Miesięczne archiwum: Październik 2015

Nowe polityczne rozdanie stało się faktem. Zwróciliście uwagę, że wśród niezliczonych obietnic w ogóle nie pojawiły się sprawy dotyczące sportu? Nikt nie snuł nawet wizji rozbudowy boisk dla dzieciaków czy wyposażania sal gimnastycznych.

Przyczyna tego braku inwencji leży oczywiście w  kalkulacjach. Nie ekonomicznych, bo te nie mają w kampanii żadnego znaczenia. Po prostu hasła sportowe nie są tak nośne, aby gwarantowały wzrost słupków. I w dodatku fotel ministra sportu – o czym zdarzyło mi się już w tym miejscu pisać – jest nie dość że postawiony daleko od  centrum faktycznej władzy, to jeszcze  niespecjalnie wygodny, a wręcz pechowy (patrz galeria jego właścicieli mających problemy z prawem). Zapewne dlatego wróble na dachu ćwierkają, że może zostać w ogóle wyniesiony z Rady Ministrów i wstawiony do  przedpokoju w Ministerstwie Edukacji. O tym, że w każdej, a więc i w tej plotce, może być ziarno prawdy, świadczy fakt, że na giełdzie nazwisk, jakie znajdą się na liście płac w gabinecie Beaty Szydło, o sporcie nie mówi się nic. No albo prawie nic, bo na krańcach giełdowej galaktyki krążą nazwiska Patryka Jakiego, którego związki ze sportem są bliżej nieustalone, i Grzegorza Schreibera, byłego wiceministra z lat 2006-07.

Tymczasem jedna sportowa bomba już tyka.Dziennikarze Eurosportu ujawnili, że Polski Komitet Olimpijski nie ma pieniędzy na wysłanie reprezentantów kraju na igrzyska w Rio de Janeiro. Bilety lotnicze dla 450 osób (zawodników, trenerów i członków misji) to wydatek około pięciu milionów złotych, a cały koszt startu w Brazylii ma się zamknąć w 14 milionach. W olimpijskiej kasie brakuje ich około czterech, przede wszystkim na przelot. PKOl już zaczął więc wyciągać rękę do państwa, a konkretnie właśnie Ministerstwa Sportu. Odchodzący Adam Korol, który wioślarzem był lepszym niż politykiem, ma więc dwa wyjścia: albo jeszcze błyskawicznie zabezpieczyć takie pieniądze w  budżecie na 2016 r., albo pozostawić ten pasztet następcy. Wybór wydaje się oczywisty.

Przy okazji rozmów o sporcie w kontekście nowej rzeczywistości, pojawia się też wątek kibicowski, a wręcz kibolski. PiS nieraz podkreślał ich patriotyczny potencjał, rozgrywając ten wątek zwłaszcza wtedy, gdy na trybunach trwały protesty przeciwko rządowi Donalda Tuska. Niewykluczone więc, że można się spodziewać liberalizacji prawa (co akurat będzie gestem niezbyt kosztownym z punktu widzenia budżetu oraz samych polityków, którzy na stadiony zaglądają w cyklu wyborczym) i np. zezwolenia na użycie na trybunach rac. Pierwsze sygnały o  takim trendzie już się pojawiają.

Politycy w sporcie generalnie najchętniej ograniczyliby się do bywania w strefach VIP i zdjęć robionych podczas śniadań z mistrzami. Dziwi to o tyle, że po pierwsze, akurat ta przestrzeń życia wciąż należy do enklaw, w  których przynależność do dużych i małych ojczyzn oraz symboli narodowych manifestowana jest na  co dzień, a po drugie w cywilizowanym świecie dbałość o  zdrowie i formę osób rządzących państwem jest czymś naturalnym. Nad Wisłą premier uprawiający jogging i kopiący piłkę traktowany był natomiast folklorystycznie (mam przeczucie, a wręcz pewność,  że w obecnej konfiguracji takie obrazki nam nie grożą).

Decyzje jednak zapaść muszą i to już niedługo. Być może wtedy okaże się, że PiS w swoich wypchanych planami teczkach ma pomysł także na sport i szeroko pojętą kulturę fizyczną. Bo przecież w zdrowym ciele zdrowy duch, a o tym ostatnim bycie nowa władza mówi przy każdej okazji.

Zbigniew Boniek oświadczył, że jest przekonany o niewinności Michela Platiniego. Dlatego, że jest jego przyjacielem i dlatego, że problemy Francuza związane są z przelewem, za który szef UEFA zapłacił wszak podatek. W tym samym wywiadzie dla francuskiego foot123. Boniek wyraził zdumienie, że ten kraj nie stoi murem za swoim wybitnym obywatelem. – Je défen-drai Platini jusqu’à la mort !” – zadeklarował , co znaczy „Będę bronił Platiniego aż do śmierci”.

Lojalność to cecha szlachetna. Przyjaźń Bońka z  Platinim, wykuta w szatni wielkiego Ju-ventusu, znana jest powszechnie, chociaż faktem jest też, że to ten pierwszy znacznie częściej niż drugi opowiada o  prywatnych rozmowach i eseme-sach, jakie wymieniają pomiędzy sobą. Ale w tej sprawie istotniejsze jest to, że Boniek nie wypowiada się już jako osoba prywatna, a jako boss całej polskiej piłki. Być może to zdanie wywoła kontrowersje, ale w  momencie trzęsienia ziemi, jakie ma miejsce w FIFA, lepsza byłaby wstrzemięźliwość. Zresztą wspomniane wątpliwości, jakie mają sami Francuzi, też dają do myślenia.

Ś wiatło dzienne ujrzało na  razie zbyt mało szczegółów, by przesądzać, czy Platini jest winny, czy tylko był naiwny (a może zwyczajnie zachłanny lub zaślepiony górą pieniędzy obiecywaną przez Blattera), czy też sprawa rzeczywiście ma ciemniejszą stronę mocy. Niewątpliwie jednak kolejne wypływające informacje nie są dla Francuza pozytywne. Owszem, w tekście w „Le Monde” sam  przyznaje, że  wystawił FIFA rachunek, ale jednocześnie dodaje, że nie ma dla tej kwoty „podpórki” w postaci umowy o pracę, a także, że pomylił się w szacowaniu sumy o 800 tysięcy franków (umowa miała dotyczyć 300.000 rocznie, ale Platini wystawił federacji czteroletni rachunek na dwa miliony).
S zczególnie irracjonalnie brzmi stwierdzenie, że cała współpraca z Blatterem oparta była na zasadach umowy dżentelmeńskiej. Biorąc pod uwagę kwoty, o jakich panowie rozmawiali – a zaczęli przecież od  miliona franków szwajcarskich rocznie – taka beztroska musi zostać uznana za zaskakującą i jednocześnie obciążać Szwajcara, traktującego skarbiec FIFA jak prywatną portmonetkę bez żadnego nadzoru. Pozostaje jednak pytanie dlaczego ostatecznie się z  tych obietnic nie wywiązał aż do wspomnianego, opóźnionego o dziewięć lat przelewu, którego kwota nie miała jednak nic wspólnego z  „dżentelmeńskimi” ustaleniami?

FIFA  i sam Blatter generalnie padli ofiarą  grzechu pychy. Państwo w  państwie, trzęsące rządami za pomocą pistoletu w  postaci groźby zawieszenia reprezentacji i klubów, przejmujące podczas oc to, że trzeba było dopiero amerykańskich kowbojów, żeby tą strukturą wstrząsnąć, to kolejny przyczynek do dyskusji  o europejskiej pasywności, przejawiającej się także w innych dziedzinach wymagających naruszenia wpływów równie, a nawet bardziej potężnych instytucji.

Wyroki oczywiście jeszcze nie zapadły, a do ich ogłoszenia ludzie są niewinni. Sam Platini, tak jak m.in. Franz Beckenbauer, zarzutów nie ma, raczej cień na wizerunku. Tym niemniej Boniek w adwokackim uniesieniu, powinien przypomnieć sobie przypadek Michała Listkiewicza, który po zatrzymaniu Antoniego F. oświadczył: „Wśród dziesięciu tysięcy arbitrów znalazła się  jedna „czarna owca”…

PS. A propos afer. Zauważyliście, że puchar dla wicemistrzów Europy w siatkówce wręczał Mirosław P.? Oskarżony o łapówkarstwo były prezes PZPS został zwolniony z aresztu ze względu na stan zdrowia. Czyżby podróż do Bułgarii przepisał mu lekarz?

Epistolografia. Tak nazywa się sztuka pisania listów. Kiedyś na papierze, dziś także na ekranach komputerów. O tym, jak ważna jest nie tylko treść, ale i forma, przekonujemy się właśnie podczas lektury otwartej korespondencji wymienianej pomiędzy Urzędem Miasta a Rozwojem Katowice. Korespondencji dotyczącej delikatnej materii finansów. Publicznych rzecz jasna. Milionów, z których korzysta GKS Katowice, a na które nie ma żadnych szans beniaminek tej samej I ligi, w której występuje zespół z Bukowej.

List wiceprezydenta Katowic, Waldemara Bojaruna (jego treść znajdziecie na  dziennikzachodni.pl), jest nie tylko zbyt długi jak na współczesne standardy, ale przede wszystkim zawiera argumenty stanowiące broń obosieczną, w tym zarówno te z gatunku nieeleganckich, jak i wątpliwych merytorycznie. W dodatku przebija z niego agresja będąca zapewne owocem wszystkich akcji, jakie Rozwój podjął od momentu awansu, a które miały służyć zwróceniu uwagi na nierówne traktowanie obu klubów przez władze miasta (co wynika z faktu, że GKS jest spółką należącą do gminy, a Rozwój nie i – chociaż to pewnie bolesne dla beniaminka – powinno stanowić całą merytoryczną część pisma wiceprezydenta). A już próba odgórnego narzucenia Rozwojowi roli dostarczyciela siły roboczej (czytaj utalentowanych młodych piłkarzy) zakrawa na nieprzystający tak wysokiemu urzędnikowi protekcjonalizm.

Szczerze mówiąc gdybym był na  miejscu szefów Rozwoju, GKS zostałby właśnie ostatnim klubem, któremu odddałbym najzdolniejszych wychowanków.

Żeby sprawa była jasna. Obecny system rozgrywek z punktem zwrotnym w  postaci dzielenia na pół dorobku zgromadzonego po  30. kolejkach, nie przypada mi do gustu. To przede wszystkim premiowanie słabszych i zrównywanie szans w dół, czyli swoisty sportowy komunizm.

To moja prywatna opinia, ale wiem, że nie odosobniona. Zresztą przy okazji rozmów z  trenerami i prezesami klubów odnoszę wrażenie, że z obecnym regulaminem jest jak z  PSL-em czy kiedyś Samoobroną: nikt się nie przyznaje, że za nimi głosował, a wyniki mówią coś innego.

W miarę postępów każdego sezonu coraz wyraźniej widać powody tego  ukrytego koniunkturalizmu. To świadomość, że ten najbardziej niesprawiedliwy punkt może okazać się ostatnią deską ratunku, gdy powinie się noga. I właśnie z taką sytuacją mamy do czynienia w Górniku Zabrze.

Dwanaście miesięcy temu, zbliżając się do półmetka rozgrywek, na Roosevelta zgodnym chórem mówiono, że oddanie połowy dorobku to rabunek w biały dzień. Że nie po  to piłkarze wygrywają kolejne mecze, by w rundzie finałowej zaczynać właściwie wszystko od nowa, zwłaszcza w grupie spadkowej, gdzie zespoły z górnej jej części zamiast świętego spokoju znów stają oko w oko z Grozą. Po roku ten sam Górnik krytykę systemu schowa do      kieszeni. Gdy się leży blisko dna świat wygląda całkiem inaczej…

Reprezentacja Polski w siatkówce to zespół od lat żyjący pod kloszem. Uwielbiany przez kibiców i rozpieszczony przez nich najbardziej szkodliwą pieśnią w dziejach sportu, czyli tą, która każdą porażkę bagatelizuje słynną frazą „nic się nie stało”.
W żadnej innej dyscyplinie z topu popularności nie ma takiego odpustu na trybunach, nigdzie indziej wynik nie jest tak mało istotny, bo liczy się tylko trąbienie, śpiewanie i machanie balonikami. Pompowanymi zresztą również wirtualnie przez bezkrytyczne media, przed każdą imprezą wieszczące kolejny wielki sukces. Tymczasem fakty są takie, że na koncie biało-czerwonych więcej jest klęsk niż triumfów.
Mistrzami świata czasami się bywa, zwłaszcza tam, gdzie grono państw traktujących daną dyscyplinę poważnie (czytaj profesjonalnie: z wielkimi pieniędzmi, najlepszymi trenerami, zawodową i sowicie płacącą ligą) jest stosunkowo wąskie. Ale przede wszystkim prawdziwymi mistrzami albo się jest, albo nie. Tylko w tym roku najlepsza podobno drużyna globu przegrała Ligę Światową, Puchar Świata i mistrzostwa Europy. Chwała – o czym pisałem w jednym z poprzednich felietonów – zawodnikom za to, że są w stanie rozgrywać tak wiele meczów w tak krótkim czasie bez narzekania, ale ta ilość absolutnie nie przechodzi w jakość, a porażka ze Słowenią to dla mistrzów świata kompromitacja przez duże K. Tymczasem znów daje o sobie znać szukanie alibi: Ligę Światową zakończyliśmy poza podium, bo i tak nie zamierzaliśmy grać w tych finałach, tylko tak jakoś wyszło, w Pucharze Świata nie osiągnęliśmy celu, bo równy dla wszystkich system (co w siatkówce jest faktycznie wyjątkiem, a nie regułą) najbardziej ponoć skrzywdził właśnie biało-czerwonych, a mistrzostwa Europy rzekomo nie miały znaczenia, bo nie liczyły się w kontekście walki o udział w igrzyskach olimpijskich. Czyli nic się nie stało? Wręcz przeciwnie, stało się bardzo dużo i źle.

W całej linii obrony zespołu Stephane Antigi zwraca uwagę także dość rozpaczliwa obrona przez atak, czyli porównywanie siatkarzy do piłkarzy. Że ci drudzy nigdy nie dokonali takich wyczynów, nie stawali na podiach, nie mają medali, nie kwalifikują się na igrzyska. Szanowni państwo, to walka z wiatrakami. Czy wam się to podoba czy nie, to piłka kopana, przy wszystkich swoich wadach, jest na zdecydowanej większości map sportowego świata absolutnym numerem jeden. A to oznacza, że poprzeczka wisi bardzo, bardzo wysoko. Znacznie wyżej niż np. właśnie w siatkówce, gdzie jedną z potęg są Stany Zjednoczone, w których przebijanie piłki przez siatkę traktuje się jako zajęcia ogólnorozwojowe dla studentów, a wyniki kadry trafiają w gazetach do rubryki „krótko”.

O sile oddziaływania futbolu przekonujemy się właśnie namacalnie, obserwując szaleństwo, jakie ma miejsce w związku z awansem na Euro 2016. Swój czas antenowy wyczynowi zespołu Adama Nawałki poświęciła nawet telewizja „Trwam” (być może traktując go w kategoriach cudu), a o golach Lewandowskiego wypowiedzieli się chyba już wszyscy ludzie mediów, polityki i sztuki, nawet ci, których indolencja powinna skłaniać realizatora do zaprezentowania tabliczki „przepraszamy za usterki”. Ba, sama kandydatka na stanowisko premiera, Beata Szydło, zaprezentowała własną definicję spalonego, nad którą najlepiej spuścić litościwą zasłonę milczenia.

Aż strach się bać, co zobaczymy jeśli – a istnieją takie uzasadnione optymistyczne przesłanki – kadra Nawałki dosłownie i w przenośni zagra w przyszłym roku we Francji w rytm melodii zdecydowanie ambitniejszej niż prostackie „Koko koko Euro spoko” z 2012 roku. Swoją drogą szkoda, że tamtego muzycznego kawałka nie odświeżono przy okazji skrótów z ostatniego występu siatkarzy. Byłby jak znalazł.
Adam Nawałka i wszystko jasne. Rękę byłego trenera GKS-u Katowice i Górnika Zabrze widać było w każdej minucie meczów decydujących o awansie na mistrzostwa Europy. Żaden inny szkoleniowiec nie traktuje tak dosłownie składanej piłkarzom obietnicy o „krwi, pocie i łzach”.
Obecny selekcjoner swoimi decyzjami wymyka się ocenom.Tak jak wczoraj, gdy przed pierwszym gwizdkiem sędziego Tomasz Hajto (tak, tak, ten, który z Tychami spadł z pierwszej ligi) skrytykował skład reprezentacji sugerując, że daje on Irlandczykom sygnał, że jesteśmy wystraszeni…
Jasne, że nie powinno się chwalić dnia przed zachodem słońc a, a póki co kadra nie zdobyła jeszcze medalu Euro, a jedynie prawo gry na tym turnieju. Ale nadzieje, że będzie dużo lepiej niż w 2012 wydają się absolutnie uzasadnione.
Race. To krótkie słowo stanowi przekleństwo polskich klubów. Żałosne pseudospektakle światła i dymu, które psują widowiska, czego doświadczyliśmy chociażby podczas całkiem niezłego, a do momentu odpalenia pirotechniki, nawet znakomitego meczu Górnika z Legią. Zabawa z gatunku tych, które zawsze kończą się odmrożeniem uszu na złość babci. Bo jej efektem są kary finansowe nakładane na klub i na samych piromanów, którzy w nagrodę nie mogą oglądać występów „swoich” drużyn na obcych stadionach.
Nie przekonuje mnie tłumaczenie, że z tym zjawiskiem nie sposób skutecznie walczyć. Jeśli w ogóle podejmujecie takie próby pokażcie ile rac udało się wam znaleźć podczas prób ich wnoszenia na trybuny? A dogadywanie się z kibicowskimi stowarzyszeniami, że to ich członkowie zapłacą w imieniu klubu przewidywaną karę w zamian za przymknięcie przez tenże klub oczu na przygotowania do „pokazów”, stanowi odpowiednik podpisania cyrografu. Zresztą retoryczne wydaje się pytanie czy w przypadku zamknięcia trybuny/stadionu (co oczywiście spotka się z wrzaskiem o stosowaniu odpowiedzialności zbiorowej) kibice zbilansują klubowi straty z niesprzedanych biletów?
Generalnie można odnieść wrażenie, że na śląskich stadionach najważniejsze jest udawanie. Jedna strona udaje, że stara się zapobiec łamaniu prawa i regulaminów, a druga, że pirotechnika niesie ze sobą głębsze przesłanie w sensie walki z rzekomo represyjnym Systemem. Podobnym wyrazem takiego buntu jest zapewne bez-sensownie uporczywe blokowa-nie ciągów komunikacyjnych, czego jedynym wymiernym efektem są mandaty i upomnienia. Nawiasem mówiąc spróbujcie skutecznie podyskutować w takim przypadku ze stewardem na jakimkolwiek stadionie w tzw. lepszej części Europy… Doprawdy trudno zrozumieć to uporczywe brnięcie kibiców w kolejne przewinienia, które skutkują karami, kłopotami i negatywnymi statystykami. Zwłaszcza, że nawet Zbigniew Boniek, który rozpoczynając swoją kadencję zapowiadał działania zmierzające do zalegalizowania pirotechniki, wyraźnie swój zapał – nomen omen – przygasił. Być może wpłynęły na to pieniądze, jakie PZPN musiał zmarnować na grzywny nakładane przez UEFA za zachowanie fanów, którym związek sprzedał bilety (np. 25 tysięcy euro za mecz w Dublinie).
99 procent, tak przynajmniej twierdzą kibice, bezwypadkowych przypadków odpalania rac, to jednak nie 100. O czym przekonał się chociażby 23-latek, który z uszkodzonym okiem trafił do szpitala w czasie sierpniowego meczu Zagłębie – Arka. Zresztą wystarczy sobie przypomnieć mecz tegoż samego Zagłębia w Katowic ach, by się upewnić, że race w ułamku sekundy mogą stać się pociskami. A to wystarczający powód, by ich zabraniać. Ograniczone zaufanie sprawdza się nie tylko na drodze, a wyjątki w tym przypadku potwierdzają nie regułę, a potrzebę utrzymania stanowczych regulacji prawnych. Pora, by sobie uświadomić, że odpalanie rac stanowi odpowiednik starcia Mariusza Lewandowskiego i Sebastiana Proedla podczas Euro 2008. Howard Webb być może nie musiał, ale na pewno mógł wówczas odgwizdać rzut karny i z takiej możliwości skorzystał. Tak samo Komisja Ligi, policja, prezydenci oraz wojewodowie co tydzień dostają z trybun pretekst do odgwizdywania kolejnych kar. I nie można mieć do nich pretensji, że z tego korzystają. Po prostu sami sobie gotujecie taki los.

Czytaj więcej: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/8976825,musiol-pseudospektakle-swiatlo-i-dym-to-glupota,id,t.html

Jasne, że w drugiej połowie gra biało-czerwonych odbiegała od ideału. Zgadzam się, że w finałowej akcji było więcej przypadku niż zamysłu. Przyznaję, że Kamil Grosicki popełniając błąd, który otworzył Szkotom drogę do drugiego gola krytycznie podniósł mi ciśnienie. Ale nie zmienia to najważniejszego: mecze reprezentacji Polski znów da się oglądać.

Adam Nawałka przeniósł do  kadry to, czym wygrywał także w Górniku Zabrze i  GKS-ie Katowice. Jego piłkarze, przy  wszystkich swoich wadach,  wierzą, że już nie tylko Niemcy potrafią pogrążać przeciwników ostatnim kopnięciem w  ostatniej sekundzie. Obecny selekcjoner ma oczywiście trochę szczęścia, czyli Lewandowskiego w formie nieziemskiej. Ale to przecież właśnie Nawałka dodał mu skrzydeł wręczając opaskę kapitana.  W tym miejscu pytanie: pamiętacie, jakie wywołało to dyskusje i kontrowersje?

Nie tylko w tym przypadku Nawałka postawił na swoim. Najwyraźniej wyciągnął wnioski z bylejakości Franciszka Smudy oraz rosnącej z czasem uległości Waldemara Fornalika przed krytyką grupy trzymającej władzę w warszawskich mediach, i ruszył w  ślady Leo Beenhakkera. Ostatniego z selekcjonerów, którzy realizowali autorską wizję reprezentacji. A że dobrze na tym wychodzi udowodnił w czwartek Krzysztof Mączyński.

Kara dla GKS-u Katowice miała sens, ale zaraz po meczu z Zagłębiem. Wtedy wojewoda mógł uderzyć pięścią w stół i powiedzieć: zawiedliście mnie. Od tego czasu nie miał jednak nic przeciwko kolejnym meczom na Bukowej, w tym takich o statusie podwyższonego ryzyka. Wyglądało więc na to, że postanowił szefom klubu zaufać. W tym kontekście ta decyzja wygląda na nielogiczną.

Rolą wojewody jest przede wszystkim prewencja.

Kara dla GKS-u Katowice miała sens, ale zaraz po meczu z Zagłębiem. Wtedy wojewoda mógł uderzyć pięścią w stół i powiedzieć: zawiedliście mnie. Od tego czasu nie miał jednak nic przeciwko kolejnym meczom na Bukowej, w tym takich o statusie podwyższonego ryzyka. Wyglądało więc na to, że postanowił szefom klubu zaufać. W tym kontekście ta decyzja wygląda na nielogiczną.

Rolą wojewody jest przede wszystkim prewencja. Zamknięcie stadionu z takim opóźnieniem nie spełnia tego kryterium. Kibice GKS-u pamiętają zresztą najbardziej widowiskową „uprzedzającą” akcję katowickiej policji, która posłała w okolice stadionu spore siły wtedy, gdy pojawiła się plotka o planowanej demonstracji pod hasłem „Zamknąć wojewodę, a nie stadion”. Jedyny raz wcielone zostały wówczas w życie pomysły o kontrolowaniu biletów w środkach komunikacji publicznej przy wsparciu jednostek specjalnych. Traf chciał, że żaden kibic wówczas przy bramie na Bukowej się nie pojawił.

Warto też pamiętać, że po „bombowych” Wielkich Derbach Śląska w Chorzowie Piotr Litwa organizatorów… pochwalił, za to, że ładunek został odnaleziony. Jeśli wtedy nie zdecydował się na zastosowanie oczywistych wydawało się sankcji – bo przecież podjęte w ostatniej chwili postanowienie Ruchu o niewpuszczaniu kibiców gości ze względu na brak możliwości zapewnienia im bezpieczeństwa było kompletną kompromitacją i kapitulacją organizatorów – to powinien tamte wydarzenia traktować jako punkt odniesienia. Do przypadku GKS-u Katowice również. Co nie zmienia faktu, że straty finansowe, jakie ponosi właśnie klub, powinny zostać wyegzekwowane od tych, którzy wówczas odgrywali główne role w haniebnych wydarzeniach na trybunach.

 

Najśmieszniejsze zdanie, jakie usłyszałem w ostatnich tygodniach, padło z  ust jednego ze śląskich ligowców i brzmiało: gdybym zarabiał tyle, co Lewandowski, to też tak bym grał. No cóż, nawet jeśli to był żart to biednemu – oczywiście tylko w sensie metaforycznym – kopaczowi nie przyszło być może do  głowy, że Lewandowski zarabia tyle, bo właśnie tak gra.

Bo pieniądze są bronią obosieczną. Mogą mobilizować, ale mogą też demoralizować. Niestety, nad Wisłą najczęściej mamy do czynienia z  tym drugim zjawiskiem. W dodatku nikt nie wyciąga z tego  wniosków. No bo jeśli w wywiadach sami piłkarze mówią, jak trudno im było utrzymać w  młodości równowagę (w przenośni, ale zapewne i dosłownie) po  tym, jak obsypano ich plikami banknotów, to może jednak warto wprowadzić zdroworozsądkową politykę opartą na limitach zarobków? Skoro sprawdziła się w zawodowych ligach za oceanem, dlaczego nie miałaby sprawdzić się w polskiej piłce?

Zwłaszcza, że jest ona finansowana w dużej mierze z  pieniędzy publicznych. Patologię świetnie ilustruje obrazek sprzed lat. Piłkarz, który miał być ratunkiem dla klubu zagrożonego degradacją, jadąc ze swoim menedżerem na rozmowy, ustalił, że spróbują wynegocjować pensję na poziomie 10-15 tysięcy złotych. Tymczasem po przyjeździe na miejsce powitał ich trener, rzucając na powitanie kwotę dwukrotnie większą od maksymalnej. Szok malujący się na twarzach gości uznał za rozczarowanie, więc błyskawicznie dorzucił jeszcze opłacone mieszkanie. Autografy zostały złożone, klub spadł z  ekstraklasy, a piłkarz jeszcze długo korzystał z manny rzuconej ze śląskiego nieba.

Generalnie to, że piłka już dość dawno została wykopnięta w kosmos, stanowi oczywistą oczywistość. Kolejne rekordy transferowe, oscylujące w granicach całorocznych budżetów pomniejszych państewek, znieczuliły już normalnych ludzi , sprowadzając zabawę jedynie do liczenia zer figurujących w kwotach. Czy można się więc dziwić, że bossowie FIFA traktowali wręczane im miliony dolarów jak prezent z rodzaju firmowych długopisów i być może naprawdę nie pamiętają faktu ich otrzymania?

Wracając jednak do piłki rodzimej, która tak ma się do tej prawdziwej, jak grupa LigiEuropejskiej do finału Ligi Mistrzów… Wjej przypadku przerost formy nad treścią jest już widoczny gołym okiem i  urąga logice, jak w przypadku pewnego prezesa* wciąż przedkładającego reklamówki wypełnione pieniędzmi nad  internetowe przelewy dokonywane przez większość cywilizowanego świata. To nic innego jak dorzucanie paliwa do absurdalnych kominów płacowych. A o tym, jak jest to postrzegane z zewnątrz świetnie świadczy przykład Bogusława Cupiała. Bank, który ma kredytować rozwój jego firmy zastrzegł, że zrobi to pod warunkiem pozbycia się przez milionera połykającej jego pieniądze Wisły Kraków.  Czy można się też dziwić frustracji kibiców, którzy mają świadomość, że ich roczna wypłata oscyluje na poziomie tygodniówki faceta co tydzień tłumaczącego brak umiejętności pechem? W ich przypadku podobny pech oznaczałby zapewne utratę pracy.

Zasada „salary cap”, czyli limitu płac na zespół, byłaby interesującym rozwiązaniem, przynoszącym w dodatku spory komfort samym klubom. Z  rozmów z prezesami wynika, że większość byłaby za taką regulacją, ale jednocześnie, po  chwili refleksji, zazwyczaj dodają, że i tak znalazłby się zawsze ktoś, kto dawałby pieniądze „pod stołem”.No cóż panowie, jeśli sami macie taką opinię o  własnym środowisku, to nie ma dla was nadziei…

* Chodzi oczywiście o prezesa i właściciela klubu piłkarskiego, a nie pewnego radia, o  którym być może pomyśleliście