Pieniądze w piłce nie zależą od talentu, tylko od herbu na koszulce

Kategorie: Bez kategorii

Tagi: , , , , , , ,

Nie wiem ile zarabia Michał Przybyła, ale mogę się założyć, że jest to kwota dużo, dużo niższa niż uposażenie Jakuba Rzeźniczaka, kapitana Legii Warszawa. Tego samego, którego piłkarz Korony Kielce ograł jak trampkarza w doliczonym czasie gry, po czym strzelił gola na wagę zwycięstwa. Ta scenka to kolejny dowód, że różnice w wypłatach w polskiej piłce wynikają nie z poziomów umiejętności, a jedynie z herbu, jaki nosi się na koszulce.

I nie jest to tylko kwestia „detaliczna”, ale hurtowa. Dlatego z taką frajdą obserwuję wyczyny Piasta Gliwice, klubu skromnego (choć finansowanego przez miasto, czyli w modelu, który uważam za graniczący z  patologią, co zresztą znajdzie uzasadnienie w dalszej części tego tekstu) i całkiem sensownie poukładanego. Zwłaszcza precyzyjna polityka transferowa prowadzona w gabinetach na Okrzei powinna być upokarzającą lekcją dla wszystkich prezesów wyrzucających w  trawę grube pliki banknotów i  otrzymujących w zamian żałosne spektakle w wykonaniu amatorów pobierających kosmiczne gaże. Przykładem pierwszym z brzegu jest poznański Lech, którego gwiazdeczki doprowadziły do niespotykanej dotychczas deprecjacji pojęcia „mistrzowie Polski”.

Wyrównanie poziomu rozgrywek, czyli często stosowany eufemizm mający wytłumaczyć dlaczego kluby słabsze i biedniejsze ogrywają tak zwanych potentatów, dziwnym trafem nie dotyczy właśnie poziomu zarobków. Przejście do Legii czy Lecha stanowi odpowiednik trafienia szóstki w totolotka i odbywa się na zasadzie takiej samej procedury losowej. A jeśli jeszcze uda się w tych barwach rozegrać dobry mecz, otwierają się drzwi do kolejnego etapu gry, czyli international level.

Kluczową rolę odgrywają w tej zabawie oczywiście menedżerowie. Każdy z nich marzy, by wepchnąć swojego zawodnika do szatni pachnącej pieniędzmi i nie ma w tej zabawie sentymentów i skrupułów. Bywają jednak sytuacje, gdy szansa wygranej jest większa niż zwykle. Na przykład wtedy, gdy zarządzający panikują i tracą zimną krew. Jak na przykład w Zabrzu, gdzie krwawiący po  falstarcie Górnik w ostatnich dniach kupował na pniu piłkarzy mających w swoich klubach (o ile w ogóle do jakichś należeli) ogromne problemy z przebiciem do  składu. Wygrali ci, którzy mieli refleks, między innymi promotor Macieja Korzyma, któremu w Bielsku-Białej znudziło się siedzenie na ławce za 40 tysięcy złotych.

Polska ekstraklasa szczególnie logiczna nie jest. Ale w kontekście zarobków wkroczyła już w fazę absurdu, czemu zresztą nie mogą się nadziwić na przykład Czesi iSłowacy, przyznający, że w ich ojczyznach, w których Liga Mistrzów nie oznacza jedynie rozrywki telewizyjnej, nikt za  kopanie piłki nie płaci tyle, co nad Wisłą. Tym bardziej, że – według raportu Deloitte – średnio na wynagrodzenia wydaje się tutaj aż 72 procent przychodów (najwięcej w Europie!), podczas gdy zalecany poziom jest o dwanaście procent niższy. Przy okazji wychodzi zresztą na jaw kolejny dowód na to, że najmniej z pieniędzmi liczą się tam, gdzie pompują je miasta ze środków publicznych. Korona Kielce oraz wspomniany Górnik i Piast w  2014 roku wydawały na wypłaty więcej niż w ogóle zarabiały (odpowiednio 129, 120 i 115 procent). Dziwnym trafem cały tercet utracjuszy jest właśnie na  garnuszkach urzędników.

O tym, ile w rzeczywistości warci są piłkarze ekstrakla-sowych klubów przekonujemy się co roku w eliminacjach Ligi Mistrzów. Basel, które na tle teoretycznie najlepszej polskiej drużyny wyglądało jak potęga, w kolejnej rundzie poległo z  Maccabi. W 2014 roku Sporting-intelligence.com opublikował zestawienie średnich zarobków w ligach.Dla ekstraklasy roczny zarobek piłkarza to 110.250 funtów za sezon, a w izraelskiej Premier League 63.778. Na Ligę Mistrzów wystarczyło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*