Czarne dni sportu. A to jeszcze (zapewne) nie koniec…

Kategorie: Bez kategorii

Tagi: , , , , ,

Wygląda na to, że sport wyczynowy właśnie otrzymuje wyjątkowo wysoki rachunek za bezgraniczną komercjalizację i upolitycznienie. Afera goni aferę, gwiazdy upadają z hukiem, a kolejne kataklizmy wiszą w powietrzu.

Na razie o palmę pierwszeństwa rywalizują afera korupcyjna w FIFA i dopingowa w Rosji. W tym pierwszym przypadku mamy do czynienia z wciąż rozwijającą się spiralą, natomiast druga to atomowa eksplozja, po której pozostały tylko zgliszcza. Przy okazji warto zwrócić uwagę na znaczenie rozwoju mediów elektronicznych i platform społecznościowych. Wystarczy porównać obecny rozmach informacyjno-publicystyczny z tym, gdy na  koksie seryjnie wpadali kolarze. Za wyjątkiem oszusta wszech czasów Lance’a Armstronga cykliści nie zostali zgrillowani jako całość, co dziś zapewne miałoby już miejsce.

Wspólnym mianownikiem piłkarskiego i lekkoatletycznego procederu były mechanizmy ich ujawnienia. Dynamit pod FIFA podłożyli amerykańscy szeryfowie, na których potęga futbolowej federacji nigdy nie robiła wrażenia takiego, jak na Europejczykach, natomiast brud z królowej sportu zaczął zmywać Sebastian Coe, angielski dżentelmen starego typu, który przejął IAAF z rąk Lamine Diacka. 82-letni Senegalczyk był prawdopodobnie jednym z głównych rozgrywających w procederze ukrywania prawdziwej skali dopingu (Rosja została przez światową federację zawieszona, waży się los Kenijczyków). Diack został już zawieszony w  honorowym członkostwie w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim, ale pytanie o to, jakim cudem wybierano go na kolejne kadencje, pozostaje otwarte. Czy nikt z głosujących, w tym przedstawiciele Polski, nie zdawał sobie sprawy z tego, co dzieje się za drzwiami laboratoriów czy też przymykano oczy w imię wyższych racji? A który wariant obowiązywał w FIFA?

W ostatnim czasie wizerun-kowe katastrofy omijają Międzynarodowy Komitet Olimpijski, czyli instytucję, która też ma krew na rękach. To przecież właśnie w niej, od czasów Juana Antonio Samarancha, kult pieniądza przerodził się w obsesję. I to przecież nikt inny, tylko olimpijska rodzina przekazywała grecki ogień w miejsca, w których nigdy zapłonąć nie powinien ze względu na łamanie w nich praw człowieka (np. Pekin) lub niepowetowane straty ekologiczne (np. Soczi). Tamte decyzje były tak samo bulwersujące jak sprezentowanie mundialu Katarowi… Przy okazji warto przypomnieć, że najgłośniejsza z afer MKOl, z 2001 roku, dotycząca korupcji przy przyznawaniu igrzysk dla Salt Lake City, zakończyła się wyrokami uniewinniającymi. I to wydanymi przez amerykański sąd, z takim impetem drążący teraz sprawę FIFA. Czy uruchomiony w kwietniu przez MKOl telefon, pod którym można zgłaszać podejrzenia dopingu i korupcji, naprawdę oczyścił klimat?

Rzeki nie da się zawrócić kijem, więc nikt rozsądny nie ma złudzeń, że sport odzyska jeszcze dawny romantyzm rodem z wyświechtanej i zbrukanej różnymi kontekstami idei barona Pierre’a de Coubertina. Z pewnością jednak konieczne są zewnętrzne mechanizmy kontrolne, zarówno finansowe, jak i medyczne. Ta odwieczna zabawa w policjantów i złodziei naprawdę ma sens, bo jeśli uważacie, że sprawę może załatwić pójście w drugą stronę, czyli zalegalizowanie dopingu, wyobraźcie sobie, że wtedy szprycowanie przyszłych gwiazd rozpocznie się już w przedszkolach. I że może dotyczyć waszych dzieci.
PS. Ciekawe, jak z zapowiedziami, że Michel Platini może zostać zawieszony nawet na  sześć lat, czuje się prezes Zbigniew Boniek, który publicznie deklarował swoje przekonanie o niewinności Francuza (pisałem o tym w felietonie „Czasem lepiej siedzieć cicho, czyli jedna czarna owca”)?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

*