Miesięczne archiwum: Sierpień 2015

Dzięki nowemu prezesowi Górnika Zabrze być może znalazła wyjaśnienie jedna z odwiecznych zagadek futbolu. Taka mianowicie, dlaczego w niektórych klubach działacze wcale nie wyglądają na zmartwionych, gdy szatnia zamienia się w „szpital”, czyli gdy na liście długotrwale kontuzjowanych piłkarzy pojawia się więcej nazwisk niż zwykle.

Otóż Marek Pałus publicznie przyznał, że właśnie kontuzje zawodników otworzyły Górnikowi możliwość dokonania transferów. Dokładniej rzecz biorąc chodzi o to, że np. wysokie uposażenie Roberta Jeża, którego kontrakt kończy się w grudniu, siłą rzeczy stało się problemem… ZUS-u. Za zaoszczędzone w ten sposób pieniądze do ekipy Leszka Ojrzyńskiego (i na jego wniosek) trafili Maciej Korzym, Aleksander Kwiek i Michał Janota.

Szef klubu stwierdził, że dzięki takiej sytuacji plus dokonywanym wypożyczeniom, klub wciąż obraca się w tym samym budżecie co wcześniej. Zdanie to zdaje się sugerować, że Jeż do gry w Zabrzu już nie wróci, bo przecież w przeciwnym wypadku wspomniany budżet zostałby wysadzony w powietrze od środka…

Nieraz już pisałem, że piłkarska ekonomia zasługuje na  osobną rozprawę naukową, a jej kreatorzy na Nagrody Nobla. Jak jednak widać z powyższego przykładu mechanizmy te wciąż są udoskonalane, a pomysłowość prezesów zdaje się nie mieć granic.

Pamiętacie hasło „Ekstraklasa albo śmierć”, które kibice GKS-u Katowice nosili na koszulkach dając z czasem pożywkę do kpin swoim rywalom? Otóż sporo wskazuje na to, że marzenie o najwyższej lidze może się wreszcie na Bukowej spełnić i to bez względu na to, czy ekipa Piotra Piekarczyka zacznie wreszcie grać na poważnie. Ba, reporter klubowej telewizji nie wahał się nawet wspomnieć o… Lidze Mistrzów!
Na osiągnięcie celu trzeba będzie oczywiście nieco poczekać, bo droga z trzeciej ligi na szczyty nie wiedzie  na skróty, ale nadzieja już rozkwita. Maszyneria rusza właśnie pełną parą i chociaż na  razie dominują znaki zapytania, to już wkrótce mogą się zamienić w wykrzykniki.
Zapytacie o co chodzi? Jak zwykle przy takich zagadkach o pieniądze albo kobiety. I to jest sedno sprawy. Kilka dni temu GKS wzbogacił się o sekcję pań, które już dziś rozegrają pierwszy historyczny mecz, mogący stanowić początek drogi, o której ich koledzy wciąż mogą tylko pomarzyć.

Nie wiem ile zarabia Michał Przybyła, ale mogę się założyć, że jest to kwota dużo, dużo niższa niż uposażenie Jakuba Rzeźniczaka, kapitana Legii Warszawa. Tego samego, którego piłkarz Korony Kielce ograł jak trampkarza w doliczonym czasie gry, po czym strzelił gola na wagę zwycięstwa. Ta scenka to kolejny dowód, że różnice w wypłatach w polskiej piłce wynikają nie z poziomów umiejętności, a jedynie z herbu, jaki nosi się na koszulce.

I nie jest to tylko kwestia „detaliczna”, ale hurtowa. Dlatego z taką frajdą obserwuję wyczyny Piasta Gliwice, klubu skromnego (choć finansowanego przez miasto, czyli w modelu, który uważam za graniczący z  patologią, co zresztą znajdzie uzasadnienie w dalszej części tego tekstu) i całkiem sensownie poukładanego. Zwłaszcza precyzyjna polityka transferowa prowadzona w gabinetach na Okrzei powinna być upokarzającą lekcją dla wszystkich prezesów wyrzucających w  trawę grube pliki banknotów i  otrzymujących w zamian żałosne spektakle w wykonaniu amatorów pobierających kosmiczne gaże. Przykładem pierwszym z brzegu jest poznański Lech, którego gwiazdeczki doprowadziły do niespotykanej dotychczas deprecjacji pojęcia „mistrzowie Polski”.

Wyrównanie poziomu rozgrywek, czyli często stosowany eufemizm mający wytłumaczyć dlaczego kluby słabsze i biedniejsze ogrywają tak zwanych potentatów, dziwnym trafem nie dotyczy właśnie poziomu zarobków. Przejście do Legii czy Lecha stanowi odpowiednik trafienia szóstki w totolotka i odbywa się na zasadzie takiej samej procedury losowej. A jeśli jeszcze uda się w tych barwach rozegrać dobry mecz, otwierają się drzwi do kolejnego etapu gry, czyli international level.

Kluczową rolę odgrywają w tej zabawie oczywiście menedżerowie. Każdy z nich marzy, by wepchnąć swojego zawodnika do szatni pachnącej pieniędzmi i nie ma w tej zabawie sentymentów i skrupułów. Bywają jednak sytuacje, gdy szansa wygranej jest większa niż zwykle. Na przykład wtedy, gdy zarządzający panikują i tracą zimną krew. Jak na przykład w Zabrzu, gdzie krwawiący po  falstarcie Górnik w ostatnich dniach kupował na pniu piłkarzy mających w swoich klubach (o ile w ogóle do jakichś należeli) ogromne problemy z przebiciem do  składu. Wygrali ci, którzy mieli refleks, między innymi promotor Macieja Korzyma, któremu w Bielsku-Białej znudziło się siedzenie na ławce za 40 tysięcy złotych.

Polska ekstraklasa szczególnie logiczna nie jest. Ale w kontekście zarobków wkroczyła już w fazę absurdu, czemu zresztą nie mogą się nadziwić na przykład Czesi iSłowacy, przyznający, że w ich ojczyznach, w których Liga Mistrzów nie oznacza jedynie rozrywki telewizyjnej, nikt za  kopanie piłki nie płaci tyle, co nad Wisłą. Tym bardziej, że – według raportu Deloitte – średnio na wynagrodzenia wydaje się tutaj aż 72 procent przychodów (najwięcej w Europie!), podczas gdy zalecany poziom jest o dwanaście procent niższy. Przy okazji wychodzi zresztą na jaw kolejny dowód na to, że najmniej z pieniędzmi liczą się tam, gdzie pompują je miasta ze środków publicznych. Korona Kielce oraz wspomniany Górnik i Piast w  2014 roku wydawały na wypłaty więcej niż w ogóle zarabiały (odpowiednio 129, 120 i 115 procent). Dziwnym trafem cały tercet utracjuszy jest właśnie na  garnuszkach urzędników.

O tym, ile w rzeczywistości warci są piłkarze ekstrakla-sowych klubów przekonujemy się co roku w eliminacjach Ligi Mistrzów. Basel, które na tle teoretycznie najlepszej polskiej drużyny wyglądało jak potęga, w kolejnej rundzie poległo z  Maccabi. W 2014 roku Sporting-intelligence.com opublikował zestawienie średnich zarobków w ligach.Dla ekstraklasy roczny zarobek piłkarza to 110.250 funtów za sezon, a w izraelskiej Premier League 63.778. Na Ligę Mistrzów wystarczyło.

Zmiana trenera, wrażenie chaosu, nagłe transfery piłkarzy niechcianych w innych klubach. Czy ta kombinacja coś wam przypomina? Tak, macie rację – chodzi o politykę prowadzoną w Górniku Zabrze. Identyczną dziś i w sezonie 2008/09, gdy klub spadał z ekstraklasy.
Niewątpliwie na Roosevelta panuje sytuacja kryzysowa. Bywa, w końcu to tylko sport. Ale akurat w Zabrzu rozwiązuje się ją wbrew wszystkim zasadom wykładanym w szkołach dla menedżerów. Nie ma chwili zastanowienia, ochłodzenia rozgrzanych głów. Jest działanie. Nagłe i dziwne. No i ten mechanizm ze świętym Mikołajem w roli głównej. Prezes (a przynajmniej tak się wówczas wydawało) Zbigniew Waśkiewicz odszedł, bo nie miał środków na działalność. Chwilę później na klub spadł deszcz pieniędzy z obligacji. Trener Robert Warzycha został zwolniony i nie doprosił się wzmocnień zespołu, a kilkadziesiąt godzin później w klubie pojawił się cały desant nowych zawodników (wrażenie, że postawiono na ilość, a nie na jakość wydaje się zresztą uzasadnione).Takich sytuacji było więcej. Ba, właściwie są regułą.
Czy Górnik naprawdę może zaprzeczyć tezie, że nic dwa razy się nie zdarza, na rzecz potwierdzenia teorii o historii, która lubi się powtarzać? Na razie w porównaniu z rokiem 2008 łatwiej znaleźć podobieństwa niż różnice. Może jest tylko mniej śmiesznie, no ale Leszek Ojrzyński to nie Henryk Kasperczak.

Lekka atletyka to najważniejszy sport na świecie. Wygląda więc na to, że zostałem najważniejszym sportowym prezydentem – oświadczył Sebastian Coe po wyborze na stanowisko szefa IIAF. Dystyngowany Brytyjczyk mówił to z pełnym przekonaniem, ale na ścianie za jego plecami widać było cień. Wręcz symboliczny.

Bo królowa sportu, perła w jego koronie, jest brudna i nie ma w sobie niczego z romantycznych „Rydwanów ognia”. Medale i tytuły mają status przejściowy, a bieganie, rzucanie, miotanie i skakanie stanowi finałową część dopingowej zabawy w  policjantów i złodziei. Coe, którego olimpijskie triumfy w zadziwiający sposób stanowiły pomost nad światem podzielonym żelazną kurtyną – wygrywał upolitycznione do  bólu i bojkotowane przez wrogie obozy  igrzyska w Moskwie i Los Angeles – będzie musiał się zmierzyć z prawdziwym koszmarem, w dodatku wciąż wymykającym się kolejnym egzorcyzmom.

Niedawne śledztwo  reporterów gazety „Sunday Times” i telewizji ARD przypomina sytuację związaną z korupcją w FIFA. Tam też główne role odegrali dziennikarze, którzy systematycznie podpalali lont, aż w końcu bomba wybuchła i bohaterowie tekstów zaczęli trafiać tam, gdzie ich miejsce. Z lekkoatletyką może być podobnie. Informacja o tym, że 1/3 medalistów igrzysk i mistrzostw świata w konkurencjach wytrzymałościowych w latach 2001-2012  mogła swój sukces zawdzięczać niedozwolonym środkom przełoży się co najmniej na gigantyczne straty wizerunkowe i materialne. A w kontekście samego wyboru Brytyjczyka warto wspomnieć, że zdaniem autorów reportażu dziesięciu z podejrzanych zawodników wywalczyło swoje trofea w Londynie 2012, a więc imprezie, której Coe był głównym organizatorem i gdzie w dobrej wierze sam gratulował mistrzom.

Wszystko wskazuje więc na to, że lekkoatletykę czeka droga pokutna podobna do tej, jaką przechodzi kolarstwo (bo o patologiach w podnoszeniu ciężarów nie warto nawet wspominać, a i  zasięg popularności dyscypliny nieadekwatny do tematu).  Tam niedawni idole na naszych oczach zamienili się w  oszustów i klaunów, a za ich działania płacą – dosłownie i w przenośni – wszyscy. Także obecne gwiazdy:  Chris Froome rządził i dzielił w peletonie Tour de France, ale władzy nad sercami kibiców nie miał żadnej. Na mecie oprócz laurów zbierał gwizdy i obelgi, a na jednym z etapów oblano go moczem. Od kilku też lat kolarze a priori traktowani są jak przestępcy: nocne naloty policji i służb antydopingowych na ich kwatery stały się właściwie normą.

Przy okazji kolejnych afer dopingowych jak bumerang wraca populistyczne hasło, by walkę z dopingiem oddać walkowerem i pozwolić sportowcom na wszystko. Krótko mówiąc, by ku uciesze gawiedzi i własnej chwale mogli się szprycować czym tylko chcą. Podoba się wam taka wizja biomutantów bijących rekord po rekordzie? I perspektywa późniejszych reportaży podobnych do tych, których bohaterkami były gwiazdy z Niemieckiej Republiki Demokratycznej: schorowane, zdegenerowane, czasem wręcz dosłownie bezpłciowe? Jeśli tak, to można przypuszczać, że nie macie także nic przeciwko temu, by wasze dzieci sięgały po dopalacze. Niektóre z nich podobno całkiem korzystnie, chociaż krótkoterminowo i z opłakanym dla organizmu skutkiem, wpływają na siłę i sprawność fizyczną, o czym przekonują się chociażby ratownicy medyczni probujący im pomóc.

Jutro w Pekinie rozpoczynają się mistrzostwa świata. W   tym samym mieście, w którym siedem lat temu produkowano olimpijskich medalistów na skalę masową, w fabrykach, w których jedynym zadaniem było stworzenie z  dziecka jednorazowego mis-trza ku chwale komunistycznej ojczyzny. Gospodarze zdobyli wówczas 100 medali, z czego 51 złotych, w cuglach wygrywając z USA i Rosją. Wielu z ówczesnych chińskich gladiatorów błyskawicznie zniknęło później z  aren. Zrobili swoje, mogli odejść. Fikcja w czystej postaci, gra cieni oświetlona ogniem z Olimpii…
Oglądając wyczyny lekkoatletów na chińskich MŚ  nie przywiązujcie się więc do ich nazwisk i wyników. Odczekajcie kilka lat, dopiero wtedy bijcie im brawo. Bo może się okazać, że pierwszym był ten ostatni.