Reprezentacja Polski w siatkówce to zespół od lat żyjący pod kloszem. Uwielbiany przez kibiców i rozpieszczony przez nich najbardziej szkodliwą pieśnią w dziejach sportu, czyli tą, która każdą porażkę bagatelizuje słynną frazą „nic się nie stało”.
W żadnej innej dyscyplinie z topu popularności nie ma takiego odpustu na trybunach, nigdzie indziej wynik nie jest tak mało istotny, bo liczy się tylko trąbienie, śpiewanie i machanie balonikami. Pompowanymi zresztą również wirtualnie przez bezkrytyczne media, przed każdą imprezą wieszczące kolejny wielki sukces. Tymczasem fakty są takie, że na koncie biało-czerwonych więcej jest klęsk niż triumfów.
Mistrzami świata czasami się bywa, zwłaszcza tam, gdzie grono państw traktujących daną dyscyplinę poważnie (czytaj profesjonalnie: z wielkimi pieniędzmi, najlepszymi trenerami, zawodową i sowicie płacącą ligą) jest stosunkowo wąskie. Ale przede wszystkim prawdziwymi mistrzami albo się jest, albo nie. Tylko w tym roku najlepsza podobno drużyna globu przegrała Ligę Światową, Puchar Świata i mistrzostwa Europy. Chwała – o czym pisałem w jednym z poprzednich felietonów – zawodnikom za to, że są w stanie rozgrywać tak wiele meczów w tak krótkim czasie bez narzekania, ale ta ilość absolutnie nie przechodzi w jakość, a porażka ze Słowenią to dla mistrzów świata kompromitacja przez duże K. Tymczasem znów daje o sobie znać szukanie alibi: Ligę Światową zakończyliśmy poza podium, bo i tak nie zamierzaliśmy grać w tych finałach, tylko tak jakoś wyszło, w Pucharze Świata nie osiągnęliśmy celu, bo równy dla wszystkich system (co w siatkówce jest faktycznie wyjątkiem, a nie regułą) najbardziej ponoć skrzywdził właśnie biało-czerwonych, a mistrzostwa Europy rzekomo nie miały znaczenia, bo nie liczyły się w kontekście walki o udział w igrzyskach olimpijskich. Czyli nic się nie stało? Wręcz przeciwnie, stało się bardzo dużo i źle.

W całej linii obrony zespołu Stephane Antigi zwraca uwagę także dość rozpaczliwa obrona przez atak, czyli porównywanie siatkarzy do piłkarzy. Że ci drudzy nigdy nie dokonali takich wyczynów, nie stawali na podiach, nie mają medali, nie kwalifikują się na igrzyska. Szanowni państwo, to walka z wiatrakami. Czy wam się to podoba czy nie, to piłka kopana, przy wszystkich swoich wadach, jest na zdecydowanej większości map sportowego świata absolutnym numerem jeden. A to oznacza, że poprzeczka wisi bardzo, bardzo wysoko. Znacznie wyżej niż np. właśnie w siatkówce, gdzie jedną z potęg są Stany Zjednoczone, w których przebijanie piłki przez siatkę traktuje się jako zajęcia ogólnorozwojowe dla studentów, a wyniki kadry trafiają w gazetach do rubryki „krótko”.

O sile oddziaływania futbolu przekonujemy się właśnie namacalnie, obserwując szaleństwo, jakie ma miejsce w związku z awansem na Euro 2016. Swój czas antenowy wyczynowi zespołu Adama Nawałki poświęciła nawet telewizja „Trwam” (być może traktując go w kategoriach cudu), a o golach Lewandowskiego wypowiedzieli się chyba już wszyscy ludzie mediów, polityki i sztuki, nawet ci, których indolencja powinna skłaniać realizatora do zaprezentowania tabliczki „przepraszamy za usterki”. Ba, sama kandydatka na stanowisko premiera, Beata Szydło, zaprezentowała własną definicję spalonego, nad którą najlepiej spuścić litościwą zasłonę milczenia.

Aż strach się bać, co zobaczymy jeśli – a istnieją takie uzasadnione optymistyczne przesłanki – kadra Nawałki dosłownie i w przenośni zagra w przyszłym roku we Francji w rytm melodii zdecydowanie ambitniejszej niż prostackie „Koko koko Euro spoko” z 2012 roku. Swoją drogą szkoda, że tamtego muzycznego kawałka nie odświeżono przy okazji skrótów z ostatniego występu siatkarzy. Byłby jak znalazł.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*