Miesięczne archiwum: Grudzień 2015

Święta. Szczególny czas w roku. Taki, w którym do głosu dochodzą nie tylko zwierzęta, ale i tradycje. Również te wyjątkowo solidnie umocowane w sporcie. A mianowicie:

Chodzenie po kolędzie. Nie ma chyba nad Wisłą takiego menedżera (dawniej: działacza), który o tej porze roku nie stuka do bram i drzwi, by w zamian za  świetnie wyćwiczone przedstawienie nie próbować wepchnąć się do budżetów miast i firm. Ostatnio jednak pojawia się nowy element tych jasełek: korowód przebierańców, czyli spółek miejskich, które przekazują pieniądze na kluby udając, że miejskimi nie są.

Prezenty. W powszechnej opinii pokutuje powiedzenie „Kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera”. Tymczasem w piłce nożnej odbieranie prezentów jest oczywistą oczywistością. Co ciekawe, obowiązuje cykl półroczny: ci, którzy dają zimą, odbierają wiosną. I odwrotnie.

Szopki. Bez nich polski sport by nie istniał. Wystarczy przypomnieć sobie na przykład wzruszenie, z jakim Jerzy Janowicz wspominał początki swojej tenisowej kariery – przez szerokie wrota takich właśnie szop wyruszył w świat. No i te wszystkie szopki wielkie, murowane i zadaszone jak Stadion Śląski albo jak stanowiąca szczyt europejskiej myśli architektonicznej, łączącej trzy czwarte nowoczesności z ćwiartką tradycji, Arena Zabrze.

Ubieranie drzewka. Ze szczególnym naciskiem na własnoręczną produkcję (dmuchanie) bombek. Wielkich i kruchych, jak nie przymierzając marzenia o awansie lub utrzymaniu.

Sztuka kulinarna. Mam co do garnka włożyć – mówił Tomasz Adamek zawieszając rękawice na kołku. Potem jeszcze raz przejrzał spiżarnię i zmienił zdanie. W końcu w wadze ciężkiej dieta to pojęcie względne. A poza tym w boksie gotowanie to pasja – na przykład ostatnio wszyscy czekają na to, co naprawdę nawarzył Mariusz Wach.

Wesołych Świąt!

Niech podniesie rękę do  góry każdy, kto słysząc po raz pierwszy o „prawie Bosmana” pomyślał, że chodzi o Johna, słynnego piłkarza, wielokrotnego mistrza Belgii i Holandii, triumfatora Pucharu Zdobywców Pucharów, mistrza Europy z Pomarańczowymi i uczestnika mistrzostw świata w 1994 roku? Pewnie dużo się nie pomylę zakładając, że właśnie rozległ się szelest gromadnie (mam nadzieję, że tylko na chwilę) odkładanej gazety. Bo skojarzenie to było powszechne.

Tymczasem historyczne prawo pozwalające piłkarzom z państw należących do Unii Europejskiej, po wygaśnięciu kontraktów, podpisywać umowy z nowymi klubami bez odstępnego dla poprzednich pracodawców (a także znoszące limit obcokrajowców-Europejczyków w zespołach), powstało za sprawą Bosmana, ale Jeana-Marca. O jego wyczynach piłkarskich wiadomo niewiele – w każdym razie sprawę sądową założył, gdy próbował pożegnać Liege i przejść do  Dunkierki, ale Belgowie zażądali za ten transfer prowizji.

Niewykluczone, że wkrótce za sprawą precedensów swoje nazwiska na stałe wprowadzą do świata sportowych prawników także piłkarze śląskich klubów. Na razie jest ich trzech, ale casus może zostać ochrzczony nazwiskiem pierwszego, którego sąd uzna za winnego. Sporo wskazuje na to, że na dziś największe szanse ma Maciej Korzym – kontuzjowany obecnie napastnik Górnika Zabrze.

Chodzi oczywiście o szeroko już opisaną przez media sprawę wyprawy tercetu graczy na  mecz Piasta Gliwice. Korzym oraz jego klubowy kolega Michał Janota plus Wojciech Trochim z GKS-u Katowice postanowili z trybun wes-przeć rywalizującą z sąsiadem zza miedzy Koronę Kielce. Nie omieszkali się tym pochwalić publikując stosowne selfie na Instagramie, co wzbudziło spore emocje w środowisku kibiców Górnika. Nie dlatego, że nie spodobała im się taka inicjatywa – tu zapewne można by stwierdzić, że było wręcz przeciwnie, a ze względu na  fakt, że mecz odbył się późnym wieczorem w sobotę, a w  poniedziałek swoje spotkanie miał rozegrać Górnik. Czy taka wycieczka stanowiła element cyklu przygotowań?

Prawdziwa bomba wybuchła jednak dopiero po kilkunastu godzinach. Okazało się bowiem, że na trybuny legalnie weszła tylko część fanów Korony, którzy od środka otworzyli bramę ewakuacyjną, a przez nią – po zerwaniu zabezpieczeń – wbiegła reszta ich kolegów. Po zakończeniu meczu policja zamknęła sektor i spisała wszystkich obecnych. Potem pozostało już jedynie porównać tę listę do danych zarejestrowanych na kołowrotkach, by wykryć tych, którzy znaleźli się na trybunach bezprawnie. I właśnie w tym „zbiorze” pojawiły się nazwiska wspomnianej trójki.

W praktyce oznacza to złamanie regulaminu imprezy masowej, za co grozi zakaz stadionowy. Jeśli prokuratura przychyli się do wniosku policji, wówczas konieczna będzie interpretacja prawa ze strony sądu, ponieważ ustawa nie przewidziała podobnego przypadku i nie dzieli ukaranych na widza i czynnego uczestnika widowiska. Jeśli się okaże – co zdaniem prawników, wśród których przeprowadziłem szybką sondę, jest bardzo prawdopodobne – że podobne rozróżnienie byłoby naruszeniem równości wobec prawa, wówczas dojdzie do sytuacji bez precedensu. Można sobie mianowicie wyobrazić, że policja zatrzymuje piłkarzy w czasie meczu (czyli po ich zidentyfikowaniu, co nie będzie trudne ze względu na nazwiska widniejące na koszulkach) lub wyciąga z autokaru wjeżdżającego na obcy stadion. Po  czym oczywiście stawia jeszcze poważniejsze zarzuty, bo za złamanie zakazu stadiono-wego grozi nawet do dwóch lat pozbawienia wolności. Wbrew pozorom ta wizja wcale nie jest tak absurdalna, jak mogłoby się z pozoru wydawać. Zresztą najbardziej absurdalny jest już sam fakt, że piłkarze – było nie było osoby publiczne i rozpoznawalne – zdecydowali się na udział w gliwickim incydencie.

Zarówno szefowie Górnika, jak i GKS-u, wstrzymują się z komentarzami i decyzjami do  zakończenia działań policyjno-sądowych. W przypadku rozstrzygnięć niekorzystnych dla trójki piłkarzy najlogiczniejsze będzie dyscyplinarne rozwiązanie kontraktów. A wtedy Korzym, Janota i Trochim będą mogli skorzystać z prawa Bosmana i z kartami zawodniczymi w rękach poszukać pracy w innym kraju Unii Europejskiej.

Jako pierwszy poruszył tę kwestię Paweł Mogielnicki na swoim twitterowym koncie. Początkowo została potraktowana jako ciekawostka, ale w miarę rozwoju dyskusji okazało się, że sprawa jest znacznie poważniejsza niż sądzono.

Chodzi mianowicie o ujemne punkty, którymi ukarano przed sezonem Górnika Zabrze i Wisłę Kraków. Przypomnijmy, że oba klubu startowały z pułapu -1, co było karą za niewywiązywanie się z zobowiązań finansowych wobec podmiotów licencyjnych. I do tego momentu wszystko jest jasne – zespoły spotkały się już w pierwszej kolejce i dzięki remisowi wyze-rowały swój stan posiadania.

Teraz okazuje się, że to bomba z opóźnionym zapłonem. Regulamin rozgrywek mówi bowiem, że po 30 kolejkach dojdzie do podziału zdobytych punktów. Zdobytych, a nie widniejących w tabeli. I tu właśnie pojawia się nie lada pasztet. Bo na boisku Górnik wywalczył ich 19, a Wisła 24. Tymczasem w tabeli zobaczycie 18 i 23.
Która liczba powinna więc zostać podzielona po sezonie zasadniczym? Trzymając się regulaminu wydaje się, że… ta pierwsza, czyli „zdobyta”. W takim jednak przypadku kara okazałaby się jedynie fikcją. Pikanterii dodaje fakt, że właśnie ten jeden punkt może mieć decydujące znaczenie – dla Wisły w walce o ósemkę, dla Górnika w rozpaczliwych staraniach o utrzymanie.

Ale ja nie mogę zrozumieć! Nie mogę zrozumieć, jak zachwyca, jeśli nie zachwyca. Tak buntował się w  „Ferdydurke” Gałkiewicz, gdy nauczyciel Bladaczka wymuszał na nim potwierdzenie, że Słowacki wielkim poetą był.

Dokładnie takie same wrażenia towarzyszyły mi podczas czytania tekstów moich kolegów (i tych osobistych, i tych tylko po fachu) powstałych po  zwiedzaniu Stadionu Śląskiego.  Czy naprawdę nikt z Was nie zatrzymał się refleksyjnie przy  zdaniu wicemarszałka województwa Kazimierza Karolczaka: „Jeśli do utrzymania Stadionu dołożymy mniej niż 10 milionów złotych rocznie, uznamy to za sukces”? I naprawdę nikt wtedy nie zapytał: – A co jeśli tych milionów będzie 15 albo 20? I ile w ogóle milionów zostanie na ten cel „zamrożonych” w budżecie? Zresztą nie dopytaliście też, ile kosztuje rzekomo niezbędny zamówiony przez marszałka województwa raport firmy Marcina Herry na  temat wykorzystania stadionów zbudowanych na  Euro 2012…

Być może powodem tej zadziwiającej dziennikarskiej anemii było dostarczające potężnego zastrzyku adrenaliny zwiedzanie największego dachu w  Europie. Tyle tylko, że w tej budowie nie chodziło (chyba) o bicie rekordów Guinnessa – rozmach był koniecznością, by przykryć nie nowoczesną piłkarską arenę, a przestarzałą formę „miski”, jaką tworzą szeroko rozłożone trybuny. Ciekawe, czy przy okazji zatrudniono najliczniejszą na Starym Kontynencie ekipę do odśnieżania tej tafli czy też oparto się na doniesieniach o globalnym ociepleniu klimatu?

Stadion Śląski miał swoją szansę. Ba, miał ich kilkanaście. Żadna inna sportowa arena na  świecie nie była budowana tyle razy niemal od nowa. Z pochylniami i bez, z torem żużlowym i z bieżnią, z krzesełkami błękitnymi i niebiesko-żółtymi… I za  każdym razem wybierano rozwiązania niepraktyczne, przypominające misia na miarę ambicji, a nie na miarę potrzeb i możliwości.

I za każdym razem fundamentami Śląskiego były marzenia i obietnice, czyli staropolskie „jakoś to przecież będzie”. W  czasach prehistorycznych rdzeniem była mrzonka, że cho-rzowski gigant będzie stadionem Narodowym w pełnym tego słowa znaczeniu. Później pojawiły się deklaracje rozgrywania w Chorzowie wszystkich finałów Pucharu Polski oraz miraże Euro 2012  i Diamentowej Ligi. Teraz samorządowcy upajają się wizją obiecanego przez Zbigniewa Bońka meczu reprezentacji (nie ma nic na piśmie, a Boniek do czasu oddania areny do użytku może już nie być prezesem PZPN), mityngu lekkoatletycznego (ale nie w gwiazdorskiej obsadzie, bo na taką nie ma pieniędzy w marszałkowskiej kasie) i koncertu światowej gwiazdy (te naprawdę wielkie kalendarz na 2017 mają już rozpisany). A może naprawdę uważacie, że Ruch Chorzów stać na to, by grać na 55-tysięczniku? Prezes Niebieskich, Dariusz Sma-gorowicz, lubi szermować stwierdzeniem, że jego klub był, jest i będzie klubem całej aglomeracji. Drogi prezesie, to jednak nie oznacza, że cała aglomeracja ma do niego dopłacać, zwłaszcza że jest to pana prywatny biznes…

Banalnie oczywiste okruchy, które trudno określić kompleksową wizją funkcjonowania Stadionu, mają służyć jako zasłona dymna dla skrzeczącej rzeczywistości obiektu o przestarzałym układzie trybun, nie- połączonego koleją (o metrze nie wspominając) ani żadnym innym szybkim rozwiązaniem komunikacyjnym z portem lotniczym i wrzuconego na najgłębszą w  dziejach wodę, czyli w rywalizację z czterema stadionami Euro i całą siecią nowoczesnych mniejszych aren.

Budowa Śląskiego w 2017 roku  – prawdopodobnie – dobiegnie wreszcie końca. Mam obawy, że jednocześnie będzie to początek naprawdę wielkich problemów związanych z jego utrzymaniem.

Na kopalnię przyjeżdżali raz w miesiącu. Po wypłatę. Stali w kolejce do  kasy razem z górnikami. Gdy wygrywali, klepano ich po plecach, gdy przegrywali, słyszeli, że przydałaby im się dniówka w najgłębiej położonych chodnikach. Wspólnie z „kolegami z pracy” świętowali też Barbórki, zwłaszcza że przerwy w rozgrywkach trwały wówczas znacznie dłużej i do wznowienia treningów pozostawało sporo czasu. Takie były czasy i mechanizmy ekonomii: zawód piłkarz formalnie istnieć nie mógł, bo przecież w PRL-u sport miał status amatorski i powinno się go uprawiać po wykonaniu pracy, dzięki której rozkwitał socjalizm, a ludziom się żyło dostatniej.

Bywały wyjątki od reguły. Stanisław Oślizło, legendarny kapitan Górnika Zabrze, rzeczywiście wie, jak wygląda podziemne życie. Biegając za piłką jeszcze w Górniku Radlin otrzymał powołanie do wojska (de facto oznaczające grę w  Legii Warszawa). Ucieczką okazał się etat w kopalni Marcel, w której miał odpracować służbę wojskową. Okazało się, że o fikcji nie ma mowy. – Codziennie przyjeżdżał żołnierz i sprawdzał, czy zjeżdżam pod ziemię – wspominał po latach Oślizło, który trafił do oddziału mierniczego, wykonującego pomiary wyrobisk.

Wszechobecna fikcja miała także wymiar anegdotyczny. Jedną z najzabawniejszych historii opowiadał Włodzimierz Lubański. Rzecz działa się podczas wyjazdu reprezentacji Polski. Przy wypełnianiu formularza meldunkowego w hotelu ten jeden z najlepszych napastników w historii polskiej piłki w rubryce zawód wpisał – zgodnie z prawdą – „górnik”. Stojący obok niego Kazimierz Deyna, mający kłopot ze zrozumieniem nagłówków rubryk, korzystał ze wzorca kolegi z Zabrza. Widząc słowo „górnik” wpisał więc… „Legia”. – Trzeba było wpisać „żołnierz” – komentowali koledzy.

Po kilkudziesięciu latach sielanki nastała jednak nowa  rzeczywistość, która przyniosła kryzys w górnictwie, a ten błyskawicznie przełożył się na  spadek jakości sportu wyczynowego, nie tylko przecież piłki, na Śląsku. Z dawnych czasów pozostały echa w postaci nazw klubów i skrótów GKS, chociaż nawet te ostatnie zazwyczaj stanowią już nazwę własną i nie oznaczają po rozwinięciu „Górniczych Klubów Sportowych”. Loga holdingów znikają z koszulek, halę kopalni Kleofas, w której walczyli katowiccy pięściarze, właśnie zburzono, a resztka węglowego majątku zaczyna stanowić problem dla obu stron – wynajmowanie należących do kopalń stadionów za złotówkę to działalność szkodliwa dla mających kłopoty finansowe spółek, natomiast ceny rynkowe przerastają możliwości finansowe klubów. Definitywne odcinanie pępowiny wkracza właśnie w ostateczną fazę.

Górnictwo nadal jednak bywa w sporcie ważne. Na  przykład jako… straszak. Jednym z pierwszych, który to wykorzystał, był były prezes Górnika Zabrze, nieżyjący już Eugeniusz Postolski. Późniejszy wiceminister gospodarki zabrał piłkarzy pod ziemię, by im pokazać, jak może wyglądać rzeczywiście ciężka praca. – Zrobiłem to, zanim właściciel Wisły zafundował jej zawodnikom wycieczkę do Telefoniki – chwalił się później z wyraźną dumą. W jego ślady szli kolejni, prezesi i szkoleniowcy, a zdjęcia pobladłych sportowców w kaskach co jakiś czas obiegały i obiegają media. Echa dawnych czasów pozostają też w karczmach piwnych. Wiele śląskich klubów wciąż je organizuje, podtrzymując w ten sposób tradycję sprzed lat. Co więcej, wpisują się w nią także organizacje całkiem nowe, nie- pamiętające współżycia sportu z górnictwem, na przykład zabrzańscy „Socios”.

Z okazji Barbórki 2015 życzę wszystkim górnikom, a więc i byłym wspaniałym piłkarzom też, wszystkiego dobrego! Szczęść Boże!