Miesięczne archiwum: Lipiec 2015

Hejt. To słowo, które błyskawiczne wdarło się do  języka i stało się określeniem hobby pochłaniającego czas i energię wielu naszych rodaków. Jeśli ktoś szczęśliwie nie wie o co chodzi, sprecyzuję, że hejt to wpisy na forach inter-netowych, a dokładniej takie, których anonimowi autorzy obrażają i lżą osoby zwracające na siebie ich uwagę.

Dziennikarze to grupa – ze względu na swoją internetową aktywność – szczególnie często brana przez hejterów na  celownik. Zazwyczaj ataki kwitujemy śmiechem i podsumowujemy ziewnięciem, ale czasami zdarzają się perełki, nad  którymi warto się pochylić. Tak jak chociażby w miniony piątek, gdy pod moją relacją z meczu Ruchu z Piastem oprócz tradycyjnego przypisywania mi klubowych sympatii i antypatii oraz sugerowania po której stronie Brynicy przyszedłem na  świat, pojawił się wpis żądający zwolnienia mnie z pracy dla… dobra śląskiej piłki.

Nie będę ukrywał, że się wzruszyłem. Przez blisko ćwierćwiecze pisania o futbolu nie zdawałem sobie sprawę, że to przeze mnie piłkarzy w 70 minucie łapią skurcze, że to moja wina, gdy z pięciu metrów nie trafiają w bramkę, a także gdy przewracają się o własne nogi. Uwierzcie mi, warto było dożyć tej chwili.

Dziękuję ci więc, anonimowy hejterze. I obiecuję, że dopóki prądu w laptopie starczy, będę tę gigantyczną odpowiedzialność dźwigał ze sobą na  każdy ligowy mecz.

Zero. Wielkie zero emocji. Przedmeczowe konferencje prasowe są nudne jak flaki z olejem. Wszyscy wszystkich darzą szacunkiem, nikt nie chce typować wyników, z ust prezesów, trenerów i piłkarzy płyną banały. Zawsze takie same i te same. O mobilizacji, o potrzebie wspięcia się na  wyżyny umiejętności, o klasie rywala. Nieważne, czy chodzi o Termalicę, czy o odwiecznego konkurenta. Wszyscy wrzuceni do jednego worka, wypełnionego po brzegi  poprawnością polityczną.

Nikt w Górniku, Ruchu, Podbeskidziu i Piaście zdaje się już nie rozumieć, że sport to spektakl oparty na emocjach (nie mylić z nienawiścią), które przekładają się na sprzedaż biletów, na oglądalność, na popularność w mediach społecznościowych, czyli generalnie na pieniądze. Śląska piłka dramatycznie potrzebuje osobowości, w stylu Bogusława Leśnodorskiego. Szef Legii uosabia to wszystko, z  czym kojarzy się jego klub: butę, bezczelność i wyniosłość, wynikającą ze świadomości własnej wartości. Możesz go nie lubić, ale musisz go znać. I  na tym ta zabawa polega. Gdy Górnik kompromitująco przegrał z Lechem, to właśnie BL twitnął, że dopóki on będzie prezesem, nigdy żaden piłkarz z Zabrza nie przejdzie na Łazienkowską. Odpowiedzi nie było, a przecież aż się prosiła, np. o szlabanie w drugą stronę, w stylu Jerzego Urbana wysyłającego śpiwory dla bezdomnych w Nowym Jorku.

O tym, jak „sprzedaje” się widowiska, świetnie wiedzą bokserzy. Potrafią wzbudzić (czytaj wyreżyserować) zainteresowanie właśnie podczas spotkań z dziennikarzami. Mocne słowa zawsze są medialne. Wiedział o tym Łukasz Mazur, ostatni z prezesów Górnika Zabrze, który potrafił taką grę prowadzić. Gdy szef Ruchu, Dariusz Smagorowicz, wszedł z nim w spór dotyczący pierwszeństwa gry na Stadionie Śląskim, Mazur w  zamian ofiarował mu… Niderlandy. Dziś takich osobowości nie ma. Słuchając trenerów przed der-bami Wielkimi, Średnimi, Małymi i Administracyjnymi (o proszę, czasami da się błysnąć: takie określenie na  mecz Górnika z Podbeskidziem ukuł kapitan Górali, Marek Sokołow-ski, nieco sprowokowany przez wyżej podpisanego) przypomina się monolog z Rejsu. Pamiętne: – Nuda… Dialogi niedobre… Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest.

Wiem, że w odpowiedzi z klubów usłyszę o tym, że trzeba uważać, aby nie podgrzewać i tak wszechobecnych animozji kibicowskich. To bzdura – żadne słowa, a już na pewno takie mieszczące się w granicach dobrego smaku, nie będą miały wpływu na to, co i tak dzieje się na ulicach śląskich miast. Nikt przecież nie wymaga, by na przykład Waldemar Fornalik mówił językiem Mike’a Tysona, który zapowiedział Lennoxowi Lewisowi, że zje jego dzieci (nawiasem mówiąc Brytyjczyk wówczas ich nie miał, za to na ringu Bestię znokautował), ale delikatne ironiczne uszczypnięcia konkurenta, a nawet samych dziennikarzy,wprowadziłoby powiew życia do atmosfery rodem z zamkniętej szafy. To wszak oczywiste, że Jose Mourinho i Juergen Klopp nie mogą się mylić. Oni wiedzą, że rynek zdobywa się także giętkim językiem. Ba, czasem robią to celowo, z zimnym wyrachowaniem, gdy potrzeba zdjąć nieco presji z samych piłkarzy i wziąć ją na swoje barki, a czasem z wyraźną, niemal dziecięcą radością, na przykład wchodząc w erudycyjne klincze i zwarcia w studiach telewizyjnych.

Panowie prezesi i trenerzy: spróbujcie kiedyś zrzucić swoje gorsety. Stańcie się prawdziwymi Osobowościami. Zwłaszcza że kilka dni później o waszych  słowach i tak nikt nie będzie już pamiętał, bo padną nowe, jeszcze barwniejsze. Trzeba tylko zrobić ten pierwszy krok, a potem pójdzie już z górki,

Otym, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia wiadomo nie od dziś. Można zresztą odnieść wrażenie, że powiedzenie to zostało ukute na piłkarskich stadionach, gdzie piłkarze i trenerzy mają zazwyczaj diametralnie inną opinię na temat boiskowych wydarzeń niż kibice i  dziennikarze oglądający mecz z trybun.

Nie i naczej było w sobotę w   Chorzowie. Po porażce z  Górnikiem Łęczna na zawodników Niebieskich spłynęła fala gwizdów, a byli piłkarze Ruchu opuszczający stadion przyznawali, że tak słabej drużyny z Cichej nie widzieli od wielu lat, nawet wtedy, gdy klub spadał z ekstraklasy.  Ich słów na temat polityki transferowej prezesa Dariusza Smagorowicza lepiej nawet nie przytaczać, bo tekst ten może być przecież czytany przez nieletnich i przed godziną 22.
Tymczasem na pomeczowej konferencji Waldemar Fornalik oświadczył, że w  drugiej połowie jego zespół trochę już przypominał Ruch sprzed kilku tygodni, a w ogóle pomimo tej porażki jest optymistą, bo z każdym tygodniem powinno być coraz  lepiej. No cóż, trudno rozstrzygnąć, czy wyraził w  ten sposób swoją prawdziwą opinię, czy też obowiązkowy urzędowy optymizm.

Szkoleniowiec Niebieskich nie bez powodu nazywany jest Kingiem i nie z takich opresji wychodził obronną ręką.Warto jednak przypomnieć kolejne powiedzenie: że z pustego i Salomon nie naleje. A przecież on też był królem.

Po piątkowym sparingu z Cracovią trener Ruchu Chorzów, Waldemar Fornalik, oświadczył wprost, że Niebiescy potrzebują jeszcze zawodników. – Będę to głośno powtarzał – podkreślił szkoleniowiec.

Ta deklaracja, w zderzeniu z polityką transferową prowadzoną przez Ruch, brzmi jak wołanie na puszczy. Przed nadchodzącym sezonem szatnię znów opuścili podstawowi zawodnicy (w dodatku klub na  nich nie zarobił), pozostawiając po sobie pustkę widoczną gołym okiem.

Szefowie Ruchu, niepomni doświadczeń z ostatniego sezonu, po raz kolejny postanowili zagrać w ruletkę, w myśl zasady, że może jakoś to będzie i zespół, któremu wyrwano niemal cały kręgosłup, będzie sprawnie poruszał się po bezpiecznych rejonach tabeli ekstraklasy.

Kingowi, jak nazywają Fornalika kibice Ruchu, trzeba współczuć. Po raz kolejny w  swojej chorzowskiej karierze został przez działaczy wrzucony na pole minowe.

Jakie były najdroższe podpisy pod kontraktami piłkarzy w historii śląskiej piłki? Biorąc pod uwagę tajemnicę, jaką otacza się w tym sporcie wszystkie kwestie finansowe, odpowiedź nie jest jednoznaczna. Ale w minionym tygodniu poznaliśmy nazwiska dwóch zawodników, którzy na pewno znaleźliby się w czołówce takiego zestawienia. I w obu przypadkach stanowią kompletne zaskoczenie, a wręcz szok. Bo czy ktoś w ogóle pamięta Vladimira Karalicia i jego imiennika Milenkovicia?

Tymczasem Polonia Bytom właśnie otrzymała za ich zatrudnienie w sezonie 2009/10 słony rachunek. W sumie 390 tysięcy euro, nie licząc dodatkowych i bolesnych kar za zwłoki w płatnościach. I to podpisany przez FIFA, a więc organizację, której podskoczyć może tylko amerykańska prokuratura, a nie biedny śląski klub z ulicy Olimpijskiej. Wrażenie absurdu potęguje fakt, że obaj przybysze z  Bałkanów niczego do zespołu nie wnieśli, ba, jeden z nich nie zaliczył w ekstraklasie – tak, tak, Polonia grała wtedy tak wysoko! – nawet minuty.  Sytuacja jak z Kafki? No, jednak nie całkiem…

Z dużym zdziwieniem obserwuję bowiem, że w rozpaczliwym szlochu i polowaniu na  winnych zaginęło meritum całej sprawy, jej creme de la creme. Bo chociaż bytomska strona wskazuje palcem menedżera Mirko Poledicę, jako winowajcę i cwaniaka, to jednak przecież kluczowe znaczenie ma podpis ze strony klubu. Wszak ówczesny prezes Polonii, a obecny prezydent miasta Bytomia, Damian Bartyla, składał autograf pod kontraktami Karalicia i Milenkovicia dobrowolnie, w  pełni władz fizycznych i umysłowych! I to wbrew negatywnej opinii sztabu szkoleniowego z Jurijem Szatałowem na czele, niewidzącym potrzeby wykładania wielkich pieniędzy za  dwóch – transakcja wiązana była warunkiem postawionym przez menedżera – piłkarzy, których umiejętności bynajmniej nie zapierały tchu w piersiach. I tu tkwi geneza trupa, który właśnie wypadł z polonijnej szafy, zapewne razem z dotyczącymi sprawy pismami, prawdopodobnie w dziecinny sposób ignorowanymi i wyrzucanymi do kosza bez otwierania, w myśl zasady, że jak czegoś nie widać, to tego nie ma.

Brak odpowiedzialności ze strony szefów klubów za  konsekwencje ich postępowania to jedna z wielu słabości polskiej piłki. Prezes przychodzi, podpisuje i odchodzi, pozostawiając cuchnące pasztety i tykające bomby swoim następcom. Zabawa na cudzy (czasem sponsorski, ale często publiczny) rachunek i cudzymi pieniędzmi musi deprawować. Znakomitą ilustracją tej patologii była wściekła mina jednego z szefów Allianzu, który po kilku miesiącach współpracy z  Górnikiem Zabrze, gdy przejrzał bilans tego współżycia, publicznie wypowiedział dramatyczną, niemal hamletowską kwestię: – Oj nie, nie będziemy już waszym bankomatem! Wysokie rachunki za szaleństwo tak zwanych działaczy płacili i płacą zresztą podatnicy w całej Polsce (jakże barwną historię zapisano np. w Katowicach w okresie rządów Marka Woracha i Ireneusza Króla), ale czy ktoś słyszał, by składający podpisy pod umowami, rachunkami i wekslami ponieśli jakieś inne konsekwencje oprócz utraty stanowiska? O tym, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami prezesowskich gabinetów, wiedzą tylko oni sami. Czasami uchylą rąbka tajemnicy. Były prezes Górnika, Łukasz Mazur, przyznał ostatnio, że proponowano mu pieniądze za podpisanie kontraktu z jednym z zawodników… No i świecką tradycją jest już utyskiwanie po zmianie władzy na decyzje finansowe  poprzedników.

Trudno więc nie zadać prostego pytania i to związanego nie tylko z syndromem bytomskim: czy to naprawdę menedżerowie są całym złem tego środowiska? Przecież zazwyczaj cały w tym ambaras, że dwoje chciało naraz.

Mistrzostwa Polski w kolarstwie mogliśmy pokazać albo byle jak, albo wcale, więc pokazaliśmy byle jak. Tak mniej więcej  – zamiast   „byle jak” było  „ubogo” – Marian Kubalica, wicedyrektor TVP Sport, tłumaczył w rozmowie z portalem  wirtualnemedia.pl kompletnie amatorską transmisję z wyścigu z udziałem mistrza świata, Michała Kwiatkowskiego. Amatorską i w sferze realizacyjnej, i komentatorskiej. Bo o  ile brak kamer i helikoptera nie był winą sprawozdawców, to już nieumiejętność częściowego zamaskowania tych wad komentarzem w stylu radiowym i  śledzenia peletonowych wydarzeń online, już jak najbardziej. W   efekcie zamiast emocji dostawaliśmy wielominutowe obrazki kibiców jedzących kiełbaski i  gadające głowy nagrane przed  startem i nie mające nic wspólnego z tym, co akurat działo się na trasie.

Najlepiej – to fakt, a  nie reklama – kolarstwo pokazuje Eurosport. I to właśnie jego wła-ściciel, czyli Discovery Commu-nications, wywinął największy numer na  rynku praw telewizyjnych zgarniając wszystkie prawa do transmisji igrzysk olimpijskich w latach 2018-2024. Na stół poleciały grube pliki dolarowych banknotów, precyzyjna wizja totalnej multimedial-ności i zapowiedź otwarcia całorocznego olimpijskiego kanału. Tym zabawniej na tym tle wybrzmiały słowa Włodzimierza Szaranowicza, szefa sportu w  TVP, że przecież jej oferta też była bardzo dobra… Doprawdy, trudno sobie wyobrazić jej atrakcyjność w zderzeniu z tym, co zaproponowali zwycięzcy.

Seria prestiżowych porażek telewizji państwowej już dawno w normalnej firmie zmusiłaby zarząd do określonych działań i podjęcia strategicznych decyzji. W poczuciu krzywdy wybrano jednak metody z poprze-dniej epoki: poskarżono się Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji, a ta mocą urzędu, ex cathe-dra, ogłosiła, że wszystkie ważne wydarzenia sportowe z  udziałem reprezentacji Polski muszą być pokazywane w pasmach otwartych. W TVP przybito sobie piątki, ale zanim się zorientowano znów padł nokautujący cios: mecze reprezentacji Polski zgarnął Polsat, też przecież posiadający program ogólnodostępny. Publicznej zostały tylko spotkania towarzyskie, które ubarwione  komentarzem Dariusza Szpakowskiego stanowią żywą medialną skamielinę.W dodatku, jak na złość, kadra Adama Nawałki w okienku Polsatu gra aż miło….

Z tej piłkarskiej lekcji też jednak nie wyciągnięto wniosków. Redaktor Szaranowicz, gdy ochłonął ze zdumienia, w  kontekście transmisji z igrzysk, przedstawił niemal triumfalny punkt widzenia. Z nieco złośliwą  tajemniczą miną przypomniał, że Eurosport nie spełnia warunku otwartości, więc i tak będzie musiał podzielić się prawami z kimś innym. W jego domyśle zapewne z TVP. O tym, że Eurosport nie wyklucza starań, by wspomniany nowy olimpijski kanał stał się ogólnodostępny, ani o tym, że za ewentualną sublicencję trzeba będzie słono zapłacić, co daje przewagę stacjom komercyjnym, już nie wspomniał.

Przy okazji odbywających się w Polsce mistrzostw świata w siatkówce Szaranowicz w impulsywny sposób odpowiedział na wizji na list Jerzego Owsiaka, zdegustowanego zakodowaniem mundialu przez Polsat . W  ostatnim zdaniu szef sportu stwierdził wówczas, że jeśli ktoś kupuje prawa do dużych wydarzeń, by je później zakodować, to nie wie, na jakim świecie żyje. I to właśnie chyba najlepiej podsumowuje kolejne klęski TVP, wciąż żyjącej w świecie, gdy jedyna słuszna telewizja posiadała przywileje o jakich inni mogli pomarzyć… To rozpieszczenie i niczym nieuzasadniony samozachwyt przekuły się w  obecną mizerię jej oferty. Bo w dzisiejszych sprofesjonalizowanych do bólu mediach wybór między „byle jak” a „wcale” dawno już został podjęty. Po  prostu ta pierwsza opcja nikomu nawet nie przychodzi do  głowy.