć wnioski.

Pod identyczną lupę warto wziąć też Rozwój. Katowicki klub pod każdym względem stanowi przeciwwagę dla GKS-u. Tam solidnie opłacani piłkarze, tutaj pół składu trenującego wtedy, gdy nie koliduje to z pracą na kopalni. Tam milionowe zastrzyki z miasta, tutaj łatanie budżetu środkami od sponsorów i z transferu Arkadiusza Milika. Teraz wyobraźcie sobie sytuację, w której tenże Rozwój znajdzie się w tabeli wyżej niż GieKSa. Czy nie będzie to oznaczało kompletnego krachu dotychczasowej polityki miasta i nie stanie się argumentem dla jej krytyków uważających, że inwestowanie w sport powinno się zatrzymać na szczeblu dziecięco-młodzieżowym?

Oczywiście romantyzm prezentowany przez Termalicę i Rozwój jest solidnie podszyty materializmem, bo jak mawiał skazany za korupcję Janusz Wójcik, bez sianka nie ma granka. W całej tej zabawie chodzi jednak o to, by ilość sianka (wróble ćwierkają, że Nieciecza wciąż preferuje namacalną gotówkę) była racjonalna w stosunku do jakości „towaru”. Kompletnie nie rozumiem na przykład kolejnej decyzji władz Kielc, ratujących Koronę, której wartość sportowa jest mizerna, a o patologiach dotyczących wydawania poprzednich transz było głośno w całej Polsce. Doprawdy, brak odporności na powielany co kilkanaście miesięcy szantaż: albo dacie miliony, albo się wycofamy z rozgrywek, źle świadczy o tamtejszych radnych, w dodatku wywiera dodatkową presję na ich kolegów z innych miast. I jest tak samo dyskusyjny, jak deklaracja prezydent Zabrza, że Górnik nie jest na sprzedaż, oznaczająca, że mieszkańcy tego miasta – chcąc nie chcąc – muszą go utrzymywać. Może jednak w tak kosztownej i długoterminowej wizji należałoby przeprowadzić referendum? I dlatego właśnie z ciekawością oczekuję nowego sezonu – czy okaże się, że jednak można inaczej?

Atak na zakończenie i raczej w formie post scriptum: beniaminkiem – trzecioligowym – powinien być także Ruch Ra-dzionków. Powinien, ale nie jest. Naprawdę trzeba mieć nie lada głowę, by pierwsze miejsce w lidze nagradzać koniecznością rozegrania barażu. Dwie grupy czwartej ligi to o jedną za dużo, jednak zamiast radykalnego cięcia wybrano półśrodek, który stanowi kolejny niezrozumiały regulaminowy absurd.

Debata. To słowo, o które trudno się ostatnio nie potknąć. Debatują kandydaci do najprzeróżniejszych funkcji, debatują „środowiska”, politycy, mieszkańcy, obywatele, dziennikarze i celebryci. Wszyscy i o wszystkim. Złote myśli, celne riposty, błyskotliwe skojarzenia… Tyle tylko, że gdy przychodzi do zderzenia z takim trudem wykuwanych modeli i rozwiązań z realnym życiem, wszystko nagle bierze w łeb. Bo życie, jak wiadomo, pełne jest niespodzianek i zasadzek. Zwłaszcza zasadzek.

W  jedną z nich, zresztą własnoręcznie zmajstrowaną, widowiskowo wpadły właśnie Katowice, w których debat – również tych poświęconych sportowi – było ostatnio co najmniej kilka. I wtem teorie przestały pasować do rzeczywistości. Historia wygląda mianowicie tak: miasto, które hojnie pompowało miliony złotych w GKS, stając się właścicielem klubu, ma nie lada problem. Otóż jak na złość, w okolicznościach tak niewiarygodnych, że aż do bólu prawdziwych, do pierwszej ligi znienacka awansował Rozwój, klub z tego samego miasta co GieKSa, ale w przeciwieństwie do niej, nie należący do gminy w sensie właścicielskim.

Awans na zaplecze ekstraklasy w wykonaniu piłkarzy, z  których większość poza kopaniem piłki musi zarabiać na życie kopaniem węgla, to nie tylko sukces, ale i wielkie wyzwanie. Także infrastrukturalne. Bo stadion Rozwoju nie spełnia wielu wymogów, co oznacza albo konieczność poważnej inwestycji, albo grę na innym obiekcie. Ta pierwsza bez pomocy miasta będzie niemożliwa do zrealizowania, ale po co komu taka inwestycja, skoro w planach jest już budowa nowego stadionu miejskiego na Bukowej (czyli de facto stadionu GKS-u). Patrząc logicznie, naturalnym rozwiązaniem byłaby przeprowadzka na tę arenę także Rozwoju, i to od zaraz, bo nawet w obecnym stanie stadion ten na pierwszą ligę wystarcza.

Tu pojawia się jednak pierwszy problem, czyli kibice. Fani GKS-u nie wyobrażają sobie dzielenia się „swoim” stadionem i próbują ten pomysł torpedować, co w perspektywie ewentualnego wcielenia go w  życie, już jeży włosy pod czapkami policjantów z prewencji.  Także szefowie obu klubów świetnie wiedzą, że implikacje związane z awansem Rozwoju – nie tylko te kibicowskie – trudno traktować z przymrużeniem oka. Bo przebieg tej gry może się skończyć pokerowym all-in, czyli wszystko albo nic.

Podobnie jak w pokerze, także tu chodzi o pieniądze. GKS bez pomocy miasta nie da sobie rady, Rozwój też liczy na  coś więcej niż tylko zwyczajową nagrodę za sukces sportowy.  Na razie dostał z urzędu czarną polewkę, ale z góry wiadomo,  że będzie wykorzystywał każdą okazję, by jednak kilka kawałków tortu z urzędniczego stołu dla siebie zgarnąć. Argumenty ma, i to solidne, bo grając na  tym samym szczeblu rozgrywek co GKS, spełnia dokładnie taką samą rolę nośnika reklamowego dla miasta. Dlaczego więc akurat z tej puli ma dostawać mniej?

Zapytacie: a gdzie tu zasadzka? Otóż jest. I to wyrafinowana. Jakakolwiek pomoc Katowic, służąca wzmocnieniu Rozwoju pod względem sportowym, a nawet infrastrukturalnym, może być traktowana jako działanie przez miasto na…  niekorzyść własnej spółki, bo przecież Rozwój jest dla GKS-u konkurencją! I w ten właśnie sposób poprzednie władze Katowic przygotowały obecnym niezły pasztet: przejmując GKSna  swoje utrzymanie, sprawiły, że nie może być mowy o równym traktowaniu klubów z jednego miasta i występujących na tym samym poziomie rozgrywek.

Katowicka lekcja powinna dać do myślenia samorządom w całej Polsce. Przejąć klub za publiczne pieniądze jest łatwo, ale prawdziwa zabawa zaczyna się później (patrz m.in. Zabrze i Kielce). No i w dodatku każdy może się nagle doczekać swojego Rozwoju…

Mecz z Gruzją był dla reprezentacji Adama Nawałki piłkarską maturą. Kadrowicze w stresujących warunkach, walcząc z  własnymi słabościami, zdali ten egzamin dojrzałości celująco. Pokazali, że wreszcie stali się zespołem świadomym własnej wartości i walczącym jak reprezentacja Niemiec: bez patrzenia na zegar, bez kunktatorstwa i do  ostatniej sekundy.

To z pewnością nie był w  wykonaniu biało-czerwonych mecz wielki, ba, można go wręcz uznać za najsłabszy w  tych eliminacjach! Tylko niesamowity hat-trick Lewandowskiego i jego uścisk z Jakubem Błaszczykowskim sprawiły, że zwycięzcy uniknęli sądu, a naród dał się uwieść bezgranicznej propagandzie sukcesu. Prawda jest jednak taka, że Nawałka rzeczywiście dokonał czegoś, na co kibice czekali od wielu, wielu lat: mecze reprezentacji po prostu da się oglądać, nawet wtedy, gdy przeżywa trudne chwile. I już nie warto wychodzić z nich przed ostatnim gwizdkiem sędziego.

Nawałka o cechach wolicjonalnych i mentalnościo-wych potrafi mówić (a z dziennikarskiego punktu widzenia wręcz zanudzać) godzinami.  Nie rzuca przy tym błyskotliwych bon motów, nie przypochlebia się dziennikarzom bez wględu na nazwę redakcji i ich opiniotwórczość, nie wdaje się też z nimi w polemiki. Krótko mówiąc postępuje tak samo, jak w czasach, gdy pracował w GKS-ieKatowice czy Górniku Zabrze. I znów wyciska z zawodników wszystko, co możliwe.

Wyniki kadry, styl jej gry i dokonywane wybory personalne (vide sobotnia gra Michała Pazdana, którego dla reprezentacji odkrył Leo Beenhakker zabierając ówczesnego obrońcę Górnika Zabrze  na Euro 2008, a za co się Holendrowi niemiłosiernie obrywało) potwierdzają, że Nawałka jest wreszcie właściwym człowiekiem na właściwym miejscu.

No właśnie – wreszcie… Gdybanie jest oczywiście kompletnie nieracjonalne, ale oglądając ostatnie występy biało-czerwonych mam poczucie mentalnego kaca. Nie potrafię uciec od rozważań, jak wiele czasu, emocji, a może i radości straciliśmy, ponieważ  Grzegorz Lato misję Euro 2012 powierzył Franciszkowi Smudzie.

Kto wybrał te drużyny do  tego meczu? – to zdanie przeszło już do kanonu niekompetencji. Wpadek Joanny Muchy było zresztą więcej. W słynnym wywiadzie w RMF FM na pytanie Konrada Piaseckiego odparła, że w jej resorcie są już opracowywane problemy dotyczące… trzeciej ligi hokeja na lodzie. Najładniejsza z ministrów Donalda Tuska potwierdziła w ten sposób opinię, że „odcinek sportu” nie jest traktowany poważnie nawet wtedy, gdy rząd konstruuje premier potrafiący odróżnić bramkarza od trenera.

W najnowszej historiiRzeczypospolitej twarz ludzi rządzących szeroko pojętą kulturą fizyczną nie zawsze miała jednak wyraz zabawny. Bywało też wręcz przeciwnie. Jackowi Dębskiemu nie można było przecież odmówić znajomości tematu, kibic, czasami wręcz kibol, miał jednak drugie życie. W cieniu, a dokładniej w półświatku. Interesy z gangsterami, niejasne powiązania ze służbami specjalnymi  i fascynacja tajemniczą „Inką” 12 kwietnia 2001 doprowadziły go pod lufę płatnego zabójcy.

Formalnie ministrów sportu mieliśmy do środy siedmiu. Wcześniej obowiązywała ranga prezesowska, tworzono urzędy, splatano je z ministerstwem edukacji, przeobrażano, a w  efekcie do dziś nie stworzono jasnego ośrodka decyzyjnego, bo znaczną część władzy wciąż ma Polski Komitet Olimpijski. Historię, bardzo krótko zresztą, zaczął pisać Marek Belka, zajęty działalnością na znacznie szerszą skalę niż boiska i parkiety. Za to po  nim na scenę – właściwie dosłownie – wszedł były zawodnik. Jedną z pierwszych decyzji Tomasza Lipca-ministra było odwołanie z funkcji przewodniczącego Komisji do Zwalczania Dopingu w Sporcie Jerzego Smorawińskiego, który kilkanaście lat wcześniej oskarżył Tomasza Lipca-chodziarza o używanie niedozwolonych środków wspomagających. Tymczasem wkrótce wybuchła afera z  korupcją w Centralnych Ośrodkach Sportu, premier Jarosław Kaczyński przyjął dymisję Lipca, a ostatnim odcinkiem jego kariery był wyrok 3,5 roku więzienia.

Kolejna w tym zadziwiającym korowodzie, Elżbieta Jakubiak, nawet nie ukrywała, że sport niespecjalnie leży w  sferze jej zainteresowań. Numer cztery, Mirosław Drzewiecki, też miał szersze horyzonty i zakończył przygodę aferą hazardową. Dopiero Adam Giersz wydawał się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Miał jednak pecha – Tusk przeprowadził lifting swojego gabinetu i wymienił go na  wspomnianą Joannę Muchę, czego zresztą w miarę upływu czasu najwyraźniej żałował.

Inspiracją dla tego felietonu była oczywiście środowa dymisja Andrzeja Biernata. Co prawda nie miała bezpośredniego związku z działaniami w ministerstwie (nagrano jego rozmowy z biznesmenami Janem Kulczykiem i Michałem Sołowowem), ale jednak pożegnanie wypada kiepsko. Warto zresztą na marginesie przypomnieć, że afera taśmowa wątek sportowy też posiada. Andrzej Parafianowicz, były wiceminister finansów, w rozmowie ze Sławomirem Nowakiem w kontekście problemów podatkowych wspomina: – Całą reprezentację Polski w siatkówkę tak wyciągnęliśmy za uszy. Chłopaki po kolei bały się, dopłaciły… I cisza znowu, wszystko załatwione. (cytat za  „Wprost”).

O tym, kto będzie nowym ministrem sportu, przekonamy się wkrótce, może zresztą już wiadomo, bo tekst ten powstał w czwartek rano. Czy będziemy świadkami kolejnej odsłony zadziwiającej serii niefortunnych zdarzeń? A może po  prostu ten fotel, stojący w kancelarii premiera w ostatnim rzędzie pod względem prestiżu, przynosi pecha?  No cóż, bez względu na  wszystko, warto pamiętać, że zawsze można wpaść z deszczu pod  rynnę. Chrapkę na ten stołek mieli przecież m.in. Jan Tomaszewski i Ryszard Czarnecki.

Wielki finał sezonu ekstraklasy już za nami. Obyło się bez niespodzianek: feta mistrzów przerodziła się w zadymę, mecz wicemistrzów toczył się w gęstym dymie rac i przy wrzasku jednej z najbardziej obrzydliwych postaci całej ligi czyli (byłego?) spikera Hadaja, a podczas uroczystej gali Magda Mołek żartowała w sposób zrozumiały tylko dla siebie, za to niezmiernie frapujący telewidzów (przyznajcie, też chcielibyście wiedzieć, co zrobiłaby z maską, w jakiej czasami grają piłkarze).

To wszystko jest już jednak historią. A z historii, jak wiadomo, wyciąga się wnioski. W najgłębszą zadumę wpadł, sądząc po minie na wspomnianej gali, HenningBerg. Norweg zaliczył w ciągu dwóch dni dwa poważne ciosy – w niedzielę nie zdobył mistrzostwa Polski, które miało być formalnością, a w poniedziałek w wyścigu po tytuł trenera sezonu zajął dopiero piąte miejsce. I tym razem nie mógł nawet wygłosić pretensji wobec Górnika Zabrze, bo głosy oddawali wszyscy koledzy po fachu. Nie ukrywam, że lekcja pokory dla Legii i legionistów, potwierdzająca, że liga to coś więcej niż tylko licytacja na budżety, sprawiła mi przyjemność. No cóż, sami przecież propagowali hasło „Niech wygra futbol”…

Na drugim biegunie znalazł się spadek Zawiszy Bydgoszcz. Istnieje bowiem obawa, że ta sportowa degradacja stanie się bronią propagandową dla środowisk kibolskich. Radosław Osuch, prowadzący z nimi otwartą wojnę, ze świetnymi trickami w postaci podwyżki cen biletów do 200 złotych, mógł mieć w ręku mocny argument: bez was też da się wygrywać. Mógł, ale mieć nie będzie. Okazało się, że wypłaty na czas i uczciwy system premiowania mogą stać się zgubne. Zresztą już wielu prezesów, także na  Śląsku, przekonywało się, że najlepsze wyniki ich zespoły osiągały w najtrudniejszych, czyli najchudszych czasach. No cóż, taka jest właśnie logika polskiej piłki. A propos kiboli. Doprawdy nie jestem w stanie pojąć akcji, którą rozpoczęło kilku poznańskich dziennikarzy. Zaproponowali mianowicie zbiórkę pieniędzy na pokrycie szkód powstałych w czasie pomistrzowskiej zadymy, co ich zdaniem ma pomóc wizerunkowi Lecha. Serio, nie bardzo rozumiem dlaczego niewinni mają płacić za  grzechy bandytów.

W  skali regionalnej walka o  punkty znów w dużej mierze została zdominowana przez zawirowania finansowo-organizacyjne. Nieustannie rosnący dług z „chwilówek” Ruchu Chorzów, bombowa akcja przed  Wielkimi Derbami Śląska, Święty Mikołaj z Zabrza, który na  koszt podatników uratował Górnika, zadziwiający moment zwolnienia Leszka Ojrzyńskiego z  Podbeskidzia (nawiasem mówiąc równie zadziwiające były jego wymagania finansowe przedstawione w potencjalnym miejscu nowej pracy)  czy twit-terowa aktywność byłego szkoleniowca Piasta, Angela Pereza Garcii, były tematami znacznie ciekawszymi niż sportowa przeciętność naszego kwartetu.

Generalnie problem z realną oceną wartości polskiej ekstraklasy widoczny jest gołym okiem. Efektowne transmisje telewizyjne zamazują codzienną siermiężną rzeczywistość, weryfikowaną w europejskich pucharach. Deklaracje o poprawie bezpieczeństwa na stadionach kontrastują z tym, co dzieje się później na ulicach, popularność i markę ligowych zawodników określa chociażby ich kompletna nieobecność w  reklamach, natomiast całkiem przyzwoitą sumaryczną frekwencję weryfikuje fakt, że większość biletów kupowanych jest raptem na trzech obiektach.

Prawdziwym sprawdzianem rzeczywistej wartości ekstraklasy będzie rozstrzygnięcie przetargu na prawa telewizyjne. Procedury wciąż trwają, oferty mają zostać złożone raz jeszcze,co sugeruje, że rozbieżności pomiędzy oczekiwaniami spółki a ofertami stacji są bardzo szerokie. Oby na finiszu nie okazało się, że nasza liga jest… bez-cenna.

Podobno u innych najbardziej drażnią nas cechy i  zachowania, które sami posiadamy. To psychologiczne spostrzeżenie potwierdził po  przedostatniej kolejce ekstraklasy Henning Berg. Trener Legii Warszawa miał otóż wielkie pretensje do szkoleniowców Górnika Zabrze, że w spotkaniu z Lechem Poznań (zakończonym kompromitującym laniem) wystawili do gry skład, który on uznał za daleki od optymalnego. Norweg najwyraźniej zapomniał, że to on zaświecił takim przykładem całej lidze, stawiając – w okresie, gdy tytuł wydawał mu się formalnością – na co rusz inną jedenastkę, za co zapłacił długoterminowo równie opłakany rachunek co zabrzanie jednorazowo.

Wydarzenia na Roosevelta rozbudziły też dyskusje o czystości rozgrywek. W opinii zwolenników takiej tezy  Górnik miał Lechowi ułatwić sprawę, kładąc się na ołtarzu wyższej racji, a więc uniemożliwienia zdobycia tytułu przez Legię. Nikt jednak przy okazji nie wspomniał, że to pewni siebie obrońcy tytułu sami zgotowali sobie taki los, że stali się zależni od innych. Gdyby nie to, teoria straciłaby wątpliwy urok względności, czyli kontekstu sytuacji w tabeli.

Ubocznym efektem płaczu Berga była dodatkowa mobilizacja w zespole Górnika przed ostatnim meczem na Łazienkowskiej. Józef Dankowski i Robert Warzycha posłali do  boju to, co mieli najlepszego. I  tak skończyło się porażką, co dodatkowo podważyło tezę Norwega.

Ten wpis miał się zaczynać inaczej. A mianowicie od mało finezyjnie zawoalowanej groźby ze strony Seppa Blattera pod adresem przeciwników, czyli religijnie brzmiącego zdania „Wybaczam, ale nie zapominam”. Zdania, po  którym rebelianci zostali zamrożeni  jak Han Solo, a  Michel Platini, jeden z  architektów ataku na  Gwiazdę Śmierci, desperacko rzucił się Szwajcarowi w ramiona, co u  obserwatorów wywołało  szyderczy śmiech politowania.

We wtorek wszystko się jednak zmieniło. Imperator abdykował. Osobiście, chociaż można podejrzewać, że nie do  końca z własnej woli. Przecież zaledwie pięć dni wcześniej unosił ręce w geście triumfu, symbolizując brutalną prawdę, że  tam gdzie gra toczy się o miliardy muszą być ofiary. Puste krzesła wiceprezydentów też nie działały jak odpowiednik „memento mori”, przesłonięte przez jasny przekaz „bądź lojalny, a rodzina (czytaj FIFAFa-mily) ci pomoże”. Bez wstydu chwalono się skarbcem z górą dolarów i przyznawano, że mundial pozostaje kurą znoszącą złote jaja. Za to deklaracje współpracy ze śledczymi rozwadniano przypomnieniami, że póki co nikomu  nie udowodniono jeszcze winy.

Imperium zdawało się rozkwitać. FIFA funkcjonuje przecież na Olimpie, niedostępnym śmiertelnikom, ponad rządami i poza ich kontrolą.  A te składają jej hołdy wiernopoddańcze oddając we władania stadiony mistrzostw świata i zgadzając się, by FIFA wprowadzała na terytoriach tak zwanych państw-gospodarzy własne prawa finansowo-podatkowe. I to wszystko w zamian za  igrzyska, urządzane w dużej mierze  na koszt tubylców.

O swojej sile futbolowi bossowie przekonywali się raz po  raz w czasie futbolowych wojen, których ofiarą padła także Polska. Pamiętacie pełną napięcia noc za czasów pezetpeeno-wskich rządów Mariana Dziu-rowicza, który wspierany przez UEFA nie ugiął się pod  atakiem ministra sportu Jacka Dębskiego? A ultimatum FIFA przeciwko kuratorowi wprowadzonemu przez Mirosława Drzewiec-kiego do związku Michała List-kiewicza? Nieudolne próby przejęcia kontroli nad  PZPN-em przez rząd w czasie panowania  Grzegorza Laty?Wszystkie zostały odparte przez FIFA. Jej bronią była groźba wycofania reprezentacji i klubów z  międzynarodowych rozgrywek. I to wystarczyło! Zresztą białe chorągwie wywieszano nie tylko nad Wisłą, ale i w kilku innych krajach.

Czy można się więc dziwić, że poczucie bezkarności i  wszechmocy rozkwitło w  FIFA na skalę niespotykaną, wypoczwarzając się w hydrę patologii z korupcją na czele? Na jej potędze łamały sobie zęby największe media, które mają na swoim koncie obalanie premierów i  ministrów. Przecież publikacje i reportaże o kulisach wyborów Rosji i Kataru na gospodarzy mundiali to już klasyka dziennikarstwa śledczego, z ukrytymi mikrofonami i kamerami, a także zeznaniami incognito. Trzeba było dopiero amerykańskiej bezwzględności, by machina sprawiedliwości ruszyła z miejsca. Zresztą to zapewne nie przypadek – trudno przypuszczać, by akurat w USA ugięto się pod groźbą wyrzucenia reprezentacji z międzynarodowych rozgrywek…

I właśnie za sprawą jankeskich szeryfów udało się dokonać tego, co wydawało się niewykonalne. Gwiazda Śmierci eksplodowała na naszych oczach. Blatter upadł, korona jest bezpańska. Niewykluczone, że sprawiedliwość sięgnie głębiej, że kupione mundiale zostaną wyprowadzone z Rosji i Kataru ku rozpaczy oligarchów i szejków, którzy po raz pierwszy w  życiu dowiedzą się, że jednak nie wszystko można kupić. I że podobne szarże na dłuższą metę nie popłacają, bo za poczuciem pychy zawsze kroczy upadek. Pytanie tylko, czy będą o tym pamiętać ci, którzy właśnie rozpoczęli piłkarską grę o tron.