Jeszcze Polska nie zginęła – rzekł ponoć (nie oglądam, bo się brzydzę) Mariusz Pudzianowski, gdy dostał na  Wembley łomot większy niż niegdyś kadrowicze Janusza Wójcika. W ten sposób były skazany za pobicie więzień, a  później legendarny strongman, pocieszył rozczarowanych fanów, którzy przez ostatnie tygodnie szaleli ze szczęścia po  informacji, że w MMA wreszcie będzie można bić łokciami i to – jeśli dobrze „wyguglałem” – aż na trzy sposoby.

Polska faktycznie nie zginęła i chociaż tu i ówdzie – przy  czym mapa jest dość płynna – znajduje się w ruinie, to jednak lada dzień zostanie błyskawicznie odbudowana. Już natomiast widać gigantyczny postęp w zasięgu myślenia absolutnie współczesnymi kategoriami. Udowodnili to chociażby kibole Ruchu Chorzów, którzy porzucali sobie racami w Krakowie. Otrzymali za to rekordową w historii ekstraklasy karę zakazu udziału w trzynastu (końcówka to efekt odwieszenia poprzedniej sankcji) wyjazdowych meczach swojej drużyny. Zapytacie, co to ma wspólnego z nowoczesnymi technologiami? Otóż na swoim forum uczestnicy tamtych wydarzeń uznali, że było warto, bo liczba klików, czyli odsłon filmiku pokazującego moment rzucania rac, pobiła sporo youtubowych klubowych rekordów.

Niestandardowe myślenie kwitnie, i to musi cieszyć, bo postęp jest miarą cywilizacji. Czasami jednak na cudownym obrazie pojawia się rysa, na przykład w postaci danych mówiących, że Agnieszka Radwańska co prawda osiągnęła historyczny sukces, ale w internetowych wyszukiwarkach singapurski triumf ulokował się znacznie poniżej szczytu, który w jej kontekście wyznacza goła pupa, jaką pokazała podczas sesji dla magazynu „The Body Issue” w 2013 roku. Na pocieszenie można jednak krakowiance szepnąć, że nawet w  przypadku Cristiano Ronaldo numerem jeden nie są wyczyny boiskowe, a spekulacje kto jest matką jego syna. Portugalczyk i tak ma się lepiej niż Robert Kubica, będący gwiazdą sieci głównie dzięki niezliczonym już efektownym wypadkom i awariom, a nie talentowi w kręceniu kierownicą.

Agnieszka Radwańska ma jednak w tym gronie bodaj największe perspektywy, bo jeśli dotrzyma słowa i w przypadku zwycięstwa w Australian Open wskoczy do rzeki, może zbliżyć się do wyniku sprzed dwóch lat, a już na pewno kilkakrotnie przebić obrazki fotoreporterów uciekających przed chorzowskimi racami na  stadionie Wisły. Jak widać dyktat klików, odsłon i użytkowników, którzy sądząc po jakości zdecydowanej większości komentarzy unikalnymi są jedynie z nazwy, obowiązuje nie tylko w samych mediach.

Bo same wymierne sukcesy – i sportowe, i finansowe – to dziś już za mało. Trzeba jeszcze od czasu do czasu zatańczyć, coś ugotować, błysnąć bielizną i podzielić się błyskotliwymi przemyśleniami na dowolne tematy. Reguły gry zostały jasno określone i są znacznie precyzyjniejsze niż definicja spalonego według  premier Beaty Szydło. W najwyższej cenie jest oczywiście totalna i zwalniająca od myślenia tabloidyzacja, chociaż tu i ówdzie prześwitują jeszcze granice rozsądku, o które rozbiła się w puch np. sprawa picia szampana przez Roberta Lewandowskiego na Stadionie Narodowym.

Być może ze względu na te trendy Twitter zmienił właśnie gwiazdki, którymi dotychczas oznaczało się ulubione ćwierknięcia, na obrzydliwie infantylne serduszka. Nowy symbol jest przede wszystkim spóźniony, bo idealnie nadawałby się jedynie do oznaczania przeuroczych passusów równie urodziwej Joanny Muchy. Ale może w jej przypadku także chodziło nie o brak elementarnej wiedzy, a tylko o kliknięcia?

Komentarze (1):

  1. Avatar
    Fanka

    Uwielbiam pana komentarze. Naprawdę. Od pana zaczynam czytanie piątkowego Dziennika. Ostre pióro i świetne skojarzenia. Tak trzymać. Gratuluję i pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*