Miesięczne archiwum: Listopad 2015

Rio jest daleko. Bardzo daleko. Dojechać się nie da, dojść tym bardziej. Można by popłynąć, ale najpierw trzeba dotrzeć np. do Genui, a potem spędzić dwa tygodnie na statku. W dwuosobowej kabinie i ze zwiedzaniem portów po  drodze, przy ustrzeleniu promocji, można się nawet zmieścić w cenie 2.500 zł za osobę. Powrót samolotem do Frankfurtu za 1.600 zł i  stamtąd do  kraju pociągiem za niespełna 200. Gdyby Polski Komitet Olimpijski w taki sposób wysłał do Rio reprezentację na przyszłoroczne igrzyska z  pewnością zrobiłby furorę. I  jeszcze zarobił, bo sponsorzy z  pewnością chętnie dawaliby po kilka groszy za  kliknięcie, a tych – zakładając z eskapady relację online – byłyby miliony.

Narodowy Komitet woli jednak rozwiązania bardziej sztampowe. Najchętniej wsadziłby wszystkich olimpijczyków do samolotu i wysłał wprost do Brazylii. Jak się okazuje najprostsze rozwiązania są jednak najtrudniejsze i najdroższe: na takie przedsięwzięcie w  kasie PKOl brakuje całej góry pieniędzy. Co więcej, dziura jest jeszcze większa, bo hotel, który zarezerwowano w Brazylii… nie zostanie zbudowany na czas! Trzeba więc szukać nowego lokum, już wiadomo, że sporo droższego. Spadkobiercy de Cubertina podnieśli więc larum i zadzwonili po pomoc do Ministerstwa Sportu. W grę wchodzi kilka milionów złotych.

I tu powstaje zasadnicze pytanie: dlaczego za tę eskapadę mamy płacić wszyscy, czyli i  pan, i pani, i ja. Tym bardziej, że budżet i tak przeznacza 170 milionów zł na przygotowania grupy najlepszych reprezentantów.  A może trzeba odwrócić ten punkt widzenia i zapytać  dlaczego PKOl, mający w ręku potężny symbol marketingowo-reklamowy w postaci pięciu kółek, nie dał rady przekonać sponsorów, dla których kilkanaście milionów złotych to nie pojęcie teoretyczne, a namacalna gotówka leżąca w  bankowym sejfie, do głębszego sięgnięcia do kieszeni? Albo polityków do przyjęcia powszechnego w cywilizowanej części  świata wzorca, w którym Komitet jest agendą Ministerstwa Sportu?  Może warto też zastanowić się nad zaciśnięciem pasa przez sam Komitet? Czy reprezentacja musi być tak liczna? A może na  koszt PKOl wysłać tylko elitę z szansami na medale? Reszta spełniających tak zwane minima też może się wybrać, ale na zasadzie zakładu: jeśli nie znajdziesz się w  dziesiątce najlepszych twój związek odda pieniądze za brazylijską podróż, wikt i opierunek. W  końcu w przypadku medalu ten sam związek (a przynajmniej ich zdecydowana większość) dostaje od państwa całkiem spore dodatkowe profity. Jeśli nie stać nas na prowadzenie bezpłatnego biura podróży dla zawodników, których największym osiągnięciem będzie złożenie podpisu na olimpijskiej fladze, to takie rozwiązanie nie jest bezduszne – jest racjonalne.

A propos związków sportowych. Tu dopiero jawi się duże pole do popisu. Nie znalazłem nigdzie informacji czy zdając sobie sprawę z krytycznej sytuacji z towarzyszenia ekipie zrezygnowali ich prezesi?  I w  ogóle czy liczba pozostałych oficjeli zostanie ograniczona do  minimum niezbędnego dla sprawnego funkcjonowania misji? I na ile zredukowana (dobrowolnie zlikwidowana?) zostanie grupa sponsorska, którą PKOl zabiera ze sobą z  wdzięczności za  wsparcie otrzymywane od  ich firm, co pozwoliłoby otrzymane pieniądze w całości przeznaczyć na  właściwy cel.

Problem wyprawy i pobytu olimpijczyków musi zostać rozwiązany szybko. Jeśli stanie się tak bez udziału pieniędzy z budżetu krajowego nic nam do tego, jednak jeśli będzie konieczny kolejny zastrzyk publicznej gotówki wówczas każda z tych złotówek musi być równie publicznie rozliczona. Zwłaszcza, że jak uczy historia liczebność sportowców nie ma żadnego wpływu na ilość wywalczonych medali, która od  2004 jest stała i wynosi 10.

Wygląda na to, że sport wyczynowy właśnie otrzymuje wyjątkowo wysoki rachunek za bezgraniczną komercjalizację i upolitycznienie. Afera goni aferę, gwiazdy upadają z hukiem, a kolejne kataklizmy wiszą w powietrzu.

Na razie o palmę pierwszeństwa rywalizują afera korupcyjna w FIFA i dopingowa w Rosji. W tym pierwszym przypadku mamy do czynienia z wciąż rozwijającą się spiralą, natomiast druga to atomowa eksplozja, po której pozostały tylko zgliszcza. Przy okazji warto zwrócić uwagę na znaczenie rozwoju mediów elektronicznych i platform społecznościowych. Wystarczy porównać obecny rozmach informacyjno-publicystyczny z tym, gdy na  koksie seryjnie wpadali kolarze. Za wyjątkiem oszusta wszech czasów Lance’a Armstronga cykliści nie zostali zgrillowani jako całość, co dziś zapewne miałoby już miejsce.

Wspólnym mianownikiem piłkarskiego i lekkoatletycznego procederu były mechanizmy ich ujawnienia. Dynamit pod FIFA podłożyli amerykańscy szeryfowie, na których potęga futbolowej federacji nigdy nie robiła wrażenia takiego, jak na Europejczykach, natomiast brud z królowej sportu zaczął zmywać Sebastian Coe, angielski dżentelmen starego typu, który przejął IAAF z rąk Lamine Diacka. 82-letni Senegalczyk był prawdopodobnie jednym z głównych rozgrywających w procederze ukrywania prawdziwej skali dopingu (Rosja została przez światową federację zawieszona, waży się los Kenijczyków). Diack został już zawieszony w  honorowym członkostwie w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim, ale pytanie o to, jakim cudem wybierano go na kolejne kadencje, pozostaje otwarte. Czy nikt z głosujących, w tym przedstawiciele Polski, nie zdawał sobie sprawy z tego, co dzieje się za drzwiami laboratoriów czy też przymykano oczy w imię wyższych racji? A który wariant obowiązywał w FIFA?

W ostatnim czasie wizerun-kowe katastrofy omijają Międzynarodowy Komitet Olimpijski, czyli instytucję, która też ma krew na rękach. To przecież właśnie w niej, od czasów Juana Antonio Samarancha, kult pieniądza przerodził się w obsesję. I to przecież nikt inny, tylko olimpijska rodzina przekazywała grecki ogień w miejsca, w których nigdy zapłonąć nie powinien ze względu na łamanie w nich praw człowieka (np. Pekin) lub niepowetowane straty ekologiczne (np. Soczi). Tamte decyzje były tak samo bulwersujące jak sprezentowanie mundialu Katarowi… Przy okazji warto przypomnieć, że najgłośniejsza z afer MKOl, z 2001 roku, dotycząca korupcji przy przyznawaniu igrzysk dla Salt Lake City, zakończyła się wyrokami uniewinniającymi. I to wydanymi przez amerykański sąd, z takim impetem drążący teraz sprawę FIFA. Czy uruchomiony w kwietniu przez MKOl telefon, pod którym można zgłaszać podejrzenia dopingu i korupcji, naprawdę oczyścił klimat?

Rzeki nie da się zawrócić kijem, więc nikt rozsądny nie ma złudzeń, że sport odzyska jeszcze dawny romantyzm rodem z wyświechtanej i zbrukanej różnymi kontekstami idei barona Pierre’a de Coubertina. Z pewnością jednak konieczne są zewnętrzne mechanizmy kontrolne, zarówno finansowe, jak i medyczne. Ta odwieczna zabawa w policjantów i złodziei naprawdę ma sens, bo jeśli uważacie, że sprawę może załatwić pójście w drugą stronę, czyli zalegalizowanie dopingu, wyobraźcie sobie, że wtedy szprycowanie przyszłych gwiazd rozpocznie się już w przedszkolach. I że może dotyczyć waszych dzieci.
PS. Ciekawe, jak z zapowiedziami, że Michel Platini może zostać zawieszony nawet na  sześć lat, czuje się prezes Zbigniew Boniek, który publicznie deklarował swoje przekonanie o niewinności Francuza (pisałem o tym w felietonie „Czasem lepiej siedzieć cicho, czyli jedna czarna owca”)?

Trzy nasze kluby znajdą się w grupie mistrzowskiej,  a  jeden z nich będzie się bił o europejskie puchary i osiągnie cel. Nie wierzycie? No to się zdziwicie – powiedział  Zdzisław Kręcina, gdy rozmawialiśmy 18 lipca o tym, na co będzie stać śląskie kluby w nadchodzącym, czyli obecnie trwającym sezonie.

Od tego czasu minęły cztery miesiące, a przede wszystkim  piłkarze ekstraklasy rozegrali szesnaście kolejek. No i  co? Wystarczy spojrzeć na tabelę, by przekonać się, że wizja byłego sekretarza generalnego PZPN i jednej z najpopularniejszych postaci piłkarskiego światka jest bliska materializacji. Bijący się o puchary Piast, wchodzący do czołówki Ruch oraz uparcie walczące o pokonanie linii oddzielającej mocnych od słabych Podbeskidzie to przecież graficzny zapis tamtego wywiadu.

Jasne, że do końca rozgrywek zostało jeszcze sporo czasu i  wiele może się zmienić. Jednak ci, którzy wtedy faktycznie śmiali się z tamtej prognozy na  pewno mają o czym myśleć. Po raz kolejny potwierdziło się, że Zdzisław Kręcina to człowiek wielu talentów, także tych nadprzyrodzonych, di których wszak należy i jasnowidztwo.

Na miejscu właścicieli Górnika, którym pieniędzy na mnożenie etatów w zarządzie  najwyraźniej nie brakuje, za wszelką cenę próbowałbym ściągnąć na Roosevelta właśnie imć Kręcinę. Bo wygląda na to, że klub z Zabrza ocalić przed  spadkiem może już tylko cudotwórca

Nie znam się na piłce – z rozbrajającą szczerością przyznał Marek Pałus tuż po  objęciu funkcji prezesa Górnika Zabrze. Po trzech miesiącach – dzięki błogosławieństwu prezydent miasta Małgorzaty Mańki-Szulik – na  czele klubu stoi trzech takich ekspertów: Pałusa wsparli dyrektor szkoły Andrzej Pasek i marketingowiec Tomasz Heryszek. Jedyny człowiek dość swobodnie poruszający się w świecie transferów, a przede wszystkim w podręczniku licencyjnym, czyli Krzysztof Maj, spadł na fotel dyrektorski, który ma stanowić jedynie tarczę dla działań Leszka Ojrzyńskiego. Jeśli zakończą się klapą zapewne to on zostanie poświęcony, by „kupić” nieco czasu trenerowi.

Tymczasem to Ojrzyński (11 meczów/9 punktów) od początku działką sportową rządzi jednoosobowo, za to z dziwnie rozmytą odpowiedzialnością. Sytuacja przypomina tą z 2009 roku, gdy alfą i omegą był Henryk Kasperczak, szczodrze wydający cudze (słynny „bankomat Allianzu”) pieniądze, a którego magia prysła, gdy zespół z hukiem spadł z ekstraklasy. Ojrzyński także sprowadził swoich zawodników, po  czym rozbudował sztab. Na jego żądanie do  ekipy dołączono asystentów Dawida Dubasa i Jerzego Cyraka, chociaż młodych szkoleniowców, tak jak i zawodników, nie brakuje wokół zespołów z poszczególnych roczników klubu z Roosevelta, co byłoby rozwiązaniem i tańszym i perspektywicznym.

Wspólne z katastrofą z 2009 są także moment ekonomiczny (wtedy klub uratował Allianz, teraz miejskie obligacje), i  model zarządzania. Obecne ruchy świadczą o tym, że władze w będącym właścicielem Górnika mieście, nie wyciągnęły z tamtych wydarzeń żadnych wniosków. Zamiast oczywistego wariantu w postaci prezesury dla prokurenta Andrzeja Pawłowskiego i oddania sportowej działki pełnokrwistemu dyrektorowi sportowemu, znów pojawiły się nominacje dla  ludzi nie znających specyfiki pracy w piłkarskim klubie. I to w sytuacji dla niego krytycznej. Polityczne i personalne gry wokół i w samym Górniku to od lat jego największy problem i hamulec rozwoju. Niezrozumiałe decyzje, brak długofalowej strategii i  kompromitujące wpadki wizerunkowe to tylko wierzchołek góry lodowej. Po drodze przydarzyły się przecież grzechy najcięższego kalibru. Gdyby obligacje wyemitowano kilka lat temu, a był taki pomysł, w grę wchodziłaby znacznie mniejsza góra publicznych pieniędzy niż podczas działań podejmowanych z nożem na gardle. Sporo zaoszczędzić na kosztach – i zyskać na jakości – dało się także na transferach, gdyby latem na  złość Robertowi Warzysze nie odmrożono własnych uszu.

Prezydent Zabrza nie raz deklarowała, że z Górnikiem jest na dobre i na złe. To ostatnie określnie nabiera jednak mocy, jakiej się nie spodziewała. Spadek z ekstraklasy oznaczałby, że do kosztów obligacji  (do  2028 roku to 48.315.575 zł) trzeba byłoby dopompować miliony m.in. na pokrycie strat związanych z brakiem transmisji Canal+. A mieszkańcy – po lekturze raportu NIK o budowie stadionu  – mogliby już tego nie przełknąć. Alarm w urzędzie i tak już przecież wyje. Opozycja prowadzi działania, by na początku 2016 roku przeprowadzić referendum na temat odwołania prezydent, a inicjatywa Lepsze Zabrze złożyła doniesienie do  prokuratury w związku z nieprawidłowościami i niegospodarnością przy budowie stadionu Górnika. Do tego warto dodać, że z Zabrza dochodzą wieści, iż oddanie stadionu znów może zostać przesunięte w czasie! Podobnie jak w czasie nieustannie przesuwany jest finał rozmów na temat podziału wpływów z funkcjonowania nowego obiektu pomiędzy klub i Spółkę. Co więcej, ostatnio w tej rozgrywce próbuje się wykorzystać także kibiców.

Wokół Górnika rośnie więc ciśnienie większe niż to, jakie Ojrzyński wywiera na  sędziach bocznych dzięki zamianie stron ławek rezerwowych. Za to podobnie jak w przypadku gry jego zespołu, liczba brzemiennych w skutki błędów przekroczyła masę krytyczną.

Wszem i wobec ogłaszam, że na nagrodę Nobla w dziedzinie piłkarskiej ekonomii za rok 2015 zasłużył Górnik Zabrze! Klub z Roosevelta zapracował na to wyróżnienie solidnie i rzetelnie, zresztą nie spoczywa na laurach i wciąż się w tej dziedzinie rozwija.

Wystarczy sobie uświadomić, że przed  obecnym sezonem w  kasie Górnika nie było pieniędzy na niezbędne transfery, których domagał się trener Robert Warzycha. Gdy szkoleniowca pożegnano i na ławce pojawił się Leszek Ojrzyński karuzela znienacka ruszyła, przyciągając niczym magnes wszystkich bezrobotnych i niechcianych w innych klubach zawodników, z absolutnie w Zabrzu niepotrzebnymi bramkarzami na czele. Nowy prezes Marek Pałus zapewniał jednak, że chociaż byty w szatni zostały rozmnożone wszystko mieści się w  ramach dotychczasowego budżetu, tym bardziej, że niektóre kontrakty, ze względu na kontuzje, opłaca ZUS, a nowy sztab jest tańszy od starego. Kilka tygodni później kontuzjowani wrócili jednak do gry, w dodatku okazało się, że w momencie składania przez prezesa deklaracji porozumienie z Warzychą nie było jeszcze zawarte.

Efektem transferowej wolnoamerykanki była sportowa katastrofa. Fatalna sytuacja w tabeli przyniosła kolejne ekonomiczne odkrycie, polegające na udowodnieniu, że trzech to mniej niż dwóch. Kilka dni temu właśnie dwóch wiceprezesów zostało zamienionych na dwóch innych plus dyrektora wykonawczego. W tym miejscu warto wspomnieć, że nieco wcześniej zrezygnowano z powołania dyrektora sportowego, który akurat w Górniku byłby potrzebny od zaraz. Ba, jeden z  nowych zastępców prezesa Pałusa ma odpowiadać za finanse, które właśnie zostały… wyprowadzone z klubu do  Spółki Stadion. Acha, w zakresie jego obowiązków jest także współpraca ze szkołami, bo z zawodu jest dyrektorem (szkoły właśnie). Czy trzeba aż rangi wiceprezesa, by ustalać promocyjne ceny biletów dla uczniów i organizować akcje dające nadzieję, że młodzież pomoże w wypełnianiu trybun?

Jednocześnie właśnie w kontekście młodzieży będącej przyszłością Górnika prowadzona jest żałosna gra związana ze sprzętem przekazanym najpierw do klubu, a stamtąd do zabrzańskiej Akademii. Piłkarze rocznika 2002 wciąż go nie otrzymali, a Akademia zapowiadająca, że stanie się to w „najbliższym” czasie na dobre w tej kwestii zamilkła. Czy rzeczywiście problemem jest napis „Socios Górnik” z tyłu koszulek, na których – na specjalne życzenie klubu – herb został wyhaftowany, a nie naklejony. Ba, rodzi się też pytanie, czy zwolnienie wiceprezesa Krzysztofa Grabowskiego (drugi wiceprezes Krzysztof Maj został jedynie przeniesiony na fotel wspomnianego dyrektora wykonawczego) nie jest powiązane między innymi właśnie ze sprawą przyjęcia wartego 36.000 zł sprzętu?

Cała ta smutna zabawa toczy się za pieniądze z wielomilionowych obligacji gwarantowanych przez miasto. Już przed rokiem za  brak dyscypliny finansowej zabrzanie zapłacili karnym punktem i wysoką grzywną, tymczasem realnego zaciskania pasa wciąż nie widać, co do złudzenia przypomina okoliczności, w jakich Górnik spadł z ekstraklasy w 2009 roku. Jak widać  wyciąganie wniosków z historii nie jest mocną stroną ludzi zarządzających klubem, który ma na koncie czternaście mocno już przykurzonych mistrzostw Polski.

Jeszcze Polska nie zginęła – rzekł ponoć (nie oglądam, bo się brzydzę) Mariusz Pudzianowski, gdy dostał na  Wembley łomot większy niż niegdyś kadrowicze Janusza Wójcika. W ten sposób były skazany za pobicie więzień, a  później legendarny strongman, pocieszył rozczarowanych fanów, którzy przez ostatnie tygodnie szaleli ze szczęścia po  informacji, że w MMA wreszcie będzie można bić łokciami i to – jeśli dobrze „wyguglałem” – aż na trzy sposoby.

Polska faktycznie nie zginęła i chociaż tu i ówdzie – przy  czym mapa jest dość płynna – znajduje się w ruinie, to jednak lada dzień zostanie błyskawicznie odbudowana. Już natomiast widać gigantyczny postęp w zasięgu myślenia absolutnie współczesnymi kategoriami. Udowodnili to chociażby kibole Ruchu Chorzów, którzy porzucali sobie racami w Krakowie. Otrzymali za to rekordową w historii ekstraklasy karę zakazu udziału w trzynastu (końcówka to efekt odwieszenia poprzedniej sankcji) wyjazdowych meczach swojej drużyny. Zapytacie, co to ma wspólnego z nowoczesnymi technologiami? Otóż na swoim forum uczestnicy tamtych wydarzeń uznali, że było warto, bo liczba klików, czyli odsłon filmiku pokazującego moment rzucania rac, pobiła sporo youtubowych klubowych rekordów.

Niestandardowe myślenie kwitnie, i to musi cieszyć, bo postęp jest miarą cywilizacji. Czasami jednak na cudownym obrazie pojawia się rysa, na przykład w postaci danych mówiących, że Agnieszka Radwańska co prawda osiągnęła historyczny sukces, ale w internetowych wyszukiwarkach singapurski triumf ulokował się znacznie poniżej szczytu, który w jej kontekście wyznacza goła pupa, jaką pokazała podczas sesji dla magazynu „The Body Issue” w 2013 roku. Na pocieszenie można jednak krakowiance szepnąć, że nawet w  przypadku Cristiano Ronaldo numerem jeden nie są wyczyny boiskowe, a spekulacje kto jest matką jego syna. Portugalczyk i tak ma się lepiej niż Robert Kubica, będący gwiazdą sieci głównie dzięki niezliczonym już efektownym wypadkom i awariom, a nie talentowi w kręceniu kierownicą.

Agnieszka Radwańska ma jednak w tym gronie bodaj największe perspektywy, bo jeśli dotrzyma słowa i w przypadku zwycięstwa w Australian Open wskoczy do rzeki, może zbliżyć się do wyniku sprzed dwóch lat, a już na pewno kilkakrotnie przebić obrazki fotoreporterów uciekających przed chorzowskimi racami na  stadionie Wisły. Jak widać dyktat klików, odsłon i użytkowników, którzy sądząc po jakości zdecydowanej większości komentarzy unikalnymi są jedynie z nazwy, obowiązuje nie tylko w samych mediach.

Bo same wymierne sukcesy – i sportowe, i finansowe – to dziś już za mało. Trzeba jeszcze od czasu do czasu zatańczyć, coś ugotować, błysnąć bielizną i podzielić się błyskotliwymi przemyśleniami na dowolne tematy. Reguły gry zostały jasno określone i są znacznie precyzyjniejsze niż definicja spalonego według  premier Beaty Szydło. W najwyższej cenie jest oczywiście totalna i zwalniająca od myślenia tabloidyzacja, chociaż tu i ówdzie prześwitują jeszcze granice rozsądku, o które rozbiła się w puch np. sprawa picia szampana przez Roberta Lewandowskiego na Stadionie Narodowym.

Być może ze względu na te trendy Twitter zmienił właśnie gwiazdki, którymi dotychczas oznaczało się ulubione ćwierknięcia, na obrzydliwie infantylne serduszka. Nowy symbol jest przede wszystkim spóźniony, bo idealnie nadawałby się jedynie do oznaczania przeuroczych passusów równie urodziwej Joanny Muchy. Ale może w jej przypadku także chodziło nie o brak elementarnej wiedzy, a tylko o kliknięcia?