Miesięczne archiwum: Wrzesień 2015

4 października 2014 roku Górnik Zabrze w Wielkich (stosujemy ten przydomek głównie z przyzwyczajenia) Derbach Śląska na Cichej pokonał Ruch Chorzów i wspiął się na fotel lidera ekstraklasy. W następnym meczu zespół Roberta Warzychy został jednak zdemolowany przez Wisłę 5:0, a potem jedną bramką uległ w Bełcha-towie. Coś wam to przypomina?

Jeśli pomyśleliście o Ruchu to analogia wydaje się w  pełni usprawiedliwiona. Triumf w WDŚ, pogrom z rąk, a właściwie nóg piłkarzy Legii, jednobramkowa porażka na Cracovii. Wypisz wymaluj Górnik sprzed roku. Gwoli przypomnienia warto dodać, że w trzeciej próbie po  derbach zabrzanie zremisowali z Pogonią, tą samą, która w piątek przyjedzie na Cichą. Czy los nie jest przewrotny?
Dla Górnika tamta seria była początkiem drogi, podczas której stopniowo zapominał o marzeniach dotyczących gry w europejskich pucharach, za  to zaczął się martwić o miejsce w ósemce. Chorzowianie właśnie spadli poza linię oznaczającą tę strefę bezpieczeństwa, więc stres też zacznie być odczuwalny.

Można więc zadać prowokacyjne pytanie: czy opłaca się wygrywać w WDŚ? Bo może jednak w głowie zawodników zbyt mocno tkwi powtarzany czasem przez kibiców slogan: ten jeden mecz wygrać musicie, nawet gdybyście mieli przegrać pozostałe.

Tak, zdaję sobie sprawę z  różnic, ale mimo wszystko trudno uciec od porównań. Siatkarze właśnie skończyli dwutygodniowy maraton w Pucharze Świata i ani razu z ich ust nie padły słowa o  przemęczeniu. W tym czasie trenerzy piłkarscy w ekstraklasie głowili się nad  „rotowaniem” składu, no bo jak tu pogodzić sobotnią ligę ze środowym pucharem? Dwa mecze w tygodniu to dla ich piłkarzy dawka zabójcza, w dodatku źle wpływająca na morale, bo w  niepokojący sposób obniżająca przelicznik otrzymywanych w  klubie złotówek na minutę gry.

Oszczędzanie zawodników to jedna z najpoważniejszych chorób trawiących futbol nad Wisłą. Jej efekty są poważne.  Uboczne – jak chociażby marginalizowanie Pucharu Polski, który nie jest już Turniejem Tysiąca Drużyn, a  Turniejem Tysiąca Piłkarzy, bo po tak głębokie rezerwy sięgają szkoleniowcy wystawiający składy na mecze rozgrywane w środku tygodnia; oraz zasadnicze – o czym przekonuje się zdecydowana większość graczy wyruszająca w świat za  chlebem z grubszym plastrem szynki. Zderzenie ze ścianą normalnych w  cywilizowanym futbolu wymagań okazuje się zabójcze i owocujące najbardziej zabawną ze szkolnych wymówek, czyli „trener mnie nie polubił, więc wróciłem, bo pieniądze są mniej ważne od  możliwości grania”.

Kilkanaście dni temu byliśmy świadkami kompromitacji porównywalnej z  legijną nieumiejętnością liczenia żółtych kartek. Otóż zarząd mistrzów Polski odbył całkiem poważną naradę, czy celem numer jeden powinny być rozgrywki ekstraklasowe  czy też w Lidze Europejskiej. I wybrał wariant A, nakazując trenerowi zaprezentowanie Europie piłkarzy z drugiego szeregu. Maciej Skorża ambicje schował do  kieszeni, polecenie wykonał, a jego Lech odstawił bezbramkowy teatrzyk, w którym zwycięski gol miałby wartość 240 tysięcy euro (różnica w  premiach za remis i zwycięstwo). No ale kto bogatemu zabroni?

Trzy dni później dzięki zaoszczędzeniu sił gwiazdek zarabiających kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie Lech tylko minimalnie przegrał w  Białymstoku i dość łagodnie opadł na  dno tabeli. Strach pomyśleć, jaką katastrofą zakończyłby się ten mecz, gdyby Skorża nie posłuchał prezesów i w obu przypadkach posłał na murawę to, co teoretycznie ma najlepszego. Może przeżyłby przygodę Legii, która została upokorzona w LE przez Midtjylland (nie rotujące składem), a potem zaliczyła wyjątkowo długą podróż powrotną do Polski, by z marszu i w tym samym zestawieniu bez wię-kszych problemów rozbić Ruch? Może dzięki temu w stolicy zrozumieją, że dwa mecze w tygodniu to dla piłkarzy w  klubach zawodowych norma. Oczywiście stoi za tym całe ultranowoczesne i kosztowne zaplecze związane z odnową i regeneracją sił, które jednak stanowi od  wielu lat nieodłączny element tej zabawy, o ile traktuje się ją rzeczywiście profesjonalnie .

Czytając i słuchając  o  rotowaniu składem zawsze mam przed oczami  hokeistów z NHL. Spędzających czas w  samolotach, zmieniających strefy czasowe i co kilkadziesiąt godzin zasuwających po  lodzie w tempie, jakie żadnemu piłkarzowi z  polskiej ekstraklasy się nie śniło. A przecież o ile zaniedbania w wyszkoleniu techniczno-taktycznym z lat trampkarsko-juniorskich rzeczywiście trudno nadrobić, to kondycję i wytrzymałość można budować co roku, o czym wiedzą wszyscy ci, którzy za  czasów nieaktualnej już myśli szkoleniowej biegali po Tatrach.

No a jeśli piłkarz z ekstraklasy rzeczywiście nie potrafi zagrać więcej niż czterech meczów w  miesiącu to powinien przenieść się do Dynama Dudki. Nie mylić z  dutkami rzecz jasna.

Biała plama. To jedno z  tych pojęć, które ewidentnie wróciło do swojego pierwotnego znaczenia. Po całych dekadach, gdy tym terminem określano niewygodne dla władzy i ignorowane w podręcznikach fakty historyczne, biała plama znów definiuje obszar na mapie. Mianowicie taki, który wyznacza całkiem duży i położony w sercu Europy kraj bez swojego przedstawiciela w Lidze Mistrzów.

O przyczynach takiego stanu rzeczy wspominać nie ma sensu, bo jaki koń jest każdy widzi. Najlepsze w  Polsce (to bardzo ważne doprecyzowanie) kluby przyzwyczaiły się, że kończą zabawę wtedy, gdy inni na dobre ją zaczynają, a prezesi, trenerzy i zawodnicy oglądając późniejsze wyczyny uczestników LM pewnie umiarkowanie żałują milionów, które przeszły im koło nosa, gdyż ich ceną mogłyby być upokarzające klęski.

Na szczęście dla kibiców znad Wisły (i tych kilkunastu innych federacji, o których w Lidze Mistrzów dawno albo wręcz nigdy (bo są i tacy) nie słyszano, europejskim futbolem rządzi futbolowe wcielenie Matki Teresy, czyli Michel Platini. Francuz za punkt honoru postawił sobie misję niezwykłą, a mianowicie, że da chwile radości najbiedniejszym i  najmniej zdolnym, pozwalając im coś wreszcie wygrać, a przynajmniej stwarzając taką szansę. Kto wie, może w tym także zasługa Zbigniewa Bońka, no bo w końcu ile można patrzeć jak przyjaciel się męczy i pali ze wstydu, a to za zawodników, a to za kierownika drużyny?

Prezydent UEFA swój plan realizuje konsekwentnie i precyzyjnie, tak jak niegdyś wykonywał rzuty wolne. Pootwierał więc wrota stodoły tak szeroko jak tylko się dało. I w Lidze Mistrzów, i w Lidze Europejskiej. Ba, poszalał też na niwie reprezentacyjnej rozbudowując Euro do niespotykanych rozmiarów zarówno pod  względem liczby uczestników (2016), jak i państw-gospodarzy (2020), chociaż w tym drugim przypadku mógł pójść dalej i zakwalifikować je bez eliminacji.

Platini mający w genach szaloną mieszankę francusko-włoską, wciąż jednak kipi pomysłami szukając sposobu na dowartościowanie mistrzów Polski, Gibraltaru, Albanii czy Macedonii. Podczas konferencji UEFA na Malcie – jak doniosła agencja Associated Press – pojawiło się dla nich/dla nas światełko w tunelu. Mianowicie zasygnalizowano możliwość powstania trzeciego – obok LM i LE – pucharowego pakietu. W rozgrywkach, nie mających jeszcze nazwy, mieliby wziąć udział ci wszyscy, którzy odpadli w eliminacjach starszych i bogatszych sióstr.

Nie trzeba posiadać jakiejś wyjątkowo kolorowej wyobraźni, by uświadomić sobie, co oznaczałaby możliwa od roku 2018 materializacja takiej idei. Począwszy od ceremonii losowania, podczas której nie byłoby łatwych rywali, a  już wyjazdów na pewno. A później czekałyby nas te twarde boje w najbardziej egzotycznych zakątkach piłkarskiego świata.

UEFA realizujac takie rozgrywki musiałaby w dodatku bardzo hojnie sypnąć groszem. W przeciwnym wypadku mogłoby dojść do plagi rodem z siatkarskich parkietów, a więc masowego wycofywania się z rywalizacji ze względu na  niemożliwą do załatania różnicę pomiędzy kosztami logistycznymi, a dochodem z dnia meczowego.Zresztą federacja przeczuwa pismo nosem, bo chce, by całe rozgrywki trwały tylko do końca grudnia, co jednak jest ryzykowne, bo wymusiłoby ich intensywne tempo, więc podniósłby się krzyk trenerów, że to odbija się na formie  zespołów w lidze. W efekcie w następnym sezonie klub miałby z głowy wszelkie puchary. Nawet ten cynowy.

No chyba, że Platini znów coś by wymyślił. Na przykład losowanie uczestników spomiędzy wszystkich ligowców Europy.

Chwałka Dawid. Zapewne wielu z was nie wie, kto zacz, bo człowiek ten zarządza dyscypliną niegdyś popularną, a dziś samounice-stwiającą się czyli hokejem na  lodzie. I trzeba mu przyznać, że jest prezesem niezwykle kreatywnym, w dodatku świetnie wyczuwającym media i ich potrzeby. Bo każda jego decyzja znajduje oddźwięk, o jakim inni koledzy po prezesowskim fachu mogą tylko pomarzyć.

Chwałka Dawid potrafi bowiem wszystko albo zepsuć, albo co najmniej skomplikować. Dosłownie wszystko. Starania te doceniają nawet jego najbliżsi współpracownicy. Nie dalej jak we wtorek na naszych łamach wiceprezes Mariusz Wołosz oświadczył, że zachowanie jego przełożonego jest niepoważne i kompromitujące Polski Związek Hokeja na Lodzie. Słowa mocne, ale czy prawdziwe?Zapytacie o co właściwie chodzi? Sprawa jest tak śmieszna, że aż straszna.

Chwałka Dawid postanowił otóż pobawić się mistrzostwami świata dywizji 1A, czyli zaplecza elity. Co prawda  Polska była jedyną kandydaturą do ich organizowania, więc dostaliśmy je po  raz drugi z rzędu, co jest ewenementem na skalę nomen omen światową, ale ponieważ w przyrodzie nic nie ginie, więc  skoro jej nie chcą poza granicami, chciejstwo musiało wzrosnąć wewnątrz nich. I tak oto doszło do wojny katowicko-krakowskiej, w  której – niczym w Najwyższej Komisji Odwoławczej PZPN – ostateczne decyzje mają  status tymczasowy. Ale po kolei.

Chwałka Dawid jakiś czas temu podczas wizyty w  Krakowie ogłosił, że miasto to będzie gospodarzem mistrzostw po raz drugi z rzędu. Mieszkańcy królewskiego grodu pokraśnieli z radości i przystąpili do  czynu, to znaczy wyrzucili ze swojej Areny wcześniej zaplanowane imprezy i w ich miejsce wpisali hokejowy turniej. Wtedy okazało się, że słowa prezesa nie miały mocy formalnej, a po chwili dowodzony przez niego zarząd przeniósł mistrzostwa do Spodka na mocy głosowania. Nie bez znaczenia była oczywiścia konkretność katowickiej oferty wspartej 3 milionami z gminnej kasy. Kraków załkał, a tamtejsi dziennikarze zachowywali się jak dzieci, którym zabrano wiaderko w piaskownicy, nie pamiętając, że MŚ 2015 zakończyły się frekwencyjną klapą (chociaż w wyliczeniach prezesa każdy kibic policzony został chyba co najmniej dwukrotnie), a zyski z  turnieju były mniejsze od oczekiwanych ze względu na koszty wynajęcia hali do treningów. O  ile mniejsze zresztą nie wiadomo, bo sprawozdanie finansowe do  dziś nie ujrzało światła.

Chwałka Dawid zapadł się pod ziemię, unikając kontaktów z mediami i jakichkolwiek deklaracji dotyczących mistrzostw. Nagle, kilka dni temu okazało się, że  ten sam zarząd znów zmienił decyzję przywracając mistrzostwa pod Wawel. Rzecz odbyła się mailowo, głosy oddało ledwie czterech członków  i wynikiem 3:1 Katowice zostały wystawione do wiatru.

Chwałka Dawid zajmuje się jednak nie tylko reprezentacją. Prowadzony przez niego związek pomajstrował też przy  lidze. Wychodząc z założenia, że każdy ma misia na miarę oczekiwań, tak zwana ekstraklasa została rozbudowana do  dwunastu drużyn. Mecze pospolitego ruszenia, które nagle znalazło się na taflach najwyższego szczebla, stoją więc na  wysokim poziomie, co w praktyce oznacza wysokie rezultaty. A że przy  okazji zapomniano o 1. lidze, w  której pozostały dwa zespoły? No cóż, jak jest lód to musi być ślisko i ktoś musi się przewrócić.

Chwałka Dawid. Zapamiętajcie to nazwisko i imię. Bo przy swoich talentach człowiek ten może zajść wysoko. Do Sejmu na przykład. Co z pewnością byłoby z korzyścią dla polskiego hokeja, którym przestałby się wreszcie zajmować.

Żeby sprawa była jasna. Mecz z Niemcami mnie zachwycił, był żywym wspomnieniem porywających widowisk z lat 80, które  Zbigniewa Bońka i spółkę wyniosły na  trzecie miejsce na świecie. Ofensywnie, z fantazją, bez kompleksów. Może tylko nie tak zabójczo skutecznie…

Ale w całej tej pasji zabrakło  nieco zimnej krwi. Takiego piłkarskiego wyrachowania, przytrzymania piłki, ochłonięcia. Biało-czerwoni bili się z mistrzami świata w stylu dawnego Tomasza Adamka, idąc na  wymianę ciosów i niespecjalnie poświęcając uwagę obronie, która zresztą była zdecydowanie słabszym elementem niż kombinacje w  ataku (podanie Arkadiusza Milika ze środka boiska będzie  nowym wzorcem z Sevres). I za to właśnie zapłaciliśmy tak wysoką cenę.

Obecny selekcjoner jest jednak człowiekiem aż do  bólu racjonalnym i na pewno wyciągnie z tej frankfurckiej lekcji wnioski. Bo naprawdę w całej tej grze chodzi o to, żeby plusy nie przesłoniły minusów. A my w  piątek dostaliśmy kapitalną lekcję perfidnego futbolu. Ale jak się już uczyć, to właśnie od najlepszych na  świecie, a nie od  przeciętniaków, jak miało to miejsce za czasów Franciszka Smudy, którego nominacja na  głównodowodzącego planem „Euro 2012” była największą pomyłką w najnowszej historii polskiej piłki. No może konkurującą tylko z oddanie władzy w  PZPN-ie Grzegorzowi Lacie.

Niemcy. Piłkarski szwarccharakter ze złej bajki. Odbierający nadzieję.  Wpędzający w kompleksy. Budzący instynkty ukryte na  dnie duszy. Ci, o których mawiano, że co prawda za piłką biega po  murawie 22 ludzi, ale i tak wygrają tylko posiadacze czarnego orła na koszulce. Nasza Nemezis. Mecz na wodzie. Mecz w Dort-mundzie. Mecz w Klagenfurcie. A nawet mecz w  Gdańsku… Aż wreszcie przyszedł mecz w  Warszawie. Kamień milowy, nowe Wembley, już w kolorze i  trójwymiarze.Szok. Cud. Euforia. Ale rachunki krzywd wciąż są dalekie od  wyrównania. Dlatego ten rewanż we Frankfurcie znów budzi takie emocje. Upokorzyć mistrzów świata na ich boisku, o tak, to byłoby coś, o czym opowiadalibyśmy żonom, dzieciom i  wnukom. Po prostu zagrajcie to jeszcze raz!

Bo są takie wydarzenia, które wymykają się poza ramy sportu, punktów, goli i fauli. Kiedyś tak  było ze Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich. Kto dziś pamięta, że polscy hokeiści w 1976 roku spadli w Spodku z grupy A? Po  latach ważny pozostał tylko jeden mecz – wygrany 6:4 z  Sowietami. Kanon. Mit. Jak bokserska walka Zygmunta Chychły z  Siergiejem Szczer-bakowem w  finale ME 1953. Jak dwa gole Gerarda Cieślika na  stadionie Śląskim w 1957.  Jak taniec Włodzimierza Smolarka w  barcelońskim narożniku podczas mundialu 1982. I jak dramat Romana Wójcickiego, który w Chorzowie w 1983 pokonał Józefa Młynarczyka, dzięki czemu rywal ze Wschodu zdołał zremisować mecz eliminacji mistrzostw Europy.

Wtedy w grę wchodziła polityka. Poczucie krzywdy. Chęć rzucenia na kolana Wielkiego Brata. W przypadku Niemców, ale też Anglików czy Włochów, tło emocji jest czystsze. Można powiedzieć charakterologiczne. Drażni nas, choć to małostkowe, ich pewność siebie, duma, poczucie wyższości. I  imponująca kolekcja trofeów (zresztą lewa równa się prawej, bo bez nich ta bufonada nie miałaby sensu).  A przecież też jesteśmy całkiem sporym krajem w sercu kontynentu. Dlaczego oni mogą a my nie? Zresztą może też byśmy mogli, ale naszą największą szansę utopili w swojej -nomen omen – frankfurckiej murawie. No i w dodatku zabrali nam Łukasza Podolskiego i kilku innych chłopaków. I zdają się nie doceniać, że bez naszych gwiazd ich Bundesliga nie byłaby tą samą Bundesligą.

Dziś wieczorem ulice , w  przeciwieństwie do pubów,  zapewne znów więc opustoszeją , a Arkadiusz Milik, Robert Lewandowski i spółka będą balansować na  wąskiej granicy pomiędzy niebem a ziemią, pomiędzy miłością a nienawiścią, pomiędzy uwielbieniem a  hej-tem. Swoją pozycję od nowa będzie też budowałAdam Nawał-ka, w myśl zasady, że jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz, o czym przekonali się wszyscy jego poprzednicy z  Waldemarem Fornalikiem włącznie, któremu zaskakująco szybko „zapomniano” kapitalny w wykonaniu biało-czerwonych mecz z Anglią.

Nie ulega jednak wątpliwości, że po raz pierwszy w  historii to Niemcy mają więcej do stracenia niż biało-czerwoni, no chyba, że mecz zakończyłby się prawdziwym pogromem naszych. I również po raz pierwszy bojowe deklaracje naszych reprezentantów nie brzmią kabaretowo. To najbardziej widoczne potwierdzenie tego, jak jeden mecz, właśnie z takim rywalem, potrafił dopompować nadwątlone kompleksami narodowe poczucie wartości.

PS. Dopisku miało nie być, ale nastały takie czasy, że lepiej się zabezpieczyć. W powyższym felietonie nie wszystkie tezy należy traktować całkiem serio.W końcu sport to przede wszystkim zabawa. Nieprawdaż?